Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 49 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow Smoleńsk 13/III arrow Sprawa 10-04 ma charakter międzynarodowy i zapewne dopiero na tym poziomie...
Friday 20 September 2019 20:36:11.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Sprawa 10-04 ma charakter międzynarodowy i zapewne dopiero na tym poziomie... Drukuj Email
Wpisał: FYM   
29.11.2013.

Sprawa 10-04 ma charakter międzynarodowy i zapewne dopiero na tym poziomie...

 

Wywiad z FYM-em: Meandry dokumentacji smoleńskiej

 

Cz. I

 

http://www.bibula.com/?p=71729

 

[amelka222,  28.11.2013.]  Za: Lamelka222 (28.11.2013)

 

 

Brakowało bardzo Twojego głosu w dyskusjach, jakie rozgorzały o dalszych perspektywach badań smoleńskich po II Konferencji Smoleńskiej, głównie w kontekście ustaleń prof. Ch. Cieszewskiego.  Owszem, często komentowałeś ważniejsze wydarzenia konferencyjne na swoim blogu, gdzie publikujesz kolejne swoje analizy, ale jakiejś pełniejszej oceny sytuacji w tym szerszym aspekcie z Twojej strony dotąd nie było. Dziękuję więc, że znalazłeś wolną chwilę i zgodziłeś się na tę rozmowę.

 

Proponowałabym omówić 3 grupy zagadnień: II KS, krąg ostatnich Twoich badań i hipotez oraz to co można nazwać „smoleńskim trójkątem bermudzkim”, a co w konsekwencji powoduje , że zapętlona sprawa badań nad 10.04.2010. nie może dzisiaj ruszyć z miejsca.

 

1. II Konferencja Smoleńska

 

Czy jest zauważalna – w Twoim odbiorze – jej odmienność od I KS? 

Publicznie na pewno nie jest zauważalna. Gdybyś spytała kogoś na ulicy któregokolwiek z polskich miast, to, sądzę, że nie wiedziałby nawet, że była i II KS, i I KS, i że czymś się one różniły. Obserwowałem to, jak media prorządowe relacjonują tę ostatnią konferencję i można było dostrzec dwie wzajemnie uzupełniające się tendencje: najpierw uporczywe przemilczanie, potem iście burleskowe ośmieszanie z pomocą takich wybitnych znawców nauki jak tow. L. Miller, tow. red. J. Paradowska i wielu im podobnych dyżurnych autorytetów – choć, rzecz jasna, wybijały się w tym tłumie „święcie oburzonych na konferencję” również głosy fachowców związanych z KBWLLP, jak dr M. Lasek, który wprawdzie brzozy osobiście nie widział ani nie dotykał, bo tak się złożyło, że w Smoleńsku nie był, jak też żadnych badań teledetekcyjnych „okolic Siewiernego” nie prowadził, ale „skądsik” wiedział, iż „to nie brzoza, to śmieci”, a więc, że prof. Chris Cieszewski się po prostu pomylił i sprawa jego analiz załatwiona, nie ma w ogóle o czym gadać (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/wywiady/kontrwywiad/news-lasek-to-nie-brzoza-to-smieci-blad-smolenskiego-eksperta,nId,1046756).

 

Wiele przemawia za tym, że do jakiegoś cichego porozumienia między stroną rządową a opozycyjną jednak doszło. Gentlemen’s agreement.

Inny głos wybitnego eksperta – tym razem od radiotelegrafii, o ile się nie mylę, jak pisali autorzy Zbrodni smoleńskiej – to mgr. inż. E. Łojek – jeden z moich ulubieńców (obok mgr. inż. Lipca: http://freeyourmind.salon24.pl/547217,paryska-prezentacja-mgr-inz-lipca), jeśli chodzi o KBWLLP i „komisję Laska”, spadkobierczynię dorobku intelektualnego i badawczego „komisji Millera”. On chyba jako pierwszy się odezwał dla TVN24 świeżo po wykładach Cieszewskiego, dlatego należy o nim wspomnieć. Łojek skomentował odkrycie Cieszewskiego jako „kolejną fantastyczną teorię” i odwołał się do niezawodnego świadectwa N. Bodina (http://www.tvn24.pl/ii-konferencja-smolenska-zgniecione-puszki-i-inne-eksperymenty,364902,s.html).

 

Wprawdzie ów Łojek, tak jak i Lasek, swojej szacownej stopy przy słynnej brzozie, a więc też i na „działce Bodina” (o ile nie jest to po prostu teren wojskowy przy lotnisku XUBS, a „działka Bodina” to legenda na potrzeby katastrofologii smoleńskiej) nie miał okazji postawić, a Bodina to zna pewnie z telewizji, bo nie sądzę, by kiedykolwiek tenże Łojek z nim rozmawiał choćby przez telefon – ale czy to może mieć jakiekolwiek znaczenie? Grunt, że Łojek dla TVN24 okazuje się lepszym znawcą teledetekcji niż Cieszewski, nieprawdaż? Nie wchodzę już przy tej okazji w szersze, ocierające się o tragifarsę, spory między Łojkiem (ewentualnie całą „komisją Laska”) a „komisją Macierewicza” (http://www.fakt.pl/edward-lojek-przeprasza-kola-gospodyn-wiejskich,artykuly,423180,1.html).   

 

Ale czy media antyrządowe podjęły wątki z II KS? Myślę, że odpowiedź na to pytanie nie jest trudna, wystarczyło przejrzeć niedługo po II KS  „tygodniki opinii” nazywające się prawicowymi, konserwatywnymi, niepokornymi i Bóg wie jeszcze jakimi, by wyrobić sobie osąd. Wywiad z Cieszewskim przeprowadzony przez red. J. Lichocką, koncentrujący się na sprawach historyczno-sentymentalnych, a nie na istocie badań samego indagowanego, można traktować jako „kwiatek do kożucha” jedynie (http://niezalezna.pl/48087-prof-chris-cieszewski-dla-gp-o-zlamanej-brzozie-pracy-naukowca-i-surrealistycznej-polsce; por. też http://wpolityce.pl/wydarzenia/65203-chris-cieszewski-smolenska-brzoza-byla-zlamana-juz-5-kwietnia-przelomowa-analiza-zdjec-satelitarnych-ze-smolenska). Tak więc „zasługa”, iż II KS tak szybko przeszła do „niepamięci” społecznej – leży po obu stronach, a więc i mediów zależnych, i niezależnych, a więc całego mainstreamu. I to nie przypadek.

 

Czy słusznie typuje się II KS jako przełom w badaniach smoleńskich?

 

Słowa „przełom” można by użyć, gdyby na samej II KS tak potraktowano odkrycia Cieszewskiego. Tak się nie stało. Nie zmieniono porządku obrad, nie urządzono jakiegoś nadzwyczajnego panelu naukowego transmitowanego na żywo, nie podjęto wątku, a przecież to, co ogłosił Cieszewski, diametralnie zmieniało postać rzeczy – także dla uczestników II KS (no i dla oficjalnego śledztwa, ma się rozumieć, stąd też wnet posypało się „dementi” za „dementim” ze strony przeróżnych szacownych instytucji zajmujących się „katastrofą smoleńską”, z NPW na czele: por.http://freeyourmind.salon24.pl/543280,ekspertyza).

 

Oglądałem oba wykłady Cieszewskiego (udostępniane online) na II KS (dyskusja u mnie na blogu toczyła się niemal równolegle z poszczególnymi wystąpieniami na tej konferencji, pod notką http://freeyourmind.salon24.pl/541428,priwod) i pamiętam, jak w okolicach godz. 11-tej pierwszego dnia październikowej konferencji padły te słowa dotyczące złamania brzozy przed 10-tym Kwietnia i na sali zapadła martwa cisza świadcząca o sporej konsternacji. Tak bardzo chyba to, co odkrył Cieszewski, było „pod prąd” narracji, do której środowiska otaczające ZP się przyzwyczaiły. To znaczy o wiele łatwiej było przyjąć, iż to „niemożliwe” aniżeli, że to może być po prostu prawda.

 

Na marginesie zresztą dodam, że Cieszewski po II KS sam sobie zaszkodził, pokazując się z wykładem na posiedzeniu ZP w sejmie. Gdyby wygłosił wykład otwarty w jakimś neutralnym miejscu – najlepiej na sali uczelnianej lub ewentualnie jakiegoś instytutu badawczego (czemu nikt z ZP nie wpadł na to, by taki nadzwyczajny wykład dla studentów i innych naukowców w Warszawie zrobić?) – to sprawa byłaby pozbawiona politycznego kontekstu. Jeśli jednak Cieszewski zawitał do polskiego parlamentu, czyli samego centrum życia politycznego nad Wisłą, czyli do „polskiego piekiełka”, a wokół samego badacza utworzył się wianuszek ludzi Macierewicza, no to niestety, nie mógł oczekiwać (Cieszewski), iż nie zostanie to wykorzystane przeciwko niemu, a więc, że środowiska (tu zwłaszcza dyżurne autorytety moralno-naukowe) Czerskiej Prawdy spojrzą przychylnym okiem na tego rodzaju sytuację. Macierewicz, wciągając Cieszewskiego w swoje gry polityczne (a przecież ZP to jest w rękach Macierewicza wyłącznie instrument politycznego nacisku na rząd, a nie żadnego badania tragedii polskiej delegacji), zapewnił tym samym „twarde lądowanie” Cieszewskiemu, ponieważ to był dopiero początek awantury wokół tego naukowca rozpętanej przez media szkoły Michnika, awantury, która dotarła nawet do amerykańskiej uczelni, na której Cieszewski pracował. Macierewicz klasycznie wystawił Cieszewskiego.  

 

Jakie w Twojej ocenie były najważniejsze referaty i opracowania na II KS?

Oprócz tych wspomnianych wyżej, kapitalna była analiza „dźwięku uderzenia w drzewo” przeprowadzona przez prof. A. Gruszczyńską-Ziółkowską. Analiza ta pokazała, jak skoncentrowanie się na jednym detalu oficjalnej narracji pozwala wykazać fałszywość tejże narracji i/lub fałszywość materiału dowodowego (ściślej: przedstawianego oficjalnie jako dowodowy, bo czy on jest dowodowy, to osobna sprawa – do dziś wszak polska strona nie ma oryginałów zapisów CVR, ale jak wiemy, mało kogo to martwi).

Wykład dr. J. S. Wiśniowskiego związanego z Wojskowym Centrum Geograficznym też był intrygujący (nawiasem mówiąc, docenił ten wykład nawet Lasek, chwaląc Wiśniowskiego w mediach) – zwłaszcza w jednym aspekcie, takim, że teledetekcyjna analiza dokonana przez zespół, któremu przewodniczył Wiśniowski, analiza (obszaru Siewiernego) wykonana jesienią 2010, została utajniona. Informację o takim utajnieniu otrzymujemy wprawdzie trzy i pół roku po „katastrofie”, właśnie na październikowej (2013) konferencji, pytanie zatem, kiedy taka analiza (i przez kogo) zostanie odtajniona:). No ale ja na to pytanie nie znam odpowiedzi.

Bez wątpienia również wystąpienia pp. M. Wassermann i S. Zagrodzkiego były czymś, co wnosiło nową jakość, ponieważ dotyczyły oficjalnej dokumentacji medyczno-sądowej sporządzanej przez ruską i polską stronę. Niestety, referat Zagrodzkiego został zakończony awanturą wokół sprawy pokazywania drastycznych zdjęć i tematyka stanu ciał po „katastrofie” nie została należycie podjęta na II KS – tak więc znowu wątkiem wiodącym podczas październikowej konferencji okazała się (jałowa w gruncie rzeczy, jeśli części „wraku” nie zostały poddane kryminalistycznej analizie w Polsce i nie wiadomo, czy kiedykolwiek do niej zostaną przewiezione) problematyka zniszczeń fragmentów samolotu i – co oczywiste – hipoteza z „eksplozją w przestworzach”. W tym więc względzie II KS stanowiła kontynuację I KS.   

 

Jak oceniasz rolę ustaleń prof. Ch. Cieszewskiego i ich historię? (sam analizowałeś wcześniej na swoim blogu jego zdjęcia satelitarne) 

Cieszewski przeszedł prawie niezauważony na I KS pewnie dlatego, że miał wystąpienia po angielsku i nie zajmował się „niszczeniem tupolewa w wyniku wybuchów” (bo przecież dla mediów należących do szkoły Macierewicza, tylko ten temat I KS był istotny i tylko ten nagłaśniały) – choć już wtedy Cieszewski przedstawiał dwa wątki swoich badań: dziwny śnieg na pobojowisku w „miejscu katastrofy” na zdjęciu satelitarnym z 5-04-2010 oraz kwestię zniszczeń samej brzozy, wskazujących, iż nie zaszły one w sposób dynamiczny (gdyby zaszły dynamicznie, a więc np. w wyniku zderzenia się z brzozą samolotu, widać byłoby na drewnie np. świeże soki po uszkodzeniu). Wątek brzozy, jako eksploatowany do granic niemożliwości przez dendrologów zarówno od hipotezy wypadkowej (przypomnijmy sobie, jak wiele – chyba należałoby liczyć w tysiącach – prac napisano na temat, pod jakim kątem tupolew uderzył w brzozę i co się potem stało; ileż ścisłych umysłów przeprowadziło drobiazgowych wyliczeń, ile pięknych wzorów nam pokazano na przebieg całego zderzenia), jak i tych od „eksplozji w przestworzach”, nie interesował mnie specjalnie, natomiast analizy teledetekcyjne jak najbardziej.

 

To, na co zwracał uwagę Cieszewski, a propos zdjęć satelitarnych Siewiernego, to była wyjątkowa aktywność obserwacyjna, teledetekcyjna, jeśli chodzi o kwiecień 2010 i o to „nieczynne” smoleńskie północne lotnisko – aktywność nie tylko w okresie „po katastrofie”, lecz także w dniach przed. Pisałem obszernie o tym w Topologii smoleńskiej (2), więc odsyłam zainteresowanych do lektury uzupełniającej (tu do znalezienia: http://freeyourmind.salon24.pl/393348,komplet).

Drugą sprawą sygnalizowaną przez Cieszewskiego (już na I KS), było to, iż zdjęcie sat. z 9-04-2010 (przynajmniej to, do którego on miał dostęp) nie obejmuje wschodniej części Siewiernego, a więc i polanki samosiejek. Trzecią, że na fotografiach wykonanych „po katastrofie” nie widać buldożerów, koparek, dźwigów i innego ciężkiego sprzętu pokazywanego w mediach z okresu „sprzątania wrakowiska”.

Jeśli chodzi o „historię” wystąpień Cieszewskiego, to już chyba ten wątek wcześniej omówiliśmy, więc nie będę go ciągnął. Natomiast rola odkryć Cieszewskiego, podkreślę, jest olbrzymia, lecz zapewne z tego właśnie powodu tak skrupulatnie pomniejszana lub przemilczana przez „wypadkowców” i „wybuchowców” – kładą bowiem one (odkrycia Cieszewskiego) kres obu tym hipotezom, jak też wymagają rewizji i badań, i śledztwa, gdyż wskazują na nieprawdopodobną wprost skalę oszustwa, jakie towarzyszy temu, co zostało nazwane „katastrofą smoleńską”.

 

Czy mógłbyś zinterpretować nagonkę medialną na ZP (sprawa prof. Rońdy) i rolę prof. Kleibera przed II KS? Jak to widzisz? – w tych sprawach w ogóle się chyba nie wypowiadałeś…

Nie wiem, czy pamiętasz, ale to prof. Rońda miał zrazu otwierać II KS (http://wpolityce.pl/artykuly/65091-ii-konferencja-smolenska-przedstawiamy-szczegolowy-program-dwudniowego-spotkania-ekspertow-w-warszawie). To taka ciekawostka na początek mojej odpowiedzi. Nie znam ani jednego, ani drugiego z naukowców, ale kiedyś (w owym gorącym okresie) rozmawiałem na temat prof. Rońdy ze znajomymi, którzy byli tego zdania, jakie pojawiło się w mediach, tzn. że Rońda nie powinien był blefować/oszukiwać/kłamać etc. występując publicznie i dyskutując z dziennikarzem. Z pozoru takie postawienie sprawy wydaje się całkiem słuszne, odpowiedziałem, wszak ethos naukowca ewidentnie kłóci się z jakąkolwiek formą głoszenia nieprawdy. Ale :).

Ale to nie jest wcale właściwe postawienie sprawy (abstrahuję od samego Rońdy w tym miejscu, chcę powiedzieć coś ogólniejszej natury).

W przypadku 10 Kwietnia mamy przecież do czynienia z wszechogarniającym kłamstwem, oszustwem, blefem, a nawet oficjalnym, instytucjonalnym poświadczaniem nieprawdy – mamy sfałszowane dokumenty medyczne, mamy sfałszowane dokumenty wojskowe, mamy sfałszowane ekspertyzy, sfałszowane stenogramy etc. nie licząc multum fałszywych informacji, spekulacji, wizualizacji etc., które przewalały się przez media od pierwszych godzin po ogłoszeniu „katastrofy” i co rusz powracają do dziś. Tak więc w przestrzeni publicznej panuje „wolna amerykanka” i ja się wcale nie dziwię, że Rońda nieco sfaulował zawodnika, którego spotkał na boisku. Ileż to dziennikarze wypisywali na temat naukowców w ogóle ośmielających się brać za temat „Smoleńska” w inny sposób niż by to nakazywała Czerska Prawda? Czy więc naukowcy nie mają prawa czasem odwinąć się na odlew dziennikarzom? A nawet politykom, którzy kłamią bez mrugnięcia okiem do kamer? Ależ jak najbardziej.

I nawet powinni naukowcy iść na udry z dziennikarzami i politykami – bo to naukowcy (obok duchowieństwa i ludzi sztuki) stanowią elitę intelektualną narodu (a nie pożałowania godni politycy czy podporządkowani im żurnaliści). Tylko że naukowcy obudzili się dopiero długo ponad rok po fakcie. I KS była spóźniona o rok – należało takimi badaniami się zająć już w pierwszych miesiącach po „katastrofie”.  

Natomiast prof. Kleiber miał jeden intrygujący pomysł – tj. aby na dyskusję w PAN-ie, oprócz strony KBWLLP i ZP, zaprosić też jakąś „trzecią stronę”, jak się wyrażał w mediach. Kogo jednak miał na myśli, nigdy nie sprecyzował, a przynajmniej ja nie słyszałem takiego dookreślenia. Czyżby zwolenników całkowitej rewizji śledztwa, kwestionujących zaistnienie lotniczego zdarzenia na Siewiernym z udziałem „prezydenckiego tupolewa”? Jeśli tak, to cała sprawa mogła zostać spalona na panewce właśnie z tego względu. Zrobiono więc w mediach dym wokół ekspertów ZP i samego Rońdy, od którego (w klasycznym już swoim stylu) natychmiast odcięła się szkoła Macierewicza jak od trędowatego – ale w ten sposób nie dopuszczono do otwartej dyskusji z udziałem naukowców, którzy zadaliby kłopotliwe pytania i przedstawicielom KBWLLP, i ZP. Może tu jest pies pogrzebany?

Całkiem niedawno (27 listopada 2013) do sprawy ekspertów ZP i samego Rońdy powrócił prof. A. Zoll, którego do tej pory nie kojarzyłem z kręgiem osób zajmujących się katastrofami lotniczymi, w rozmowie z wybitną znawczynią katastrof, red. A. Kublik (http://wyborcza.pl/1,75478,15029882,Prof__Zoll__Czas_odrzucic_moralny_szantaz_Macierewicza.html#MT).

 

Jak możemy się domyśleć (warto wywiad poczytać), Zoll ubolewał nad działalnością „naukowców smoleńskich”, nad „blefami i kłamstwami szkodzącymi polskiej nauce”, ale słowem się nie zająknął, jako profesor nauk prawnych, na temat prawnych podstaw „badań smoleńskich” i prawnych podstaw powołania „komisji Millera”, dajmy na to, choć to temat-rzeka, chciałoby się rzec, właśnie dla prawnika. W tej zaś materii mógłby Zoll powiedzieć o wiele więcej aniżeli na temat zasadności takich czy innych podejść w katastrofologii. Oczywiście Kublikowej też nie przyszło do głowy, by o takie kwestie Zolla zapytać.

 

Do tego portretu warto dorzucić jeszcze jeden – także profesora nauk prawnych. Oto odchodząca ze stanowiska ministra nauki i szkolnictwa wyższego prof. B. Kudrycka wpadła na kongenialny pomysł unieważniania w pewnych przypadkach tytułów naukowych, a ściślej, tytułu profesorskiego (http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-kontrowersyjny-pomysl-kudryckiej-na-pozegnanie-z-resortem,nId,1064205). Chodzi o odbieranie tytułu osobie, która po prostu była nierzetelna – wyjaśnia K. Melcer (por. też http://www.naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,392656,nowy-rzecznik-resortu-nauki.html), który wprawdzie jeszcze nie ma tytułu profesora, lecz na pewno wie, jak odróżnić rzetelnego profesora od nierzetelnego – wedle jakiego klucza. Zwłaszcza na jakich podstawach prawnych.

 

Pomysł ten jest jednak nieco spóźniony, należało go zastosować już w 1989 r. unieważniając prace habilitacyjne, doktorskie i magisterskie pisane z (pseudonauki) marksizmu-leninizmu – co na pewno ożywiłoby sytuację na dziesiątkach polskich uczelni w III RP, gdzie najrozmaitsze peerelowskie sitwy przetrwały rozmaite „burze i napory” w stopniu nienaruszonym. I znakomicie miewają się do dziś.

 

Ale chyba nie o to chodziło Kudryckiej. Więc może o pseudonaukę jaką jest psychoanaliza (tę ocenę podzielam za prof. K. Popperem) albo tak popularne obecnie gender studies? Czy też celem zmian legislacyjnych jest zwalczanie nierzetelności w postaci kwestionowania wiarygodności np. „raportu MAK”? Tak czy tak trzeba przyznać Kudryckiej, że odchodzi w wielkim stylu – choć ta proponowana przez nią poprawka ma nikłe szanse powodzenia w środowisku akademickim. Pytanie tylko, czy na to kongenialne rozwiązanie wpadła Kudrycka tak sama z siebie, czy też pomysł podsunął jakiś polityk w stopniu jakiegoś magistra (ciekawe z jakiej dziedziny i z jakiej problematyki) chcący sobie „pomajstrować przy nauce”? Od razu jednak, gdy poczytałem o tym pomyśle, nasunęła mi się analogia z dekadami komunizmu, kiedy pepeerowcy, a potem pezetpeerowcy wywalali ludzi z profesorskimi tytułami z uczelni za niewłaściwe poglądy. Nierzetelne zwłaszcza w stosunku do marksizmu-leninizmu i do bieżącej linii Partii. Czy o taki ideał chodziło Kudryckiej?

 

Jak oceniasz przyczyny jednoznacznego odcięcia się grona naukowców od ZP na II KS? 

Może to odcięcie się nie było aż tak jednoznaczne, wszak konferencję podsumowywał nagrodzony oklaskami szef ZP :). Raczej chodziło, sądzę (w tym deklarowaniu się naukowców, iż II KS nie jest organizowana przez „komisję Macierewicza”), o to, że nadwiślańskie media z iście maniackim uporem tak przedstawiały II KS, a więc jako konferencję „naukowców Macierewicza” – co na pewno nie każdemu z występujących na niej mogło/musiało się podobać (taka stygmatyzacja wszak ciągnie się potem w życiorysie zawodowym).

 

Gdyby jednak chciano urządzić otwartą debatę wokół dokumentacji związanej z „katastrofą smoleńską” – no bo tak należy ujmować sytuację, w jakiej się znajdujemy: analizujemy dokumentację, nie mamy zaś dostępu do materiałów dowodowych – to zaproszono by chociaż prof. M. Dakowskiego, który zgłaszał się w ub. roku ze swym referatem na I KS, zaprosić do uczestnictwa w organizowaniu konferencji i do wzięcia w niej udziału z jakimś wystąpieniem. Ale Dakowski pewnie zacząłby stawiać publicznie za dużo trudnych pytań i atmosfera jednomyślności panującej wśród badaczy (przekonanych, że jeśli nie wypadek to „eksplozja w przestworzach”) mogłaby na tym bardzo ucierpieć. Jestem zresztą przekonany, że Dakowski podjąłby zaraz wątki przedstawiane przez Cieszewskiego, zaś gdyby Dakowskiego wziął do studia telewizyjnego jakiś kulturoznawca, jak ten dansingbubek z Polsat News, to Dakowski pogoniłby mu w dyskusji przed kamerą takiego kota, że gość nie wiedziałby jak się nazywa (Cieszewski i tak łagodnie i zgoła po dżentelmeńsku się obszedł z tym żurnalistą: http://www.youtube.com/watch?v=UmAOo1kS8CU).

 

Jak oceniasz szanse naukowców na rozwój badań smoleńskich – czy będą chcieli i czy będą mogli wyjść poza rządową narrację?

Wydaje mi się, że teraz czeka nas decydujący ruch ze strony NPW, na który zwracałem swego czasu uwagę w Wizji lokalnej (3) (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2013/06/FYM-WL3.pdf, por. komunikat NPW podany pod koniec czerwca 2013, s. 29). Jeśli biegli współpracujący z NPW stwierdzą z całą powagą, że smoleńska brzoza została zniszczona przez tupolewa 10 Kwietnia i że w drzewie tkwią kawałki polskiego Tu-154M 101, to będzie to jednoznaczny sygnał, iż zachodzi swoiste „zamknięcie tematu” i zarazem „zatrzaśnięcie wieka historii” – tj. że do wierzenia przekazuje się „szaremu człowiekowi”, załganą do niemożliwości moskiewską wersję losów Delegatów jako obowiązującą, usankcjonowaną prawnie i instytucjonalnie.

 

Jeśli (przy takim rozwoju zdarzeń, a więc i wtedy rychłym umorzeniu śledztwa, być może w dn. 10-04-2014) nie nastąpi jakiś wyciek w postaci publikacji utajnianych dokumentów, zdjęć, filmów, ekspertyz, nagrań, zobrazowań radarowych etc. – to może nastąpić okres „zamrożenia sprawy” i udawania przez wiele zainteresowanych stron, że „Polacy nic się nie stało”. I brania nas (mam na myśli osoby żywo zainteresowane wyjaśnieniem tragedii Delegatów, a nie sposobu uszkodzenia fragmentów wraku pokazanych na zdjęciach z Siewiernego) na przeczekanie.

Może jednak zajść coś, co sprawi, iż oficjalna narracja przestanie być moskiewska. Wiele tu zależy od samych ludzi. Na przykład od oficerów i żołnierzy eks-36 SPLT, którzy kiedyś mieli zakaz wypowiadania się do mediów, a którzy wiedzą dużo więcej niż powiedzieli. Od osób pracujących w IES-ie. Od osób, które dokonywały ekspertyzy „filmiku Koli” dla NPW, od osób pilnujących rozmaitych depozytów z materiałami dowodowymi. I tak dalej.

 

Jak oceniasz szanse hipotez inscenizacyjnych: w ich przebiciu się do szerszej świadomości społecznej, w znalezieniu się tego nurtu w oficjalnych badaniach, w prokuratorskim śledztwie? 

Nie wiem, czy myślenie w kategoriach „przebijania się do świadomości społecznej” jest właściwe. Albo inaczej: skąd Twoja pewność, że „hipotezy inscenizacyjne”, jak to nazywasz, się nie przebiły do tej pory? Ja jestem przekonany, że się właśnie przebiły, lecz istota rzeczy polega na tym, że „dopóki nie ogłosi tego pan/pani w telewizji”, dopóty nie ma to statusu oficjalnej wersji zdarzeń. Tak działa „magia telewizji” (jeszcze od czasów peerelu). Oczywiście do tego stanu rzeczy, jeśli chodzi o 10-04, przyczyniły się media mainstreamowe – te prorządowe i te antyrządowe, które współzgodnie utrwaliły dogmatykę smoleńską, niemal całkowicie przemilczając, ewentualnie spychając na margines, ośmieszając lub łącząc z ruską agenturą (to już patent stygmatyzowania stosowanego przez szkołę Macierewicza, której wcale nie przeszkadza korzystanie z ruskich źródeł i to nawet z takich źródeł jak FSB) wszelkie próby kwestionowania „zdarzenia lotniczego na XUBS z 10-04”.

 

Powiem teraz trochę jak belfer od medioznawstwa, ale już w drugiej połowie lat 40. odkryto funkcję mediów polegającą na nadawaniu statusu (osobom, instytucjom, wydarzeniom, opiniom etc.). Funkcja ta polega przede wszystkim na tym, iż to, co jest podawane w mediach, traktowane jest przez odbiorców jako ważne – a to, czego nie ma w mediach, jako nieważne.

 

Jeśli Ty sobie złamiesz rękę, to ekipa TVP/TVN itd. nie przyjedzie Cię filmować, ale jeśli złamie sobie rękę premier lub prezydent, to na pewno zainteresuje się tym TVP/TVN. Jeśli jednak pokazano by Ciebie w telewizji w wiadomościach z jakiegoś powodu, to widzowie automatycznie potraktowaliby to, jako coś ważnego (skoro zainteresowały się tym media) – bo np. kogoś uratowałaś, albo popełniłaś jakieś przestępstwo, albo odniosłaś jakiś niezwykły sukces i stąd „jesteś w TV” itd. Oczywiście, gdyby to było prawdą (że media nagłaśniają sprawy ważne i że to, co nagłaśniają media, to sprawy ważne), to moglibyśmy spać spokojnie, czekając aż żurnaliści dorwą się do jakiegoś gorącego tematu i prześwietlą go na wylot.

Niestety, dziennikarze, ludzie mediów, funkcjonariusze medialni, redaktorzy prowadzący etc. nad Wisłą, doskonale wiedząc (uczą się tego na studiach), że media mogą właśnie nadawać status, wykorzystują z premedytacją ten potencjał mediów do wyolbrzymiania rzeczy błahych (tu masz gigantyczną ilość plotek i pogłosek w mediach każdego dnia – zwłaszcza na portalach informacyjnych, które są obecnie podstawowym źródłem newsów dla przeciętnego zjadacza chleba), a pomijania rzeczy naprawdę ważnych. Zapycha się odbiorcom dzień szumem medialnym i śmieciami newsowymi – by ci ludzie „nie zawracali sobie głowy” sprawami istotnymi.

Ten proces równoczesnego wyolbrzymiania/pomijania pewnych aspektów rzeczywistości można obserwować wszędzie – od łamów Czerskiej Prawdy i Rzepy po łamy Naszego Dziennika – wszędzie, podkreślam, bez wyjątku. Różnica jest może w skali – gigantyczną (i właściwie nie do strawienia w ciągu dnia) ilość śmieciowych wiadomości znajdziesz na informacyjnych portalach najbardziej „obleganych” przez odbiorców (te śmieciowe newsy są też po to, by podnosić klikalność strony, co przekłada się na zainteresowanie reklamodawców daną stroną).

Poza tym musimy pamiętać, że dziennikarze tych czy tamtych mediów są zaangażowani politycznie (nie kryją się z tym szczególnie), co przekłada się nie tylko na sposób „widzenia świata” (zgodny z daną szkołą medialną – Michnika, Macierewicza etc.) – ale również na rutynę nadawania statusu. To, co jest dla danego medium ważne, podlega podwójnej korekcie w ramach tzw. polityki redakcyjnej – 1) „dajemy to”, bo to ważne z punktu widzenia naszego środowiska politycznego i 2) jest to ważne, o ile nie szkodzi naszemu środowisku politycznemu. Jeśli szkodzi, trzeba to bagatelizować, przemilczać, wyszydzać, deprecjonować, mieszać z błotem itd. Te mechanizmy działają po obu stronach pozornej barykady (między środowiskami rządowymi a opozycyjnymi) – dzięki temu tak szczelna jest blokada obejmująca „hipotezy inscenizacyjne”. Na szczęście nie wydaje mi się, by o wszystkim mogły decydować te właśnie środowiska. Sprawa 10-04 ma charakter międzynarodowy i zapewne dopiero na tym poziomie zostanie rozstrzygnięta kwestia, co i kiedy „ujawniać dalej”. Także jeśli chodzi o tragiczne losy Delegatów.    

 

[cdn]

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.