Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 47 gości
S T A R T arrow Inne polityczne arrow Ukraina, B, L. arrow Pamięci Saszko Biłogo, mojego towarzysza broni . Chłopcy z UNA-UNSO
Wednesday 16 October 2019 12:34:30.27.
migawki
Człowiek, kapłan, który w Ogrodach Watykanu przyjmuje błogosławieństwa szamanek, tańczy i kiwa się wokół „świętego Ognia” czy „śniętego Węża”, nie jest katolikiem, nie jest heretykiem. Jest APOSTATĄ, czyli kapłanem Szatana.
A w Polsce w wielu parafiach obchodzi się "święto kremówki". Nie dziwi więc, że realizacja proroctw, rewolta w Watykanie umyka uwadze owieczek i co głupszych pastuchów. Hermeneutyka ciągłości ?
===============================
 
W Y S Z U K I W A R K A
Pamięci Saszko Biłogo, mojego towarzysza broni . Chłopcy z UNA-UNSO Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Kuleba   
26.03.2014.

Pamięci Saszko Biłogo, mojego towarzysza broni

 

Chłopcy z UNA-UNSO

 

[ Nie mamy w Polsce wolnej prasy. Same „niezależne”... Dlatego umieszczam tekst Kuleby, bo Biłogo znał . Nic nie jest czarno – białe, jak chcą „niezależni” i im podobni... Przypominam, że Muzyczkę zabili „wolni demokraci”, oddział rządowy. Mirosław Dakowski]

 

[Ostatnio, 13 marca br. zamieścił nagranie na swoim profilu na portalu społecznościowym, w którym informował, że dysponuje wiarygodną informacją, że kierownictwo ukraińskiej prokuratury i MSZ podjęło decyzję o jego fizycznej likwidacji albo o aresztowaniu go i wydaniu służbom specjalnym Federacji Rosyjskiej. W ten sposób – jego zdaniem – nowa ukraińska władza chce pozbyć się politycznych oponentów.]

 

 

Mirosław Kuleba

 

Wiosną 1994 roku trafiłem do ich sztabu we Lwowie. Na terenie Zachodniej Ukrainy organizacja działała legalnie, chociaż na pozostałym obszarze kraju została w tamtym czasie zdelegalizowana. Post-sowieckie władze Ukrainy przeprowadziły właśnie rewizję w kijowskiej siedzibie UNA-UNSO, zarekwirowano materiały propagandowe i archiwum, dokonano pierwszych aresztowań. Działacze organizacji zwołali we Lwowie konferencję prasową. Poprowadzili ją ówcześni liderzy nacjonalistów: Jurij Szuchewycz, Andrij Szkil i Ołech Wytowicz.

– No, było, było... – odpowiedział mi wtedy niechętnie Jurij Szuchewycz, zagadnięty o straszne lata na Wołyniu, Polesiu i Podolu sprzed pół wieku. I zamilkł. Zamknął oczy, czoło wsparł na dłoniach. Wiedziałem, że stracił wzrok w sowieckich łagrach, w których spędził trzydzieści lat. Teraz siedział za stołem konferencyjnym w jakiejś dziwnej zadumie. Może wyblakłymi, niewidzącymi oczami zobaczył swojego ojca, legendarnego Romana Szuchewycza, ,,Tarasa Czuprynkę”, ostatniego dowódcę Ukraińskiej Powstańczej Armii?

         Pan Szuchewycz był kilkunastoletnim chłopcem, kiedy za winy ojca poszedł do łagru. Niewola nie złamała go, na zawsze pozostał wierny ideałom, za które zginął jego bat’ko.

         – Najbardziej utkwiło mi w pamięci nasze ostatnie spotkanie, jesienią 1947 roku pod Rohatyniem. Wiele rozmawialiśmy wtedy o losie naszej rodziny, z której pozostaliśmy tylko my dwaj – bat’ko i ja. On już wtedy wiedział, że podziemie skazane jest na fizyczne unicestwienie. Ale wiedząc to uważał, że postąpiliśmy słusznie, i że swój sztandar, sztafetę walki musimy przekazać następnemu pokoleniu. Wtedy mówiono, że podziemie jest skończone, nie ma żadnej możliwości zwyciężyć, ani cokolwiek osiągnąć. A oni, nie bacząc na nic, walczyli i nie słuchali takich ,,racjonalnych” argumentów. Walczyli do końca! I kiedy spojrzymy wstecz, zobaczymy, że zwyciężyli moralnie. My ciągle nie mamy własnego państwa. Gdyby najgłębsze pragnienie całego narodu było takie, jak u powstańców – walczyć do końca, dzisiaj świat wyglądał by inaczej.

         Ze ściany kwatery głównej UNA-UNSO spoglądał na nas portret Stepana Bandery. W panteonie bohaterów – nazwiska Jewhena Konowalca, Tarasa Bulby, Melnyka, Onyszkiewicza. Na ramionach ukraińskich liderów czarno-czerwone opaski. I jeszcze czarny krzyż, jako żywo przypominający niemiecki Eisernes Kreuz. Tytuły partyjnych pism ,,Nacjonalist” i ,,Gołos Nacji” pisane szwabachą. Lwie głowy z wyszczerzonymi kłami. Niepokojąca symbolika, sięgająca mrocznej historii, emanacja ,,ziemi i krwi” z czasów pogardy.

         Czerwona krew, czarna ziemia, to były barwy UPA i OUN, jesteśmy ich spadkobiercami i przyjęliśmy ich symbolikę – wyjaśnił pan Szuchewycz.

         Znak lwa z wyszczerzoną paszczą to jeszcze przedwojenny symbol, przyjęty w ukraińskim odpowiedniku harcerstwa. Andrij Szkil, 35-latek, doktor nauk społecznych, główny teoretyk UNA, stwierdził, że to jedyny lew we Lwowie, który nie śpi. A subtelnie spleciony monogram UNSO, budzący skojarzenia ze swastyką?

         – No, do swastyki jeszcze daleko! – uśmiechnął się Szkil.

         Symbole mają wywodzić się jeszcze z czasów Kijowskij Rusi. Swastyka zdobiła tarczę ruskiego pogańskiego boga Peruna.

 

                                                      Ciężar dziedzictwa

 

         W tym miejscu trudno mi się powstrzymać od osobistej refleksji. Cała moja rodzina pochodzi z dawnego województwa tarnopolskiego, z powiatu Przemyślany. Mieszkaliśmy w Ciemierzyńcach, wiosce nad Złotą Lipą. Od niepamiętnych czasów żyli tam obok siebie Polacy i Ukraińcy, pracowali razem i żenili się między sobą. Na wzgórzu stał kościół, naprzeciw – unicka cerkiew. Święta kościelne obchodzono wspólnie, najpierw katolickie, potem prawosławne.

         12 lutego 1944 roku, w noc kiedy urodziła się moja ciotka Władysława Krajewska, przez wioskę przeszedł ukraiński oddział. Z domów wyciągano mężczyzn – Polaków, strzelano do nich jeszcze w obejściach, a trupy wrzucano na sanie. Przez całą wieś ciągnął się krwawy ślad na śniegu. Pod dom mojej babki strzelcy zajechali także – ale zaraz po połogu kobieta zawinęła noworodka w koc i razem z trójką pozostałych dzieci, w tym moją matką, ukryła się u sąsiadki – Ukrainki. Tej nocy zamordowano w Ciemierzyńcach dwunastu Polaków. Żaden z nich nie miał broni, byli to zwykli rolnicy.

         Nigdy wcześniej w wiosce nie było żadnego konfliktu między Polakami a Ukraińcami. Nie wiadomo, kim byli nocni goście. Prawdopodobnie przybyli z bazy UPA w Wiśniowczyku. Był to teren operacyjny sotni Michała Szeremety, który już po wojnie zginął z rąk żołnierzy Istrebitielnych Batalionow. Wśród zamordowanych w grudniową noc był właściciel młyna Sienkiewicz, jego pracownik Stanisław Czak, Józef Winiarski, Bronisław Wierzbicki. W sąsiedniej wiosce Białe banderowcy odwiedzili obejście Józefa Bednarza. Kiedy ten przybiegł z daleka do płonącego domu, w łóżku znalazł swoją żonę, Ukrainkę, leżącą z poderżniętym gardłem. Oprawcy nie zdobyli się na to, aby zabić dwójkę jej małych dzieci – miały zginąć w płomieniach. Bednarz zdołał je ocalić, ale trupa żony już nie zdążył wyciągnąć z ognia.

         Zanim moja rodzina na wiosnę 1944 roku schroniła się w Wicyniu, oddział ukraiński jeszcze raz zawitał do Ciemierzyniec. Tym razem przyszli do ciotki Franciszki, Ukrainki, która w 1943 roku wyszła za mąż za brata mojego dziadka, Ludwika Krajewskiego. Była to kobieta z 18-letnią córką, Malwiną. Mężczyzn nie było wtedy w wiosce, wszyscy w tym czasie musieli się już ukrywać. Ciotkę strzelcy zostawili w spokoju. Na środku wsi, na drzewie, powiesili jej dziecko, Malwinę. Najpierw ją zgwałcili, potem, nagą, powiesili. Obok niej – jeszcze jedną dziewczynę, Zosię, Polkę, córkę leśniczego.

 

         A jednocześnie – siostra mojej babki Stanisławy Krajewskiej, tej która z noworodkiem na ręku uciekała przed śmiercią z rąk sąsiadów, była żoną Ukraińca, żołnierza UPA. Jego w 1945 wywiózł w nieznane ,,czarnyj woron” NKWD i nikt o nim więcej nie usłyszał. Ona zaś za jego winy trafiła do łagru w Kraju Krasnojarskim, gdzie przez dziesięć lat karczowała tajgę. Wyszła na wolność dopiero w 1956 roku. A matka mojego ojca, Zofia, do końca życia nie nauczyła się dobrze mówić po polsku. Nieraz słyszałem, jak babcia rankiem śpiewa ukraińskie dumki...

         Na kresach zamordowano w tych strasznych latach 80 tysięcy Polaków. Tę hekatombę trudno sobie wyobrazić, ale kiedy o tym myślę, zawsze wraca pamięć o 18-letniej Ukraince Malwinie, mojej przyrodniej kuzynce, którą zamordowano aby ukarać matkę – za to, że wyszła za mąż za Polaka.

         Niewątpliwie, do UPA poszli patrioci, którzy w walce o Samostijną Ukrainę rzucili na szalę własne życie. Tylko że przeciwnikiem dla żołnierza powinien być nieprzyjacielski żołnierz. Kiedy broń zwraca się przeciw nieuzbrojonym cywilom, nie ma to nic wspólnego z najpiękniejszymi choćby ideałami. To zwykły bandytyzm.

 

                                        W Naddniestrowiu i Abchazji

 

         30 czerwca 1990 roku rozpoczęła oficjalną działalność partia ukraińskich skrajnych nacjonalistów UNA (Ukrajińska Nacjonalna Assambleja). W sierpniu 1991, podczas pamiętnego przewrotu w Moskwie, działacze skupieni w UNA utworzyli organizację paramilitarną o nazwie Ukrajińska Narodna Samooborona (UNSO). Oficjalnie UNSO określono jako organizację o charakterze sportowym, która może być jednak wykorzystana w przypadku zagrożenia państwa. Faktycznie UNSO jest zbrojną  bojówką UNA. To właśnie chłopcy w mundurach UNSO zamierzali zrobić na Ukrainie porządek z komuną i pachołkami Moskwy. Od początku dowodził nimi Ołech Wytowicz. Według jego słów, już w 1994 roku organizacja liczyła 15 tysięcy członków. Broń nabywano od sympatyków w wojsku i policji. 

         Młodzież z UNSO pierwsze wojskowe szlify zdobywała na wojnie w Naddniestrowiu. Paradoksalnie, walczyła tam przeciwko Rumunom u boku rosyjskich ochotników. Życzliwym okiem patrzył na to generał Aleksander Lebiedź, dowódca rosyjskiej 14. armii stacjonującej w Naddniestrowiu. Ukraińscy ochotnicy włączyli się do walk w Naddniestrowiu pod hasłem ,,wojny z rumuńskim imperializmem”.

         – Naddniestrowie to terytorium, które do 1940 roku należało do Ukrainy – stwierdził Jurij Szuchewycz, zapytany o ten dziwny sojusz. – Potem zostało bezprawnie oderwane i przekazane Mołdawii. Wśród ludności tego regionu jest ponad osiemdziesiąt procent Ukraińców. I my tam broniliśmy ich interesów. Byliśmy zmuszeni naprawić to, czego nie zrobił rząd Ukrainy, który nie wystąpił w obronie rodaków, nie wystąpił przeciwko ich unicestwianiu. Rosja natomiast zdobyła tam dla siebie wiele sympatii, ponieważ rzeczywiście, choć głównie w słowach, wystąpiła w obronie tej ludności. UNA-UNSO musiała wypełnić tę próżnię w interesach Ukrainy. Chociaż stało się tak, że staliśmy ramię w ramię z bojownikami z Rosji. Ale, właśnie żeby ich nie było, by usunąć z serc prorosyjskie sympatie, musieliśmy tam przyjść my.

         Kolejnym etapem wojskowego szkolenia bojówkarzy z UNSO była wojna w Abchazji. Kilkudziesięciu uzbrojonych młodych ludzi walczyło po stronie Gruzji. Przeciwko sobie mieli oddziały separatystów abchaskich, wspierane przez rosyjskich ochotników, kozaków i wojska Konfederacji Narodów Kaukazu dowodzone przez Czeczeńca, Szamila Basajewa. Tym razem Ukraińcom udało się zrealizować swoje największe marzenie – stanąć z bronią w ręku przeciwko rosyjskiemu imperium. Uważali, iż Rosja napadła na suwerenne państwo, czarnomorskiego sąsiada, którego z Ukrainą łączą więzy tradycyjnej przyjaźni. Było to zgodne z hasłem UNSO – walki o wyzwolenie wszystkich narodów, które zniewoliła Rosja.

         W walkach na wojnie abchaskiej poległo siedmiu strzelców z UNSO, dwudziestu zostało rannych. Wszyscy otrzymali najwyższe odznaczenia i honorowe obywatelstwo Gruzji. Zapytany o te ofiary Szuchewycz powiedział:

         – Uważam, że oni postąpili słusznie. Popieram wszystkich, którzy pojechali do Gruzji. Chociaż nie zrzucam z siebie odpowiedzialności i nie wykluczam swojej odpowiedzialności przed prawem. I moje sumienie nie może milczeć, kiedy mówimy o tych ofiarach. One są nam drogie. Rozumiem ból ojców, którzy stracili synów. Rozumiem, że polegli najpiękniejsi synowie Ukrainy. Odpowiem za nich wszystkich przed Bogiem.

 

                                              Łącznik ze Lwowa

 

         Moje drugie spotkanie z UNSO miało miejsce w Chasawiurcie, dagestańskim miasteczku na granicy z Czeczenią. Był koniec stycznia 1995 roku, w Czeczenii od miesiąca trwała wojna z Rosją. Jadąc wynajętym samochodem do Groznego zabrałem ze sobą młodego Ukraińca, Chazara, który podał się za przedstawiciela jakiejś organizacji humanitarnej. Szczęśliwie przejechaliśmy posterunki wojsk federalnych na granicy i dotarliśmy do siedziby dowództwa wojsk czeczeńskich. Sztab generała Asłana Maschadowa mieścił się wtedy w podziemiach drugiego szpitala miejskiego, niedaleko Minutki. Wieczorem zobaczyłem Chazara z kałasznikowem i opaską UNSO na ramieniu. Okazało się, że był łącznikiem ze sztabu organizacji we Lwowie. Zaprosił mnie na swoje urodziny. Piliśmy spirytus lekarski, którego Czeczeńcy używali do ogrzewania podziemi szpitala, zagryzaliśmy przywiezioną przeze mnie słoniną, czyli sałem – ukochanym ukraińskim przysmakiem – i polską kiełbasą myśliwską. Poznałem wtedy dowódcę ukraińskich ochotników walczących w Czeczenii, Saszko Biłego, zwanego też ,,Konsulem” i kilkunastu strzelców. Byli najliczniejszą grupą cudzoziemskich ochotników, walczących po czeczeńskiej stronie.

 

                                              Cudzoziemcy na Dżihadzie

 

         Złudne okazały się nadzieje Dżochara Dudajewa, że Konfederacja Narodów Kaukazu wesprze sprawiedliwą wojnę Czeczeńców, tak jak wcześniej czynnie włączyła się do wojny w Abchazji. Tym razem kaukaski parlament nabrał wody w usta. Przy braku jakiejkolwiek zorganizowanej akcji werbunkowej, po wybuchu wojny do Czeczenii zaczęli jednak przybywać cudzoziemscy ochotnicy.

         Najpierw byli to po prostu najbliżsi sąsiedzi – Ingusze i Dagestańczycy. Najwięcej cudzoziemskich ochotników przyjechało z krajów arabskich Bliskiego Wschodu – Arabii Saudyjskiej, Jordanii, Egiptu. Na ogół byli to Czeczeńcy, od kilku pokoleń żyjący na obczyźnie. Przyjechało kilkunastu Turków. Byli pojedynczy ochotnicy z Kaszmiru, Pakistanu, Iranu, Tadżykistanu, Tatarstanu, Azerbejdżanu, Kazachstanu. Emir Hattab, młody bojownik z Arabii Saudyjskiej, weteran wojen w Afganistanie i Bośni, stworzył z mudżahedinów jeden z najlepszych oddziałów walczących w tej wojnie. Była to wysoce profesjonalna, lotna grupa, stosująca taktykę dywersyjno-zwiadowczych oddziałów specnazu: uderzenie-odwrót. Z czasem jej sukcesy stały się legendarne.

         W czasie wojny przez Czeczenię przewinęło się kilkunastu Ukraińców. Wszyscy byli członkami UNA-UNSO. Obok nich walczyła mniej więcej taka sama ilość Rosjan i kilku mężczyzn z państw nadbałtyckich. Nie zabrakło Polaków.

         Wśród ochotników z zagranicy zdarzali się prawdziwi zawodowcy z dużym doświadczeniem. Dotyczy to zwłaszcza strzelców wyborowych, saperów i artylerzystów. Arabowie celowali w prowadzeniu wojny minerskiej, dzięki doświadczeniu zdobytemu w Afganistanie i Bośni, a także na licznych wojnach w Afryce.

         Cudzoziemcy stanowili tylko niewielki, egzotyczny margines bojowników służących w czeczeńskich siłach zbrojnych. Jeśli nie liczyć Inguszów i Dagestańczyków, w czasie wojny po stronie czeczeńskiej walczyć mogło najwyżej pięćdziesięciu cudzoziemskich ochotników.

         Między bajki trzeba włożyć doniesienia rosyjskich służb specjalnych o mitycznych ,,białych pończochach”, czyli biathlonistkach -snajperkach z republik nadbałtyckich, czy też o fantastycznych sumach wypłacanych najemnikom przez Dudajewa: rzekomo 1000 USD dziennie z premią za każdy zniszczony pojazd pancerny. W wojnie z Rosją na stronie Czeczenii nie walczył ani jeden cudzoziemski najemnik! Wszyscy, którzy stanęli w czeczeńskich szeregach, byli bez wyjątku ochotnikami. Za swoją służbę żaden z nich nie otrzymał nawet kopiejki. Wielu poległo – za ideały, które były dla nich ważniejsze niż życie. Przyjechali tu walczyć idealiści, w części – fanatycy religijni, szukający śmierci na Dżihadzie.

         ,,Rozumiem, dlaczego oni chcieli stanąć razem z nami – skomentował udział w wojnie cudzoziemskich ochotników generał Chamzat Gełajew. – Po pierwsze to była wielka bitwa, po drugie – wielka i sprawiedliwa wojna. Jeżeli jesteś prawdziwym mężczyzną i dżentelmenem, zechcesz się bić w takiej wojnie”.

 

                                              ,,Za wolność waszą i naszą”

 

         Przez cały dzień 1 stycznia 1995 roku Czeczeńcy ściągali pod Pałac Prezydencki w Groznym zdobyczne rosyjskie pojazdy pancerne, pozostałe na ulicach po niesławnym noworocznym szturmie stolicy. Przygotowywano się do obrony siedziby Dudajewa. W pałacu przebywało stale 300-400 ludzi. Wśród nich była grupa ochotników z Ukrainy, której dowódca Saszko Biłyj stał się ulubieńcem Czeczenii. Ukraińcy urządzili w sali konferencyjnej stanowisko wielkokalibrowego karabinu KPWT, który strzelał przez dziurę w ścianie.

         Potem ukraińskich ochotników spotykałem wielokrotnie, do samego końca wojny. W czasie walk ulicznych w Groznym, podczas odwrotu ze stolicy na froncie pod Szali i Argunem, w górach. Walczyli dzielnie. Saszko Biłyj poinformował mnie, że rosyjski kontrwywiad FSK wyznaczył sporą nagrodę za jego głowę, podobnie jak za innych ukraińskich ochotników na tej wojnie.

         Kiedy walki na krótko ucichały, chłopcy sobie tylko znanymi drogami jeździli na Ukrainę. Gdy walki wybuchały z nową siłą, powracali do szeregów. Ostatni raz widziałem strzelców z UNA-UNSO na defiladzie zwycięstwa w Szatoj, 6 września 1996 roku. Wybierali się w drogę do domu. Nie wszyscy – kilku poległo ,,za wolność waszą i naszą”. Saszko Biłyj został odznaczony najwyższym czeczeńskim orderem wojskowym K’oman Turpał, Bohater Narodu. Spotkałem matkę innego strzelca, która odebrała to samo odznaczenie przyznane jej synowi pośmiertnie.

         Jak słyszałem, po powrocie na Ukrainę Saszko Biłyj został aresztowany i skazany za służbę w obcej armii na karę więzienia. Razem z nim miał trafić za kraty jeszcze jeden kombatant czeczeńskiej wojny.

 

                                         Gwarancje dla Samostijnej

 

         Od czasu zakończenia wojny w Czeczenii UNA-UNSO dysponowała kilkudziesięcioosobową grupą zaprawionych w bojach żołnierzy. Ci ludzie uczyli żołnierskiego rzemiosła młodzież, którą na Zachodniej Ukrainie coraz bardziej przyciągała hałaśliwa propaganda nacjonalistów. Z czasem UNSO wyrosła na realną siłę. W czasie lutowej rewolucji bojownicy „prawego sektora” stworzyli służbę ochrony kijowskiego Majdanu. Radykalnie nastrojona część społeczeństwa widzi w nacjonalistach jedyną przeciwwagę dla umacniających się na politycznej scenie postkomunistów.

         Odradzająca się idea ,,samostijnej Ukrainy” podzieliła państwo na dwie części. Wpływowe siły na zachodzie kraju, obejmującym dawne ziemie Rzeczypospolitej, chciałyby utworzenia prawdziwie samodzielnego państwa. Zdaniem nacjonalistów, Ukraińcy jeszcze go nie posiadają. Ta Ukraina, jaka powstała po rozpadzie Związku Sowieckiego, ma według nich tylko zewnętrzne atrybuty państwowości: niebiesko-żółtą flagę, hymn, konstytucję. Nadal jest jednak ,,rosyjską kolonią, rządzoną przez zaprzedanych Moskwie kryptokomunistów”. W Kijowie dopiero od niedawna zapanował język ukraiński. Dalej na wschód mówi się powszechnie po rosyjsku. Nawet były prezydent Janukowycz wygłosił swoje ostatnie orędzie do narodu... w języku Puszkina!

 

         Kupowane pokątnie i przywożone z wojen kałasznikowy nie są tym, o czym marzą wizjonerzy z UNA-UNSO. Program ugrupowania nie pozostawia żadnych wątpliwości: Ukraina potrzebuje atomowej pięści. Zdaniem polityków z UNA jedynym gwarantem suwerenności Ukrainy jest broń jądrowa.

Wszystko co lata w kosmosie [„rosyjskie” md]produkowane jest na Ukrainie. W zakładach Piwdenmasz w Dniepropietrowsku powstają najnowocześniejsze rakiety strategiczne SS-24. Politycy UNA dostrzegają wagę postępu technologii rakietowej, który ma zapewnić Narodowa Agencja Kosmiczna Ukrainy. Jeśli uczestnictwo – na równych prawach – w amerykańsko-rosyjskich programach kosmicznych okaże się niemożliwe, Ukraina rozwinie własne badania naukowe zmierzające do wykorzystania unikalnego kompleksu startowego ,,Rusłan” i rakiety-nosiciela ,,Proton”. ,,Realizacja rosyjskiego programu kosmicznego ,,Wołga-Dniepr” doprowadziła do tego, że Ukraina – ojczyzna Nesterowa, Korolowa, Sikorskiego – popadła pod technologiczne wpływy Moskwy” – czytamy w programie UNA.

 

         W zakresie wytwarzania broni pancernej status wykonawcy programu państwowego miały otrzymać Biuro Projektowe im. Morozowa i Zakłady Wojskowe im. Maliszewa. Realizacja programu Międzynarodowego Centrum Broni Pancernej w Charkowie pozwoliłaby na ekspansję ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego do państw Trzeciego Świata. Jest oczywiste, że produkcja broni i uzbrojenia musiałaby stanowić poważną konkurencję dla Rosji.

         Według dalekosiężnych planów do 2000 roku Ukraina pod rządami nacjonalistów miała stworzyć półmilionową armię z 350-tysięcznym korpusem wojsk lądowych. Miała posiadać 200 bombowców strategicznych Mig-29 i Su-27, 200 myśliwców szturmowych Su-24 i Su-25, 200 śmigłowców bojowych. Ponadto 1500 czołgów, 2000 bojowych wozów piechoty, 2000 transporterów gąsienicowych i nowoczesną flotę, składającą się z nowej generacji okrętów podwodnych, trałowców, niszczycieli i kutrów rakietowych. Byłaby to, po Bundeswehrze, największa armia w Europie.

         Wszystko potoczyło się jednak inaczej. Niebawem może się okazać, jak bardzo byłaby potrzebna Ukrainie ta nieistniejąca armia.

 

                                                         Wśród Orląt

 

         Zdarzało mi się słyszeć opinię, że niepodległość Ukrainy jest dla Polski ważniejsza niż obecność naszego kraju w NATO. Scenariusz rosyjskiej agresji, realizowany dzisiaj na Krymie, stawia ten problem w nowym świetle.

         Polska była niegdyś jedynym państwem, które podtrzymało Ukraińców w ich dążeniu do budowy Samostijnej Ukrainy. Sojusz Piłsudskiego z Petlurą, zawarty kiedy tak świeża była jeszcze pamięć tragicznych walk o Lwów, wskazywał priorytety polityki i najżywotniejsze interesy obu partnerów.

W tym miejscu znów muszę przywołać pamięć rodzinnej tradycji: mój dziadek Antoni Kuleba, którego żona, moja babka, śpiewała mi w dzieciństwie ukraińskie dumki, pomaszerował w 1920 roku jako legionista Piłsudskiego do Kijowa. Nie Kijów był wtedy Polakom potrzebny – trzeba było wyprzeć z Ukrainy bolszewików.

Politycy z UNA-UNSO odrzucają te tradycje, a Petlurę nazywają zdrajcą. Nie potrafię zrozumieć tego antypolskiego zacietrzewienia. Nienawiść zniewala i popycha do takich zachowań, jakie widzieliśmy kiedyś na Cmentarzu Orląt we Lwowie – kiedy doktor Andrij Szkil obtłukiwał młotkiem napisy z polskich nagrobków. Jurij Szuchewicz zażądał przeniesienia Cmentarza Obrońców Lwowa do Polski.

Miałem nadzieję, że kiedyś razem z Saszko Biłym, moim towarzyszem broni z Czeczenii, staniemy razem na Cmentarzu Orląt i oddamy cześć poległym wtedy w walkach o Lwów, poległym z obu stron. Jak żołnierze żołnierzom. Już wiem, że tak się nie stanie. Dzisiaj w nocy Saszko spoczął na ukraińskiej ziemi z dwiema kulami w sercu.

 

Mirosław Kuleba

Zmieniony ( 26.03.2014. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.