Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 63 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Kultura II arrow Między niezależnością a kolaboracją.  Ludzie pióra w czasach PRL
Thursday 21 November 2019 22:50:28.28.
migawki
Diabeł do Rybaka z Watykanu: Teraz już tylko pachamamy, bałwany łowić będziesz"
 
W Y S Z U K I W A R K A
Między niezależnością a kolaboracją.  Ludzie pióra w czasach PRL Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
22.05.2014.

„Między niezależnością a kolaboracją – ludzie pióra w czasach PRL”

 

Pytania bez odpowiedzi

[Ileż te człowiek widział, wiedział o „środowisku”... .. Ale – nie powiedział. Nie chciał, mimo namów. Reqiescat in pace. MD]

 

 

Z Markiem Nowakowskim rozmawia Grzegorz Eberhardt

8.2.2013   www.rebelya.pl

 

Marek Nowakowski : - Ludzie są różni, niejednolici. Bywają ludzie nieuczciwi, niemądrzy, ale mający wrażliwość literacką, reagują na urodę słowa.   A jakże różni i niekonsekwentni, potrafią być literaci!  Na przykład Louis-Ferdinand Céline, wielki pisarz o jakże fatalnej opinii. Forma naładowana elektrycznością. A Izaak Babel? Komunista, a w tym, co zanotował, dał opis barbarzyństwa bolszewickiego tarana, niszczącego ludzi, kulturę. Ezra Pound, Knut Hamsun… Świetni pisarze, ale jeżeli chodzi o ich poglądy polityczne absolutnie szkodliwi .

=================

Grzegorz Eberhardt: Jak wykazała lektura Twej ostatniej książki "Pióro", łączy nas jedno – pocenie się… Tak nazwałem w swym "Pisarzu dla dorosłych" poczucie obcości, którego zawsze doznawałem, znajdując się wśród kolegów ze Związku Literatów Polskich.

Marek Nowakowski: Dla mnie byli za elokwentni, za rozgadani. Zawsze uważałem, że lepiej nie mówić, a pisać. Mówienie to rozdrabnianie tego, co można zapisać. Po latach przypuszczam, że mój dystans do nich był również efektem podejrzewania ich o nieautentyczność. Ich tyrady – według mnie – były wygłaszane głównie dla popisu, w sumie miałkie. Byli nieprzekonujący. No i to straszne zmęczenie wieloletniego, jeszcze za Bieruta przecież, pisania na zamówienie. Byłem z innych kręgów, jednak młodszy od nich, nieskażony ich doświadczeniem. Ty się pociłeś, mnie bolała głowa.

G.E.: Dzieli nas pokolenie. W moim Kole Młodych ZLP były dzieci Jastrunów, Wirpszów. One znały się jeszcze ze szkół, ze spotkań w domach rodziców. Ja byłem z zewnątrz…

M.N.: Tak, ja znałem ich rodziców. Miałem szacunek dla literatów, literatury. Kochałem literaturę francuską, poznawałem polskich klasyków. Gdzieś mignęli Tuwim, Staff z siwą bródką. Ocierało się o Broniewskiego, pachnącego świeżym alkoholem. Spotykało się Dąbrowską. Ważny był nawet Leon Kruczkowski, znałem jego "Kordiana…" Darzyłem ich estymą, podziwem dla ludzi pióra przyznaję. Ale były też we mnie radary nieufności. Miałem dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa lata, ale miałem też spore doświadczenie. Znałem ludzi spoza nawiasu PRL. Nie byłem naiwny. Wiedziałem, że jesteśmy zniewoleni. Nie miałem złudzeń. Niewola w różnej postaci. Rozwijałem się w kraju niewoli. Jednak młodość dawała mi wolność. Dziś formułuję to tak racjonalnie, wtedy to była intuicja. Nasz świat był zamknięty na klucz, ale tu i ówdzie były obszary pozostawione samopas, ugory nieprzeorane przez komunizm. Wyspy wolności. Tego się szukało.

Właścicielką domu, w którym mieszkaliśmy, była pani Eugenia Maternicka, jeszcze przed I wojną światową pracowała w wydawnictwie Gebethner i Wolff jako księgowa. W domu nie brakowało książek, roczników starych gazet, np. "Tygodnika Ilustrowanego", "Biesiady Literackiej". Czytałem drukowane w odcinkach reportaże Wacława Sieroszewskiego z wojny rosyjsko-japońskiej. Pani Maternicka pokazywała listy Prusa, które pisał z prośbą o ileś rubli zaliczki; także korespondencję Weyssenhoffa, Grzymały-Siedleckiego…

Razem z kolegą szkolnym z Włoch fascynowaliśmy się Maupassantem, Anatolem France, Balzakiem. Także innymi autorami. Spieraliśmy się o wyższość "Salambo" Flauberta nad "Panią Bovary". I odwrotnie. Maupassant poderżnął sobie gardło, bo miał syfilis – i to zapamiętywaliśmy. Mój kolega próbował trochę pisać, nie wyszło. Wyjechał. Przez jakiś czas uczył języka francuskiego w Senegalu, może pisze po francusku. Tyle pozostało z fascynacji Maupassantem. W każdym razie – dużo czytałem. W 1959 r. przeczytałem "Kontrę" Józefa Mackiewicza.

G.E.: Skąd miałeś egzemplarz tej książki?

M.N.: Od Agnieszki Osieckiej, którą poznałem przez Jarka Abramowa przywiozła od Giedroycia. Potem dostałem od niej "Szkice piórkiem" Bobkowskiego, dwa grube tomy.

G.E.: W 1984 czy 1985 r. pożyczyłem od Ciebie tę książkę. Byliśmy wściekli (my, podziemniacy z grupy "Tygodnika Wojennego", PWA, LOS-u), że nie mamy technicznej możliwości przedruku. W sumie miałeś szczęście: pani Maternicka, potem Osiecka. Ja poznałem prace Mackiewicza dopiero w latach 80. Jako stary chłop, że tak powiem…

M.N.: Poznanie książki Józefa Mackiewicza było dla mnie bardzo ważnym momentem. Literackim, ale i światopoglądowym, sięgającym poza kraj, poza osobiste doświadczenia z przemocą, komunizmem. A u niego ginąca Europa, w jarzmie dwóch sił zła – komunizmu i nazizmu. Tragedia Kozaków, zdrada aliancka. Giną narody, utrwala się przemoc, fałsz. Mackiewiczowi udało się połączyć totalitaryzm, rzeczy ludzkie, dokumentarność opowieści i przyrodę.

Szukałem podobnych pisarzy, wywołujących burzę we łbie. Faulkner walnął mnie swym "Azylem", pierwszą książką przełożoną u nas, w stosunku do jego innych powieści, utworem mniejszego kalibru – opowieścią sensacyjną. Oczarował; rzecz jakby z bebechów, niesamowicie zręczny wirtuoz. Potem seria uderzeń jego powieściami: "Światłość w sierpniu", "Wściekłość i wrzask", inne wspaniałe książki. Interesował mnie język, jego uroda. Forma też, np. Buczkowski i jego "Wertepy". Też mocne uderzenie. To były literackie przygody, fascynacje – ale nie chciałem być taki jak oni.

G.E.: Poznałem kilku ludzi, którzy są zafascynowani twórczością Józefa Mackiewicza, a jednocześnie, bez zmrużenia oka, powtarzają najprzeróżniejsze bzdury, jakby rodem z propagandy komunistycznej. Nie rozumiem…

M.N.: Co tu rozumieć? Ludzie są różni, niejednolici. Bywają ludzie nieuczciwi, niemądrzy, ale mający wrażliwość literacką, reagują na urodę słowa, np. na opis przyrody przecież u Mackiewicza najprzedniejszy z przednich.

A jakże różni, rzec można – niekonsekwentni, potrafią być literaci. Na przykład Louis-Ferdinand Céline, wielki pisarz o jakże fatalnej opinii. Antysemita, faszysta, a jak genialnie rozebrał Sowdepię! Także pisarz nędzy ludzkiej. Forma naładowana elektrycznością.

A Izaak Babel? Komunista, a w tym, co zanotował, dał opis barbarzyństwa bolszewickiego tarana, niszczącego ludzi, kulturę. Babel był redaktorem pisma wydawanego w armii Budionnego, "Krasnyj kawalierist"; szedł z Kozakami podbić świat.

Ezra Pound, Knut Hamsun… Świetni pisarze, ale jeżeli chodzi o ich poglądy polityczne absolutnie szkodliwi. Hamsun zafascynowany Hitlerem.

G.E.: Wracając do Twego "Pióra"…. Dlaczego nie rozszyfrowałeś nazwisk agentów, kręcących się wokół Ciebie?

M.N.: Ja nie piszę dokumentu, ja piszę prozę! O ciekawym, ważnym czasie. Chciałem go odtworzyć. Październik ‘56 spowodował, że zaistnieli młodzi ludzie – jako pisarze, malarze, muzycy. Wpadło trochę świeżego powietrza. I chyba potrafiliśmy to wykorzystać. "Pióro" pokazuje tę małą dozę wolności i na tym tle rozwój życia rówieśników. Skorzystać można było różnie.

Na przykład Brycht duży talent, pokonany przez własne kunktatorstwo. Poddał się ciśnieniu przesadnych ambicji. Miał siłę w pisaniu, ale jednocześnie był bardzo łasy na fawory pieniądze, kobiety, nowe auta. Wściekał mnie jego jawny proces wchodzenia w układy z władzą.

Wybitny poeta Grochowiak, jeszcze większy talent od Brychta, a przecież i u niego górę brała kalkulacja, i także gra z władzą. Chmara dzieci, a poeta miał w sobie poznańskie poczucie odpowiedzialności za rodzinę. Gorzałka, za dużo jej…

No i angaż w PAX-ie, dziwnej instytucji, niewątpliwie agenturze moskiewskiej, zwróconej głównie na rozbicie Kościoła. Z drugiej strony PAX był schowkiem dla akowców, en-es-zetowców, byłych więźniów politycznych. Wydawano tam takie tytuły, jak "Czarny potok" Buczkowskiego, książki Rembeka, Grahama Greene’a, no i poezję Grochowiaka. PAX zwabiał młodych twórców. Z tej stajni byli Jurek Krzysztoń, Leszek Terlecki…

I na tle tych losów moja historyjka. Porwało mnie pisanie; swą formę, swą możliwość wypowiedzi znalazłem na papierze. Nie była to pełna wolność. Wiedziałem, że Sowieci dominują nad nami. Jak zobaczyłem ich po raz pierwszy w 1945 r., tak byłem pewien ich obecności i w 1956 r. Z 1945 r. pamiętam budynek NKWD we Włochach, to tam przetrzymywano Szesnastu przed wywiezieniem na proces do Moskwy. We Włochach stał także sztab gen. Żymierskiego. Zaczęliśmy rozróżniać pierwszych ubeków, donosicieli, sługusów sowieckich. Październik nie otworzył mi oczu, ja o tym wszystkim wiedziałem. Tak, pisanie było dla mnie strefą wolności. Piszę, co chcę, jestem panem wszystkiego! Przypomnę ci, że pisać zacząłem właśnie w 1956 r., to nie przypadek. Październik na krótki czas wpuścił haust ożywczego powietrza. Choć szybko zwinął swoje żagle, coś jednak zostało na trwałe.

G.E.: Byłeś wtedy na studiach…

M.N.: Jakże mi one były obojętne, nudne! Nigdy nie widziałem się w roli prawnika. Studia były dla rodziców, ich spokoju, że się „nie marnuję”. I naprawdę do dziś mam poczucie winy, że nie zdobyłem dla nich tego upragnionego tytułu magistra.

c.d. - zobacz „Glaukopis” nr 27 – do nabycia w sieci Empik i w redakcji na www.glaukopis.pl

Zmieniony ( 22.05.2014. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.