Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 73 gości
S T A R T arrow Inne polityczne arrow Chiny, Daleki Wschód arrow Kambodża - trauma ekologicznego prymitywizmu
Thursday 01 October 2020 14:58:06.30.
migawki
 

 Przypominamy, że NIE MA obowiązku noszenia maseczek ani w przestrzeni publicznej, ani w pomieszczeniach zamkniętych (także w kościołach), o ile osoba nienosząca maseczki ma na przykład stany lękowe, lub "trudności w oddychaniu", przy czym NIE MUSI posiadać żadnego zaświadczenia w tej sprawie.

                                                                          ================================

                                                                                    Żorżeta go home, paskudo !

 
W Y S Z U K I W A R K A
Kambodża - trauma ekologicznego prymitywizmu Drukuj Email
Wpisał: Valdis Grinsteins   
07.01.2014.

Kambodża - trauma ekologicznego prymitywizmu

 

Valdis Grinsteins 2014-1-7  pch24

 

W latach 1975-1979 z rąk Czerwonych Khmerów życie straciło dwa miliony mieszkańców Kambodży – 25 proc. całej populacji kraju. Mało kto wie, że zginęli oni w imię „życia w harmonii z naturą”. Mija właśnie trzydziesta piąta rocznica upadku rewolucyjnej utopii odpowiedzialnej za tę zbrodnię ludobójstwa.

 

W najbardziej powszechnym odczuciu ekologia to działalność zapobiegająca wyginięciu któregoś z gatunków wieloryba czy ptaka albo protest przeciwko zanieczyszczaniu powietrza, rzek i plaż. Większość ludzi nie zadaje sobie trudu zapoznania się z ideologią głoszoną przez najbardziej radykalne odłamy ekologów. Nie przychodzi im nawet do głowy, jak straszliwe mogą być konsekwencje poddania się utopijnym teoriom opiewającym prymitywne raje zamieszkane przez istoty żyjące w całkowitej harmonii z naturą.

 

Obcując z przyrodą europejską, zapominają, że istnieją takie szerokości geograficzne, na których natura bywa niebezpieczna, wręcz brutalna; że nie da się porównać tygodnia spędzonego w Alpach na słuchaniu śpiewu ptaków, w towarzystwie dobrze zaopatrzonego w prowiant plecaka, z życiem w dżungli, naznaczonym nieustannym zagrożeniem wieloma tropikalnymi chorobami.

 

Wszystkim, którzy śnią o likwidacji wielkich miast, zniesieniu corridy, obaleniu bogactwa i postępu cywilizacyjnego oraz powrocie do prostego życia na łonie natury, warto przypomnieć, co działo się w Kambodży, kiedy skrajnie zdeterminowana grupa rewolucjonistów postanowiła wcielić w życie powyższe utopie.

 

Wszyscy precz z miasta!

 

Kambodża lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, jak wiele podobnych jej krajów tak zwanego trzeciego świata, stanowiła specyficzny konglomerat kultury miejskiej, naśladującej światowe mody w stroju, ideach, muzyce czy szkolnictwie, ze skrajnie zacofaną, by nie powiedzieć prymitywną kulturą wiejską. Radio nadawało najnowsze przeboje, a w tym samym czasie wieśniacy, jak przed wiekami, polowali za pomocą łuku i strzał. Zwycięstwo komunistów w wojnie w sąsiednim Wietnamie ułatwiło dojście do władzy lewicowemu­ ugrupowaniu Czerwonych Khmerów, którym po krwawej wojnie domowej (pochłonęła prawie pół miliona ofiar) udało się obalić antykomunistyczny, ale nieudolny i skorumpowany kambodżański rząd.

 

W odróżnieniu jednak od Wietnamu, gdzie zapanował „klasyczny” komunizm, Czerwoni Khmerzy pragnęli ustanowić radykalnie egalitarystyczny system oparty na rolniczych komunach, z trudem zaspokajających podstawowe żywieniowe potrzeby społeczeństwa, w których nie istniałyby żadne hierarchie ani klasy społeczne, ekonomiczne czy kulturowe. Fabryki, postęp cywilizacyjny, nauka – to pojęcia, które należało wykorzenić ze zbiorowej mentalności. Mizerabilistyczne społeczeństwo miało zostać pozbawione jakichkolwiek perspektyw, a jego członkowie musieli się zadowolić niezbędnym do życia minimum w każdej dziedzinie, bez różnicy czy w grę wchodziły potrzeby duchowe, żywieniowe, mieszkaniowe czy jakiekolwiek inne. [Nauczyli się tego na Sorbonie, gdzie wcześniej studiowali „postęp”. Tam dalej uczono idei Marksa, Lenina i Trockiego. MD]

 

Owoce drastycznej ideologii Czerwonych Khmerów nie dały na siebie długo czekać. Jakiekolwiek oznaki wyższości, jak na przykład posługiwanie się językiem obcym, pełnienie funkcji urzędnika, posiadanie uniwersyteckiego wykształcenia, stały się niebezpieczne, mogąc przyczynić się do śmierci. Zatruci anty-cywilizacyjną zaciekłością i pozbawieni minimalnego nawet wykształcenia żołnierze czerwonych oddziałów nie cofali się przed mordowaniem swoich rodaków. Wielu z nich było dwunasto-, trzynastolatkami o zupełnie prymitywnej mentalności. Pili wodę z muszli klozetowych, biorąc je za studnie, próbowali olejów silnikowych, jedli pastę do zębów. Niektórzy z nich nigdy w życiu nie widzieli samochodu. Innych w pojazdach interesowały tylko opony, przydatne do wykrojenia sandałów. Wielu nie umiało czytać i przy legitymowaniu ludzi oglądali ich dokumenty do góry nogami. Nienawidzili wszystkiego, co kojarzyło im się z miejską dekadencją. Każda kobieta z pomalowanymi ustami uważana była za perwersyjną, podobnie młody człowiek z długimi włosami.

[Ci „żołnierze” mieli przecież dowódców!! MD]

 

Tuż po przejęciu władzy w roku 1975 Czerwoni Khmerzy wcielili w życie długo przygotowywany plan. Zarządzili ewakuację Phnom Penh, stolicy, która przygarniając w czasie wojny domowej uciekinierów z całego kraju, z miasta dwumilionowego stała się prawie siedmiomilionowym. Wszyscy mieszkańcy zostali zmuszeni do opuszczenia miasta, mogąc jednak zabrać ze sobą, co tylko chcieli. Niektórzy więc, nieświadomi dalszego losu, ładowali na samochody lodówki, radia, płyty, dywany i tym podobne. Inni, do których wcześniej dotarły wieści o prymitywnych warunkach życia pod rządami Czerwonych Khmerów, przezornie gromadzili przede wszystkim żywność i ubranie.

 

Exodus milionów osób jednocześnie opuszczających miasto wywołał niespotykany chaos i blokadę dróg. Tłum ludzi był tak gęsty, że niektórym udawało się drzemać w marszu, gdyż z powodu zwarcia kolumny ludzkiej nie można było upaść na ziemię. W czterdziestostopniowym upale najbardziej cierpieli i pierwsi umierali starcy oraz dzieci. Ponieważ nie zezwolono na żadne wyjątki, wszyscy musieli opuścić mury stolicy: chorzy czołgali się albo ciągnięto ich na noszach. Czerwoni Khmerzy wpadali do szpitali i zabijali obłożnie chorych, a także ludzi starszych, którzy nie byli w stanie iść. Oblicza się, że podczas ewakuacji Phnom Penh zginęło około dwudziestu tysięcy osób.

 

Cel oddalony był od stolicy nie o dwa-trzy dni marszu, lecz miesiąc lub dwa. Nikomu nie wolno było się zatrzymać, żeby rozbić obóz. Nie wolno było ustawać w drodze. Z każdym kilometrem ludzie pozbywali się swojego dobytku, porzucali płyty, ubrania, pozostawało tylko to, co niezbędne do przetrwania. W rowach wzdłuż drogi leżały ciała zmarłych, pośród których roiło się od myszy, te ostatnie jednak wolały atakować stopy śpiących dzieci. Czerwoni Khmerzy stali wzdłuż dróg, wyciągali z tłumu poszczególne osoby i rozstrzeliwali je na miejscu. Czasem dlatego, że ktoś miał za długie włosy, innym razem, że za krótkie (mógł być wojskowym) lub też że wyglądał na intelektualistę. Wielu ludzi pozbywało się okularów, bo mogły zdradzić, że zbyt wiele czytali.

 

Pieniądz i cały system bankowy został zniesiony już pierwszego dnia. Odtąd jedynym dozwolonym systemem funkcjonowania gospodarki był system wymiany bezpośredniej. Po kilku dniach marszu Khmerzy zorganizowali na głównych szlakach komunikacyjnych punkty kontrolne, gdzie rewidowano dobytek wysiedleńców. Aparaty, radioodbiorniki, magnetofony, zegarki, książki w jakimkolwiek języku, dokumenty, obce waluty – krótko mówiąc, wszystko, co w poprzedzającej epoce odróżniało elitę od mieszkańców wsi, podlegało konfiskacie.

 

Reedukacja „ludu nowego”

 

Kiedy po kilku tygodniach marszu ludność rozproszyła się po całym terytorium kraju, wydano rozkazy zatrzymania się, wybudowania wioski i obsiania ziemi. W nowo utworzonych rolniczych społecznościach Czerwoni Khmerzy podzielili ludność na „lud nowy” i „lud stary”. Ludem starym nazywano tych, którzy już wcześniej żyli jakiś czas w komunizmie – byli to głównie zacofani wieśniacy. Ci mogli doświadczać wszelkich przywilejów, jak na przykład pozwolenie na chów kur itp. Pozostali tworzyli „lud nowy”, który musiał zostać poddany indoktrynacji.

 

Skąd wzięła się ta adoracja prymitywnego chłopstwa? Stanowiło ono synonim prostoty, nieuctwa i ciężkiej pracy bez wyzysku innych ludzi. Ich styl życia nie zmienił się od wieków. Wybrano ich zatem na nowy, godny naśladowania wzór.

 

W wiejskich komunach nie było szpitali, szkół ani pagód. Nie było tam też fabryk ani zakładów przemysłowych. Wszystko, co mogło wzbudzić najmniejsze pragnienie poprawy losu, zostało zlikwidowane. Piętnowano każdą indywidualną inicjatywę. Jedyną dozwoloną formą leczenia była medycyna ludowa oparta na preparatach ziołowych. W niektórych komunach wszystkich pacjentów leczono słodzoną wodą z dodatkiem rozpuszczonego węgla. Czasami próbowano przywrócić do życia „kambodżańską akupunkturę” polegającą na leczeniu ogniem.

 

Nie wolno było przemieszczać się bez zezwolenia. Nawet ambasadorowie nie mogli swobodnie poruszać się po tym, co pozostało z Phnom Penh. Nie istniały telefony, poczta, gazety. Z powierzchni ziemi zniknęły takie zjawiska, jak system wymiaru sprawiedliwości czy nawet miasta. Było to doskonałe niewolnictwo - każdy obywatel zależał od woli państwa.

 

Czerwoni Khmerzy od samego początku swego panowania zajęli się eksterminacją wszelkich elit. Zaliczano do nich każdego absolwenta uniwersytetu, każdego, kto umiał mówić w języku francuskim, reprezentującym wyższą kulturę; każdego lekarza, mnicha buddyjskiego (z pierwotnej liczby dwóch i pół tysiąca pozostało ich siedemdziesięciu), księdza, pastora, urzędnika publicznego (tacy wiedzieli, jak powinno być zorganizowane normalne społeczeństwo), studenta, a nawet tancerza muzyki tradycyjnej (z liczby 2 600 przeżyło 250).

[Autor tu bardzo tendencyjny: Przecież Pol-Pot i kolesie z jego bandy nauczyli się tych bzdur od Sartre’a i innych w Paryżu, znali perfect francuski. MD]

 

W więzieniu Tuol Sleng, wyspecjalizowanym w eliminacji elit, znalazło się siedemnaście tysięcy więźniów. Tylko sześciu uszło z życiem. Pewnego chłopca zabito, ponieważ pracował jako portier w budynku rządowym. Pozbawiano życia osoby, co do których uważano, że mogłyby w przyszłości utworzyć klasę mieszczańską. W skrajnych przypadkach zabijano każdego, kto umiał prowadzić samochód. Ze starych kambodżańskich rodzin wymordowano prawie wszystkich. Z kilkunastoosobowych rodów pozostawiano przy życiu dwie, trzy osoby. I zawsze mordowano nocą.

 

Spalono muzea, w ogniu zginęły tysiącletnie dzieła sztuki. Zrównano z ziemią archiwa, historia nie była nowej władzy potrzebna. Wszystko, co mówiło o tradycji i przeszłości, zostało zniszczone. Świątynne pagody nie zostały zburzone, o ile mogły być przydatne jako magazyny. Muzyka, szczególnie tradycyjna, została zakazana. Można było śpiewać jedynie nowe, rewolucyjne piosenki.

 

Apoteoza stada

 

Kiedy w danej komunie pola zostały już obsiane, Czerwoni Khmerzy nakazywali mieszkańcom ponownie ruszać w drogę i szukać nowego miejsca. Tam kazano im budować domy, tym ­razem bez ścian, na palach, tak by wszyscy widzieli, co robią inni. W niektórych przypadkach w jednym domu osadzano trzy, cztery, a nawet pięć rodzin. Zwykle zmieniano miejsce zamieszkania trzy razy w roku. W ten sposób dom stał się miejscem prowizorycznym, o które nie warto było dbać. Przy zmianie miejsca pobytu mieszano rodziny, tak by się nie znały, aby łatwiej było umieścić szpiega. Szpiedzy donosili o wszystkim swoim szefom, a donos nierzadko oznaczał wyrok śmierci. Na porządku dziennym była działalność dzieci-szpiegów, które denuncjowały ludzi dla zabawy lub z braku doświadczenia.

 

W drugim roku swoich rządów Czerwoni Khmerzy rozpoczęli akcję rozdzielania rodzin, szczególnie zaś odseparowywania dziesięcioletnich dzieci od rodziców. W teorii chodziło o pracę w specjalnych projektach, gdzie miały się lepiej odżywiać. W nadziei na to, że dzieciom będzie lepiej i nie będą cierpieć codziennego głodu, rodzice zachęcali je do opuszczenia domu. Zaczęła się załamywać instytucja rodziny.

 

Kiedy ktoś uciekał, mordowano pozostałych członków jego rodziny. Do śmierci rodziny prowadziła też każda niesubordynacja.

 

Po jakimś czasie na jaw wyszły prawdziwe ideologiczne motywacje separacji rodzin – ogłoszono bowiem, że rodzice eksploatują dzieci. Kiedy już wyprowadzono dzieci z rodzin, oznajmiano im, że nie mogą one wiązać się między sobą, jak chcą, szukać narzeczonego czy narzeczonej na własną rękę, gdyż ta decyzja zostanie podjęta za nich. Całkowicie zakazano uczuciowości i kontaktów seksualnych. Wiele młodych osób nie wytrzymało presji i odebrało sobie życie. W nowych obozach młodzi ludzie zostali poddani intensywnej indoktrynacji ideologicznej. Jednym z najczęstszych tematów była apologia „towarzysza bawołu”, który nie miewał wakacji, pracował tyle, ile mu kazano, nie stawiał oporu, nie miał rodziny, lecz łączył się z tymi osobnikami, które mu podsunięto, żył tu i tam, jadał tylko tyle, ile potrzebował i był niezmordowanym robotnikiem. W ten oto sposób zwierzę wyznaczyło standard przyszłości…

 

Tragiczne skutki eksperymentu

 

Wiele poruczanych prac było kompletnie pozbawionych sensu. Tysiącom ludzi kazano na przykład przenosić ziemię w rękach z jednego miejsca na drugie, by zbudować groblę. Maszyny mogły wykonać taką pracę w kilka godzin. Co gorsza, potem nadchodziła pora deszczowa i ziemia wracała na swoje miejsce. Ponieważ wszyscy byli teraz rolnikami, ludzi trzeba było zająć na przykład budowaniem tarasów pod pola ryżowe. Wznosili więc groble mające powstrzymać wodę, jednak brak podstawowej wiedzy inżynierskiej niejednokrotnie prowadził do błędów technicznych, przerywania grobli i śmierci budowniczych pod zwałami ziemi.

 

Najwięcej przypadków śmiertelnych odnotowano w trzecim roku rewolucji Czerwonych Khmerów. Resztki leków, którymi ludzie jeszcze dysponowali, skończyły się, co wespół z niewolniczą pracą, nieustannym lękiem przed wyrokiem śmierci oraz długo trwającym niedożywieniem zdziesiątkowało ludność Kambodży.

 

Epidemia przyniosła w konsekwencji wewnętrzne podziały w łonie Czerwonych Khmerów, którzy, aby je pokonać, doprowadzili do wybuchu wojny przeciwko Wietnamowi. Wojnę tę w efekcie przegrali i wietnamska okupacja położyła kres zbrodniczemu eksperymentowi prymitywizmu społecznego, który ustąpił miejsca bardziej tradycyjnej wersji ustroju komunistycznego.

 

Według najbardziej ostrożnych szacunków w latach 1975-1979 życie straciło przynajmniej półtora miliona Kambodżan, przy czym bardziej prawdopodobna wydaje się liczba dwóch milionów osób, co oznacza, że w owym bezprecedensowym eksperymencie społecznym zginęła trzecia część populacji kraju. Szaleństwo to, które dotąd prześladuje Kambodżę, było w historii ludzkości wyjątkowe. Jak potwierdzają badania medyczne, trzydzieści procent z dwunastu milionów Kambodżan cierpi do dziś na stres post-traumatyczny, czterdzieści procent zaś ma lęki i koszmary nocne. Ponadto nagminne są dziś w Kambodży plagi społeczne, takie jak prostytucja dziecięca będąca efektem rozpadu rodziny.

 

Ku rozpaczy radykalnych ekologów, eksperyment „życia w harmonii z naturą” bez fabryk, zanieczyszczenia i postępu nie przyniósł niczego dobrego zwierzynie Kambodży. Wszystkie wspomnienia z okresu reżimu Czerwonych Khmerów opowiadają o straszliwym głodzie, który doprowadził do zdziesiątkowania całej bez wyjątku fauny tego kraju, zarówno ssaków, jak i ptaków czy owadów. Nigdy wcześniej nie zdewastowano przyrody do tego stopnia, jak pod rządami Czerwonych Khmerów.

 

Memento dla Europy

 

Ktoś może powiedzieć, że historia ta zdarzyła się w dalekim, prymitywnym kraju; w Europie nie byłoby to możliwe. Warto więc uświadomić takim osobom, że wszyscy przywódcy i organizatorzy opisanej powyżej tragedii otrzymali staranne europejskie wykształcenie i nie mieli nic wspólnego z dołami społecznymi, biednymi, prymitywnymi i pozbawionymi elementarnej kultury. Prawie wszyscy studiowali w Paryżu: Pol Pot elektronikę, Ieng Sary nauki polityczne, Khieu Sampan i Hou Yon zdobyli doktoraty paryskich uczelni. Ten ostatni, podobnie zresztą jak sam Pol Pot, był spokrewniony z kambodżańską rodziną królewską. Inni członkowie Czerwonych Khmerów pochodzili z najwyższych elit społecznych. Na przykład Thiounn Thioeunn, minister zdrowia w rządzie Pol Pota i jego żona Mala, byli spadkobiercami najbogatszych rodzin arystokratycznych w Kambodży.

 

Nie łudźmy się. Ideologiczna trucizna, która doprowadziła do kambodżańskiej tragedii, nadal sączy się na naszych uniwersytetach. Nie można wykluczyć, że korzystając ze światowego kryzysu, powróci do głównego obiegu ideologii jako rozwiązanie „idealne” dla skołowanej ludzkości poszukującej dziś nowych, magicznych rozwiązań.

 

 Valdis Grinsteins

Tekst ukazał się w 8 nr. magazynu "Polonia Christiana"

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.