Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 62 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow Obrona Terytorialna arrow Nie obronimy Polski bez partyzantki
Thursday 19 September 2019 14:48:42.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Nie obronimy Polski bez partyzantki Drukuj Email
Wpisał: Andrzej Talaga   
21.02.2015.

Nie obronimy Polski bez partyzantki

 

Andrzej Talaga, rp 20.2.2015

 

Partyzantka jest tania, a potrafi być potęgą. Rakietowe kły wyglądają groźnie, ale to nic w porównaniu z bagnem wojny nieregularnej. Z wyczerpującym zasoby i psychikę żołnierzy armii okupacyjnej nieustannym kąsaniem dzień po dniu, noc po nocy.

Walki na Ukrainie wylały kubeł zimnej wody na głowy optymistów, którzy uważali, że wojna w Europie to wyłącznie wspomnienie przeszłości. Polska planuje kupić za ciężkie pieniądze broń ofensywną, która ma odstraszyć przeciwnika od ataku – głównie rakiety manewrujące wystrzeliwane z samolotów i okrętów podwodnych. To krok w dobrym kierunku, pod warunkiem że jest jedynie elementem szerszego planu obrony.

Rakiety są drogie, możemy ich nabyć niewiele, w razie wojny szybko je wystrzelamy, nie zadając przeciwnikowi decydującego ciosu.

Tymczasem mamy pod ręką zasoby, które odstraszyłyby wroga skuteczniej niż najnowocześniejsza nawet broń – uzbrojony naród zorganizowany do wojny partyzanckiej. Trzeba tylko Polaków do niej przygotować.

Zarówno historia wojskowości, jak i przebieg najnowszych konfliktów, choćby w Czeczenii, Iraku oraz Afganistanie, pokazują, jaką potęgą potrafi być partyzantka, która jest do tego relatywnie tania. Rakietowe kły wyglądają groźnie, ale to nic w porównaniu z bagnem wojny nieregularnej. Nieustannego kąsania, dzień po dniu, noc po nocy, wyczerpującego zasoby armii i psychikę żołnierzy. Nieliczni potrafią wygrać starcie z partyzantką, a jeśli już, to za cenę ogromnych kosztów własnych albo okrucieństwa na masową skalę.

Nie ma wątpliwości, że odstraszaniem idealnym jest broń nuklearna, o czym wiedzą dobrze Korea Północna i Iran, usiłujące ją pozyskać, czy Izrael, który uzbroił się w atom, choć nigdy tego oficjalnie nie przyznał. Z powodu zobowiązań międzynarodowych Polsce nie wolno posiadać własnych głowic nuklearnych. Pozostaje nam więc odstraszanie niedoskonałe, a spośród różnych jego form najkorzystniejszą relację kosztów do skuteczności dają nie rakiety manewrujące z głowicami konwencjonalnymi, ale właśnie partyzancka obrona powszechna.

Armia pacyfistów

Polska utrzymuje stutysięczną zawodową siłę zbrojną plus 20 tys. rezerwy. W praktyce to jeszcze mniej, bo w armii i w Narodowych Siłach Rezerwy straszą luki kadrowe. W razie wojny władze mogą wprawdzie ogłosić mobilizację, ale do niedawna obywatele nie byli w ogóle szkoleni do służby wojskowej. Chociaż w marcu 2015 r. rozpoczną się szkolenia ochotników i rezerwistów, to obejmą one nie więcej niż 10–20 tysięcy ludzi, co i tak jest postępem w stosunku do lat minionych.

Prawda jest taka, że siły zbrojne nie są przygotowane na mobilizację, nie mają do tego infrastruktury, planów, praktyki. To smutny efekt uzawodowienia wojska przy jednoczesnym zaprzepaszczeniu dorobku mobilizacyjnego. Gdyby mobilizacja została ogłoszona, armia musiałyby się ratować wielką improwizacją.

Mamy zatem owe 120 tysięcy, co nijak nie wystarczy do obrony 210 km granicy z Rosją i 418 km z Białorusią, by uwzględnić jedynie te odcinki, na których może dojść do wrogiej inwazji. Pomiędzy możliwościami a potrzebami zieje zatem ogromna wyrwa, której nie ma czym i kim zapełnić. Dlatego też w przypadku pełnowymiarowej inwazji ze wschodu wojskowi planiści nie zakładają wojny granicznej, jak w 1939 r., bo skończyłaby się podobną katastrofą.

Armia będzie się stopniowo wycofywać na zachód i utrzymywać przyczółki, gdzie trafić ma pomoc sojusznicza. Przygotowujemy się zatem do wojny manewrowej i zakładamy oddanie wrogowi sporych połaci polskiego terytorium. To zresztą słuszne założenia, inaczej armia zostałaby unicestwiona już na granicy, a reszta kraju wpadłaby w ręce wroga kompletnie niebroniona.

Rozwiązanie mogłaby zapewnić armia poborowa, dość liczna, by obstawić całą granicę. Problem w tym, że odtwarzanie potencjału mobilizacyjnego w starym stylu wcale nie musi zwiększać realnego potencjału obronnego Polski. Wojsko poborowe bowiem złożone ze zwykłych obywateli wciśniętych w mundur i poddanych rygorowi wojskowemu cechuje niska skuteczność w boju. Pokazuje to wojna w Donbasie i rosyjska inkorporacja Krymu. Ukraińskie oddziały złożone z poborowych oddawały swoje pozycje, unikały walk, chętnie się wycofywały, główny ciężar bitew zaś wzięły na siebie formacje ochotnicze i jednostki zawodowe. Władze w Kijowie ogłosiły częściową mobilizację, jej przebieg zaś pokazuje, jak niechętnie naród poświęca się na froncie.

W zachodnich, najbardziej patriotycznych, obwodach Ukrainy udaje się wcielić do wojska ledwie po kilka –kilkanaście procent powołanych, reszta wykupuje się łapówkami, ucieka za granicę; na przykład do Rosji, która zmieniła nawet prawo, by Ukraińcy w wieku poborowym mogli przebywać na jej terytorium praktycznie bezterminowo. Gdyby nawet udało się wcielić tych „pacyfistów" do armii, jacy byliby z nich żołnierze?

Niechętni do zabijania

Takie zachowania nie są ani przypadkiem, ani dowodem na niską determinację Ukraińców do walki za swój kraj. Gdyby podobne wydarzenia rozgrywały się w Polsce, reakcje naszych poborowych byłoby podobne, ponieważ jedną ze skrywanych prawd sztuki wojennej jest ludzka niechęć do zabijania innych. Przeciętny człowiek, o ile nie znalazł się w sytuacji wprost zagrażającej mu śmiercią, nie potrafi dokonać mordu na bliźnim, nawet gdy jest on w pełni legalny, ba – wręcz wspierany przez państwo i społeczeństwo.

Uczciwe opisy bitew z przeszłości pełne są przykładów strzelania w powietrze zamiast do celu, uderzania kolbami zamiast bagnetem itd. Zabijać potrafi zdecydowana mniejszość cechująca się nietypową psychiką, czyli około 5 proc. każdej społeczności, jak twierdzi Dave Grossman, pułkownik armii amerykańskiej zajmujący się szkoleniami, autor książki „O zabijaniu". To urodzeni żołnierze, którzy często ujawniają swoje talenty w sposób nieoczekiwany dla otoczenia.

Współczesnym przykładem owych 5 proc. mogą być „cyborgi" z donieckiego lotniska. Oprócz profesjonalistów bronili go wszak ochotnicy, którzy przeszli co najwyżej standardowe przeszkolenie wojskowe, a często nawet i tego nie. Chcieli i potrafili walczyć, w tym zabijać. Potrzebowali tylko motywacji albo pretekstu, stała się nim potrzeba obrony ojczyzny. Ludzi o innej konstrukcji psychicznej trzeba dopiero uczyć zabijania, wypracowywać w nich odruchy zabójcy, nieustannie szkolić, czyli... budować armię zawodową.

Mamy więc paradoks. Wojsko poborowe jest w obecnych czasach przeżytkiem, to raczej mięso armatnie niż maszyna do zwyciężania, armia zawodowa zaś liczy za mało żołnierzy, by stoczyć wojnę obronną na wielką skalę. Wyjściem z niego mogą być powszechne siły obywatelskie przygotowane do działań nieregularnych.

Naturalna niemożność zabicia drugiego człowieka słabnie, gdy przychodzi bronić rodziny, domu, najbliższej okolicy, sąsiadów. Działa motywacja silniejsza niż patriotyzm, a mianowicie biologicznie umotywowany terytorializm. Partyzant staje się wówczas zdeterminowanym, groźnym zwierzęciem.

Jak ryba w wodzie

Ale i takie „zwierzę" można pokonać. Niekiedy regularna armia potrafi się rozprawić z oddziałami nieregularnymi. Warto zarysować losy partyzantek przegranych, zanim się określi cechy partyzantki zwycięskiej, jaką chcielibyśmy mieć w Polsce.

Patrząc w przeszłość XX wieku, widać, że partyzantkę można rozbić w dwóch przypadkach. Po pierwsze – masowego terroru i wysiedleń lub wręcz eksterminacji wspierającej ją ludności cywilnej. Po drugie – przekupienia lub w inny sposób przekabacenia znacznej części bojowników na swoją stronę.

Pierwszy przykład obrazują losy partyzantki w Tybecie po 1959 r., kiedy wybuchło tam antychińskie powstanie, czy ukraińskiej po II wojnie światowej. I tu, i tam komuniści przeprowadzili brutalne operacje pacyfikacyjne. Dziś Tybet jest w połowie zamieszkany przez Chińczyków, choć w 1959 r. był ekskluzywnie tybetański, zachwiała się elementarna struktura etniczna tych ziem, co dziś czyni partyzantkę niemożliwą. Wiedzą o tym dobrze władze Tybetu na uchodźstwie, na czele z Dalajlamą, odcinające się od walki zbrojnej.

Na zachodniej Ukrainie z kolei, gdzie koncentrowała się aktywność UPA, doszło do wysiedleń rdzennej populacji i nasiedleń ukraińskiej ludności pochodzącej ze wschodu: Donbasu, Charkowszczyzny czy Zaporoża, co zniszczyło partyzanckie „środowisko naturalne" i ułatwiło NKWD oraz Armii Czerwonej militarne rozgromienie rebelii. Inna sprawa, że po latach przybysze ostatecznie przyjęli patriotyczną optykę autochtonów.

Ludność cywilna jest dla partyzanta tym, czym woda dla ryby – przyjaznym otoczeniem. Musi mieć nie tylko jej sympatię, ale także wymierne wsparcie – zaopatrzenie, schronienie, opiekę nad rannymi, płytki wywiad. Bez niej ginie. Skrajnie brutalne reżimy dobrze to wiedzą, uderzają więc w ludność, posuwając się niekiedy do ludobójstwa.

Drugi sposób radzenia sobie z partyzantką jest stosowany w czasach, gdy masowe eksterminacje i wysiedlenia nie mogą być zastosowane, choćby z powodu uwarunkowań międzynarodowych, albo okupant nie jest aż tak bezwzględny, by się do nich uciekać. Z partyzantkami walczyły wszak wielokrotnie także demokratyczne państwa zachodnie, nie stosując masowego terroru.

Przekupione plemiona

Dobrym przykładem jest operacja Surge w Iraku przeprowadzona przez gen. Davida Petraeusa, głównodowodzącego sił koalicyjnych w tym kraju w latach 2007–2008, której głównym celem było odcięcie rebeliantów, szczególnie sunnickich, od ludności cywilnej i przechylanie jej sympatii na stronę koalicji oraz nowych władz irackich.

Generał wprowadził w życie tzw. doktrynę Petraeusa, zawartą w słynnym podręczniku antypartyzanckim jego autorstwa. Operacje militarne zostały zawężone do punktów najmocniejszej obecności przeciwnika, nie przeprowadzano zaś ich tam, gdzie był słaby, jak to miało miejsce wcześniej. Następnie zdobyte miejscowości i tereny były obsadzane żołnierzami amerykańskimi oraz irackimi, a ludność cywilna otrzymywała znaczącą pomoc materialno-finansową tak, by bardziej opłacało jej się trzymać z koalicją niż z rebeliantami.

Kwintesencją owej taktyki było opłacenie plemion sunnickich z prowincji Anbar, ostoi partyzantki, w zamian za walkę z Al-Kaidą. Za amerykańskie pieniądze dostały one to, o co się biły, a więc autonomię. Chętnie więc tropiły dżihadystów, których wcześniej wspierały. Dodatkowym ciosem było utworzenie z części bojowników opłacanej przez USA milicji „Przebudzenie" pozostającej poza kontrolą władz irackich. Znacznie skuteczniej tropiła ona swoich dawnych towarzyszy broni niż żołnierze amerykańscy. Doktryna Petraeusa zadziałała, zasięg partyzantki został znacznie ograniczony.

Sprawy wróciły do „normy", czyli wojny nieregularnej na pełną skalę, dopiero gdy Amerykanie zaczęli przekazywać bezpieczeństwo w ręce szyickiego rządu w Bagdadzie, a ten odmówił finansowania „Przebudzenia". Bojownicy poszli więc tam, skąd przyszli – do sunnickiej partyzantki. Dziś Anbar jest w większości w rękach Państwa Islamskiego.

Kolejny przykład to Czeczenia podczas drugiej wojny rozpoczętej w 1999 r. Zadziałała tu kombinacja terroru i korupcji. Podczas pierwszej oraz drugiej wojny czeczeńskiej mogło zginąć nawet 20 proc. populacji tego kraju, niemniej decydująca dla pacyfikacji partyzantki była zdrada wielkiego muftiego Czeczenii Ahmada Kadyrowa z jego oddziałami, do których przyłączyły się wkrótce inne formacje. Wojna antypartyzancka w wykonaniu byłych partyzantów była o niebo skuteczniejsza niż brutalne, ale często chybiające celu, operacje wojsk rosyjskich.

Kadyrow dostał w zamian obfite dotacje z Moskwy oraz w praktyce pełną samodzielność w zarządzaniu republiką mającą dziś wiele cech suwerennego państwa, choć bez formalnej niepodległości, o jaką z kolei się bili rebelianci. Ramzan, syn i następca Achmada, mówi o sobie, że nie jest człowiekiem Rosji, ale Putina. Uznaje zatem zależność feudalną wobec prezydenta Federacji Rosyjskiej, a nie Moskwy.

Partyzantka na Kaukazie zresztą nie wygasła, ale zmieniła oblicze oraz obszar działania. Pierwotnie miała charakter narodowy, dziś to odprysk światowego dżihadyzmu. Jej ośrodkiem nie jest Czeczenia, lecz Dagestan, Inguszetia oraz Kabardia. I co najważniejsze, nie może już liczyć na powszechne poparcie ludności, która jest daleka od radykalnego islamu.

Karabin niedaleko domu

Okupant może zastosować masowy terror także w Polsce, choć wydaje się to mało realne. Może pójść na przekupstwo, co już bardziej prawdopodobne, ale utrudni mu je wyznaniowa, etniczna i kulturowa spójność polskiego społeczeństwa. Wszak w Iraku Amerykanie wykorzystali właśnie różnice religijne i plemienne, a Rosjanie w Czeczenii – klanowe oraz spór między islamem tradycyjnym a radykalnym.

Polska powszechna obrona partyzancka ma szanse powodzenia, warto zatem podać przykład partyzantki zwycięskiej, z którą zresztą borykali się także nasi żołnierze. Nie po to, by ją naśladować, bo każda społeczność ma specyfikę niemożliwą do powielenia, ale skopiować te jej cechy zasadnicze, które uczyniły ją niepokonaną. Idzie o pasztuńskich rebeliantów w Afganistanie określanych ogólnym, acz mylącym, mianem talibów. Nie mają oni wiele wspólnego z Talibanem rządzącym Afganistanem przed 2001 r. To ruch oporu zrodzony w reakcji na zachodnią interwencję zbrojną, nie zaś pogrobowcy mułły Omara.

Pierwszym warunkiem skutecznej partyzantki jest uzbrojenie narodu. Wojna w społeczności pasztuńskiej to wielowiekowa tradycja, a broń jest tam stałym elementem ogniska domowego. W Polsce wręcz przeciwnie. Dawna chwała pospolitego ruszenia zanikła, a jeśli chodzi o wyposażenie społeczeństwa w legalną, prywatną broń palną (myśliwską, sportową itp.) jesteśmy w ogonie Europy. Według danych policji w 2014 r. mieliśmy ok. 390 tys. sztuk na 37 milionów obywateli. Statystycznie broń ma jeden na stu Polaków.

Tymczasem w sąsiednich, pokojowych Niemczech to 6 milionów (według berlińskiego MSW) na 82 mln ludzi, a więc osiem sztuk na stu Niemców. Nie potrafimy strzelać i trzeba nas tego nauczyć. Nie oznacza to jednak, że docelowo każdy Polak powinien mieć w domu karabin szturmowy jak w Afganistanie, mogą one być za to składowane w gminach, zakładach pracy, urzędach, straży pożarnej, straży miejskiej, jak najbliżej obywatela partyzanta.

Drugi warunek to powszechna znajomość sztuki wojennej. Wśród Pasztunów smykałka do partyzantki jest przenoszona z ojca na syna. W Polsce możemy liczyć jedynie na te roczniki, które odbyły służbę w wojsku, choć ich wiedza jest mało użyteczna, bo nie uczono tam taktyki partyzanckiej. To czarna dziura edukacji militarnej w Polsce, a wiedzę taką powinien posiąść praktycznie każdy dorosły mężczyzna, by nasz opór był masowy i skuteczny.

Trzecia rzecz to decentralizacja walki. Wśród talibów główna szura (rada) w Kwecie (Pakistan) pozostaje jedynie władzą symboliczną, opór jest organizowany na poziomie wiosek i dystryktów. Partyzantka nie ma nawet struktur prowincjonalnych, bo nie są one potrzebne, działają tylko takowe kierownictwa polityczne.

Małe grupy mężczyzn

Model Armii Krajowej nie zdałby egzaminu w obecnych czasach, partyzantka nie będzie potrzebowała hierarchicznej struktury, ale jedynie ogólnego celu – nękania wrogich sił do czasu przybycia sojuszniczej odsieczy i kontrofensywy polskich wojsk operacyjnych, a jeśli pomoc nie nadejdzie – do zadania przeciwnikowi tak dużych strat, by skłonić go do odwrotu lub ustępstw.

Skuteczne są zgrane, małe grupy dobrze znających się mężczyzn działających na swoim terenie. Gdy nie mają już możliwości walki, zawieszają ją, a pałeczkę podejmuje na przykład sąsiednia gmina. Dokładnie tak działają oddziały pasztuńskie, to głównie wioskowe pospolite ruszenie.

NATO, w tym Polacy, wycofało się z Afganistanu, nie pokonawszy rebelii, siły rządowe zaś  tracą na wojnie 5 tys. żołnierzy i funkcjonariuszy rocznie. Nikt już nie ma złudzeń, że pasztuński Taliban trzeba będzie w jakiejś formie dopuścić do władzy. To właśnie możliwości polityczne wytworzone przez skuteczną partyzantkę.

Nie inaczej powinno być u nas. Przeciwnik musi czuć gęsią skórkę na samą myśl o utknięciu po uszy w polskim bagnie. Obecnie, niestety, nie ma się czego obawiać, po pokonaniu zawodowego Wojska Polskiego nasz kraj będzie bezbronny i będzie musiał ulec. Pasztuni nie ulegają nikomu, nawet jak pozornie przegrywają.

Autor w przeszłości był m.in. zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej". Obecnie jest dyrektorem ds. strategii w Warsaw Enterprise Institute oraz dyrektorem ds. komunikacji w Sikorsky Aircraft/PZL Mielec

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.