Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 57 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow Smoleńsk 13/III arrow Co robi Macierewicz? Czyli siedem mgnień demaskacji.
Tuesday 01 December 2020 00:00:01.31.
migawki
 

Wezwanie do postu i modlitwy w czasie Adwentu 2020 roku

Ci niby-rządzący - prezes, premier [nie liczmy dokooptowanych urzędników, jak Niedzielski itp.] w panice miotają się, zachowują się jak przerażeni idioci czy wariaci podczas pożaru na strychu, gdy schody już się spaliły. Piszą o tym nawet ich sojusznicy. Kto wie, co - czy kto - ich tak przeraża? [proszę o krótkie sugestie, ale bez sloganów].

=================

Połajanki w łże-prawicy: - W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, "miękiszonem", trzeba być twardym, trzeba potrafić dbać o interesy własnego kraju, Polski - mówił Ziobro w kontekście prowadzonych przez premiera Morawieckiego negocjacji wokół budżetu UE i mechanizmu praworządności.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Co robi Macierewicz? Czyli siedem mgnień demaskacji. Drukuj Email
Wpisał: Zezorro   
29.12.2013.

Co robi Macierewicz? Czyli siedem mgnień demaskacji.

 

 

[Umieszczam ten artykuł jako t.zw. „artykuł dyskusyjny”. Mam nadzieję, że tak Członkowie Zespołu pana Macierewicza, jak i On sam, w tej dyskusji wezmą merytoryczny udział. Połajanki przy pomocy wynajętych anonimów – nie spełnią tej roli. Na pominięcie sprawy milczeniem - jest za późno. CZEKAMY.

Mirosław Dakowski]

 

[ Uwaga: bloger GORYLISKO, który skopiował ten tekst na "Nasze Blogi", został tam 30 grudnia wycięty. Z korzeniami, tj. z wszystkimi innymi artykułami. W ramach dyskusji merytorycznej.Oto niezależność na "Niezależnej", a niezmordowane poszukiwanie prawdy - w środowisku GaPol-a. Mirosław Dakowski] 

 

 

Autor: Zezorro, wzięte z: http://zezorro.blogspot.com/2013/12/co-robi-macierewicz.html

 

Jak wiadomo powszechnie pan Macierewicz jest przewodniczącym sejmowego zespołu, badającego tzw. „katastrofę smoleńską”. Z powodów, które wymienię, należy – w imię poznania kulis kwietniowego zamachu stanu oraz losu jego ofiar – niezwłocznie zdemaskować pozornie niezborne i bezskuteczne zabiegi tego zawodowego polityka, który w istocie jest ponurym zwornikiem kłamstwa smoleńskiego. Należy tak uczynić z wielu powodów, z których najbardziej oczywiste opisano poniżej, z powodem głównym na wstępie. Bez tego działania mianowicie nie mamy żadnej szansy poznania prawdy o kwietniowym zamachu, wyznaczającym graniczną datę faktycznej likwidacji Polski.

 

Powód pierwszy – co naprawdę bada Zespół?

 

Zespół parlamentarny, powołany do zbadania kwietniowej katastrofy, jest praktycznie zdominowany przez jedną osobę – jego przewodniczącego, który kieruje pracami jednoosobowo i traktuje działalność w nim niedwuznacznie jako doskonałą trampolinę polityczno-wyborczą, pozwalającą mu bezustannie od trzech lat brylować we wszelkich mediach, w ramach ciągłej kampanii politycznej, toczonej pracowicie w cyklu spotkań parafialnych, we wszystkich już praktycznie powiatach Polski i najważniejszych okręgów w Stanach. Ze sprawą faktycznego badania okołosmoleńskiej zbrodni nie ma to nic wspólnego, co łatwo można sprawdzić po wynikach trzyletnich prac Zespołu, nie mającego dosłownie żadnych materialnego dorobku, poza bezwartościową serią medialnych, propagandowych występów, zdominowanych przez postać Macierewicza.

 

Twierdzę, że Zespół nie tylko do żadnych wyników nie doszedł, ale wręcz dojść nie mógł, z powodów fundamentalnych. Otóż Zespół Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154 Mjak wskazuje jego nazwa powołano do zbadania „przyczyn katastrofy samolotu”. A co, jeśli żadnej katastrofy nie było? Zespół takich możliwości naturalnie nie bada, wręcz panicznie od nich się odżegnuje, a każdą osobę napomykającą o hipotezie inscenizacji w Smoleńsku atakował dotychczas bezpardonowo stekiem wyzwisk, na czele z „ruskimi agentami”. Dlaczego? Ponieważ bada katastrofę samolotu i nic ponadto. Innych hipotez i spraw badać nie może i jest to uwidocznione w samej nazwie. Oczekiwanie, że komisja od katastrofy samolotu zajmie się - w dodatku fachowo – zaginionymi ofiarami zbrodni, okazało się skrajną naiwnością. Czas najwyższy naiwne nadzieje przeciąć i przejść do realnych działań.

 

Alergiczne zachowanie na hipotezę inscenizacji nie powinno zatem dziwić, bowiem Zespół powołano do zbadania z góry założonej tezy: w Smoleńsku miała miejsce  katastrofa. Jest to uwidocznione w samej nazwie tej komisji. Nie może ona badać hipotezy inscenizacji w Smoleńsku, bowiem takowa przynajmniej częściowo wyklucza katastrofę samolotu. To leży już poza wyznaczonym zakresem działania zespołu Macierewicza i słusznie omija go on z gorliwością licealisty, bowiem pacta sunt servanda, ale przy takim ustawieniu formalnym głównej figury rozgrywającej, którą bezspornie jest Macierewicz, naród nie ma żadnej szansy na poznanie prawdziwego źródła, przebiegu i skutków kwietniowego zamachu, którego głównym strażnikiem w polskim Sejmie jest złowieszcza figura Macierewicza.

Dlatego, z przyczyn formalnych i parlamentarnej arytmetyki politycznej, prawdziwe pobudki i zleceniodawców Macierewicza należy zdemaskować. Dopóki będzie bezpiecznie nadzorował pozorowane „badania” jako szef sejmowej komisji w tej sprawie, naród nie będzie miał nawet cienia szansy na poznanie prawdy.

 

Powód drugi – nieustający festiwal medialny

 

Wyniki trzyletnich prac sejmowej komisji są po prostu porażające. Merytorycznie nie ma dosłownie żadnych wyników, poza pseudo-raportami, które zostały albo skompilowane z materiałów opracowanych pro publico bono przez internautów, a więc bez żadnego udziału komisji (tzw. Biała księga) i wydane odpłatnie przez Gazetę Polską, albo jako zestaw referatów z tzw. naukowych konferencji, do których dopuszczono tylko wyselekcjonowanych i zaakceptowanych przez Macierewicza naukowców. Na tych imprezach nie przedstawiono publicznie żadnych badań i koncepcji, wykraczających poza hipotezę katastrofy lotniczej w Smoleńsku, na którą nie mamy obecnie w Polsce absolutnie żadnych dowodów, poza stekiem fałszywek dostarczonych przez Rosjan.

Zgłoszenia naukowców prezentujących stanowisko odmienne od tytułowej „katastrofy Tu-154”, przykładowo prof. Dakowskiego i dr. Przywary, zostały arbitralnie odrzucone.

 

Pomimo przygniatającej obecności Macierewicza w mediach, głównie poprzez Gazetę Polską, ale także korespondującą kampanię w kierunku przeciwnym, głównie poprzez ponurą groteskę Komisji Millera, która przez trzy lata była niemal doskonałą antytezą Zespołu Macierewicza, śledztwo nie posunęło się dosłownie ani na jotę i znajduje się dokładnie w tym samym miejscu, co w kwietniu 2010, czyli nigdzie. Nie mamy dosłownie żadnych dowodów materialnych zamachu kwietniowego. Jest to po części zasługa ośrodka rządowego i prokuratury, które udają w mniej lub bardziej udatny sposób śledztwo, ale także już w niemałym zakresie samego Macierewicza, który ograniczył się do medialnych występów, a poniechał kluczowych działań, które mimo przewag aparatu rządowego, cały czas są w jego zasięgu, w tym skuteczne wystąpienia do wszystkich organów administracji oraz organizacji międzynarodowych.

Zespół Macierewicza nie przesłuchał i nie zapytał nawet korespondencyjnie o zdanie kluczowych świadków wydarzeń kwietniowych, w tym jej uczestników – członków rodzin zaginionych, choć ustalenie i zweryfikowanie ich losów pozostaje podstawowym obowiązkiem ludzkim. Zespół nie wystąpił o zweryfikowane informacje dotyczące tragicznego lotu do organizacji tym się zajmujących, w tym do polskiej PANSA, ani nie przeprowadził żadnego sprawdzenia podejrzanej konduity opowieści świadków i zaprezentowanych przez nich „dokumentów” w postaci planu lotu, listy pasażerów itp., ani wśród personelu terminala rządowego na lotnisku Okęcie, ani odpowiednich służb, w tym Straż Graniczna itp., które są dotychczas jedynymi dowodami na odlot delegacji. Ponadto Zespół nie zwrócił się z pytaniami do żadnej organizacji krajowej, do rzeczoznawców z dziedziny lotnictwa, którzy mogliby rzetelnie ocenić wiarygodność i spójność (czyli widoczny gołym okiem jej całkowity brak) rzekomych dowodów na oficjalną wersję nieszczęśliwego wylotu.

 

Jakby było tego mało, Zespół nie zwrócił się do żadnych organizacji międzynarodowych o pomoc, w szczególności do wywiadów sojuszników i cywilnych organizacji lotniczych na świecie o pomoc merytoryczną, w tym o zebraną dokumentację fotograficzną miejsca zdarzenia, choć organizacje te, w szczególności wywiad amerykański i niemiecki, zwracały się drogą oficjalną i nieoficjalną z propozycjami współpracy, gdyż obfitą dokumentację w oczywisty sposób posiadają i są gotowi jej użyczyć, wraz z fachowymi ekspertyzami, w każdej chwili.

 

Doszło nawet do tego, że wspierany przez amerykański wywiad polski naukowiec Krzysztof Cieszewski musiał ostatnio przedstawić osobiście pozyskane z publicznie dostępnego zasobu zdjęć satelitarnych i skonfrontować je z przedstawionymi przez Rosjan, aby udowodnić na forum konferencji Zespołu, że tzw. pancerna brzoza była złamana już 5 kwietnia, czyli na pięć dni przed rzekomą katastrofą, więc oficjalne opowieści o rzekomym wypadku, serwowane zgodnie przez Rosjan i komisję Millera, są bajką. Nie było żadnego złamania skrzydła, nie było żadnej brzozy, więc zapewne nie było też żadnej katastrofy!

 

Czy Zespół Macierewicza badał taką hipotezę?

Ani przez chwilę, choć dowodów na to nie brakuje, a ostatnio pokazał je Krzysztof Cieszewski. W niczym nie przeszkadzały one jednak Macierewiczowi przez trzy lata z uporem maniaka lansować wydłubanej z zasmarkanego nosa gimnazisty teorii dwóch wybuchów, które miały rozerwać kadłub tupolewa! Przez trzy lata snuł on mrożące krew w żyłach opowieści o wybuchach, nie mając na ich poparcie dosłownie żadnych materialnych dowodów, poza kupą śmieci w postaci rosyjskich zdjęć szmelcu niewiadomego pochodzenia.

 

Nie wykonał żadnego kroku, aby takie dowody pozyskać, choć zgłaszali się do niego chętni, a ich zdobycie było w zasięgu amerykańskiego naukowca. Uparcie wspierał i lansował jako „naukową” teorię wybuchów, zachwalał jej pełność i niezmiennie wzbudzał nadzieję rychłego dojścia do końcowej konkluzji. Te zwodnicze cyrki odprawiał przez trzy lata i gdyby nie powaga sprawy, wypadałoby się rozpłakać ze śmiechu i rozpaczy, jak bezwzględnie cyniczni ludzie występują w Sejmie oraz jak bezdennie głupi ludzie oglądają podobne przedstawienia w telewizji.

 

Powtórzmy to bez lęku. Zespół sejmowy Macierewicza, mimo że ma takie prerogatywy, personel i zapewnione na to publiczne pieniądze, nie pozyskał w ciągu trzech lat swoich występów medialnych i parafialnych żadnych materialnych dowodów zamachu kwietniowego, ograniczając się do „badań” sterty ruskich śmieci w postaci tysięcy zdjęć niewiadomej proweniencji !

 

Co zatem wykonał przez trzy lata Zespół Macierewicza? Wykonał taniec na grobach ofiar, czyli medialny, ponury festiwal wyborczy, udający podważanie tzw. Raportu Millera, który jest zresztą równie wiarygodny, jak i opowieści o wybuchach. Wybuchy, czy pancerna brzoza, dla organizatorów zamachu nie ma większej różnicy, bo obydwie „hipotezy” nie mają żadnego oparcia w świecie rzeczywistym, nie ma na ich poparcie żadnych dowodów, zatem obydwie są równie bezpieczne. Z tego powodu zaniechanie przez Macierewicza jakichkolwiek działań pozytywnych w kierunku pozyskania istotnych dowodów, a takie prerogatywy bez wątpienia posiada, jest nie tylko aktem dywersji sprawiedliwości, ale zwyczajnie zdradą stanu, bowiem bez rozwikłania zagadki zamachu kwietniowego nie da się nie tylko myśleć o niepodległości, ale jej utrata została właśnie praktycznie przypieczętowana.

 

Powód trzeci – niezborne „hipotezy”

 

Przedstawiona wyżej sztucznie i świadomie skonstruowana dychotomia pancerna brzoza – wybuchy była pieczołowicie pielęgnowana przez Macierewicza przez bite trzy lata, więc jeśli odważysz się na podważanie jej oczywistej premedytacji, musisz podać naprawdę przekonywające dowody. Jest ona tak oczywista w swej partackiej konstrukcji, że widać ją bez żadnego wysiłku przy każdym bliższym spojrzeniu, ale propaganda taka właśnie jest. Bazuje na masowym widzu, który nie tylko nie ma mentalnych predyspozycji do samodzielnego myślenia, ale nie ma wręcz na myślenie żadnej ochoty. Ma przed sobą autorytet i ten autorytet mu mówi, że były wybuchy. No to były.

 

Kłopot dla prawdziwego badacza, a nawet dla każdego myślącego człowieka polega na tym, że na poparcie hipotezy wybuchów, które z uporem katarynki odgrywał przez trzy lata Macierewicz, nie ma dosłownie żadnych dowodów. Co gorsza, rzekome dowody, które zebrali i opracowali na zlecenie Zespołu wyselekcjonowani naukowcy, nie trzymają żadnego poziomu merytorycznego i logicznego. Opracowania na poparcie tezy wybuchów, poza znamiennym wyjątkiem ekspertyzy Biniendy, który notabene zajął się analizą materiałowo-konstrukcyjną, wykluczającą złamanie skrzydła przez pancerną brzozę, które jest oczywiste dla dawnego gimnazisty, i nie zajmował się domniemanymi wybuchami, są oparte na odpustowych prezentacjach obrazkowych w powerpoincie, w których notabene autorzy nie mają żadnej estetycznej wprawy i w każdej dużej korporacji byliby wyśmiani, bez dosłownie żadnych podstaw matematyczno- fizyczno- inżynierskich. Dosłownie żadnych!

 

Inżyniera, patrzącego na te obrazkowe wypociny bajkowo-wybuchowe ogarnia pusty śmiech, bo opowieści o przyspieszeniach 100 g i podobne bajdoły opierają się na dowolnych zestawieniach nieznanej bliżej proweniencji ruskich zdjęć pobojowiska, na którym miało dojść do katastrofy. Nie ma poza tymi zdjęciami żadnych materialnych, fizycznych, materiałowych ani rzeczoznawczych podstaw. Żadnych!

 

Jaka jest zatem wartość bajek o wybuchach? Taka sama, jak bajek braci Grimm i „raportu” Komisji Millera. Doskonale się nadają do ekranizacji w postaci serialu „Jak Macierewicz dzielnie wybuchy tropił”. Taka wspaniała reklama. I taka nośna fabuła, aż żal przerwać serial....

 

A jednak wybuchowy serial został przerwany przez wejście na scenę Krzysztofa Cieszewskiego, który udokumentował, że nie tylko żadnej katastrofy nie było, ale coś wiele, wiele gorszego, o czym pisałem przed chwilą, a mianowicie że, wbrew płaczliwej i umęczonej martyrologii, na której opiera się serial reklamowy Macierewicza, dowody co naprawdę się w Smoleńsku wydarzyło można bez wysiłku od Amerykanów (i tuzina innych wywiadów) dostać i szybko opracować, ale tego Zespół Macierewicza właśnie od trzech lat nie robi, wręcz pracowicie i z wielkim nakładem sił propagandowych ukrywa, aż musieli nasi sojusznicy zza oceanu wysłać człowieka, który łatwo dostępne zdjęcia satelitarne tubylcom wyjaśnił. Ta merytoryczna konstatacja całkowicie pogrąża Zespół, a jego szefa szczególnie, bowiem ukazuje dowodnie, że pseudonaukowe konferencje i raporty mają tyle wspólnego z nauką, co krzesło elektryczne z krzesłem. Oba służą jak wiadomo do siedzenia, jednak w zupełnie innym celu podstawowym...

 

Czy Macierewicz nie był świadom innych, niewybuchowych hipotez i z powodu niewiedzy wykluczył je a priori, a nawet pozyskanie dowodów do nich prowadzących, choć – jak wskazano wyżej – do zdobycia i opracowania twardszych od fałszywych zdjęć dowodów miał pełne prawo, kompetencje i liczne okazje, całkowicie i skutecznie zablokował? Absolutnie i jednoznacznie wykluczone, zwłaszcza po wystąpieniu Cieszewskiego.

Nie tylko aktywnie wykluczył on inne hipotezy z firmowanych przez siebie konferencji, ale ponadto świadomie przez trzy lata odstawiał pseudonaukowe pseudobadania domniemanej katastrofy, ograniczając się do jednego jej scenariusza, a mianowicie wybuchowego, na co nie ma żadnych, ale to absolutnie żadnych materialnych dowodów. Stoi to w rażącej sprzeczności z bezstronnością badań naukowych, z nauką w ogóle, a logiką i prawem w szczególności.

 

Dyskwalifikujące dla naukowca, inteligenta i każdego człowieka myślącego jest rażąco niski, wręcz debilny poziom medialnej narracji Zespołu Macierewicza, równy co prawda swemu dychotomicznemu odbiciu w postaci bajek Millera, dla przygłupów wierzących w pancerne brzozy, ale niemniej dla gawiedzi dotychczas skutecznie lansujący Macierewicza na jedynego, niezłomnego obrońcę przed złym ruskim czekistą.

 

Nie zmienia to ustalenia faktycznego, że bajki Macierewicza są tandetą i do prawdy doprowadzić nie mogą, bowiem opierają się na bzdurnych i niezweryfikowanych „dowodach”, zatem są dla państwa śmiertelnie groźne, jak każda osłona prawdziwego zamachu, a taki miał niewątpliwie miejsce w kwietniu 2010, więc sprawa jest śmiertelnie poważna nie tylko w wymiarze jednostkowym, co wiedzą ofiary kwietniowe i późniejsze, ale zwłaszcza i ponad wszystko w wymiarze społecznym, państwowym, bo o sprawie fundamentalnej dla bytu państwowego mowa – o zamachu stanu!

 

Aby dojść do prawdy o kwietniowym zamachu, trzeba z drogi usunąć dezinformatorów w przebraniu „ekspertów” i propagandystów w przebraniu „naukowców”, zebrać dostępne dowody i je wzajemnie skonfrontować. Nie wymaga to geniuszu, wystarczy uczciwość i naukowa rzetelność, potrafi to wykonać każdy prokurator.

 

Powód czwarty – „amerykańskie ekspertyzy”

 

Zespół Macierewicza przez długi okres świadomie i podstępnie posługiwał się kłamliwą retoryką, iżby korzystano z amerykańskiej pomocy w śledztwie, czym wspierał nie tylko rosyjskie tezy dezinformacyjne, uwiarygodniając Rosjan jako źródło danych z rejestratorów, ale także opowieści rządowe o doskonałej międzynarodowej współpracy przy badaniu rzekomej katastrofy, tworząc i ugruntowując w publicznym odbiorze stanowisko całkowicie błędne i nie mające żadnych podstaw merytorycznych. Takie wrażenie, a nawet jego wywoływanie stanowi akt zdrady stanu, bowiem o żadnej międzynarodowej współpracy w sprawie Smoleńska nie może być mowy.

 

Polska przekazała rękoma premiera Tuska, wbrew wiążącym przepisom ustawowym i traktatowi polsko-rosyjskiemu wszystkie prerogatywy śledcze organizacji rosyjskiego wywiadu, paradującej jako organizacja międzynarodowa MAK (immunitet dyplomatyczny, eksterytorialność), kierowanej przez generał KGB Anodinę.

 

Polska rękoma swoich ministrów zrzekła się wszelkiej pomocy merytorycznej w śledztwie, płynącej od naszych sojuszników i organizacji międzynarodowych, w szczególności lotniczych, a prokuratura oraz administracja nie wystąpiły z wnioskami o pomoc do żadnej organizacji zagranicznej, czy to urzędowej, czy to korporacyjnej. Zaoferowana przez sojuszników pomoc, na przykład od Amerykanów, została stanowczo odrzucona, a zdjęcia satelitarne, przez nich przesłane zaginęły w prokuraturze. Prokuratora Pasionka, pozyskującego zgodnie z prawem i umowami międzynarodowymi informacje ważne dla śledztwa od Amerykanów, spotkały bezwzględne szykany służbowe, a dalsza jakakolwiek merytoryczna współpraca w śledztwie w ten sposób dramatycznie przecięta.

 

W takiej sytuacji sugerowanie jakiejkolwiek współpracy merytorycznej z Amerykanami zakrawa na ponury żart, bo nie tylko reżim Tuska przeciął wszelkie możliwości pomocy ze strony Amerykanów, ale też skutecznie ukrył wszelkie jej owoce, aż do niedawnej wizyty Cieszewskiego, który swoje informacje, mające bez wątpienia źródło w wywiadzie naszego sojusznika, zaprezentował osobiście, więc nie można było już ich ukryć w żaden sposób, a na usunięcie fizyczne tej osoby reżim jest za słaby, ograniczył się zatem do niezdarnych prób ośmieszenia w organach masowej propagandy.

 

Co więcej, jak z wyrzutem wykazałem wyżej, Zespół Macierewicza, podobnie do rządu, aktywnie odmawiał wszelkim propozycjom merytorycznej współpracy ze strony specjalizowanych organizacji i służb naszych sojuszników. Niemniej Macierewicz i jego zespół miał niebywałą bezczelność, nazywaną u nas tradycyjnie hucpą, udawania że jedyne właściwie materialne dowody w polskim posiadaniu, a mianowicie rejestratory rzekomo odnalezione przez Rosjan (czy też przez tajemniczego kamerzystę Wiśniewskiego, są na jego filmie, ale wyglądają trochę inaczej), zostały przebadane przez amerykańskich specjalistów z organizacji ds. bezpieczeństwa lotów NTSB.

 

To wrażenie współpracy z amerykańską organizacją Zespół Macierewicza lansował pieczołowicie w swoich wystąpieniach słownych i w prasie, głównie w Gazecie Polskiej, a także w internecie, poprzez swoich rzekomych ekspertów w osobach m.in. inż. Nowaczyka, którzy poprzez uwiarygodnienie podejrzanych rejestratorów u amerykańskiego producenta pragnęli wywołać wrażenie, że są one prawidłowym dowodem, gdyż poza nimi Zespół Macierewicza nie ma literalnie nic innego, tylko kupę ruskich zdjęć, a na jakiejś podstawie swoje „raporty” i „ekspertyzy” oprzeć trzeba.

 

W istocie, jak udokumentowały niezależne badania, opracowane przeze mnie w r. 2012, a potwierdził w końcu przyparty do muru sam Macierewicz, żadnych badań rejestratorów w NTSB nie było, bowiem odczytano tam tylko na polecenie gen. Anodiny ich zawartość. Z punktu widzenia prawa ich wartość dowodowa jest żadna, ponieważ nie wiadomo, kto i gdzie je znalazł, nie mają one właściwych rejestratorom z czarnych skrzynek nienaruszonych plomb i numerów seryjnych, więc ich zawartość jest całkowicie niewiarygodna, niezależnie od fachowca, który będzie je odczytywał.

 

Z punktu widzenia procedury śledczej i logiki powyższa hucpa, w której Macierewicz bezspornie wziął udział, dyskredytuje go jako badacza, bowiem jej dezinformacyjne cele są oczywiste dla każdego nieuprzedzonego obserwatora. Zespół Macierewicza starał się stworzyć wrażenie „amerykańskich badań”, a przyparty do muru jednoznacznym dowodem logicznym sprzeczności tego wrażenia, wycofał się chyłkiem, nie przyznając się jednak otwarcie do błędu.

 

To drugie zachowanie, a mianowicie szczurza rejterada, jest znakiem szczególnym każdego oszusta i zdrajcy, którzy jak powszechnie wiadomo nie robią błędów, tylko od początku świadomie i cynicznie kłamią. Z takim właśnie zachowaniem Zespołu Macierewicza w sprawie kluczowego w ich mniemaniu dowodu, a więc spreparowanych przez Rosjan czarnych skrzynek, mamy tu do czynienia.

 

Uczciwy i rzetelny badacz, postawiony przed jednoznacznym wywodem, iż znajdujący się w jego rękach domniemany materialny dowód jest artefaktem, falsyfikatem i podejrzaną podróbką, [kolor – MD] z której nie wolno wyciągać żadnych wiążących wniosków, ogłasza ten fakt publicznie, aby ustrzec innych przed popadnięciem w błąd, a także zapraszając do dyskusji – bo być może wywód obalający prawidłowość i rzetelność pochodzenia posiadanego dowodu jest jednak błędny?

 

Nic takiego nie miało miejsca. Przeciwnie: jak napisano Macierewicz wycofał się zygzakiem, co samo w sobie, z powodów wyłuszczonych powyżej jest dowodem szczurzej zdrady. Nie może być dowodem ewidentna fałszywka, albo znalezisko nieznanego pochodzenia. Samo przemilczenie wykazanego na piśmie, umyślnego wprowadzania w błąd opinii publicznej w sprawie takiej wagi jest niedwuznacznie i niewątpliwie aktem zdrady stanu. Zostało to na przykładzie manipulacji z tzw. „badaniami NTSB” publicznie wykazane.

 

Powód piąty – fałszywe zdjęcia

 

Jak napisano wyżej, cała medialna twórczość Zespołu Macierewicza, jego liczne występy w parafiach i całe pisarstwo raportów, ekspertyz i opracowań, bazuje – poza wskazanymi rejestratorami, znalezionymi cudownie przez kamerzystę Wiśniewskiego - na „tysiącach zdjęć”, które Zespół pozyskał... od Rosjan.

Zdjęcia te, choć ich pochodzenia nie sposób udowodnić, a ich weryfikacji, choćby z innymi zdjęciami o znanym rodowodzie i wiarygodności (patrz sprawa Cieszewskiego, który musiał osobiście się zza Atlantyku fatygować, żeby kilka zdjęć, dostępnych przez internet zaprezentować) Macierewicz unika jak diabeł święconej wody, służą budowie fantastycznych hipotez wybuchowych, popartych powerpointowymi wyklejankami, jak to tupolew miał wybuchać i się rozpadać. Na takich opowieściach zeszło nadwiślańskim tubylcom trzy lata, a tymczasem Zespół nie wykonał literalnie ani jednego gestu, aby pozyskać jakiekolwiek inne dowody, z którymi można by wybuchowe opowieści skonfrontować.

 

Jest o wiele gorzej, bowiem swoją powagą urzędową, jak organ parlamentarny, Zespół opublikował wiele ewidentnych fałszywek i sprzeczności, bowiem wykazano na dziesiątkach przykładów, że zdjęcia Macierewicza są między sobą sprzeczne, czyli ze stuprocentową pewnością poświadczają nieprawdę. Swoją drogą trudno się temu dziwić, skoro ich źródłem jest Rosja, a zasianie niepewności i zamętu jest pierwszym i podstawowym zadaniem dezinformacji, której jak wiadomo Rosjanie są mistrzami od czasów bolszewików. Powinno to być wiadome historykowi Macierewiczowi z  urzędu, a skoro w swoim urzędowym działaniu takie oczywistości pomija i ignoruje, tym gorzej dla jego oficjalnych działań, gdyż publikując fałszywki świadomie bierze udział w rosyjskiej dezinformacji.

 

Na stanowisku szefa Zespołu, zwłaszcza ze swoim życiorysem, na braki wiedzy w materii nie ma prawa się powoływać, bo dyskredytowałoby go to zupełnie. Skądinąd takoż dyskredytuje go aktywny udział w tej operacji dezinformacyjnej, bowiem używanie rosyjskich fałszywek, albo co gorsza ich polskich wydań na bazie rosyjskich źródeł, jest w sprawie badania największej tragedii narodowej czasów powojennych, jaką był zamach kwietniowy, aktem zdrady stanu.

 

Jednym z publicznie udowodnionych fałszerstw pod skrzydłami Macierewicza jest sprawa fałszywek z rzekomego odlotu delegacji, rozpropagowanych pod nazwiskiem wdowy po prezesie Januszu Kurtyce. Opublikowała ona w internecie jawnie fałszywe, nieudolnie zmontowane zdjęcia i filmy, nagrane rzekomo przez wiarygodną osobę z otoczenia delegacji rankiem 10 kwietnia. Jako że sprawa jest pierwszorzędnej historycznej wagi, a zdjęcia ewidentnie i nieudolnie sfałszowane, co wykazano na dziesiątkach przykładów cząstkowych, wystąpiłem publicznie do pani Kurtyki z wezwaniem o ujawnienie źródła zdjęć.

 

Mimo upływu dwóch lat i burzliwej publicznej dyskusji wokół sprawy nie doczekaliśmy się żadnego merytorycznego wyjaśnienia, ani nawet odpowiedzi. Pozostaje zatem uznać, że pani Kurtyka świadomie bierze udział w fałszerstwie, chowając się za parawanem immunitetu oraz autorytetem Zespołu, który te zdjęcia w prasie dalej rozpowszechnia, jednak nie można jej formalnie nic zarzucić, bo przecie zdjęcia nie są jej autorstwa i za ich treść nie odpowiada. Jednakowoż skoro nie waha się brać na siebie odpowiedzialności moralnej za ewidentne fałszerstwo i nie czyni nic w kierunku jego wyjaśnienia przez dwa lata, użyczając dla ich uwiarygodnienia swego publicznego nazwiska, a w ślad za nią cały Zespół, stawia to i ją samą i Zespół w podejrzanym, dyskredytującym całkowicie świetle.

 

Niedopuszczalne bowiem jest, aby przez dwa lata Zespół nie był w stanie zdjąć z siebie odium podejrzenia o fałszerstwo i zweryfikować oraz wykazać prawdziwość kluczowych wydawałoby się świadectw. A jednak z taką właśnie sprawą mamy bezdyskusyjnie do czynienia, co czyni z Zespołu patentowanych publicznie fałszerzy.

 

Korzystając z urzędowej pieczęci Zespołu, etatowo z nim współpracujący dziennikarze, zwłaszcza z Gazety Polskiej, których łączy z Macierewiczem wieloletnia zażyłość z Głosu i Tysola, dziesiątkami publikowali jawne fałszywki, wspierające opowieści o wybuchach, z jednej strony podtrzymując kampanię Macierewicza osobiście, a opowieści o wybuchach w szczególności.

 

Jest to w świetle prawidłowych badań zamachu szczególnie szkodliwe, bowiem utrwaliło w społecznym odbiorze całkowicie fałszywe wyobrażenie o okolicznościach zdarzeń, a epokowa doniosłość wydarzeń jest nadzwyczajną okolicznością obciążającą cynicznych politycznych fałszerzy i propagandystów, pracujących bezczelnie dla obcych interesów, bo przecie nie polskich, skoro zginęła w tragedii polska elita, a fałszerze rozpowszechniają na jej temat bajki i fałszerstwa, zamiast rzetelnie i bezkompromisowo, za wszelkich sił dążyć do wyświetlenia prawdy.

 

Dlaczego na pewno zdjęcia są fałszywe? Skoro zdjęcia pochodzą od Rosjan (a pochodzą) i są fałszywe (a są bezspornie, bo są wewnętrznie sprzeczne ze sobą nawzajem, co pokazano wielokrotnie na przykładach, więc albo wszystkie są fałszywe, albo część), to Zespół Macierewicza od lat już pracowicie propaguje ruską wersję wydarzeń kwietniowych. Nie ma innej możliwości logicznej.

 

Stwierdzenie tego faktu dyskredytuje Macierewicza jako polityka polskiego w szczególności, a działalność Zespołu jako medialnego ruskiego cyrku w ogólności.

 

Powód szósty – bezpardonowa walka z niezależnymi hipotezami

 

O ile naszkicowano powyżej złowieszczy mechanizm zaniechania innych wektorów badań i poszukiwań, poza równie kabaretową, jak oficjalna wersja katastrofy Komisji Millera, udatnie prześmiewczo napiętnowanej nazwą rodzajową „pancernej brzozy”, poza jej antytezą – hipotezą wybuchów w Smoleńsku, polegający na biernym zaniechaniu wszelkich działań poszukiwawczych w innych kierunkach i odrzucaniu wszelkich propozycji inne kierunki wskazujących, działalność Zespołu nie ograniczyła się do niego. Poza brakiem nawet elementarnych działań śledczych, które mogłyby poszerzyć repertuar ruskich fałszywek [który Zespół otrzymał za pośrednictwem wspólnika zbrodni – całkowicie zdyskredytowanego licznymi skandalami korupcyjnymi rząd Tuska – od Rosjan], o dowody od Rosjan niezależne. Takowe istnieją i są w posiadaniu zagranicznych ale także krajowych instytucji i firm – co ostatnio pokazał choćby publicznie występ Cieszewskiego, Zespół Macierewicza przez całą swą trzyletnią już historię działalności aktywnie dyskredytował, dezawuował i ośmieszał wszelkie odmienne od macierewiczowskiej koncepcji dwóch wybuchów badania i wysiłki.

 

Czynił tak zarówno przy okazji swojej działalności głównej, odtrącając propozycje publikacji i współpracy od osób nie będących pod bezpośrednim wpływem Macierewicza, ale także przez publikacje propagandowe w prasie, pod przewodem Gazety Polskiej i w internecie, gdzie harcownicy Macierewicza, zwani przez niego „ekspertami” w przykładowych osobach Nowaczyka pod pseudonimem kano, albo Jaworskiego pod barwnym pseudonimem kaczazupa, pracowicie i niestrudzenie opluskwiali i ośmieszali odmienne od macierewiczowskich koncepcje, z lubością atakując ich autorów i podważając ich autorytet. Jeśli tak się zachowują eksperci, aktywni członkowie Zespołu Macierewicza, badający narodową tragedię, czyli  zamiast koncentrować się na poszukiwaniu prawdy, jaka by ona nie była, zajmują się publicznymi nawalankami i dyskredytacją oponentów, to nie są to naukowcy, ale pospolite łobuzy, a Zespół Parlamentarny to nie jest grono kulturalnych badaczy, ale jaskinia zbójców skrzyżowana z maglem.

 

Zrozumiałe jest, że Macierewicz to nie Nowaczyk, ani tym bardziej Jaworski, bo góruje nad nimi intelektualnie jak pałac nad stróżówką, ale za ich prostackie i chuligańskie wybryki to on odpowiada i na nic dziś tłumaczenia. Stało się. „Eksperci” Zespołu to nie naukowcy, ale łobuzy i gówniarze, zatem cały ten Zespół to cyrk i śmiech, bo zaiste nie godzi się łobuzów poważnie zaciągać do badań narodowej tragedii, a tylko dla śmiechu, jednak śmiać się z tragedii potrafi tylko złowieszcza i podstępna kanalia.

 

W trakcie oficjalnych konferencji Zespołu, zwanych naukowymi zgłoszono do prezentacji także referaty naukowców niezależnych, m.in. prof. Dakowskiego i dr. Przywary, dokumentujące całkowitą niemożność zaistnienia wersji oficjalnej oraz hipotezę inscenizacji na rosyjskim lotnisku. Referaty i materiały pochodzące od źródeł zbliżonych do wymienionych Zespół odrzucił wielokrotnie bez uzasadnienia, a w przypadku polemiki z dr. Przywarą rozpętał całą kampanię dyskredytacji niezależnego od szefa Zespołu, polskiego naukowca w prasie i multimediach, co swego czasu było na tyle głośnym zjawiskiem, że znalazło wyraz w telewizyjnych wywiadach, w których Macierewicz prześmiewczo opowiada o „koncepcjach spiskowych i różnych FYMach”.

 

Tymczasem te koncepcje i różne fymy to pracowicie i fachowo poskładane w obszerne formy dokumentu badawczego przez polskich naukowców prace, zdecydowanie górujące nad mizerią naukową Zespołu nie tylko formą, ale zwłaszcza treścią.

 

Zespół i jego przewodniczący dopuścili się takim aktywnym działaniem świadomego sabotażu niezależnego dochodzenia do prawdy, co stawia go poza nawiasem nie tylko nauki, na którą z takim zadęciem się nieustannie powoływał w swej pracy, nazywając swoich nadwornych cudaków, publikujących dyrdymały na podstawie ruskich fałszywek pod nazwą „ekspertyz” i tytułując tych niewydarzonych cudaków „naukowcami”, ale ludzi przyzwoitych tout court. Tymczasem podstawowym wyznacznikiem nauki w świecie łacińskim (poza oczywiście burdenkowskim Bizancjum) jest niezależność i swoboda badań naukowych, gdzie wszelkie hipotezy, jeśli tylko należycie i starannie udokumentowane dowodami i zweryfikowane przez co najmniej gremium fachowców na zasadzie „peer review” jako formalnie poprawne i dopuszczalne, są nie tylko do publicznego dyskursu dopuszczane z samej definicji wolności badań naukowych, ale sam fakt ich różnorodności jest tradycyjnie uznany za gwarancję dojścia do prawdy, a przynajmniej otrzymania takiej szansy.

 

Rugowanie z rozważań koncepcji „niewłaściwych” z punktu widzenia Zespołu, a z takimi działaniami mieliśmy w osobie Macierewicza nagminnie do czynienia, stanowi w świecie nauki niewybaczalny zamach na fundamentalną wolność badań właśnie i każdy akt cenzury w prawdziwej nauce jest zwyczajnie i po prostu niedopuszczalny, a takich działań Zespół Macierewicza dopuszczał się rutynowo, więc jako wrzód na ciele nauki, uczestnicy tego procederu i przyboczni szefa powinni zostać bezterminowo i nieodwołalnie obłożeni naukową infamią i zakazem używania jakichkolwiek tytułów naukowych, bowiem pracownicy politycznej propagandy i cenzorzy naukowych badań, zwłaszcza na usługach obcych interesów, mogą być co najwyżej wyrobnikami jurgieltu, ale nigdy naukowcami w wolnym świecie.

 

Powód siódmy – brak reakcji na bezczeszczenie zwłok

 

Nie mówię tu o jednostkowych wystąpieniach wobec rodzin, czy asyście w ekshumacji pojedynczych osób, w których uczestnicy Zespołu, co należy uczciwie przyznać, sumiennie i godnie brali udział *), ale brak zorganizowanego działania wobec niepodważalnego, systematycznego i niespotykanego nigdzie w cywilizowanym świecie, demonstracyjnego bestialstwa wobec ofiar tragedii, polegającego na masowym fałszowaniu dokumentacji medycznej przez Rosjan, przy całkowitej bierności i obojętności urzędników polskich, skutkujące na koniec w wielokrotnym, systematycznym pomieszaniu zwłok, a także udokumentowanych aktach ich profanacji.

------------------

*)  [Jednak muszę tu oświadczyć, że związany z Zespołem adwokat jednej z ofiar, której ciało (ciała??) ekshumowano, mimo wcześniejszych obietnic nie wystąpił do prokuratury (czy innych władz) o moją obecność przy ekshumacjach. Miałem być obecny jako fizyk, który pierwszy wykazał rachunkowo absurdalność twierdzeń MAK/Millara o „przeciążeniach 40 – 100 g” i który powinien mieć możność doświadczalnej weryfikacji przeciążeń ciał.

----------------------------

 

Zbrodnia profanacji zwłok, z którą mieliśmy do czynienia co najmniej w osobach Anny Walentynowicz, której po oględzinach w kostnicy zmasakrowano twarz oraz Przemysława Gosiewskiego, w którego zwłokach zaszyto śmieci i niedopałki, nie znajduje obrony w żadnym kodeksie i publiczne poniechanie jej wyjaśnienia i ścigania sprawców obciąża wszystkie formalnie i urzędowo związane z tą sprawą osoby i instytucje. Na nic nie zdadzą się tłumaczenia, że za to odpowiada prokuratura.

 

Pytam się po ludzku: co uczynił sejmowy Zespół, co uczynił osobiście pan Macierewicz, aby ten publiczny spektakl nieakceptowalnego bestialstwa przerwać i zniwelować jego skutki?

 

Nic nie uczynił. Nie powziął żadnych kroków, aby bestialstwo zatrzymać i jego sprawców ujawnić.

 

Nic nie uczynił w tej sprawie nawet wówczas, kiedy okazało się, że liczne osoby pochowano w przypadkowych miejscach i konieczne są ekshumacje wszystkich, aby w końcu tę haniebną sytuację uregulować. Pomimo tego, że nie wykonano sekcji zwłok ofiar, a jest to wymagane w polskim prawie, pomimo tego że zwłoki profanowano, a na koniec pogrzebano w niewiadomych i spornych miejscach, Zespół Macierewicza nie wykonał żadnych działań, aby temu zaradzić.

 

Nie ma znaczenia, że formalnie nie był decydentem w tych sprawach. Ważne jest i rozstrzygające dla mnie to, że niepodważalnie wobec opisanego bestialstwa Zespół zadowolił się całkowitą bezczynnością. To jest coś więcej, niż akt zdrady. To jest bierne współuczestnictwo w bestialstwie, najohydniejsza zbrodnia, którą zarzucam Zespołowi in gremio i Macierewiczowi osobiście. Brak działania w sprawie takiej wagi jest równoznaczne z milczącą zgodą na bestialstwo i współuczestnictwo w nim.

 

Nie ma znaczenia, że działania Macierewicza zapewne byłyby bezskuteczne prawnie, jak zaraz udowodnią propagandyści na każdą okazję. Fundamentalnie ważny i decydujący w tej sprawie jest fakt absolutnej bezczynności i bezradności w obliczu udokumentowanego bestialstwa organów polskiego sejmu, z Zespołem i jego przewodniczącym na czele, co czyni ich biernymi wspólnikami bestialstwa. Krew ofiar jest na ich rękach, nawet jeśli nie brali w zbrodni udziału. Bo biernie i obojętnie patrzyli na jej dalszy, bestialski ciąg.

 

Co zrobił Macierewicz?

 

Nic nie zrobił. I to go najbardziej obciąża.

 

Świętym bowiem obowiązkiem każdego człowieka jest sprzeciw wobec bestialstwa, poruszenie nieba i ziemi, aby je zatrzymać i odwrócić. Na żaden gest tego rodzaju „polski” sejm oraz jego prominentny, długoletni lokator Macierewicz się nie zdobył, co czyni ich poplecznikami zbrodni.

Zmieniony ( 30.12.2013. )
 
następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.