Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 33 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow Obrona Terytorialna arrow ZACZNIEMY SZKOLIĆ OCHOTNIKÓW
Saturday 21 September 2019 21:26:47.27.
W Y S Z U K I W A R K A
ZACZNIEMY SZKOLIĆ OCHOTNIKÓW Drukuj Email
Wpisał: Tomasz Siemoniaki   
04.11.2014.

ZACZNIEMY SZKOLIĆ OCHOTNIKÓW

 

 

W listopadzie chcemy przedstawić koncepcję takiego przekształcenia Narodowych Sił Rezerwy, żeby bardziej przypominały Gwardię Narodową: mają się pojawić zwarte oddziały

 

W Sieci, nr. 45 2014r

Z Tomaszem Siemoniakiem, wicepremierem i ministrem obrony, rozmawia Łukasz Warzecha

 

Ilu polskich żołnierzy mogłoby natychmiast ruszyć do walki?

Dosłownie natychmiast mo­głoby ruszyć do walki zapewne kilkuset żołnierzy, natomiast w ciągu kilku czy kilkunastu godzin powinno być gotowych kilkanaście tysięcy, a w ciągu dwóch, trzech dni - kilkadzie­siąt tysięcy.

Nasza armia to formalnie ja­kieś 100 tys. ludzi. nu wśród nich to naprawdę żołnierze, a nie urzędnicy?

Biorąc pod uwagę wszystkie cztery rodzaje sił zbrojnych ­jakieś dwie trzecie ogółu.

Czyli ok. 70 tys. osób?

Coś koło tego. Ale to nie tylko ci, którzy z bronią ruszą w bój, lecz także ci, którzy odpowia­dają za ich przygotowanie. Pro­szę pamiętać, że np. w siłach powietrznych za jeden samolot i pilota odpowiada kilkanaście osób personelu naziemnego.

A rezerwiści? Z tym możemy mieć problem, skoro już kilka lat temu pobór został skaso­wany, a wcześniej zawieszony.

Najważniejsi z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa są re­zerwiści, którzy mają przydziały mobilizacyjne.

Ilu ich jest?

Ta liczba nie jest jawna. To kilka­set tysięcy ludzi, którzy przeszli przeszkolenie wojskowe i wie­dzą, dokąd mają się zgłosić w ra­zie mobilizacji. Od ubiegłego roku przywróciliśmy okresowe szkolenie tych rezerwistów. Rok temu było to 3 tys. osób, w tym roku będzie 7 tys. Do tej grupy należą ludzie, którzy byli w służbie wojskowej jako zawodowcy albo z poboru, są też cywilni pracownicy wojska. To stała pula, ale w jej ramach następuje rotacja. W miarę jak rezerwiści osiągają określony wiek, zastępują ich nowi.

 

Powstały Narodowe Siły Re­zerwowe, ale liczą tylko 20 tys. osób. To chyba nie jest sukces?

Założeniem NSR była taka liczba. Ale zgadzam się, że ta koncepcja wymaga korekty. Z różnych powodów NSR stały się miejscem przygotowania do służby wojskowej, a nie projek­tem dla rezerwistów.

 

Miało to być coś w rodzaju amerykańskiej Gwardii Naro­dowej. Nie udało się.

Nie do końca. Zanim jeszcze przyszedłem do ministerstwa, wygrała koncepcja, że NSR nie będą zwartymi oddziałami, ale ich członkowie będą rozdzielani do różnych jednostek. To różni NSR od Gwardii Narodo­wej, która w zasadzie jest normalnym woj­skiem, tyle że podlegającym władzom sta­nowym. W listopadzie chcemy przedstawić koncepcję takiego przekształcenia NSR, żeby bardziej przypominały Gwardię Narodową: mają się pojawić zwarte oddziały.

 

Opozycja niezmiennie ocenia, że zniesienie poboru przez rząd PO miało uzasadnienie polityczne. Dziś jego przywrócenie byłoby dla Platformy ogromnie kosztowne poli­tycznie, więc raczej nie wchodzi w grę. Czy jednak wobec sytuacji strategicznej rząd rozważa jakąś formę powszechnego szko­lenia wojskowego?

Tak, ale z jednym istotnym zastrzeżeniem: to musi być szkolenie ochotnicze. Myślimy przy tym, aby zgłaszających się ludzi w jakiś spo­sób premiować, niekoniecznie finansowo, ale np. dawać im preferencje w zatrudnianiu w urzędach państwowych.

 

Tylko czy zasada ochotnicza ma tu sens? Ochotnicze znaczy: niepowszechne.

Chętnych do podjęcia takich szkoleń jest dziś tak wielu, że nie uważam, aby była potrzeba przywracania jakiejś formy obowiązkowości. Pamiętajmy też, że obowiązek obrony kraju jest wpisany w ustawę i w razie potrzeby może być zmobilizowany każdy obywatel, przeszkolony czy nie. Pobór nie funkcjonuje od pięciu lat, więc wciąż mamy dziesiątki przeszkolonych roczników, ale my naprawdę nie potrzebujemy milionów przeszkolonych poborowych. Potrzeba nam kilkaset tysięcy ludzi bardzo dobrze wyszkolonych. Jeśli szkolenie ochotników wyjdzie dobrze, mo­żemy myśleć o innych formach. Sądzę, że najgorszą rzeczą jest skompromitowanie takich ćwiczeń jak w "Czterdziestolatku", w odcinku "Gra wojenna". Dowódcy odpo­wiadają głową za to, żeby ludzie nie czuli, że tracą czas. Do tego mamy cały segment orga­nizacji takich jak Strzelec, jak harcerstwo - je też chcemy głębiej wciągnąć do współpracy. Plus klasy mundurowe w liceach i oferta dla indywidualnego obywatela.

 

Rozmieszczenie jednostek na mapie Polski to wciąż schemat z okresu zimnej wojny. Wojsko jest skoncentrowane na zachodzie kraju, podczas gdy zagrożenie jest z innego kierunku. Niektórzy analitycy twierdzą, że założeniem jest oddanie terytorium co naj­mniej po Wisłę i obrona tylko zachodniej części Polski. To prawda?

Jednostki faktyczne są tak rozlokowane ­z powodów historycznych, bo miały przecież stanowić drugi rzut w uderzeniu na Danię. To trzeba zmienić. Niedługo rozpoczniemy zwiększanie ukompletowania jednostek na ścianie wschodniej. One tam są, ale mają ukompletowanie na poziomie 30 proc., pod­czas gdy na zachodzie Polski to 90 proc. Nie przewidujemy natomiast ani nie przewidują tego plany NATO, żeby jakakolwiek część te­rytorium Polski miała zostać "oddana".

 

W takim razie ile dni moglibyśmy się bronić?

Mamy XXI w. i kluczowe jest panowanie w powietrzu. Uczestniczymy we wspólnym systemie kierowania siłami powietrznymi. Jeżeli jest podejrzenie naruszenia naszej przestrzeni powietrznej, to nasza para dy­żurna jest podrywana nie przez nasze do­wództwo, ale bezpośrednio przez NATO. Więc gdyby miało dojść do agresji na Polskę, w obszarze przestrzeni powietrznej staje się to natychmiast problemem Sojuszu. Trudno więc snuć rozważania o tym, jak długo mo­żemy się bronić, bo przewaga NATO w po­wietrzu w Europie jest przygniatająca.

 

Tylko że to opowieść oparta na optymi­stycznych założeniach. Tymczasem akcja zbrojna NATO w przypadku ataku na któreś z państw członkowskich nie jest automa­tyczna. Do jej podjęcia potrzebna jest de­cyzja polityczna, a można mieć chwilami wątpliwości, czy taka by zapadła.

Rzeczywiście, tak działa NATO. Dlatego ważne jest zbudowanie takiej siły odstrasza­nia, żeby cena agresji na Polskę - bez względu nawet na to, co zrobi Sojusz - była tak wysoka, aby było to nieopłacalne lub bardzo mało opłacalne. Temu mają służyć takie elementy uzbrojenia jak pociski manewrujące do F-16 JASSM, w których sprawie kończymy już roz­mowy z Waszyngtonem. Nadbrzeżny dywi­zjon rakietowy, planowany zakup bojowych bezzałogowców. To wszystko narzędzia, które pozwalają nam, krajowi o potencjale obiek­tywnie mniejszym niż potencjał agresora, skutecznie odstraszać.

 

Co z polityczną wolą, żeby faktycznie przyjść nam z pomocą?

Polityczna decyzja jest niezbędna, ale prze­cież i my nie chcielibyśmy zostać wciągnięci automatycznie w jakiś konflikt. Natomiast uważamy - i taką linię przyjęliśmy podczas szczytu w Newport - że należy jak najwięcej władzy dać wojskowym, którzy w ewiden­tnych sytuacjach powinni mieć możliwość działania, zanim w Brukseli zbierze się 28 am­basadorów i podejmą decyzje. Szukamy też jak najbliższych dwustronnych relacji ze Sta­nami Zjednoczonymi. Ciągła rotacyjna obec­ność Amerykanów na ćwiczeniach w Polsce od wiosny tego roku była tego rezultatem.

 

Czy jest pan usatysfakcjonowany tym, co ustalono w Newport? Najgłośniej było o szpicy, a przecież to metoda walki pod­czas wojny hybrydowej, jak na Ukrainie. My zaś obawiamy się raczej frontalnego ataku, a nie ,,zielonych ludzików".

W Newport najważniejsze były dla nas dwie sprawy i nie należała do nich szpica. Pierw­sza sprawa to obecność wojskowa NATO na terytorium Polski w każdej formie - żołnie­rzy, sprzętu, instalacji.

 

Ale nie ma mowy o obecności stałej. Z po­wodu niemieckiego sprzeciwu.

W dokumentach jest to określone jako "ciągła rotacyjna obecność". Amerykanie z rezerwą odnoszą się do określenia "stała obecność"; nie nazywają tak nawet swojej obecności w Korei Południowej, gdzie są od 60 lat.

Druga ważna sprawa to plany ewen­tualnościowe, które pokazują, kto przyjdzie nam z pomocą i co się dokładnie wydarzy, jeżeli zostaniemy zaatakowani.

 

Ale musi być decyzja polityczna. I oby nie było z nią tak jak z pomocą sojuszników w 1939 r.

Sojusze, które zawarliśmy przed II wojną światową, były czysto polityczne. Nie stał za nimi żaden konkret w postaci sprecyzowa­nych planów, żadna organizacja. Dziś mamy organizację - NATO - i plany pokazujące do­kładny scenariusz działania. I to jest dorobek ostatnich lat.

 

Niedawno w "Polsce Zbrojnej" ukazał się wywiad z polskim przedstawicielem woj­skowym przy komitetach wojskowych NATO i UE, gen. Andrzejem Falkowskim. Generał powiedział w nim, że Sojuszowi brakuje zde­cydowania, ponieważ kraje członkowskie nie mają wspólnego poczucia zagrożeń. To chyba bardzo poważny sygnał ostrzegawczy, skoro pochodzi od człowieka reprezentują­cego nas w samym środku organizacji?

Gen. Fałkowski nie zdradza tu jakiejś ta­jemnicy. Widać było przecież, jak politycy z niektórych krajów członkowskich NATO podchodzą do wzmacniania obecności woj­skowej na wschodzie, jakie wyrażają oceny w sprawie kryzysu ukraińskiego.        

 

Czyli jednak problem polityczny jest.

Tak. On ma kilka wymiarów. Pierwszy to geograficzny - państwa południa Europy uważają, że kryzys rosyjsko-ukraiński minie szybciej, niż nam się wydaje, a prawdziwym kłopotem dla Europy jest Ameryka Północna: niekontrolowana imigracja, terroryzm, nar­kotyki. Podczas szczytu w Newport było wi­dać, że jakiekolwiek zagrożenie związane z islamem budzi w wielu krajach znacznie większe emocje niż sprawy rosyjsko-ukra­ińskie.

Drugi to wymiar finansowy. Kraje europejskie mają za sobą lata redukowania budżetów obronnych. Zwiększenie tych budżetów byłoby bardzo ryzykowne poli­tycznie. Także to było widać w Newport. Tymczasem Amerykanie bywają słusznie zirytowani tym, że ich własny budżet to ponad 70 proc. wydatków wojskowych ca­łego NATO. Już w 2011 r. ówczesny sekretarz obrony Bill Gates bardzo ostro upominał w tej kwestii europejskich sojuszników. Przy czym trzeba pamiętać, że NATO to organizacja skupiająca 28 krajów, a w takim gronie bardzo trudno coś uzgodnić. Po dru­giej stronie są na ogół pojedyncze państwa niedemokratyczne, które mogą działać, nie bawiąc się w procedury.

 

Skoro mowa o pieniądzach -uchwalone wy­datki na wojsko w wysokości 2 proc. PKB wejdą dopiero od 2016 r., ponieważ w przy­szłym roku przypada skumulowana splata za samoloty F-16. To chyba dość nieszczę­śliwe, że dzieje się tak akurat w momencie, gdy zagrożenie wzrosło?

To kwestia zastosowania instrumentów fi­nansowych przy realizacji programu F-16. To będzie ostatnia płatność w wysokości 5 mld 300 mln zł. Od dawna było wiadomo, że tak się stanie, choć te pieniądze były planowane przez ministra finansów, a nie obrony. Ra­zem z samolotami poziom wydatków sięgnie 2,2 proc. PKB. Nasza zapowiedź 2 proc. PKB od 2016 r. jest i tak rekordowa na tle niektó­rych naszych europejskich sojuszników, któ­rzy wydają często poniżej procentu.

 

Jedna sprawa to fundusze zaplanowane, a inna - zrealizowane. Jeśli na dany rok za­planowane są przetargi, które nie dochodzą z jakichś przyczyn do skutku, niewykorzy­stane pieniądze powracają, z MON do bud­żetu i przepadają..

Prowadzimy rozmowy z Ministerstwem Fi­nansów, żeby w przypadku budżetu MON wprowadzić mechanizm zachowywania fun­duszy w razie opisanych przez pana sytua­cji. Dotychczasowe rozwiązanie miało swoje uzasadnienie w przypadku innych resortów, ale obronność powinna być traktowana spe­cjalnie. zwłaszcza że mamy tu do czynienia z ogromnymi i bardzo skomplikowanymi postępowaniami przetargowymi. Zresztą w tym roku taki problem nie powinien się pojawić, zbliżymy się do 100 proc. wydania zaplanowanego budżetu.

 

Kontrowersje wywołuje sprawa zaangażowania polskiego przemysłu do dużych projektów obronnych. Pracujemy nad stwo­rzeniem systemu obrony powietrznej śred­niego zasięgu. Niektórzy przedstawiciele polskiego przemysłu obronnego uważają, że to my powinniśmy go wyprodukować. Będziemy mieli wtedy pełną kontrolę nad technologią,. Jednak MON wydaje się prefe­rować zakup gotowego systemu za granicą. Dlaczego?

Polski przemysł nie jest w stanie dzisiaj stworzyć takiego systemu. Pan mówi o sy­stemie "Wisła" dla krótkiego i średniego zasięgu, który miałby działać od 2022 r. Następnie ma powstać system "Narew" dla krótkiego zasięgu. Polski przemysł jest za­interesowany tym, aby wziąć udział w bu­dowie "Wisły" z wiodącymi zachodnimi partnerami i nauczyć się przy tym tyle, żeby później móc samemu zrealizować "Narew". Uważam, że to racjonalne podejście.

 

Czy udział polskich firm w budowie "Wisły" jest zagwarantowany?

Postawiliśmy odpowiednie warunki ofe­rentom. W tej chwili w stawce pozostały firmy z USA i Francji. Natomiast trzeba pamiętać, że systemy obronne mają służyć przede wszystkim polskiemu bezpieczeń­stwu, a nie przemysłowi. Wyraźnie mówię prezesom polskich spółek zbrojeniowych, że manna z nieba im nie spadnie. Czekają ich ciężkie lata i muszą się nauczyć robić sprzęt na światowym poziomie. Niepo­ważne jest zapewnianie - a takie głosy ze strony przemysłu się odzywały - że wystar­czą trzy, cztery lata i będziemy mogli produ­kować rakiety manewrujące. Takie rakiety robi tylko kilka państw na świecie i to są długie lata pracy nad technologią.

 

System "WISłA" ma działać od 2022 r. A co do tego czasu?

Przedstawiliśmy oferentom nasze oczeki­wanie, że do czasu uruchomienia systemu chcielibyśmy, aby rządy, które wspierają ich oferty, zapewniły nam tymczasowe zdolności obronne, przekazując np. odpowiedni sprzęt.

 

Jak wygląda sprawa bezpieczeństwa sprzętu kupowanego od zagranicznych dostawców? Czy będziemy mieć kontroli nad technologią? Bez tego sprzęt może nas zawieść w kluczowym momencie.

Dlatego właśnie w MON powstało Naro­dowe Centrum Kryptologii, a w Wojskowej Akademii Medycznej powstał kierunek kryptologiczny. Ci ludzie mają zapewnić polskie kody źródłowe do każdego sprzętu, jaki dostaniemy. Musimy mieć najpierw dopuszczenie od producenta sprzętu. I takie dopuszczenie bę­dzie, to nasz warunek przy przetargach. To do­tyczy tak samo systemu "Wisła" i systemu rakiet JASSM do F-16, który negocjujemy.

Rząd uchwalił Narodową Strategię Bezpie­czeństwa. Jeden z jej punktów wydaje się sygnalizować, że tracimy zainteresowa­nie wysyłaniem żołnierzy na misje. Mamy się skupić na naszym poletku. Czy to roz­sądne, skoro właśnie na misjach żołnierze uczą się najwięcej?

Źle pan odczytuje naszą strategię. Jest oczywiste, że pierwszym priorytetem jest obrona naszego terytorium, ale to nie oznacza rezygnacji z misji zagranicznych. Jesteśmy w Afganistanie i będziemy w misji szkoleniowej. Jesteśmy jednym z ważniej­szych uczestników misji w Kosowie. Z dru­giej strony nie jest dobrym rozwiązaniem napinanie się jak w Afganistanie - "polska prowincja Ghazni", a potem proszenie Ame­rykanów, żeby nam pomogli w zarządzaniu nią. Musimy tu znaleźć złoty środek. .

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.