Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 65 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Iza Brodacka 14 II arrow Szalone lata sześćdziesiąte. Kreacja kaskadowa.
Saturday 31 October 2020 08:15:34.30.
migawki
 

30/31.10 Jasna Góra – comiesięczne Czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę

Wielce Czcigodny Premierze i Ministrze „Zdrowia” ! Demonstranci przeciw kłamstwom kowidowym pytali : „Premierze, czy istnieje sranie bezobjawowe?” . A po karetkach policji skakał wasz prowok - zdjęcia mogę dostarczyć.

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”. Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

A fekalia Trzaskowskiego systematycznie, po cichu dalej ubogacają Wisłę.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Szalone lata sześćdziesiąte. Kreacja kaskadowa. Drukuj Email
Wpisał: Izabela Brodacka   
13.10.2014.

Szalone lata sześćdziesiąte. Kreacja kaskadowa.

 

Izabela Brodacka

2014-10-12 Tekst drukowany w numerze 41 ( 382) Gazety Warszawskiej

 

 

W czasie pracy przy komputerze zwykle słucham Bacha. Skusiłam się na Wariacje Goldbergowskie w wykonaniu Glena Goulda. I nigdy więcej. W pewnej chwili wariacje zastąpiły jakieś prostackie dźwięki. Okazało się, że koncert jest przerwany przez reklamę przepisu kulinarnego na polędwicę w pomarańczach. Raz na zawsze odechciało mi się Bacha z komputera.

To doskonała metafora współczesnego świata. Nie ma podziałów, nie ma świętości. Nie sposób się zabezpieczyć przed chamstwem, przed polędwicą w pomarańczach, przed podpaskami ze skrzydełkami, środkami na wzdęcia i przed jarmarczną tęczą. Doścignie cię nawet przed kościołem Zbawiciela.

Istotą kultury jest umiejętność rozróżniania. Nie chodzi o ustalanie hierarchii. Rozumiem, że każda hierarchia jest solą w oku i kamieniem obrazy dla lewicy. Nie da się jednak funkcjonować nie wiedząc czy jesteś w kościele czy w burdelu. Nie wiedząc czy za chwilę usłyszysz Bacha czy tatę Kazika - nie przesądzając nawet, który muzyk był lepszy. Jak ostatnio na festiwalu muzycznym „Sacrum i Profanum” w Krakowie.

Chciałabym odpowiedzieć sobie na pytanie - Jak to się stało? Jaki był udział nas wszystkich, którzy w szalonych latach sześćdziesiątych świetnie się bawiliśmy, w tym rozchwiewaniu wszelkich wartości?

Pewien mój znajomy przydźwigał wówczas do domu rękę manekina. Wolę nie dochodzić jak ją zdobył. Umieścił tę rękę w sedesie zaginając na brzegu muszli palce, tak jakby ktoś usiłował się z sedesu wydostać. Matka znajomego zasłabła. Potem ręka, ku radości gości, wisiała na łańcuszku i każdy musiał ją uścisnąć spuszczając wodę .

Inny znajomy miał w korytarzu Murzynka z puszką. Twierdził, że kupił go na giełdzie staroci ale najprawdopodobniej ukradł go w jakimś kościele. Kiedy wrzucało się do skrzynki monetę Murzynek kiwał głową. Znajomy nieźle na nim zarabiał. Musiał tylko trochę zainwestować w „płyny integracyjne”, a potem do Murzynka ustawiała się kolejka dobroczyńców. Tego Murzynka naprawdę mu zazdrościłam. Był tak ohydny, że aż piękny.

Do dobrego tonu należały prezenty takie jak gipsowy bocian z dzidziusiem na plecach tudzież krasnoludki i grzybki, które kupowało się na odpuście w Łowiczu. Zdobiły potem niejeden ogród. U mnie w domu do tej pory panoszą się rogi nieszczęsnego łosia zamordowanego przez jakiegoś pradziadka męża. Przez pewien czas wieszałam na nich korale z Jabloneksu. Czeska sztuczna biżuteria było to w tamtych czasach estetyczne dno dna. Korale miały podkreślić mój dystans do rogów i do rozrywek pradziadka. Potem doszłam do wniosku, że dość mizdrzenia się. Albo rogi wyrzucam albo przyjmuję je z dobrodziejstwem inwentarza . Rogi zostały. Z prawdziwą satysfakcją za to wyrzuciłam korale.

Te zachowania najprościej byłoby traktować jako rodzaj dekadencji - wczesne objawy przesilenia stuleci, objawy wielokrotnie przecież przewidywanego końca historii, końca sztuki, polityki i właściwie końca wszystkiego. Nowoczesność, szczególnie w jej zgrzebnym socjalistycznym wydaniu była dla nas niestrawna, dlatego uciekaliśmy w żart, w persyflaż. Tak hartowała się ponowoczesność. Uważam jednak, że to mizdrzenie się, podszywanie się, mimetyzm elit miał w Polsce o wiele poważniejsze podłoże.

Salony intelektualne jak już kiedyś wspominałam realizowały ideał „ the melting pot”- tygla. Spotykały się w nich może nie dosłownie ofiary z katami, ale dzieci ofiar z dziećmi katów. W tej sytuacji wiele tematów z oczywistych przyczyn było tabu, więc pozostawała do dyspozycji tylko „nieznośna lekkość bytu”.

Czy my wszyscy kultywując estetyczny żart byliśmy świadomi, że jesteśmy harcownikami świata à rebours, na wspak.? Istnieje powieść pod tym tytułem, której autorem jest Joris-Karl Huysmans.

O ile pamiętam bohater tej książki nawet odżywiał się na wspak, czyli przez lewatywę.

 

Dla mnie osobiście zdumiewające było gdy estetyczny żart nagle zmieniał swój status i stawał się dziełem sztuki. Mam na myśli hiperrealizm uprawiany przez Ewę Kuryluk. Artystka przemalowała ze zdjęcia scenę imprezy towarzyskiej, oraz scenę swojej kłótni z facetem na jakimś pomoście. Można było rozpoznać znajomych- prezentowali się „jak żywi”. Trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek mógłby ten żart traktować poważnie. A jednak okazało się, że nie doceniłam ważnego prądu in statu nascendi. Po hiperrealizmie już nic w dziedzinie sztuki nie mogło mnie zdziwić. Ta sama Kuryluk rozwieszała na krzesłach brudne (niech będzie, nie pierwszej świeżości ) szmaty. Pięknie rozwieszała. Czy jej mistrzostwo w pięknym rozwieszaniu szmat miało coś wspólnego z pozycją polityczną jej ojca? Jakieś brzydkie sugestie? A jednak prawomocne.

W 1917 roku Marcel Duchamp zaszokował świat wystawiając w galerii pisuar. W ten ironiczny sposób zlikwidował wszelkie ograniczenia stawiane artyście. Zainaugurował również obyczaj wystawiania w galeriach różnych przedmiotów jako „readymade”- gotowe do podjęcia roli dzieła sztuki. Czym różni się zatem pisuar pozostawiony w galerii przez hydraulika naprawiającego toalety od pisuaru, który ustawił Duchamp? Różni go intencja. Duchamp kreuje dzieło sztuki mówiąc niejako do pisuaru: „stań się dziełem”. Czy hydraulik mógłby poważyć się na taki akt kreacji i czy byłby on skuteczny? Absolutnie nie. Hydraulik nie jest artystą i kropka, a sztuka jest to – z definicji - to co robią artyści. A skąd się biorą artyści? I tu jest pies pogrzebany! Artyści biorą się z ich uznania przez środowisko.

Nie będę małostkowa i przyjmę dla uproszczenia, że fakt wywodzenia się Duchamp'a z rodziny artystycznej nie miał wpływu na uznanie pisuaru za dzieło sztuki. W przypadku naszych rodzimych postmodernistów nie sposób jednak podobnego wpływu ignorować. Szmata pozostawiona przez sprzątaczkę i szmata Kuryluk to zupełnie inne byty. Jedna jest i pozostanie szmatą, druga będzie funkcjonować jako dzieło sztuki na mocy aktu „kreacji z niczego” przez artystkę wykreowaną też z niczego przez jej środowisko.

Kreacja kaskadowa – to najtrafniejsze określenie tego zjawiska.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.