Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 9 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Historia - odkłamywanie IV arrow "Zdążyłem wziąć płaszcz i kapelusz". 70 lat temu komuniści zamordowali Eugeniusza Bodo
Monday 09 December 2019 06:01:05.28.
W Y S Z U K I W A R K A
"Zdążyłem wziąć płaszcz i kapelusz". 70 lat temu komuniści zamordowali Eugeniusza Bodo Drukuj Email
Wpisał: niezalezna   
11.10.2013.
Spis treści
"Zdążyłem wziąć płaszcz i kapelusz". 70 lat temu komuniści zamordowali Eugeniusza Bodo
Strona 2

Zdążyłem wziąć płaszcz i kapelusz”. 70 lat temu komuniści zamordowali Eugeniusza Bodo

 

 

Relacja samego Bodo: „22 czerwca 1941 roku o godzinie 11.00. do mojego domu weszli funkcjonariusze NKWD, rozkazując, bym natychmiast udał się z nimi do samochodu. Zdążyłem ledwie wziąć ze sobą płaszcz i kapelusz. Sądziłem, że chcą mnie uratować przed inwazją hitlerowską”.


 

 

6.10.2013 niezalezna

 

Żeby zostać aktorem, jako nastolatek uciekł z domu w Łodzi i karierę w rozpoczął w poznańskim teatrzyku Apollo od pracy... biletera. Śpiewał „Już taki jestem, zimny drań” i „Umówiłem się z nią na dziewiątą”. Słynny był jego romans z aktorką Reri z wyspy Tahiti, ale na zawsze kochał tylko matkę, a zaraz po niej olbrzymiego doga arlekina w czarno-białe łaty o imieniu Sambo.

Komuniści uznali go za „element społecznie niebezpieczny”. Eugeniusz Bodo zmarł prawdopodobnie na podłodze bydlęcego wagonu wiozącego go do łagru. Przez cały PRL kłamliwie utrzymywano, że zabili go Niemcy.

 „Ujawnić prawdę o okolicznościach śmierci Bodo, oznaczało przyznać się do winy, potwierdzić prawdę o Katyniu i tysiącach polskich tragedii na ziemiach Związku Radzieckiego, a tym samym obnażyć pustkę propagandowych frazesów o trwałej i wiecznej, bo wykutej na polu chwały, przyjaźni radziecko-polskiej. Lepiej było milczeć, tkwić w niedopowiedzeniach albo wręcz odsuwać na archiwalne półki stare filmy – pisał Konrad J. Zarębski na łamach miesięcznika „Kino” (10/1997).

 Dwie porcje kalabraków

 – Proszę zamówić dla nas dwie porcje kalabraków – takie żądanie stanowczym tonem złożył Eugeniusz Bodo siedzący za stołem wykwintnej restauracji razem z innym aktorem, Ludwikiem Lawińskim.
Co proszę? – spytał zaskoczony kelner.
Dwie porcje kalabraków – powtórzył Bodo.
– A może by panowie wzięli coś z karty?
– Nie będziemy wybierać z karty, skoro mamy apetyt na kalabraki” – upierał się Bodo. Zakłopotany kelner udał się po kucharza, kucharz po kierownika, ten zaś polecił kelnerowi poinformować jak najuprzejmiej gości, że kalabraków już zabrakło. Rozochoceni powodzeniem kawału aktorzy zamawiali nieistniejące kalabraki po całej Polsce i cieszyli się, widząc wygłupienie restauratorów. Aż pewnego dnia w Radomiu spotkała ich niespodzianka. Kelner po otrzymaniu zamówienia na dwie porcje kalabraków oświadczył uprzejmie:
 – Służę panom.

Po upływie kilku minut postawił na stole półmisek z potrawą. Aktorzy z bardzo głupimi minami przekonali się, że jest to bigos wymieszany z gulaszem. Natychmiast zawołali kelnera.
 – Co pan nam tu podał?! – zapytał groźnie Bodo.
– Kalabraki, proszę szanownego pana, dwie porcje – odparł kelner.
– Co? To paskudztwo nazywa pan kalabrakami?

Kelner ze zgorszeniem pokręcił głową: – Jak to dobrze, że nasz szef kuchni nie słyszał tego, co szanowny pan powiedział. Kalabraki to jego chluba. Nikt w Polsce nie potrafi tak dobrze przyrządzać tej potrawy” (anegdotę przytaczam za opowieścią Danuty Gibas-Krzak o przedwojennych amantach w piśmie „Mówią wieki”).

On już zjadł na śniadanie dwie osoby

Bodo, bohatera wielu anegdot, wpuszczano do wykwintnych restauracji z jego olbrzymim dogiem Sambo. Ufano zapewnieniu aktora, że pies gryzie wyłącznie... gospodarzy, a gości zostawia w spokoju. W rzeczywistości pies był bardzo łagodny i poczciwy.

Z budzącym respekt olbrzymem aktor jechał kiedyś samochodem. Bodo zatrzymał się przed sklepem, żeby coś kupić. Wszedł – a Sambo wyskoczył z samochodu i pobiegł za nim. W sklepie były dwie starsze panie. Kiedy zobaczyły biegnącą wielkimi susami w ich stronę bestię, narobiły krzyku. Bodo, widząc to, z uśmiechem je uspokoił: „Szanowne panie, proszę się nie bać! On już zjadł dziś na śniadanie dwie osoby”. Tę z kolei historyjkę opowiedziała Stanisławowi Janickiemu, temu od cyklu „W starym kinie”, krewna aktora Wiera Rudź.

Jak wspomina aktor i reżyser Ludwik Sempoliński w książce „Wielcy aktorzy małych scen”, przed spektaklami, do których nie miał przekonania, Bodo programowo nie przygotowywał się do swojej roli. Miał też w zwyczaju urządzać kolegom kawały podczas ostatniego występu z jakimś przedstawieniem. Kabaret Morskie Oko wystawiał program „Jedź na Pragę” o praskich łobuzach. Tło dla występujących aktorów stanowiła dekoracja – panorama Wisły z mostem Kierbedzia. Normalnie spektakl kończył się piosenką „Jedź na Pragę” i tańcem. Tymczasem podczas ostatniego występu „w czasie tańca nagle z Wisły wyłaniał się do połowy nagi Bodo, krzyczał »Ratunku« i powtarzał to parę razy. Trick był prosty, przecinał żyletką dekoracje z tyłu i wsuwał się w otwór, po czym chował się, przecinał w innym miejscu i znów ukazywał się. Oczywiście tańca nie skończono”.

Z kolei po ostatnim występie ze spektaklem „Klejnoty Warszawy” widzowie domagali się pojawienia na scenie autora, którym był poeta i autor piosenek Andrzej Włast. Bodo wraz z kilkoma aktorami wyciął mu jednak numer. Ku jego zdziwieniu na scenę wprowadzono... drugiego Własta, którym był ucharakteryzowany przez teatralnego fryzjera kompozytor Henryk Wars. „Radość była ogólna, zwłaszcza kiedy Bodo wyciągnął siłą z widowni prawdziwego Własta i obydwaj kłaniali się publiczności, ściskając sobie dłonie” – pisze Sempoliński.


Zmieniony ( 11.10.2013. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.