Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 55 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Ewa Polak-Pałkiewicz arrow Bohaterowie wczoraj i dziś na tle... Światowych Dni Młodzieży
Thursday 19 September 2019 15:21:40.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Bohaterowie wczoraj i dziś na tle... Światowych Dni Młodzieży Drukuj Email
Wpisał: Ewa Polak-Pałkiewicz   
11.10.2013.
Spis treści
Bohaterowie wczoraj i dziś na tle... Światowych Dni Młodzieży
Strona 2

Bohaterowie wczoraj i dziś na tle... “Światowych Dni Młodzieży”

 

Krew polskich świętych męczenników, przelana za Chrystusa wciąż woła.

Wola także krew bohaterów przelana za lenno papieża w sierpniu 1920 i  1944 roku.

 

[W oryginale świetne zdjęcia z walczącej Warszawy i Powstania. Zobacz! MD]

http://ewapolak-palkiewicz.pl/rio-de-janeiro-czyli-jak-zostac-bohaterem/

 Ewa Polak-Pałkiewicz

Papież  Franciszek  podczas  Światowych  Dni  Młodzieży  ogłosił, że  młodzi  ludzie zebrani na plaży Copacabana w Rio de Janeiro są „prawdziwymi bohaterami”.

Że przybycie na tę plażę  –  akurat w czasie słabej pogody, deszczu  i  chłodu  – jest „świadectwem wiary wobec świata” oraz, że wiara ta „jest mocniejsza od chłodu i deszczu”.

Słowa te budzą zastanowienie.

Żeby zasłużyć dziś na miłość papieża i na pochlebstwa wielu medialnych sław nie  trzeba  wiele wysiłku.  Właściwie  nie trzeba  żadnego wysiłku.  Wystarczy być młodym i przyjechać do Rio de Janeiro.

Czasem  –  nie należy rzecz jasna uogólniać  – wystarczy mieć nieco szczęścia, znajomości wśród księży. Zdobyć fundusz na bilet do Rio i zostać dopisanym do listy. -   Zostaje się wówczas bohaterem.

Od czasu Soboru watykańskiego II jesteśmy przyzwyczajani do nadużywania przez hierarchów Kościoła wielkich słów.  Gdy mowa jest o młodzieży zjawisko jest uderzające. Papieże ostatnich dziesięcioleci w zetknięciu z młodzieżą zdają się tracić umiar, gubią precyzję wypowiedzi przynależną ich  urzędowi.

Wypowiadają się z dużą dozą emocji.  Odpowiedzią  są  krzyki, wycia, gwizdy, oklaski,  wskakiwanie  na  balustrady.  Młodzież  pokazuje,  że  traktuje osobę papieża  jako  kogoś  upragnionego  –  czy  jednak  z  uwagi na jego urząd,  czy może z powodu deklaracji przyjaźni z jego strony?

Z najwyższej ambony, wśród nauk ewangelicznych, pada dziś wiele słów mile łechczących jej własną próżność.

Święto młodych, czyli kult młodości

Kościół  po  Soborze  włączył  się  w  promowanie typowego dla współczesnego świata juwenalizmu.  Zauważył  to  już  prof. Romano Amerio  pisząc  w latach 80. XX wielu swoje dzieło Iota unum”.   W kwietniu 1971  roku  papież  Paweł VI  wygłosił  w  Rzymie  przemówienie do grupy hippisów, którzy przybyli, „by manifestować na rzecz pokoju”.

Pochwalił wówczas  –  jak przypomina R. Amerio  –  poszukiwanie  przez nich „ukrytych wartości” , jak się wyraził. Należą do nich: „spontaniczność”, „wyzwolenie  z pewnych formalnych konwencji”  –  papież nie wyjaśnił, co ma na myśli – oraz  „potrzeba bycia sobą”  (znów nie uściślił,  co by to mogło  oznaczać).

Czwartą wartością – odnotowuje prof. Amerio -  jest jakoby „pęd do życia i dążenie do odczytywania potrzeb współczesności”.  Jednak  Papież  nie ukazał młodym ludziom klucza pozwalającego im na prawidłowe odczytanie czasów, w których żyją. Nie zaznaczył, że człowiek wśród ulotności powinien poszukiwać tego, co trwałe: ostatecznego celu,  który  jest niezmienny.

W tym wywodzie nie było żadnych odniesień do prawd wiary.

Paweł VI – podobnie jak jego następcy – korzystał tu z autorytetu nauczycielskiego  Kościoła,  ale  nie  wypowiadał  się  jako  Nauczyciel. Wypowiadał swoje opinie, życzenia, marzenia oraz projekcje wyobraźni.

Po Soborze watykańskim II zmieniony został całkowicie styl sprawowania  U- rzędu Piotrowego: umożliwia on papieżom (zwłaszcza w zetknięciu z młodzieżą)  uprawiać  swobodną  działalność  publicystyczną  –  w miejsce nauczania prawd wiary.

Wyrzucenie z Kościoła łaciny stawia kropkę nad „i”  – słowa i pojęcia stają się niejasne, rozciągliwe.  A jeszcze do tego, jak w przypadku  wywiadu  Franciszka, udzielonego w  samolocie  z  Rio de Janeiro,  i  jego  ryzykownych  określeń homoseksualizmu,  podlegają  one  natychmiast  dowolnym  interpretacjom  i tendencyjnym przeróbkom świata mediów, które zdają się nikogo nie niepoko ić. Papież Franciszek  jest dla nich idealnym bohaterem. To papież opinii.

„Spontaniczność” – tak jak i w świecie – w Kościele ery posoborowej zdobywa coraz większe uznanie.

Taniec, plaża i śpiew

Wybuch entuzjazmu podczas spotkań  Głowy Kościoła z młodymi ludźmi  jest jej znakiem rozpoznawczym.  Spontaniczność,  emocje, otwartość, to coś  naj- bardziej w cenie podczas Światowych Dni Młodzieży w Rio.

Emocje grają z emocjami. Czcigodna osoba Ojca Świętego – w sposób zapewne nie  do  końca świadomy,  bo tu najtrudniej  o obiektywizm,  nawet  gdy jest się papieżem –  staje się reżyserem i aktorem spektaklu, w którym emocje  odgry- wają  główną  rolę.  Wiedzie  trzymilionowy  tłum  i  sam  staje  się elementem wydarzenia poniekąd teatralnego, który ma wymiar także pozawerbalny.

Sposób komunikowania się z tłumem staje się przekazem, który działa w  obie strony. Wpływa też na samego  Ojca Świętego.  Głowa  Kościoła  stać  się  może niepostrzeżenie dla samej siebie maskotką tłumu. Wystarczy, że w zetknięciu z  nim poczuje  się kimś wspaniałym,  niezwykłym, upragnionym.  Że  uzna,  iż niepotrzebne  są żadne bariery, że hierarchiczność jest sztucznym wymysłem. Że przed Bogiem się nie klęka. Wystarczy przed Nim zatańczyć.

To się tak bardzo podoba dziennikarzom.

Ten rodzaj pułapki psychologicznej (dla obu stron) jest łatwy  do zauważenia w  przypadku  kreowania  popularności  gwiazd show  – biznesu.  Mechanizm zdobywania  popularności za pomocą skandowania imienia idola,  ogłuszających ryków, fruwających części garderoby, rzucania się na ziemię  w  ekstazie, i innych wysoce oryginalnych (niekonwencjonalność!) oznak uwielbienia, po- łączony z milionowymi nakładami płyt, jest czymś na porządku dziennym.

Trudno  jest się obronić przed poczuciem,  że jest  się  kimś  na prawdę  „wielkim”, kiedy stawiają cię na ogromnej scenie, oświetlają twoją postać i wtykają do ręki mikrofon,  a ty  przed  sobą nasz morze ludzi.  Wszyscy  zachowują  się identycznie: dają do zrozumienia, że szaleją na twoim punkcie.

Trudno w takiej sytuacji o pokorę.  Trudno  nawet  o  zwykły zdrowy rozsądek. Trudno o rozeznanie, że ma się do czynienia  z  perfekcyjnym  od strony technicznej podstępem. Ze specjalnością tego osobnika,  który dobrze wie,  że  nie- ujarzmiona miłość własna człowieka jest instrumentem, na którym zagrać on może bezbłędnie każdą melodię.

Jakkolwiek smutno, szokująco – dla wielu  szlachetnych  ludzi wierzących –  i wręcz tragicznie może to zabrzmieć,  pozostaje  faktem,  że  spotkania  Głowy Kościoła z tłumami młodych, od czasu ostatniego Soboru, coraz bardziej przypominają wielkie show.

Czy w ogóle możliwy jest – w sytuacji wyreżyserowanego odrealnienia, upojenia  emocjami  ogromnej  masy  ludzkiej  –  krytycyzm, trzeźwa ocena zjawisk, kontrola rozumu?

Gustaw Le Bon, autor książki „Psychologia tłumu” odkrył zasady rządzące za chowaniem wielkich zbiorowisk ludzkich. Emocje są siłą łatwą do wzniecenia – i trudną do okiełznania. Umysł człowieka, który stał się częścią tłumu, z naj większą trudnością sprawuje nad nim kontrolę.  Ludzie nieświadomi działających  tu  mechanizmów  socjotechnicznych  poddają  się  bezwolnie   reakcjom stadnym. Wrzask, krzyk – nawet u osób skądinąd kulturalnych – staje się ich sposobem wypowiedzi.

Zachowania zbiorowe odbierają wolność związaną z pracą rozumu. Odbierają godność osoby ochrzczonej. Prowadzą tam, gdzie człowiek – gdyby umożliwiono mu chłodną analizę, rozeznanie sytuacji, dystans – z pewnością nie chciał by zawędrować.

Liderzy, przywódcy wiecowi – w tym coraz większa grupa duchownych posta- wiona wobec wielkich zgromadzeń – sterujący emocjami i zachowaniami tłu- mu (dyskretnie wspomagani z zaplecza), zyskują natomiast  przeświadczenie o swojej wyjątkowości. O osobistej sile, nieodpartym czarze, mądrości i inteli-gencji, słowem o niezwykłych możliwościach swego oddziaływania. Czują – w zetknięciu z tłumem, który ich w napięciu słucha i żywiołowo reaguje na każde słowo – że są omnipotentni, czyli wszechmocni. Oraz godni szczególnej miłości.

Łatwo subiektywne uczucie pomylić z łaską Bożą.

Jedna iluzja pociąga za sobą drugą.

To co mogłoby wzbudzić pożądaną refleksję i pytanie, czy istotnie, młodzież zgromadzona na  Światowych  Dniach  Młodzieży  zasługuje na tak wyjątkowe pochwały, to spojrzenie na zjawisko z  perspektywy czasu.  Jakie  świadectwo chrześcijańskie daje większość młodych ludzi – nie mówimy o wszystkich, bo są wśród nich ludzie piękni, wierzący, żyjący po katolicku – gdy stają się dorośli, zakładają rodziny, podejmują pracę?

Wieloletni  duszpasterz młodzieży akademickiej z bólem mówił mi ostatnio o istnej  pladze  rozwodów  wśród  swoich  wychowanków,  ludzi,  którym  oddał trzydzieści lat życia kapłańskiego.

Inny kapłan, kierujący Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży w  pewnej diecezji,  odczytywał  wyniki  przeprowadzonej przez siebie ankiety wśród członków tej organizacji – tylko 30 proc. z nich wierzy w Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Ojciec wielodzietnej rodziny, dziadek licznej gromadki wnuków,  od  dziesiątków  lat  wspierający  ze  swoich  skromnych  dochodów  KUL,  z goryczą pytał, gdzie są dziś absolwenci tej najstarszej uczelni katolickiej w Polsce?  Gdzie  – w polskich szkołach, środowiskach akademickich, w urzędach, sądach, sejmikach i parlamentach kolejnych kadencji –  widoczna jest katolicka  inteligencja?

Ludzie nadający ton, kształtujący atmosferę, wyróżniający się sposobem traktowania drugiego człowieka – po katolicku. Bezkompromisowi, odważni, jednoznaczni, gdy chodzi o obronę czci  Boga.      

Gdzie realizują ci dawni studenci KUL, uczestnicy słynnych spotkań z Janem Pawłem II, których jest przecież cała armia, swoje wielkie ideały?  W jaki sposób tworzą katolicką Polskę?

Naturalnie,  są wyjątki.  Jest  w Polsce wielu ludzi,  którzy  po  przejściu przez „karnawał wiary”, jak określa się czasem masowe spotkania z papieżem,  po- zostali  katolikami.  Dają  przykład  swoim  życiem  małżeńskim,   rodzinnym, działalnością społeczną, zaangażowaniem w obronę nienarodzonych, walką z pornografią.

Ale większość, bądźmy szczerzy, zniechęcona permanentnym mieszaniem spraw  duchowych  i  materialnych,  tromtadracją,  przerostem formy nad treścią,  efekciarstwem,  postawą  duchowieństwa,  od którego  w  Kościele dzisiejszym wymaga się przede wszystkim aktywizmu, przeszła na wygodniejsze pozycje. Interesuje ją to, czego wymaga od niej świat, nie Bóg.

Wielkie dziedzictwo?

A jakie skutki spotkania z papieżem Franciszkiem w Rio de Janeiro dostrzega ją sami hierarchowie Kościoła?

Po kilku dniach intensywnych mityngów –  oprócz Mszy św.,  Drogi Krzyżowej, modlitw, wykładów, przemówień papieża, także śpiewów i tańców na plaży, a wszystko w ogłuszającym huku muzyki, rozrywającym aparat słuchowy – metropolita Rio de Janeiro, ks. abp Orani Joo Tempesta oświadczył:

„Światowe  Dni  Młodzieży  w  Rio  zostawiają  nam  wielkie  dziedzictwo. Miastu np. zostanie sieć pomocy dla narkomanów dzięki otwarciu ośrodka mającego pomagać uzależnionym w uwolnieniu się od nałogu”.

Hierarcha  widzi  też  inne korzyści  dla  swojej diecezji:  „zrównoważony rozwój”  (nie precyzując co oznacza to sformułowanie) oraz „wpływ młodzieży na przyszłość”. („Nasz Dziennik”, 29 lipca 2013)

Jednak największy przejaw owego dziedzictwa, jego zdaniem,

„to  ci  wszyscy  młodzi,  którzy  przybyli  tutaj  i  otworzyli się na innych młodych,  aby   podzielić  się  doświadczeniem  życia  i  wiary  w   Jezusa Chrystusa”.

(„Doświadczenie wiary” – zamiast wymagania od siebie – to typowy chwyt językowy charakterystyczny dla posoborowej nowomowy).

Arcybiskup Tempesta uważa, że są to

„liderzy, którzy pracują w swoich krajach na rzecz świata lepszego, bardziej sprawiedliwego, bardziej ludzkiego”. I dodaje, że „młode pokolenie chce być wysłuchane” oraz, że „chcą oni budować nowy świat w sposób pokojowy”.

Otwieranie się na siebie nawzajem  –  cokolwiek miałby to oznaczać  –  stało się hasłem przewodnim święta młodych w Rio.

Dla Polaków, którzy pamiętają najlepszy z systemów, raj panujący w socjalistycznych ojczyznach, nie brzmi to szczególnie zachęcająco. Wtedy też nakłaniano do „walki o pokój” i przekonywano, że jest on największym dobrem ludzkości.

Nie powoływano się tylko na  „wartości chrześcijańskie”,  lecz  „socjalistyczne”.

Wielka góra urodziła mysz.

Młodzież jest oknem, przez które przychodzi przyszłość?

Uderzające jak szybko  przenikają  do  przemówień  papieskich  górnolotne,  a często całkowicie niejasne określenia,  wylansowane przez domorosłych  poetów, a także przez media, relacjonujące ze szczególnym upodobaniem, wręcz w euforycznym stylu, tego rodzaju masowe spotkania,.

Oto w przemówieniu Ojca Świętego ze Święta Powitania w Rio de Janeiro można znaleźć stwierdzenia,  które  trudno  jest  połączyć  z tym, co znajdujemy w Ewangelii:

„Chrystus zapewnia im [młodym ludziom – EPP] przestrzeń, wiedząc, że nie ma mocniejszej siły niż ta, która wyzwala się z serc młodych,  gdy  są zawładnięci przez doświadczenie przyjaźni z Nim”.

„Chrystus ufa młodzieży i powierza jej przyszłość swojej misji: >Idźcie i nauczajcie<, wychodźcie poza granice tego, co po ludzku niemożliwe, i twórzcie świat braterski”.

„Młodzież jest oknem, przez które przychodzi na świat przyszłość, a więc stawia przed nami wielkie wyzwania”.

„Nasze  pokolenie  stanie  na  wysokości  obietnicy,  która  jest  w każdym młodym człowieku, gdy będzie umiało zapewnić mu przestrzeń, zatroszczyć się o warunki materialne  i  duchowe  dla  pełnego  rozwoju;  dać mu mocne fundamenty, na których będzie mógł budować  życie;  zagwarantować mu bezpieczeństwo i oświatę, aby stawał się tym,  kim może  być, (…) przekazać mu dziedzictwo świata na miarę ludzkiego życia…”

Niestety, trudno traktować tego rodzaju stwierdzenia inaczej, jak publicysty- kę polityczną. Doświadczenie przyjaźni z Bogiem, to jedno z głównych zaklęć protestanckich sekt charyzmatycznych. Sprzeczności z tradycyjną, niezmienną  nauką Kościoła są aż nazbyt uderzające.  Od  religii  objawionej przez Boga przychodzimy do religii człowieka.

 Obecnie młodym ludziom ukazuje się nierealną wizję  życia  jako  pasma radości,  gdyż  mylona  jest  radość nadziei,  która  krzepi człowieka podczas jego ziemskiej wędrówki (in via), z  pełnią  radości,  jaka  czeka wędrowca na końcu drogi (in termino)  –  zauważa  Romano Amerio  w „Iota unum

– Nie jest dziś w dobrym tonie, aby mówić o trudach egzystencji człowieka, który musi się zmagać z wieloma przeciwnościami na tym –  jak często wspominano w dawnym kazaniach łez padole.

Ponieważ  w  tym  pomieszaniu  pojęć  szczęście  przedstawiane jest jako normalny stan człowieka – jako coś, co się człowiekowi należy – ideałem staje  się  przygotowanie  młodym  ludziom  drogi  >wolnej  od  wszelkich przeszkód  i  barier <  (Dante, Czyściec,  XXXIII).  Każda  przeszkoda  czy bariera, jaką trzeba pokonać,  zaczyna być  traktowana  przez  młodych ludzi  nie  jako  okazja  do  podjęcia wysiłku i zmierzenia się z duchowym wyzwaniem, lecz jako niesprawiedliwość”.

„Dorośli przestali występować z pozycji autorytetu, chcąc przypodobać się młodym, bądź z obawy, że w przeciwnym razie nie zasłużą sobie na miłość dzieci”. („Iota unum”)

Nie wińmy jednego tylko papieża.

To wszystko jest sprytnie pomyślane.  Powszechny  kult  młodości, rozniecany przez współczesną kulturę, napędzany przez  show-biznes,  lansowany  przez medialnych mentorów od mieszania ludziom w głowach, wywiera przemożny wpływ.

Istnieje sztucznie podsycany lęk starców, by nie zostali odrzuceni przez młodszych od siebie, którzy –  jak podpowiada świat  –  reprezentują przyszłość   i kojarzą się z żywotnością. Różni zasłużeni ludzie nie pierwszej młodości, pod dani tego rodzaju presji czują się źle, niepewnie wobec młodych. Czują się mało dowcipni, brzydcy, zbyt powoli myślący, pozbawieni wdzięku.

Wolą na wszelki wypadek kadzić młodzieży niż mówić jej prawdę, przykrą niekiedy.

Lęk przed odrzuceniem to potężna siła.  Być może festiwal pochlebstw  wobec młodych ludzi zebranych na plaży w Rio miał właśnie przyczynę w lęku przed odtrąceniem,  gdy  będzie  się  bardziej poważnym, gdy nie będzie się wznosiło efektownych haseł wśród kanonady okrzyków.  Gdy  będzie się mówiło o Bogu, a nie o uczuciach i nastrojach. Gdy będzie się przypominało o grzechu, karze i słabości natury ludzkiej.

Ów brazylijski festyn przypominał jednak rozdawanie czeków bez pokrycia.

Traktowanie młodzieży jakby była bóstwem, rozdawanie   z estrad  gwiazdorskich uśmiechów i sztuczne pompowanie do głów „radości”, wywarło  wraże- nie przeciwne do zamierzonego.  Przygnębiające. 

Zamiast napełnić umysły młodych ludzi nadzieją chrześcijańską upewniło ją, że liczy się tylko chwila dzisiejsza.  O ile, rzecz jasna,  jest  przeżyta radośnie. Że nie trzeba wymagać od siebie specjalnie wiele, gdy jest się młodym. Właściwie,  wystarczy być młodym.  Papież kocha młodych!  Pan Bóg  też  naturalnie kocha młodych!

To karykatura chrześcijaństwa.

To festiwal umizgów i podlizywania się ludziom uprzywilejowanym ze względu na wiek..

Młodzież świata przybywająca na spotkania z Ojcem Świętym jest traktowana tak  jak  w  dawnym systemie Europy sowieckiej klasa robotnicza: awangarda ludowych ojczyzn.


Zmieniony ( 11.10.2013. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.