Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 6 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow Kibice, sport, igrzyska 14 - II arrow Ma­gicz­ny świat Agniesz­ki Ra­dwań­skiej  a TVN-y, GieWu czy Polsaty
Monday 23 September 2019 03:27:04.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Ma­gicz­ny świat Agniesz­ki Ra­dwań­skiej  a TVN-y, GieWu czy Polsaty Drukuj Email
Wpisał: Re­kon­tra   
17.09.2014.

Ma­gicz­ny świat Agniesz­ki Ra­dwań­skiej – a TVN-y, GieWu czy Polsaty

 

 

[Umieszczam tekst sprzed trzech kwartałów – bom smutny, że nie ma postępów... Osiągnięcia tenisistów polskich, w szczególności ISI, ciągle są przemilczane i umniejszane. Co za złośliwe BARANY rządzą me®diami!

 

Ostatnio jakieś donki , na złość kolesiom z „grupy Baraniny”, intrygami spowodowały, że nawet siatkarzy, ich wielkich dni (Brazylia, Ruskie) nie możemy zobaczyć.  Ilustracja powiedzenia: „Polska nie-rządem stoi” . Jak nam i sobie szkodzą – przecież inteligentniejsze łobuzy u koryta głosiły: „Panem et circenses!”

Ponieważ chlebka coraz mniej, możnaby zmniejszyć wrzenie Proli przy pomocy circenses. Nawet tego nie potrafią...  Mirosław Dakowski]

 

 

Re­kon­tra  30 stycz­nia 2014 - warszawskagazeta

 

Wczo­raj wie­czo­rem prze­czy­ta­łem pro­gno­zę te­le­wi­zyj­ne­go eks­per­ta Syl­we­stra Si­ko­ry: szan­se na zwy­cię­stwo Ra­dwań­skiej są zbli­żo­ne do ze­ra – i da­lej roz­wi­nął myśl, że „co praw­da cu­da się zda­rza­ją, ale je­że­li cho­dzi o po­ziom Agniesz­ki i Aza­ren­ki, to nie­ste­ty wciąż są to dwa róż­ne świa­ty”. Po­zio­my dwa – ko­bie­cej de­li­kat­no­ści i te­ni­so­wej fi­ne­zji i dru­gi na­prze­ciw­ko pierw­sze­go, świat agre­syw­no­ści i bru­tal­nej si­ły; fi­ne­zja i błą­ka­ją­cy się uśmiech na twa­rzy, a po dru­giej stro­nie siat­ki wście­kłość na ru­mia­nych li­cach. Dwa róż­ne świa­ty, bez wąt­pie­nia, ale prze­cież pa­nie ko­men­ta­to­rze Eu­ro­spor­tu, Da­wid i Go­liat spo­tka­ją się na tym sa­mym te­ni­so­wym kor­cie. 

 Nie wiem, jak Agniesz­ka Ra­dwań­ska to spra­wia, ale każ­dej no­cy, za­wsze gdy gra w da­le­kiej Au­stra­lii, bu­dzę się wręcz te­le­pa­tycz­nie, bez alar­mu bu­dzi­ka. Pierw­sza go­dzi­na tuż po pół­no­cy, ża­den pro­blem, otwie­ram oczy i cze­kam pięć mi­nut na roz­po­czę­cie me­czu, trze­cia w no­cy – pro­szę bar­dzo, wła­śnie te­ni­sist­ki się roz­grze­wa­ją na kor­cie, czwar­ta go­dzi­na nad ra­nem – wsta­ję jak skow­ro­nek, pią­ta, a jak­że. Dzi­siej­szej no­cy do­cho­dzi­ła dru­ga i o kwa­drans wy­prze­dzi­łem po­ja­wie­nie się Agniesz­ki na głów­nym kor­cie – Lod La­ver Are­na, wal­ka o pół­fi­nał tur­nie­ju wiel­kosz­le­mo­we­go, o dru­gi naj­więk­szy suk­ces w ka­rie­rze. 

Za chwi­lę, tak prze­wi­du­ję i czu­ję, je­den z naj­waż­niej­szych po­je­dyn­ków Agniesz­ki w ka­rie­rze, prze­ło­mo­wy. Ostat­nie sie­dem me­czów z Wik­to­rią Aza­ren­ką za­koń­czy­ło się po­raż­ką, pięć z nich bez zdo­by­cia cho­ciaż­by jed­ne­go se­ta. Wczo­raj wie­czo­rem prze­czy­ta­łem pro­gno­zę te­le­wi­zyj­ne­go eks­per­ta Syl­we­stra Si­ko­ry: szan­se na zwy­cię­stwo Ra­dwań­skiej są zbli­żo­ne do ze­ra – i da­lej roz­wi­nął myśl, że „co praw­da cu­da się zda­rza­ją, ale je­że­li cho­dzi o po­ziom Agniesz­ki i Aza­ren­ki, to nie­ste­ty wciąż są to dwa róż­ne świa­ty”. 

Pew­nie, że tak. Po­zio­my dwa – ko­bie­cej de­li­kat­no­ści i te­ni­so­wej fi­ne­zji i dru­gi na­prze­ciw­ko pierw­sze­go, świat agre­syw­no­ści i bru­tal­nej si­ły; fi­ne­zja i błą­ka­ją­cy się uśmiech na twa­rzy, a po dru­giej stro­nie siat­ki wście­kłość na ru­mia­nych li­cach. Dwa róż­ne świa­ty, bez wąt­pie­nia, ale prze­cież pa­nie ko­men­ta­to­rze Eu­ro­spor­tu, Da­wid i Go­liat spo­tka­ją się na tym sa­mym te­ni­so­wym kor­cie. 

By­łem do­brej my­śli, cie­szy­łem się z pra­żą­ce­go słoń­ca – mę­czą­ce i ośle­pia­ją­ce, oka­za­ło się zbęd­ne, de­li­kat­ny wiatr bę­dzie tro­chę prze­szka­dzać w grze gru­bo cio­sa­nej ry­wal­ce, nie włą­czał się do gry, a na twa­rzy Agniesz­ki Ra­dwań­skiej wcho­dzą­cej na kort wi­docz­ne sku­pie­nie. 

I to, co się wy­da­rzy­ło za chwi­lę i co po­wta­rza­ło się w cią­gu dwóch go­dzin, prze­szło mo­je naj­śmiel­sze ma­rze­nia. Ak­tu­al­na mi­strzy­ni z Mel­bo­ur­ne, dwu­krot­na trium­fa­tor­ka tur­nie­ju wiel­kosz­le­mo­we­go zo­sta­ła wręcz/do­słow­nie zdmuch­nię­ta z kor­tu. 

 By­ło rze­czy­wi­ście tak, jak to prze­wi­dział ko­men­ta­tor Eu­ro­spor­tu i na kor­cie spo­tka­ły się dwa róż­ne świa­ty. Po­trze­ba po­ety, by prze­tłu­ma­czył ty­tuł z ame­ry­kań­skie­go por­ta­lu – „A Work of Ar­ti­stic Ten­nis”, dru­gie­go po­ety po­trze­bu­ją sło­wa o trium­fie sztu­ki nad „rze­mio­słem” (It was a triumph of art over in­du­stry), a kto i ja­ki­mi sło­wa­mi ma od­dać wy­zna­nie, że by­ły to dwie go­dzi­ny roz­ko­szy dla ro­man­ty­ków i ma­rzy­cie­li? 

Pierw­szy gem, dru­gi i trze­ci, bar­dzo dłu­gi czwar­ty – i by­ło czte­ry ze­ro. Aza­ren­ka wście­kła, wrzesz­czy, ogłu­sza­jąc wi­dzów set­ką de­cy­be­li, pisz­czy jesz­cze gło­śniej i bi­je ra­kie­tą umię­śnio­ne uda. W koń­cu za­wsty­dzo­na da­ła so­bie spo­kój. 

Pi­sa­łem w „War­szaw­skiej Ga­ze­cie” kil­ka­krot­nie o Agniesz­ce Ra­dwań­skiej, o nie­chę­ci do niej tzw. sa­lo­nu. Do­kład­nie rok te­mu w ar­ty­ku­le „Czer­ska pa­nicz­nie boi się Ra­dwań­skiej” cy­to­wa­łem sło­wa z no­wo­rocz­ne­go tek­stu „Ga­ze­ty Wy­bor­czej”, któ­ry re­dak­cja okra­si­ła le­adem ocie­ka­ją­cym żół­cią: „Ra­dwań­ska nie ma ra­do­ści z wal­ki na kor­cie. Po wy­gra­nej zaj­mu­je się to­reb­ka­mi i pa­znok­cia­mi. A jak prze­gry­wa – jest po­nu­ra. A w spo­rcie trze­ba umieć prze­gry­wać”. Eks­pert te­ni­so­wy ga­ze­ty – Piotr Pa­ce­wicz wie­ścił: „pierw­sza dzie­siąt­ka w ran­kin­gu dla Agniesz­ki Ra­dwań­skiej to wy­star­cza­ją­co du­żo”. 

Tym­cza­sem ja re­kon­tro­wa­łem – po­zwo­lę so­bie za­cy­to­wać, co pi­sa­łem z oka­zji ubie­gło­rocz­ne­go wiel­kosz­le­mo­we­go tur­nie­ju w Au­stra­lii: „My­ślę, prze­wi­du­ję co naj­mniej dzie­sięć lat suk­ce­sów, Agniesz­ka prze­ży­je ich bru­tal­ne ata­ki, a tak­że ich pa­pie­ro­wy ży­wot”.

W in­nym ar­ty­ku­le cy­to­wa­łem z sa­tys­fak­cją sło­wa wy­bit­ne­go znaw­cy te­ni­sa tuż po tym, gdy Agniesz­ka Ra­dwań­ska do­sta­ła się do fi­na­łu tur­nie­ju na kor­tach Wim­ble­do­nu: „Cie­szę się, że ży­ję w świe­cie, w któ­rym ist­nie­je Agniesz­ka Ra­dwań­ska”. Ja rów­nież ży­ję w tym sa­mym świe­cie, a nie tym ko­men­ta­to­ra Si­ko­ry – świe­cie na­giej si­ły Aza­ren­ki. 

A dzi­siaj ra­no, gdy już po­wtór­nie na spo­koj­nie obej­rza­łem mecz, oczy­wi­ście z an­giel­skim ści­szo­nym ko­men­ta­rzem, prze­ry­wa­nym jed­nak­że okrzy­ka­mi za­chwy­tu nad za­gra­nia­mi Agi, gdy prze­czy­ta­łem tak­że, co pi­szą te­ni­so­wi znaw­cy, gdy ko­men­ta­to­rzy za­czę­li się prze­rzu­cać okre­śle­nia­mi o grze pol­skiej te­ni­sist­ki – nie­praw­do­po­dob­ne, nie­moż­li­we, cu­dow­ne, wspa­nia­łe, ge­nial­ne, ma­gicz­ne, a o niej sa­mej mó­wią, że nie jest nie­zwy­kłym ta­len­tem, a jest po pro­stu „ab­so­lut­nym ge­niu­szem”, czy ja­ko wier­ny ki­bic od po­cząt­ku jej ka­rie­ry mam pęk­nąć z du­my? 

Nie pę­kam, lecz za­cy­tu­ję sie­bie – Agniesz­ka Ra­dwań­ska udo­wad­nia, że w te­ni­sie nie po­trze­ba bom­bo­wych ude­rzeń, że­by zwy­cię­żać, nie trze­ba ka­to­wać drob­ne­go cia­ła na si­łow­ni i fa­sze­ro­wać się róż­no­ko­lo­ro­wy­mi spe­cy­fi­ka­mi. Sta­lo­we ner­wy, hart du­cha, fe­no­me­nal­na rę­ka. A dzi­siaj cóż mo­gę do­dać do te­go?

Na po­cząt­ku trze­cie­go se­ta wy­gra­ne­go sześć do ze­ra Agniesz­ka Ra­dwań­ska za­gra­ła pił­kę tuż za siat­kę, Aza­ren­ka ją zdo­ła­ła ode­grać, ale na­tych­miast zo­sta­ła po­czę­sto­wa­na wy­so­kim lo­bem, po­gna­ła za pił­ką rą­czo, a ko­men­ta­tor cóż na to – „mo­gła­by go­nić tę pił­kę i ty­dzień, a na­wet by się do niej nie zbli­ży­ła”. Oto świat Agniesz­ki Ra­dwań­skiej. 

In­ni mal­kon­ten­ci się ock­nąw­szy, nie­ład­nie ty­tu­łu­ją tek­sty: „Aza­ren­ka upo­ko­rzo­na przez mi­strzy­nię an­ty­cy­pa­cji” i pom­pu­ją ba­lon. Po co? Tro­chę umia­ru. Rze­czy­wi­ście by­ło tak, jak do­pie­ro dzi­siaj ra­czy­li­ście od­kryć. Agniesz­ka po­ru­sza się tak, jak­by by­ła mo­ty­lem, na­to­miast Aza­ren­ka, jak­by wa­ży­ła to­nę. Po­lka pro­po­no­wa­ła mi­lio­nom ki­bi­ców przed te­le­wi­zo­ra­mi za­pie­ra­ją­ce dech ak­cje przy siat­ce, Bia­ło­ru­sin­ka mo­zol­ną, to­por­ną prze­bi­jar­kę. Bar­dzo spóź­nio­ne od­kry­cie. 

Tyl­ko nie pom­puj­cie ba­lo­nu, to jest sport. I weź­cie przy­kład z Agniesz­ki, któ­ra swo­je naj­lep­sze za­gra­nia, któ­re an­giel­scy ko­men­ta­to­rzy na­zy­wa­li ab­so­lut­nie ge­nial­ny­mi, nie­praw­do­po­dob­ny­mi, wspa­nia­ły­mi, „bry­lan­to­wy­mi”, nie­wia­ry­god­ny­mi, nie­moż­li­wy­mi do za­gra­nia, kwi­to­wa­ła de­li­kat­nym uśmie­chem. I po wy­gra­nym me­czu za­py­ta­na o nie, o te nie­wia­ry­god­ne, „fan­ta­stycz­ne za­gra­nia”, po­wie­dzia­ła skrom­nie – la­ta pra­cy, dwa­dzie­ścia lat tre­nin­gu. 

To w Au­stra­lii. A nad Wi­słą? Agniesz­ka Ra­dwań­ska, rocz­nik 1989, ró­wie­śnicz­ka III RP. Za­py­tać o jej suk­ce­sy? To pe­sy­mi­stycz­na kon­sta­ta­cja, gdyż na­sze suk­ce­sy to wło­skie Pen­do­li­no prze­kra­cza­ją­ce ko­lej­ne ba­rie­ry pręd­ko­ści. O czym do­no­si pra­sa. 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.