Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 15 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Ewa Polak-Pałkiewicz arrow W poszukiwaniu straconej ideologii. I część: Wielka wojna ojca Goldmanna
Sunday 25 October 2020 03:49:29.30.
migawki
 

24.10.20 Bielsko-Biała Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy od 14-tej

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”.

Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

 
W Y S Z U K I W A R K A
W poszukiwaniu straconej ideologii. I część: Wielka wojna ojca Goldmanna Drukuj Email
Wpisał: Ewa Polak-Pałkiewicz   
17.03.2014.

W poszukiwaniu straconej ideologii. I część: Wielka wojna ojca Goldmanna

 

 

Cywilizacja łacińska to nie prawa człowieka, a prawa Boga

 

 

12.3.2014 Ewa Polak-Pałkiewicz

 

Niemiecki franciszkanin, misjonarz w Japonii o. Gereon (Karol) Goldmann (1916 – 2003) brał udział w ostatniej wojnie jako kleryk seminarium. Został przymusowo wcielony do armii Hitlera. W ciągu całej wojny nie oddał ani jednego strzału. Ratował rannych i potajemnie pomagał katolikom po obu stronach frontu. Ten dobrze wykształcony młodzieniec, władający biegle siedmioma językami (francuski i włoski doszlifował podczas wojny), uzbrojony w szczególny rodzaj sprytu, odwagi oraz przekornej satysfakcji płynącej z kompromitowania i oszkapiania na każdym kroku ideowych wrogów, prowadził w pojedynkę, przez wszystkie lata wojennej epopei, swoją wielką wojnę z nazistami. 

 

W swoich wspomnieniach*) zauważył znamienną psychologiczną różnicę w relacjach wobec nieprzyjaciela przedstawicieli wolnego świata oraz tych, których zatruto ideologią, . 

 

Rosjanie oraz Niemcy uważali tych, z którymi walczyli za swoich prawdziwych wrogów. Mieli do nich stosunek osobisty. Nienawiść odbierała im człowieczeństwo, a często także uniemożliwiała podejmowanie racjonalnych decyzji. Karali samych siebie. Alianci, w sytuacjach, gdy nie musieli strzelać do przeciwników, prezentowali niejednokrotnie ludzki, czasem nawet ciepły stosunek do Niemców. Jakiś rodzaj szacunku do tych, z którymi musieli toczyć walkę na śmierć i życie. Żadnej nienawiści. Zachowywali się jak ludzie wolni. 

 

W czasie wojny ten franciszkański nowicjusz i seminarzysta – po czterech latach studiów – znalazł się najpierw w Wehrmachcie, potem w SS i znowu w Wehrmachcie. Wreszcie blisko trzy lata spędził w obozie jenieckim w Afryce Północnej. Jako radiotelegrafista, potem sanitariusz, doszedł do stopnia sierżanta. Wyższe szarże zarezerwowane były dla tych, którzy nie zamierzali zostać katolickimi duchownymi lub byli członkami NSDAP. Odznaczony wieloma medalami bojowymi za bohaterstwo w ratowaniu rannych pod ogniem artyleryjskim Karol Goldmann pod koniec wojny trafił do niewoli prosto z frontu w południowych Włoszech.

 

Oto pierwsze chwile wśród aliantów franciszkanina w hitlerowskim mundurze; rzecz działa się w górach, w pobliżu Scali w południowych Włoszech:

„Rycerscy Anglicy”, wspomina o. Goldmann, „dali nam najprzód coś do picia, gorącą herbatę, do tego chleb i kiełbaski. Czegoś takiego już dawno nie widzieliśmy”. Przy ognisku rozpalonym przez Anglików niemiecki sierżant oddziału sanitarnego i jego kierowca mogli wysuszyć mokrą odzież. „Dostałem nawet nowe skarpety, bo moje były już w strzępach. Sanitariusz zabandażował mi krwawiące stopy. Żołnierze wraz z dwoma naszymi rannymi, których mieliśmy zabrać siedzieli przy ogniu popijając herbatę i żując, wszyscy w najlepszym humorze”.

 

Klękali głównie Polacy 

 

Jeszcze na parę tygodni przed dostaniem się do niewoli, i zarazem na krótko przed święceniami kapłańskimi, o. Gereon otrzymał od włoskiego biskupa specjalne pozwolenie, by mógł udzielać Komunii św. umierającym i rannym w swoim oddziale. Jako sanitariusz wyposażony we flagę Czerwonego Krzyża przebywał trasę wiodącą z najbliższego kościoła, gdzie otrzymywał Komunikanty (umieszczał je w swoim hełmie) i przekraczając linie Amerykanów i Anglików, którzy na tę chwilę przerywali ogień, mógł bezpiecznie wrócić do oddziału. Zdarzyło się, że w trakcie tej przeprawy udzielał Komunii św. żołnierzom wrogiej armii, bo akurat nie było tam kapelana. 

 

„Jechałem powoli przez nieprzyjacielskie linie i wołałem głośno po niemiecku, angielsku, francusku i włosku: Przynoszę Chrystusa Pana. Wszyscy patrzyli na zatrzymujący się czołg. Wysiadałem ostrożnie w Drogocennym Skarbem. Następnie rozdzielałem Komunię Świętą tym, którzy chcieli ją przyjąć. Teraz zobaczyłem, że nasi przeciwnicy pochodzą z różnych krajów. Wielu katolików klękało, przede wszystkim Polacy, inni zdejmowali hełmy i stali w ciszy, gdy podchodziłem od jednego do drugiego żołnierza – kulejący albo ranni leżeli na ziemi. Potem przyszli i zdrowi prosząc o Komunię Świętą. Front był spokojniejszy, z obu stron przyglądano się niesamowitemu wydarzeniu wojennemu. Nieprzyjacielscy sanitariusze przynosili herbatę i czekoladę. Mój zapas Komunikantów się wyczerpał. Teraz możecie brać mnie do niewoli – powiedziałem. Jednak odpowiedź brzmiała: You go back, You brought tle Lord – Idź z powrotem, Ty przyniosłeś Pana.

 

Komunia święta na polu bitwy

 

[zdjęcia są istotną częścią artykułu. Po resztę wejdź do oryginału. MD]

 

Kilku lekko rannych mogło przesiąść na nasz czołg. Na oczach obydwu walczących szeregów odjeżdżaliśmy kiwając jeszcze dłońmi. Pół godziny pokoju w środku bitwy dzięki Eucharystii!” 

 

O. Gereon Goldmann, człowiek wyposażony w nadmiar brawury i pozbawiony instynktu strachu przed śmiercią, raz tylko był w pełni świadom poważnego niebezpieczeństwa utraty życia. Nie było to jednak podczas starcia z oficjalnym wrogiem, choć na linii ognia bywał setki razy, ale podczas konfrontacji ze swoimi rodakami, w osławionym francuskim obozie jenieckim Ksar es Souk w Maroku. Był tu jednym z 1500 niemieckich jeńców, w dużej mierze fanatycznych nazistów, oficerów i podoficerów. Ludzie ci, oczekujący od kilku lat w gorączce na odwet za swoje upokorzenie ze strony „nieśmiertelnej Rzeszy”, omal go nie zabili – a przypadki śmierci dla nieprawomyślnych nie były tam odosobnione – gdy rzeczowo wypowiadał się na temat istoty poglądów Hitlera i jego duchowych patronów, Rozenberga, Nietzschego, Kolbenheyera, Baldura von Schirach i innych, oraz w dziesiątkach wykładów dla współwięźniów demaskował szaleństwo ideologii z punktu widzenia filozofii realistycznej i nauki Kościoła. 

 

Tu, w skrajnie trudnych, a wręcz upodlających warunkach – afrykański klimat, męczące nocne upały, lub przeciwnie, wichury ze śniegiem od Gór Atlasu, robactwo wszelkiego rodzaju, permanentny głód – działało sprawnie zorganizowane przez niemieckich jeńców państwo w państwie. Zaimponować mogła zwłaszcza niesłychanie sprawna siatka szpiegowska. Nieformalni obozowi przywódcy, czciciele ideologii najbardziej zdegenerowani moralnie przez bałwochwalstwo wobec Hitlera, bezwzględni wykonawcy najpodlejszych rozkazów, wiedzieli tu wszystko o wszystkich. Ideologia, z całym hałaśliwym teatrem pozorów, trzymała wynędzniałych fizycznie i psychicznie ludzi przy życiu, zapewniała motywacje do codziennego wysiłku, donosicielstwa i wymierzania kar – łącznie z biciem i dokonywaniem samosądów. Nikt, kto przeciwstawił się oficjalnemu światopoglądowi tej szczęśliwej wyspy niemieckiej ziemi, jak ją nazywali, nie mógł się tu czuć bezpieczny. Francuzi przymykali oczy na obozowy terror, nie mieli pomysłu i środków jak z tym walczyć. 

 

Obłędny nacjonalizm był wiarą, treścią życia, całym duchowym światem niemieckich żołnierzy w Ksar es Souk. Nieodzownym pokarmem, którym odżywiali swoje umysły. Nie mieli nigdy dosyć tej trucizny, nawet w obliczu klęski Führera i kompromitacji nazizmu w oczach cywilizowanego świata.

 

Katolickie przekonania i chrześcijańska postawa wobec bliźnich budziła furię wściekłości. Forsowano uległość wobec fałszu przez stosowanie wszelkich środków przemocy, pisze o. Gereon Goldmann. „Gdy rano niemiecki kierownik obozu, starszy sierżant marynarki wojennej >Dönitz< wzywał cały obóz do apelu i ryczał: >Sieg heil!< – Niech żyje zwycięstwo! Pozdrawiamy Ojczyznę i Führera!, nikt by się nie odważył odpowiedzieć… W nocy rozlegały się w obozie krzyki bitych, co było najpewniejszą metodą, aby wszystkich zmusić do milczenia, rozsiewając atmosferę nieufności i zastraszenia. Przypadki śmiertelne były zgłaszane Francuzom jako samobójstwa”.

 

W takich warunkach o. Gereon Goldman – który przybył tu dobrowolnie, choć był jeńcem, tuż po swoich święceniach kapłańskich – postanowił odprawiać dla więźniów Msze św., i prowadzić oficjalne duszpasterstwo. Głosił kazania, udzielał sakramentów, spowiadał. Wygłaszał płomienne wykłady apologetyczne i odsłaniał najbardziej przez nazistów zdeformowane karty historii Kościoła. Uczył rozumienia Mszy św., Pisma Świętego, podstaw teologii moralnej w oparciu o francuskie podręczniki, dawał lekcje łaciny i greki. Pokonując wszelkie możliwe przeszkody i udaremniając niezliczonych próby zastraszenia go i zniesławienia. Nie bez satysfakcji demaskował propagandowe mądrości i taktykę nazistów. 

 

Doprowadził do nawrócenia wielu dziesiątek swoich rodaków. Zyskał przyjaciół na całe życie. Listy od uratowanych duchowo przychodziły do niego do Japonii przez cały okres powojenny.

 

Jego podopieczni wybudowali z drzewa ukradzionego z magazynów Legii Cudzoziemskiej, starannie wyposażoną i ozdobioną rękodziełami obozową kaplicę. Stopniowo stała się centrum życia obozu. 

Rzecz jasna, za ten sukces przyszło o. Goldmannowi niebawem zapłacić ogromną cenę. Jego wrogowie zwierali szeregi. Naziści tak jak komuniści zawsze się mszczą. 

 

Ideologia nazistowska, celowe mylenie kultu wspólnoty narodowej i kultu siły, opartego o pogańskie tęsknoty, zabarwionego rasizmem w wydaniu Hitlera, niszczyła umysły nawet ludzi oddanych Bogu. Podobne problemy, choć w mniejszej skali i nie połączone z bezpośrednim zagrożeniem życia, ale jednak rujnujące międzyludzkie relacje i stawiające pod znakiem zapytania życie religijne, o. Goldmann miał także w Algierii, w Rivet, we francuskim obozie jenieckim dla niemieckich kleryków. 

 

Brak ojca, nieczułość matki?

 

Psychologowie łączą często podatność na ideologię nazistowską - która dziś odżywa zarówno na Zachodzie, jak i Wschodzie - z brakiem ojca. Nieobecnością tego, który powinien być przewodnikiem na ścieżkach wiary. Także z nieczułością matki. 

Czy sam autor wspomnień, Niemiec z Hesjii, syn weterynarza, osierocony w dzieciństwie przez matkę, nie był w jakiejś mierze podatny na wpływ zakorzenionego w protestantyzmie, a w obecnego wśród większości Niemców przekonania o naturalnej „wyższości” niemieckości? Przewadze niemieckiej kultury, niemieckiego państwa, przedmiocie dumy jego mieszkańców, które było w tak wielkiej mierze wykwitem pruskiego ducha?

A jednak walczył z ideologią, gdy tylko mógł. Okazje nadarzały się co krok. 

Podobnie jak walczyłby Polak - w każdych warunkach gotów do konspiracji, zawsze czynny w zwalczaniu zła, przeciwstawiający się mu z narażeniem własnego życia. 

 

Karol Goldmann, franciszkanin i esesman w jednej osobie poniekąd postępował wbrew niemieckiej naturze. Był przypadkiem całkowitej impregnacji na fałsz, co miało źródła ściśle duchowe. Ten uparty Niemiec doszedł do perfekcji w słownych potyczkach z nazistami. Z miną niewiniątka przewrotnie wykorzystywał w nich fakt zawarcia przez Hitlera konkordatu z Kościołem i udawał, że bierze na serio formułki sklecone dla zmylenia przeciwnika, produkowane na użytek prostych żołnierzy i niedouczonych oficerów. Wdawał się w ostre dyskusje z kolegami z oddziału i z oficerami. Przed wojną był uczestnikiem wykładów dla młodych chłopaków prowadzonych przez jezuitów, w ramach organizacji, która stawiała sobie za cel formację intelektualną katolickiej młodzieży. Nie brakowało mu też zdrowego pomyślunku  pyskatego wiejskiego chłopca, jakim był tak niedawno, zahartowanego w trudach życia, uganiającego się z kolegami po łąkach i lasach.

 

Sądząc ze wspomnień, rodzony ojciec o. Gereona Goldmanna był człowiekiem uczuciowo zimnym, zamkniętym w sobie, pochłoniętym bez reszty pracą zawodową. Jako weterynarz całe dnie spędzał poza domem. Poza Karolem miał sześcioro dzieci. Ożenił się ponownie krótko po śmierci pierwszej żony. Musiało zajść coś wyjątkowego, by ojciec skłonny było okazać Karolowi jakieś względy. Dwa razy w życiu odprowadził go na stację kolejową: gdy Karol wstępował do franciszkańskiego seminarium i gdy w czasie wojny miał stawić się przed Sądem Wojennym w Kassel, gdzie oskarżano go o antyhitlerowską propagandę w szeregach armii. 

 

Autor wspomnień nie miał tego wyjątkowego szczęścia, by mieć czułego, opiekuńczego ojca, który interesowałby się jego losem i dawał mu to odczuć, pomagał w podejmowaniu decyzji i wzmacniał jego siły. Ale mimo to młody Karol odczuwał wstręt i obrzydzenie wobec rasistowskich teorii, którymi karmiono młodzież we wszystkich niemieckich instytucjach państwowych, ze szkołami na czele. 

 

Już u jezuitów otrzymał porządne wykształcenie filozoficzne. Studia filozoficzne kontynuował w seminarium, także gdy był już żołnierzem, podczas urlopów z wojska, na uniwersytecie we Freiburgu. W czasie służby wojskowej dokształcał się sam. W każdej wolnej chwili czytał książki filozoficzne i teologiczne, często w oryginale greckim i łacińskim. To pozwoliło mu patrzeć na propagandę nazistowską jako na zestaw sprytnie spreparowanych, niesłychanie prymitywnych, podbijających niemiecką pychę kłamstw, zabarwionych sentymentalizmem ojczyźnianym, żerujących na atawizmach, manipulowaniu pojęciami, fobiach antychrześcijańskich i najniższych instynktach. Odwołujących się zawsze do kultu siły i do zemsty. 

 

W czasie wojny młody zakonnik w mundurze esesmana przyjął propozycję niemieckiego arystokraty Adama von Trott zu Solz (spotkał go w czasie urlopu w Imshausen pod Bebrą), związanego z spiskowcami skupionymi wokół Clausa von Stauffenbergera. Został łącznikiem grupy organizującej zamach na Hitlera, na co otrzymał błogosławieństwo swojego biskupa. .

Karol Gereon Goldmann OFM, SS, nie załamał się w obliczu ewidentnej przemocy silniejszych i demonstracyjnej potęgi zła, bo miał ojca zastępczego. Wiedział, że ta Osoba żyje i jest Ojcem prawdziwym.

 

Ale nie działał sam. Nie szedł o własnych siłach. Gdy miał osiem lat i umarła mu matka był już ministrantem w kościele parafialnym w Fuldzie, w Hesji. Niepozorna siostra zakonna Solana May, zakrystianka, patrząc na osieroconego chłopca i jego ogromny ból po stracie ukochanej matki poleciła go Bogu. Więcej, zawarła z Bogiem układ. Odtąd wszystkie jej modlitwy i wszystkie cierpienia, każda dobrowolna ofiara, najmniejsze wyrzeczenie miały iść na rzecz tego dziecka, w którym mała zakonnica dostrzegła coś niezwykłego. Prosiła Boga, by został księdzem. Skoro nie ma już na ziemi matki, to ona będzie o niego odpowiednio dbać, ona, z oddalenia będzie wypraszać potrzebne łaski. Wciągnęła w swój układ jeszcze inne osoby, z różnych miejscowości i klasztorów, było ich w sumie około dwustu. W całkowitej dyskrecji powierzały Bogu powołanie Karola. Wcielony do armii jako kleryk szybko znalazł się na froncie, kolejno, we Francji, Rosji i we Włoszech. We wszystkich niebezpieczeństwach utraty życia, w jakich przyszło mu być tak często – także z powodu niewyparzonego języka, porywczości i przeświadczenia o swoich możliwościach intelektualnych, czy wręcz pewnego poczucia wyższości związanego z jego statusem osoby nieźle wykształconej – chroniła go tajemnicza obecność. 

 

Modlitwy siostry Solany z Fuldy zostały wysłuchane. Opatrzność roztoczyła nad młodym zakonnikiem ochronny płaszcz. Wychodził bez szwanku z największych opresji. Jego dowódcy nie mogli uwierzyć, gdy podczas zaciętych walk w południowych Włoszech wyciągał pod gradem kul rannych z okopów, nosił ich na własnych plecach i nigdy nie został nawet draśnięty. 

 

Jego wspomnienia z krótkiego pobytu w Polsce, na przełomie 1939 i 1940 roku, to opis dobroci i wielkiej wiary ludności, wspaniałomyślności i szlachetności kapłanów i zakonników. Modlił się we franciszkańskim kościele w Paradyżu (mylnie przekonany, że kościół i klasztor założyli Krzyżacy, gdy w istocie jest on fundacją cysterską). O cierpieniach Polaków wiedział jednak bardzo niewiele.

 

W połowie wojny, w czasie urlopu udało mu się przedostać potajemnie na jeden dzień do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie zamierzał odnaleźć swojego współbrata. To co tam zobaczył upewniło go ostatecznie o tym, że Hitler prowadzi wojnę z zamiarem zniszczenia chrześcijaństwa, Kościoła, cywilizacji łacińskiej i ustanowienia państwa plemiennej wspólnoty, kierującej się najdzikszymi instynktami, na całym podbitym obszarze. 

 

Sierżant i seminarzysta w jednej osobie patrzył na wojnę jako na starcie idei katolickiej, której starał się służyć, z obłędem nazistowskim. Po obu stronach frontu widział ludzi wierzących i doświadczał od nich wielorakiej pomocy, czasem zupełnie fantastycznej, przychodzącej w najmniej spodziewanych momentach. Sam też starał się ją nieść potrzebującym, a jako podoficer SS – zwłaszcza we Francji – miał możliwości więcej niż ktokolwiek. 

W całym jego bogatym życiu uczestnika II wojny nic nie przysporzyło mu takich męczarni jak zmaganie się z nazistami we własnym narodzie. 

Ten podoficer niemiecki wyświęcony został na kapłana będąc jeńcem wojennym, w 1944 roku w Rivet koło Algieru. Znalazł się tu wkrótce po wzięciu go do niewoli przez Anglików i tutaj przygotowywał się do święceń, które miał przyjąć za specjalnym pozwoleniem Piusa XII. Zdobył je dzięki swemu nadzwyczajnemu uporowi, za namową  opiekunki duchowej, zakrystianki z Fuldy. To ona przepowiedziała mu, że Pius XII weźmie jego sprawę w swoje ręce. I że wcześniej, wyreklamowany z Sądu Wojennego dzięki dyskretnej protekcji Adama von Trott, na mocy specjalnego rozkazu dowódców, znajdzie się w Pau, w pobliżu Lourdes, by modlić się wkrótce w sanktuarium Pani z Lourdes o tę łaskę. Tak się stało. 

W Rivet znajdował się ubogi dom zakonny, a zarazem seminarium dla niemieckich kleryków, które prowadził były arcyopat klasztoru benedyktynów w Neuron, o. Rafał Walzer, Niemiec ratujący Żydów, przeciwnik nazizmu, w czasie wojny uciekinier do Francji, gdzie przyjąl funkcję kapelana wojsk francuskich. 

 

„Po Mszy św. [prymicyjnej] okazało się, że miłość chrześcijańska przekracza wszelkie granice narodów i likwiduje wszystkie przeszkody wojenne”, pisze o. Goldmann. „Francuski generał, kompetentny do spraw wszystkich jeńców wojennych, nie omieszkał przybyć na te niecodzienne święcenia. Kiedy wychodziłem z kościoła, ukląkł jako pierwszy, ucałował namaszczone olejem świętym dłonie i prosił o pierwsze błogosławieństwo neoprezbitera – niemieckiego jeńca wojennego”. 

 

Młody Karol Goldmann do końca nie wierzył, że może zostać księdzem bez ukończenia seminarium. Zabrakło mu do tego trzech lat. Jednak mała zakonnica z Fuldy nigdy w to nie wątpiła. Gdy był w poważnym niebezpieczeństwie na froncie potrafiła wysłać do niego kartkę z informacją, że wie o wszystkim, i prosi, by się nie załamywał. Przeczuwała każde poważniejsze zagrożenie swojego podopiecznego. Tym goręcej się modliła.

 

Kard. John Fulton Sheen: „Mężczyźni nie mogą znieść słabości. Mężczyźni, w pewnym sensie, są słabszą płcią. (…). Dlatego potrzebują oni siły i inspiracji kobiet, których nie druzgocą sytuacje kryzysowe. Potrzebują oni kogoś, kto nie upadnie złamany u stóp Krzyża, lecz będzie stał tak, jak stała Maryja”.

 

Kłopotliwe milczenie 

 

Jest dziś wielu ludzi, którzy wobec wydarzeń na Ukrainie i dyplomatycznego odwrócenia się od Rosji świata Zachodu, milczą na temat istoty zagrożenia, jakie ona niesie. Pokrywają zakłopotanym milczeniem ten niesłychany fakt, że nagle grunt im usunął się spod nóg. Nie wiedzą, co się stało, dlaczego szydło wyszło niespodziewanie z worka i boleśnie rani wszystkie wrażliwe miejsca. I na czym mają się oprzeć… 

Gdzie uciekło to wszystko? Gdzie rozwiał się ten piękny sen? Gdzie są prawa człowieka przywoływane na każdą okazję – to cudowne zaklęcie nagle wyparowało. Gdzie, pokój, jedność, perspektywa zlania się w jedno wszystkich religii, powszechne szczęście, oparte na totalnym  dialogu, międzynarodowe porozumienie i jakże owocna współpraca za małą cenę – niemówienie prawdy? Wszystko to, czego podstawą i fundamentem był niepisany, a nawet niewyartykułowany nigdy wprost  dogmat o konieczności układania się z Rosją w każdej sytuacji? Cichy bezzębny dogmat o nieodzownym kompromisie, nie tykaniu Rosji - bo ona jest ponad wszystkim. Jest prawdziwym gwarantem wszystkich tych dóbr, z którymi jest nam tak bardzo do twarzy.

 

W imię tego wszystkiego nawet na najwyższych ambonach – po roku 1962 – nie nazwano zła złem. Ostatni Sobór nie potępił komunizmu.

Żadne wysokie światowe gremium walczące o pokój, żaden międzynarodowy trybunał nigdy komunizmu sowieckiego (błędów Rosji, o których mówiła w Fatimie Matka Boża) nie rozliczył.

 

I oto wszystko nagle pierzchło jak bańka mydlana. Obłuda wyskoczyła z zardzewiałej puszki, gdzie starano się ją łokciami upchać i zakryć, i rozlała się jak ogromna śliska kałuża, w którą wpadają wszyscy po kolei mali Machiavele, arcymistrzowie dyplomacji, realizmu, „mniejszego zła”, „zdrowego rozsądku”, nieodzownego pragmatyzmu, rzecz jasna „w imię ocalenia substancji”… 

Obłuda jest wielkim grzechem, jest bałwochwalstwem, postawieniem na pierwszym miejscu zamiast Boga i Jego chwały, siebie i swojej chwały. Obłuda jest tym złym kwasem, który odbiera smak… (ks. prałat Aleksander Woźny)

Gdzie się dziś podziała ideologia pokoju, miłości i jedności za wszelką cenę? I co z jej wstydliwymi szczątkami zrobić teraz, wobec naporu rzeczywistości? Wobec ofiar Smoleńska, wobec zabitych na Majdanie – tylko dlatego, że odważyli się być wolni w państwie tyrana?

 

Nie sposób nie zauważyć, że rzecz, która dotyczy Rosji nigdy nie ma wymiaru tylko politycznego. Rosja nie jest rzeczywistością tylko polityczną. Jest także rzeczywistością duchową. 

To przede wszystkim wybór ideologii, która jest oparta na materializmie po stronie lewej, a na idealizmie heglowskim po prawej, sprawia, że ci, którzy powinni mówić milczą, ci, którzy mają działać, opuszczają ręce. Stają się cichymi współpracownikami zła. 

 

Ideologia oślepia nawet ludzi skądinąd pobożnych. Nawet takich, którzy uważają się za głęboko wierzących. Kiedy mówiąc o konieczności zachowania „porządku” stawiają na szczycie hierarchii cara, a nie Boga, kiedy mylą jednego z drugim, żeby tylko nic z tych puzzli, które ułożyli sobie w swoim ogródku, w swoim małym światku wyobrażeń o wielkiej polityce, nie zostało naruszone. Żeby nie rozpadł się ten domek z kart, który wznieśli pracując wytrwale, dzień i noc, ta kapliczka, którą postawili – tak naprawdę ku swojej chwale. W ten sposób ich chrześcijaństwo staje się atrapą. Upragniony porządek, wyidealizowanym obrazem rzeczywistości, a nie realnym życiem. Życiem dla Boga.

 

O. Gereon Goldmann, franciszkanin w mundurze SS , który został księdzem, nie ocalał z wydarzeń wojny i tych, które czekały go w obozie jenieckim, dzięki swojej sile woli, charakteru, zdolnościom i talentom, czy nawet wyjątkowo mocnej wierze. Jako młody zakonnik, potem młody ksiądz, był skłonny do brawury, ryzykownych akcji, decyzji podejmowanych pod wpływem impulsu. Wychodziło mu zawsze na dobre to, że zbytnio się nad niczym nie zastanawiał. Sforsowawszy Spiżową Bramę przekonał papieża Piusa XII, by dał mu pozwolenie na przyjęcie święceń kapłańskich bez wymaganego kursu teologii, po to, by mógł odprawiać Msze św. dla żołnierzy i być spowiednikiem umierających na polu bitwy. Grupa kapelanów wojskowych kurczyła się coraz bardziej wskutek represji nazistów.

 

Został kapłanem dokładnie w dwadzieścia lat po zawarciu „paktu” z Bogiem w sprawie jego kapłaństwa przez niepozorną zakonnicę, zakrystiankę z Fuldy. 

To nie jego osobisty geniusz, ale modlitwa tej pokornej, nikomu nie znanej kobiety sprawiła, że nie poległ na froncie, nie wykrwawił się z ran, nie skazano go przez Sąd Wojenny za wywrotową antynazistowska robotę, nie odkryto jego kontaktów z Adamem von Trott, nie został powieszony w akcie zemsty przez psychopatycznych morderców w obozie jenieckim – przeciwnie, wielu z jego niedoszłych oprawców dzięki jego postawie i kazaniom przypomniało sobie, że są ochrzczeni i powróciło do życia sakramentalnego. Wyzdrowiał ze wszystkich chorób, których nabawił się w afrykańskim klimacie i po wojnie wyjechał jako misjonarz do Japonii. 

 

Ci, którzy ogłaszają rychły koniec Rosji Putina, a zapominają o innym końcu popełniają błąd poznawczy. Jawna lub ukryta światowa polityka prorosyjska, maskowana hasełkami o konieczności „obrony praw człowieka”  na całym globie ziemskim opierała się na zakłamanej ideologii, która dziś z hukiem się rozpadła. Tak samo jak niegdyś polityka państw popierających oficjalnie lub po cichu Hitlera. Ignorując jej publiczną kompromitację i odrzucenie w ludzkich umysłach zawęża się niebezpiecznie perspektywę, spłyca się spojrzenie na dramat ukraiński. I co za tym idzie, nie dostrzega niebezpieczeństwa stoczenia się ponownie w humanizm. W samowystarczalność człowieka. Niesie ją sprowadzanie wszystkiego do rzekomej sprawczości działań wyłącznie politycznych: przyjęcia trafnej strategii, rozeznania gry interesów różnych państw i wpływowych grup. Wreszcie do inteligentnego wykorzystania tych układów przez niedawną opozycję ukraińską zmierzającą do uzyskania pełnej niepodległości swojego kraju.

To wszystko ważne, bez tego nie będzie zwycięstwa. Ale nie najważniejsze. To nie wystarcza.

 

Światem nie rządzi bowiem ani car – bóg, ani cesarz – pieniądz i podporządkowani mu animatorzy opinii publicznej. Ci, którzy – zależnie od jego obrotów – potulnie milczą lub perorują. Protestują, podpalają parlamenty i opony na głównych placach lub kokietują znudzoną publiczność bajaniem o międzynarodowej solidarności na rzecz pokoju.

Cywilizacja chrześcijańska (zwana niekiedy „całym cywilizowanym światem”, albo „Zachodem”) rozpadnie się bez jednego wybuchu, jeżeli zapomnimy o Tym, kto ją ożywia. Jeżeli będziemy uparcie ignorowali obowiązki wobec Boga, z których pierwszym jest miłość. Oddanie czci Bogu prawdziwemu. Bo cywilizacja łacińska to nie są tylko martwe mury, kodeksy praw lepsze niż produkowane za Uralem i udogodnienia codziennego życia.

 

Cywilizacja łacińska to nie prawa człowieka, a prawa Boga.

 

Stąd pochodzi cała kultura chrześcijańska.

„Bo dzisiaj zmieniła się mentalność cywilizacyjna w naszym kręgu”, napisał jeden z komentatorów, trafnie ukazując hipokryzję oficjalnych krytyków Kremla. „Putin to właśnie wykorzystuje, tę niechęć do ponoszenia jakichkolwiek ofiar, które obniżyłyby nasze poczucie komfortu… (…)  największe centrum artyleryjskie w Rosji buduje koncern Rheinmetall [Niemcy] … Lenin mawiał: >Kapitaliści sprzedadzą nam sznurek, na którym ich powiesimy<”. 

 

Kard. John Fulton Sheen o neopogaństwie:

„Nowe pogaństwo można zdefiniować jako pogląd na życie opierający się na przekonaniu, że samowystarczalna nauka nie potrzebuje wiary, a samowystarczalna ludzka moc nie potrzebuje łaski. …dogmatami nowego pogaństwa są scjentyzm, będący deifikacją metody eksperymentalnej, oraz humanizm, który jest gloryfikacją człowieka czyniącego Boga na swój obraz i podobieństwo”.

 Dokończenie wkrótce

____

*) o. Gereon Goldmann „Takimi drogami prowadził mnie Chrystus”, przekład o. Wincenty Cykowski OSPPE,  Paulinianum, Wydawnictwo Zakonu Paulinów, Wydawnictwo „Czuwajmy” Kraków 

**) prof. Andrzej Nowak, „Gazeta Polska”, 12 marca 2014

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.