Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 63 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow sztuczki i sztuka... arrow TV: - "Te programy między reklamami nie interesują mnie w najmniejszym stopniu". Też Krwawy Maciek.
Wednesday 18 September 2019 09:38:20.27.
W Y S Z U K I W A R K A
TV: - "Te programy między reklamami nie interesują mnie w najmniejszym stopniu". Też Krwawy Maciek. Drukuj Email
Wpisał: STEFAN SZLACHTYCZ   
01.07.2015.
Spis treści
TV: - "Te programy między reklamami nie interesują mnie w najmniejszym stopniu". Też Krwawy Maciek.
Strona 2

TV: - „Te programy między reklamami nie interesują mnie w najmniejszym stopniu”. Też Krwawy Maciek.

 

Krzysztof Lubczyński rozmawia z reżyserem, STEFANEM SZLACHTYCZEM

 http://pisarze.pl/publicystyka/3216-krzysztof-lubczynski-rozmawia-z-rezyserem-stefanem-szlachtyczem.html

 

Kilka lat temu udzielił Pan jednej z gazet ciekawego wywiadu „Bufet na Woronicza”, pełnego barwnych anegdot z życia ludzi polskiej telewizji z Pana czasów, z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Opowiadał Pan o Macieju Szczepańskim, o Januszu Wilhelmim, wewnętrznych intrygach, o sprawach obyczajowych. Mało było tam jednak o Pana pracy artystycznej i w roli głównego reżysera TVP. Proponuję uzupełnić ten brak…

- Spróbuję, ale nie mam pewności, czy utrzymam się bezdygresyjnie w poważnym nurcie odpowiedzi. Jestem zwolennikiem tezy niejakiego La Rochefoucauld, że „powaga jest tajemniczą postawą ciała, mającą na celu ukrycie defektów umysłu”. Czy mogę nie być „tajemniczy”?

 

W 1977 roku zrealizował Pan dużą fabularną formę telewizyjną, film „Tylko Beatrycze” według powieści Teodora Parnickiego. Dlaczego nie kontynuował Pan tego gatunku, ale zajął się Pan później dokumentalnym, telewizyjnym filmem muzycznym i baletowym?

 

- Żeby na to odpowiedzieć muszę objaśnić sytuację ówczesnego światka sztuk przedstawiających. Telewizja w Polsce powstała, nie jak Pan Bóg przykazał, jako informacyjna i publicystyczna, ale jako artystyczna. Dlaczego? Wyjaśnię później. Teatr natychmiast to akceptował, ale kinematografia dopatrzyła się zagrożenia swojego monopolu. Zgodziła się na współpracę wyłącznie na zasadzie protektoratu, owszem niech będą filmy „telewizyjne”, ale wyłącznie produkowane przez nich, na ich warunkach, tyle że za pieniądze telewizji. Równocześnie przyjęto jako aksjomat, że wszyscy tzw. twórcy zatrudnieni w telewizji cierpią na niedorozwój inteligencji i nie są w stanie zrealizować filmu, ambitniejszego niż reportaż.

Ten stan utrzymywał się aż do Szczepańskiego. Ten bystry i ambitny przywódca o cechach dyktatora sprawił, że telewizja „wybiła się na niepodległość”. Zamiast płacić ciężkie narzuty kinematografii, powołał własną wytwórnię filmową „Poltel”, utworzył też stanowisko Dyrektora Generalnego do spraw Artystycznych. Został nim Janusz Wilhelmi, niezwykła, kontrowersyjna postać. Wilhelmi obsesyjnie nie cierpiał kinematografii jako instytucji, ale kochał film.

Kinematografia w pełni odwzajemniała jego abominację, nienawidzono go do tego stopnia, że po tragicznej śmierci Wilhelmiego, co zbiegło się z nominowaniem go na Ministra Kultury, filmowcy urządzali radosne bankiety… Mnie przypadł los zrealizowania pierwszego, niezależnego od kinematografii filmu fabularnego. I to z najwyższej półki ambicjonalnej. Okazało się, że gustuję, podobnie jak Pan W., w pisarstwie Teodora Parnickiego, o którym dziś już prawie nikt nie pamięta. Moja propozycja realizacji filmu według powieści „Tylko Beatrycze” została skwapliwie przyjęta, film powstał i to był mój wzlot i upadek równocześnie. Film dostał kilka znaczących nagród, stał się nawet towarem eksportowym ale nic to, został skazany i to przez telewizję na karę zapomnienia  i ponad 25 lat nie był wznawiany. Nie figuruje też w żadnym wydawnictwie o filmach fabularnych, oficjalnie nie istnieje. Chociaż niezupełnie, obecnie ten starowinek bywa wykorzystywany przez kanał „Kultura” jako zapchajdziura w programie po północy.

Poniosłem jednak gorszą od tej karę za zrealizowanie filmu poza kinematografią. W rezultacie skomplikowanej, kunsztownej intrygi dyrektora „Poltelu”, nieżyjącego już, zdawało się niezwykle prawego człowieka, ale wcześniej z kinematografii, zdjęto z produkcji serial „Srebrne Orły” według tegoż Parnickiego. Na tydzień przed rozpoczęciem zdjęć. W ten sposób przestałem być reżyserem filmów fabularnych i ma Pan odpowiedź dlaczego uprawiam inne gatunki. Chyba tylko trzech reżyserów proweniencji telewizyjnej weszło do fabularnej i długo nie zagrzali tam miejsca…

 

Do filmu przyszedł Pan z odległych rejonów…

 - Rzeczywiście, wcześniej uzyskałem zawód architekta, nawet w nim kilka lat pracowałem, w tym najpiękniejszy rok życia, kiedy byłem kierownikiem odbudowy zamku Niedzica nad Dunajcem. Architektura realizmu socjalistycznego nie stała się moją pasją. Kolega z roku na Politechnice - Janusz Majewski, który wcześniej wybrał zawód reżysera, nieoczekiwanie zaprosił mnie do udziału w charakterze aktora w jego szkolnym filmie „Rondo”, byłem partnerem innego kolegi z mojej klasy licealnej i architektury – Sławomira Mrożka.

Zawód reżysera przypadł mi do gustu, z marszu poszedłem zdać egzamin do Szkoły Filmowej i… powiodło się. Nawet pobiłem przy okazji rekord świata: na pierwszym roku było nas dwanaście osób, na drugim osiem, na trzecim jedna, właśnie ja. Była szansa związać się z kinematografią, czyli wejść w tę zamkniętą korporację, cóż, kiedyś zobaczyłem jak prawdziwy reżyser Kawalerowicz traktuje swoich współpracowników, odechciało mi się dochodzić do zawodu drogą asystentury. Choć niezupełnie mówię prawdę, mój opiekun na drugim roku szkoły – Andrzej Munk zaproponował mi funkcję drugiego reżysera w swoim filmie, nie dożył jego realizacji a ja dokonałem innego wyboru. Wtedy już przyszła do Polski telewizja, ta właśnie artystyczna. Dostrzegłem w niej następną po filmie Muzę.

Zaczęło się obiecująco. W ramach studiów, tych których byłem jedynym studentem, należało zrealizować spektakl telewizyjny. Wybrałem tekst Jerzego Broszkiewicza, kto dziś zna tego, modnego wówczas dramaturga? To był monodram pod tytułem: „Dwie przygody Lemuela Guliwera”. Zagrał znów kolega z klasy licealnej – Jan Guentner, a realizatorem obrazu był też kolega z klasy Krzysztof Malkiewicz – taka to była klasa u „Nowodworka” w Krakowie. Ocena spektaklu wypadła tak, że opiekun roku, profesor Stanisław Wohl, zaproponował przeniesienie go do prawdziwej telewizji. Głównym Reżyserem był wtedy Adam Hanuszkiewicz, który miał swój „eksperymentalny” cykl teatralny „Studio 63”.

W dniu premiery - a była to telewizja „na żywo” - po próbie generalnej, przed studio łódzkiej telewizji zajechał sznur samochodów i wysiadło kilkudziesięciu ważniaków: KC, KW, cenzura, kierownictwo telewizji. Nakazali powtórkę próby, długo deliberowali zanim stwierdzili, że utwór jest „ideologicznie szkodliwy, godzący w fundamenty ustroju socjalistycznego”. Notabene Komitet Centralny reprezentował jeszcze jeden kolega z naszej klasy.

Po latach okazało się, że aferę spowodował reżyser łódzkiej telewizji – Jerzy Antczak. Szykował się właśnie do objęcia stanowiska Głównego Reżysera w Warszawie i bał się, że mój spektakl w klimacie, raczej minorowym, może mu zaszkodzić. Spektakl zdjęto i premierę miałem zaledwie próbną. Tu dodam, że owi decydenci mieli rację, w roku 1988, z tym samym aktorem Janem G. zrealizowaliśmy w krakowskiej TV remake tegoż niefortunnego spektaklu. I co? W rok później ustrój upadł, wraz z fundamentami i mogę spokojnie konstatować, że obaliłem socjalizm w Polsce.


Zmieniony ( 01.07.2015. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.