Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 11 gości
S T A R T arrow Ewolucjonizm arrow Neo-darwinizm arrow Kosmologowie: stultorum infinitus est numerus...
Monday 16 July 2018 03:08:51.25.
migawki
Błyskawiczne zmiany ustawy o IPN ukazują, że nie mamy już Sejmu, lecz Knessejm. Nie mamy już Polski, lecz Polin. Powtórka Sejmu niemego [1717]

["Pilny wniosek premiera Mateusza Morawieckiego ws. zmiany ustawy o IPN i rezygnacji z zapisów penalizujących przypisywanie narodowi polskiemu zbrodni nazistowskich. Takich zmian domagały się środowiska żydowskie, a także USA i Izrael."]

Jeśli się mają tylko za masonów i sługi Żydów, to są zbrodniarzami. Ale jeśli się mają za Polaków, to są też zdrajcami.

Rachuby, by zrobić TO w czasie euforii piłką spowodowanej – zawiodły. Więcej ludzi widzi i rozumie, co się dzieje.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Kosmologowie: stultorum infinitus est numerus... Drukuj Email
Wpisał: ks. Jan Jenkins   
20.11.2014.
Spis treści
Kosmologowie: stultorum infinitus est numerus...
Strona 2

Z pewnością kultura i cywilizacja zmieniają się wraz z czasem, często jest to jednak właśnie konsekwencją nowego odkrycia, a nie odwrotnie: pewne prawdy czy prawa natury raz odkryte mają wielki wpływ na cywilizację. Pomyślcie choćby o wynalezieniu elektryczności i wielkich zmianach jakie wywołało to odkrycie w ludzkim życiu. Jednak odwrotność tego nie jest prawdą. „Kontekst kulturowy” nie determinuje prawa powszechnego ani rozumienia przyczyn otaczających nas zjawisk. Natura ma irytujący zwyczaj bycia zdecydowanie niedemokratyczną: jest taka, jaka jest, niezależnie od tego, co mogliby na jej temat myśleć ludzie.

Jako przykład owego „kontekstu kulturowego” zmieniającego zasady teologiczne podaje ks. Heller odkrycie przez Kopernika że „nie jesteśmy centrum wszechświata”. Z pewnością kalumnią jest twierdzenie, że teologia, której przedmiotem jest przede wszystkim Bóg, w jakiś sposób utrzymywała wcześniej, iż to człowiek jest centrum wszechświata. Jak stwierdził bardzo jasno św. Tomasz z Akwinu, człowiek jest przedmiotem teologii jedynie o tyle, że jest on stworzony przez Boga i musi do Niego powrócić. To Bóg jest centrum teologii, a nawet jej właściwym przedmiotem. Nawet twierdzenie, że „człowiek jest szczytem stworzenia i najbliższą Bogu istotą” jest kompletnie fałszywe, aniołowie są o wiele doskonalsi i bardziej podobni do Boga, co wie każde uczące się katechizmu dziecko.

Ks. Heller twierdzi dalej, że ta koncepcja Kopernika sprowokowała reakcję, której skutkiem był mistycyzm niemiecki, „przywracający człowiekowi jego centralne miejsce we wszechświecie”. Powołuje się tu zwłaszcza na Jakuba Böhme, co nie jest najlepszym przykładem, gdyż Böhme nie reprezentował ani niemieckiego mistycyzmu, ani wierzeń luteranów, które zmodyfikował zgodnie ze swymi prywatnymi wizjami – bliższymi teozofii czy kabale niż teologii[7]. Skoro sami luteranie wygnali go  z jego rodzinnego miasta za głoszenie egzotycznych herezji, trudno twierdzić, że reprezentuje on myśl chrześcijańską, a tym bardziej katolicką.

Moglibyśmy również odpowiedzieć ks. Hellerowi, że sam Kopernik był katolickim kapłanem, który dzieło swe dedykował papieżowi Pawłowi III. System kopernikański opiera się na zasadzie, że w tym co dotyczy powszechnych praw natury nie ma żadnych szczególnych miejsc – „katolickość” czyli „powszechność” stosuje się również do samego stworzenia. Ziemia jako centrum wszechświata była właściwie koncepcją pogańską, a nie chrześcijańską. Słońce i księżyc nie są półbogami, wyłączonymi w jakiś sposób spod praw natury, ale elementami stworzenia jedynego prawdziwego Boga, podlegającymi tym samym prawom powszechnym. Wszystkie polemiki dotyczące teorii Kopernika muszą uwzględniać ponadto fakt, że Galileusz, nawet w opinii swych zwolenników, nie był człowiekiem uczciwym.

Widzimy więc, że ks. Heller zasadniczo myli się twierdząc, że chrześcijańska teologia jest „geocentryczna”. Jak na to wskazuje sama nazwa „chrześcijańska” jest ona raczej skupiona wokół Jezusa Chrystusa. W istocie jedynie bardzo rzadko Ojcowie Kościoła zajmowali się strukturą Układu Słonecznego i z reguły jedynie dla zilustrowania tego, co ich naprawdę interesowało: nauki naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Ksiądz Heller wolałby jednak, by teologia skoncentrowała się nie na Objawieniu czy nawet na prawie naturalnym, ale na „szerszym spojrzeniu” [Tymczasem przydałoby się nowe, szersze spojrzenie]. Spojrzenie to obejmuje istnienie na jakiejś odległej planecie istot rozumnych, które nie popadły w grzech pierworodny, posiadają lepiej rozwinięty intelekt i lepiej widzących różnicę między dobrem a złem, żyjących w przyjaźni ze swym Stwórcą i nie potrzebujących odkupienia. Heller ubolewa, że nie jesteśmy przygotowani do rozwinięcia naszych refleksji teologicznych z uwagi na ten nowy kontekst kulturowy. Oczywista odpowiedź na ten zarzut brzmi, że teologowie, podobnie jak inni naukowcy, zazwyczaj badają rzeczy, które rzeczywiście istnieją, które są realne, a nie zajmują się gdybaniem. Nie możecie na przykład znaleźć w podręcznikach teologii moralnej odpowiedzi na pytanie: czy grzechem jest posiadanie jednorożca - z tego prostego powodu, że jednorożce nie istnieją. Podobnie spekulowanie na temat obcych jest po prostu podejściem nienaukowym z tego prostego powodu, że nie ma żadnych dowodów na ich istnienie – należą oni raczej do dziedziny literatury niż historii.

Jeśli nawet niekiedy teologowie stawiali hipotetyczne pytania, takie jak: czy Słowo mogłoby przybrać ciało, gdyby nie było grzechu pierworodnego, czynili to jedynie dla zilustrowania zasad już udowodnionych, albo zakresu ich stosowania. Przypadku czysto hipotetycznego nie można nigdy traktować jako punktu wyjścia dla nowej tezy teologicznej, nie można też powołując się na niego nawoływać do podawania w wątpliwość zagadnień od dawna zdefiniowanych jako „kwestii otwartych” czy „szerszego punktu widzenia”, jak to czyni autor niniejszego wywiadu. Jest dokładnie przeciwnie, stosunek teologów do owych hipotetycznych kwestii pokazuje, w jaki sposób zasady te mogłyby być stosowane, ze szczególnym podkreśleniem ich niezmienności.

Dalsza część wywiadu dotyczy innej jeszcze kwestii: nieskończoności. Otóż ks. Heller twierdzi, że podobnie jak teologia musi być dostosowana do nowej i szerszej wizji, tak i sama koncepcja Boga musi zostać przemyślana wedle tych nowych postulatów. I podobnie jak błędnie pojmuje samą teologię, ks. Heller wypacza również samą naturę Boga. Wedle niego, musimy przemyśleć nasze określanie Boga jako „nieskończonego”, ponieważ obecnie wiemy znacznie więcej na temat nieskończoności, niż kiedykolwiek przedtem. Podczas, gdy do tej pory pojmowaliśmy nieskończoność jako coś negatywnego, coś, co nie ma końca, obecnie dzięki analizie matematycznej wiemy, że nieskończoność wchodzi w „inną skalę”. Istnieje nieskończenie wiele liczb rzeczywistych „większych”, niż nieskończona ilość liczb całkowitych. Możemy również mówić o skali nieskończoności, a stąd również o „nieskończonej liczbie nieskończoności”, którą moglibyśmy identyfikować z Bogiem. Podczas gdy do tej pory matematycy uważali, że nie może być czegoś takiego jak absolutna nieskończoność, dzięki współczesnym matematykom wiemy, że nie jest ona czymś niemożliwym.

Takie pomieszanie pomiędzy matematyką a metafizyką jest czymś powszechnym u ludzi, którzy nie posiadają gruntownej wiedzy w żadnej z tych dziedzin, nie musimy posiadać jednak wybitnej inteligencji, by wykazać absurdalność takiego pomieszania. Kiedy matematycy używają słowa „nieskończony” mają na myśli policzalność pewnego zbioru liczb, lub to, co nazywamy „mocą zbioru”. Stąd możemy mówić o różnych „skalach” nieskończoności w tym sensie, że dane zbiory liczb nie mogą zostać policzone przez inny zbiór liczb. Zainteresowanych odsyłam do krótkiego artykułu „A teraz coś nieskończenie lepszego”.

Jednak nie mamy nieskończonej ilość bogów, gdyż Bóg jest tylko jeden – istnieje tylko jeden Bóg, a nie nieskończona ich liczba. Kiedy mówimy, że Bóg jest „nieskończony”  mamy w rzeczywistości na myśli, że Bóg nie ma żadnych granic, że jest On obecny wszędzie, że jest wszechmocny. W istocie Bóg jest niepoliczalny, gdyż nie ma w Nim w ogóle wielkości – wielkość to coś właściwego rzeczom, które złożone są z pewnej ilości mniejszych elementów. W każdym przypadku, gdy możemy coś zmierzyć, rzecz ta istnieje w pewnej przestrzeni i jest w jakiś sposób ograniczona. Jednak Bóg jest wszędzie i jest absolutnie prosty, nie możemy Go więc zmierzyć, oprócz tego, że wiemy, iż jest On jedyny. Tak więc sam pomysł porównywania policzalnej nieskończoności do Jedynego Boga świadczy o błędnym rozumieniu zarówno samej idei matematycznej nieskończoności co i nieograniczonej mocy Boga.

Ks. Heller nie tylko okazuje się być bardzo kiepskim matematykiem, a jeszcze gorszym metafizykiem, pragnie też narzucić idei stworzenia rozmaite „paradoksy”,  związane z błędnym pojmowaniem przez niego nieskończoności. Mówi o współczesnej koncepcji nieskończonej liczby wszechświatów, o wszechświecie nieskończenie rozległym, oraz o możliwości istnienia nieskończonej liczby podobnych wszechświatów.

Pierwsza z tych koncepcji wydaje się być absurdalna, jej przyjęcie skutkowałoby ponadto pewnym kryzysem tożsamości. Jeśli wszechświat jest rzeczywiście nieskończenie rozległy oznacza to, że gdzieś w nim musi koniecznie istnieć identyczny układ atomów jak w Układzie Słonecznym, a nawet – idąc dalej tym tokiem rozumowania, musi istnieć nieskończona ich liczba. W ten sposób gdzieś we wszechświecie istniałaby bez wątpienia wierna kopia nas samych, co do ostatniego atomu, nie bylibyśmy więc już we wszechświecie jedyni w swoim rodzaju.

Zwolennikom tej koncepcji możemy po prostu odpowiedzieć że wszechświat, niezależnie od tego, jak jest wielki, ma pewien rozmiar. Samo istnienie czegoś oznacza, że rzecz ta ma pewien kształt i rozmiar– z samej definicji jest ograniczone – posiada pewną wielkość. Niezależnie od tego, jakie jest wielkie, wielkość tę nadal da się wyrazić liczbą  - nie jest ona nieskończona, zawsze może się zwiększyć. Tak więc już samo użycie słowa „wszechświat” implikuje, że jest on z konieczności ograniczony i posiada pewną wielkość. Nie wolno nigdy zapominać o fakcie, że fizyka udowodniła już dawno temu, iż wszechświat ma w istocie ograniczony rozmiar i że przypisywanie mu nieograniczonej  wielkości naruszałoby po prostu prawa termodynamiki. Niezależnie od tego, jak wielki mógłby być wszechświat, prawdopodobieństwo, że znajdziemy w nim dokładną kopię każdej jego części jest pod względem prawdopodobieństwa absurdem – trzeba pamiętać, że kwantowa teoria przenikania stanowczo wyklucza taką możliwość. Tak więc bezcenna tożsamość ks. Hellera pozostaje, dzięki Bogu, niezagrożona.

Drugi paradoks: nieskończonej liczby równoległych wszechświatów, jest w istocie jedynie wytworem wyobraźni pisarzy sciencie fiction. Jest to próba wyjaśnienia dlaczego świat jest taki a nie inny, bez wyciągania wniosku o konieczności istnienia Boga. Jak twierdzi autor, różne stany wszechświata opisane zostały w równaniach Einsteina, bazujących na pewnych fundamentalnych stałych. Rodzi to oczywiście pytanie: biorąc pod uwagę wszystkie możliwości, jakie jest prawdopodobieństwo, że rzeczy staną się takimi, jakimi w rzeczywistości są? Autor odpowiada: „Dokładnie miary zero. Zatem mimo naszego nieprawdopodobieństwa, jednak jesteśmy”. Jednak dla kogoś, kto odmawia uznania istnienia Boga, prawdopodobieństwo jego własnego istnienia jest naprawdę równe zeru. Zamiast potraktować ten argument jako jeden z najbardziej przekonujących dowodów na istnienie Stwórcy, który promulguje same prawa natury, człowiek taki rzuca się w mętne wody teorii, która jest nienaukowa i sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem.

Ponoć, za każdym razem, gdy wszechświat się zmienia, powstaje nieskończona liczba równoległych wszechświatów, w których urzeczywistniają się wszelkie możliwe prawdopodobieństwa. Szczególnie frustrujące jest w tej teorii to, że nie mamy absolutnie żadnego dowodu na jej poparcie i nigdy nie będziemy go mieli, ze względu na fakt, że wszystkie te równoległe wszechświaty są zamknięte w sobie, a wiec z definicji nie da się ich istnienia zaobserwować. Moglibyśmy co prawda żywić nadzieję, że w jednym z tych równoległych wszechświatach ks. Heller mógłby odzyskać rozum – gdyż już samo potraktowanie takiej teorii jako czegoś sensownego czy nawet rozważanie jej oznacza śmierć nauki, metody naukowej, a nawet zdrowego rozsądku. A jednak twierdzi się, że teologia musi w jakiś sposób „dostosować się” do tych nowych koncepcji.

Smutny przykład ks. Hellera ukazuje nam rozpacz współczesnego naukowca, odrzucającego w swej pysze istnienie Boga, naukowca, który widząc dzieło stworzenia decyduje się zamknąć swe oczy nie tylko na prawdę, ale również na cały dający się obserwować świat. Zatraciwszy z pola widzenia cel swego intelektu, którym jest poznanie Boga, kończy tracąc rozum.

Prowadzący wywiad zadaje na koniec ks. Hellerowi podchwytliwe pytanie: „Czy takie myślenie nie jest jednak niebezpieczne dla naszej wiary?”.  Heller odpowiada na to, że może się tak zdarzyć. Z pewnością jest to niebezpieczne dla każdego, kto zachował do tej pory zdrowy rozsądek. Gdy intelekt ulega destrukcji, akt wiary nie jest już możliwy, ponieważ wiara jest przede wszystkim zgodą rozumu. Nadprzyrodzoność jest ponad porządkiem naturalnym, buduje na nim. Wszystko, co jest doskonałe wymaga, by najpierw było niedoskonałe i nawet nasza wiara, choć przewyższa rozum, jest doskonale rozumna. Tak jak nie można oczekiwać, by ktoś potrafił budować samoloty nie znając praw aerodynamiki, tak również niemożliwym jest budowanie życia moralnego bez prawdziwego rozumienia ludzkiej natury i stworzenia. Wszelka prawda pochodzi od Boga, tak naturalna jak i nadprzyrodzona, nie wolno nam więc próbować ich rozdzielać. Rozdział taki prowadziłby w sposób nieunikniony do chaosu i zniszczenia obu porządków.

Tak więc, drodzy wierni, bądźmy bardzo ostrożni w stosunku do artykułów, posługujących się „naukową” terminologią nie będąc w najmniejszym stopniu naukowymi. Istnieje powiedzenie, że zdrowy rozsądek nigdy nie traci swych praw – i powinniśmy odwoływać się do niego zwłaszcza sytuacjach, gdy atakowany jest on przez takie właśnie idee, powinniśmy wówczas odwoływać się do tego, co możemy zaobserwować i co naprawdę wiemy. Nie pozwólcie, by uwodziły was słowa mające pozór prawdy, upewniajcie się, że rozumiecie co oznacza każde ze nich, zanim uwierzycie ich autorowi. Jak pisze św. Paweł, powinniśmy unikać „światowych nowości słów” (1Tym 6,20) i „wszystkiego (…) doświadczać, a co jest dobre, zachowywać” (1Tes 5,21).

 


[1] Czerwiec 2008 http://tygodnik.onet.pl/36,0,10717,czy_kosmita_moze_byc_zbawiony,artykul.html

[2] Imponujące osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że obecne obliczenia podają średnią odległość 384.400 km (405.000 km w apogeum)

[3] Obliczeń tych dokonano poprzez mierzenie kąta pomiędzy słońcem a księżycem w pierwszej jego kwarcie – co jest przedsięwzięciem niezwykle trudnym.. Jak obliczył, kąt ten wynosi około 87°. W rzeczywistości wynosi on 89°50’, co czyni słońce jeszcze bardziej odległym, około 345 razy dalszym niż odległość z ziemi do księżyca.

[4] Na orbicie słońca Helios 2 osiągnął 17 kwietnia 1976 roku prędkość 241.350 km/h. Najszybszemu skonstruowanemu przez człowieka obiektowi, statkowi kosmicznemu Voyager pokonanie odległości 4.2 lat świetlnych do najbliższej nam po słońcu gwiazdy zajęłoby 134.000 lat.

[5] http://www.vectorsite.net/taseti.html

[6] Jest to stosunkowo niewielka odległość, biorąc pod uwagę, że nasza galaktyka liczy wedle niektórych 100.000 lat świetlnych.

[7] Co ciekawe, w dziełach Jakuba Böhme dostrzec możemy idee, które odnajdujemy również w modernizmie: że Bóg bez dzieła stworzenia jest w jakiś sposób niekompletny, że wolna wola stanowi o godności osoby ludzkiej, oraz że wszechświat stale ewoluuje.



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.