Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 149 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Aleksijewa Swietłana arrow Monolog o starych proroctwach. Czarnobylska modlitwa.
Friday 03 April 2020 22:02:56.29.
migawki
 

Trzeźwi bądźcie i czuwajcie, bo przeciwnik wasz diabeł jak lew ryczący krąży, szukając, kogo by pożarł. Sprzeciwiajcie mu się mocni w Wierze, wiedząc, że to samo utrapienie spotyka braci waszych na świecie. A Bóg wszelkiej łaski, który wezwał was do swej wiecznej chwały w Chrystusie Jezusie, udoskonali, utwierdzi i ugruntuje utrapionych. 1P 1,5

===========
Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. List do Efezjan, 6 – 12,13
       Czy głupota jest grzechem?
 
W Y S Z U K I W A R K A
Monolog o starych proroctwach. Czarnobylska modlitwa. Drukuj Email
Wpisał: Swietłana Aleksijewa   
02.11.2015.

Monolog o starych proroctwach. Czarnobylska modlitwa.

 

Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości. Swietłana Aleksijewa, Wyd. Czarne, 2012 [Nobel 2015]

 

Moja dziewczynka... Nie jest taka jak wszystkie... Kiedy dorośnie, zapyta mnie: "Dlaczego jestem inna?”

 

Kiedy się urodziła... To było nie dziecko, ale żywy woreczek zaszyty ze wszystkich stron, ani jednej szparki, tylko oczka miała otwarte. W historii choroby napisali: "Dziewczynka z licznymi wadami wrodzonymi: aplazją odbytu, aplazją pochwy, aplazją lewej nerki”. Tak to brzmi w języku nauki, a w zwykłym: ani pupki, ani cipki, jedna nerka... Następnego dnia niosłam ją na operację, drugiego dnia jej życia... Otworzyła oczka i jakby się uśmiechnęła, a ja najpierw pomyślałam, że chce zapłakać... O Boże, uśmiechnęła się!

Takie jak ona nie żyją, ale od razu umierają.

A ona nie umarła, bo ją kocham. Przez cztery lata ­cztery operacje. To jedyne dziecko z tak wieloma wadami, które przeżyło na Białorusi. Bardzo ją kocham. (Przerywa). Nigdy już nie urodzę. Nie ośmielę się. Wróciłam z oddziału położniczego, mąż w nocy mnie całuje, a ja drżę cała, bo nam nie wolno... Grzech. Strach... Słyszałam, jak lekarze mówili między sobą:

"Dziewczynka urodziła się nie w czepku, ale w hełmie. Gdyby pokazano ją w telewizji, żadna matka nie chciałaby rodzić'”. Tak mówili o naszym dziecku... Jak mamy kochać się po czymś takim?!

Chodziłam do cerkwi. Opowiedziałam ojczulkowi. Mówi, że trzeba modlić się za swoje grzechy. Ale w naszej rodzinie nikt nikogo nie zabił... Czym zawiniłam? Początkowo chcieli ewakuować nasze osiedle, a potem wykreślili z listy: państwo nie miało już pieniędzy. A ja w tamtym czasie pokochałam. Wyszłam za mąż. Nie wiedziałam, że nam tutaj nie wolno ko­chać...

Wiele lat temu moja babcia czytała w Biblii, że nastanie na ziemi czas, kiedy wszystkiego będzie w bród, wszystko bę­dzie kwitnąć i obradzać, w rzekach będzie pełno ryb, w lasach zwierzyny, ale człowiek nie będzie mógł z tego korzystać. Nie będzie umiał zrodzić sobie podobnego, przedłużyć nieśmiertelności. Słuchałam starych proroctw jak strasznej bajki. Nie wierzyłam.

 

Proszę opowiedzieć wszystkim o mojej dziewczynce. Niech pani to napisze. Ma cztery lata, śpiewa, tańczy, czyta, recytuje z pamięci wiersze. Normalnie się rozwija umysłowo, niczym się nie różni od innych dzieci, tylko inaczej się bawi.

Nie bawi się w sklep, w szkołę, bawi się lalkami "w szpital": robi im zastrzyki, mierzy temperaturę, podaje kroplówkę, a kiedy lalka umiera - przykrywa ją prześcieradłem. Od czterech lat mieszkamy z nią w szpitalu, nie możemy jej tam zostawić sa­mej, więc nie wie, że mieszka się w domu. Kiedy zabieram ją na miesiąc czy dwa, to pyta: "A jak prędko wrócimy do szpi­tala?". Ma tam przyjaciół, mieszkają tam, rosną. Zrobiono jej pupkę... Formują pochwę... Po ostatniej operacji całkowicie ustało wydzielanie moczu, nie udało się wstawić cewnika, ­potrzeba jeszcze kilku zabiegów. Ale dalej już radzą opero­wać za granicą. A skąd weźmiemy dziesiątki tysięcy dolarów, jeśli mąż zarabia sto dwadzieścia miesięcznie?

Jeden profesor w tajemnicy poradził: "Z taką patologią pani dziecko stanowi niezwykle interesujący przypadek dla nauki. Niech pani pisze do klinik zagranicznych. Powinno ich to zaciekawić”. No więc piszę... (Usiłuje nie płakać). Piszę, że co pół godziny muszę rękami wyciskać mocz, mocz wychodzi przez pojedyncze ot­worki w okolicy pochwy. Jeśli się tego nie będzie robiło, to od­mówi posłuszeństwa jedyna nerka. Gdzie jeszcze na świecie jest dziecko, któremu co pół godziny trzeba wyciskać mocz ręcznie? I jak długo można to wytrzymać? (Płacze). Nie pozwalam sobie na płacz... Nie wolno mi płakać... Pukam do wszystkich drzwi. Piszę. Weźcie moją dziewczynkę, niechby do doświadczeń... badań naukowych... Zgadzam się, żeby stała się królikiem doświadczalnym, żabą, byle tylko przeżyła. (Płacze). Napisa­łam dziesiątki listów... O Boże!

Ona jeszcze nie rozumie, ale kiedyś nas zapyta: "Dlaczego nie jestem taka jak wszystkie?". Dlaczego nie będzie mógł jej ko­chać mężczyzna? Dlaczego nie będzie mogła urodzić dziecka?

Dlaczego nigdy nie doświadczy tego, czego doświadcza motyl... ptak...? Każdy, tylko nie ona... Chciałam... Musiałam to udo­wodnić... Że... Chciałam dostać dokumenty... Żeby wiedziała, kiedy dorośnie, że to nie my z mężem jesteśmy winni... Nie na­sza miłość... (Znowu powstrzymuje płacz). Walczyłam przez cztery lata... Z lekarzami, z urzędnikami... Dobijałam się do drzwi gabinetów ważnych ludzi... Dopiero po czterech latach wydano mi zaświadczenie lekarskie, potwierdzające związek promieniowania jonizującego (małych dawek) i jej straszliwego okaleczenia. Odmawiano mi tego przez cztery lata, powtarzano:

U pani córeczki kalectwo jest wrodzone". Jakie tam wrodzone! To kalectwo czarnobylskie. Przestudiowałam swoje drzewo genealogiczne: niczego podobnego w naszej rodzinie nie było, wszyscy dożywali osiemdziesiątki czy dziewięćdziesiątki, a mój dziadek umarł, kiedy miał dziewięćdziesiąt cztery lata.

Lekarze bronili się: "Mamy instrukcję. Podobne wypadki na razie mu­simy oceniać jako ogólną zachorowalność. Może za dwadzieścia czy trzydzieści lat, kiedy powstanie baza danych, zaczniemy łą­czyć choroby z promieniowaniem jonizującym. W małych daw­kach... Z tym, co jemy i pijemy w naszym kraju... A na razie medycyna i w ogóle nauka mało o tym wiedzą".

Ale ja nie mogę czekać dwudziestu czy tym bardziej trzydziestu lat. Połowy ży­cia! Chciałam ich podać do sądu... Zaskarżyć państwo... Na­zwali mnie szaloną, śmiali się, mówili, że takie dzieci rodziły się też w antycznej Grecji i w starożytnych Chinach. Jeden urzęd­nik krzyczał: "Dodatków czarnobylskich się pani zachciało! Pieniędzy za Czarnobyl!". Jakim cudem nie zemdlałam w jego gabinecie... Jakim cudem nie umarłam na serce... Ale mnie nie wolno umierać...

Nie mogli zrozumieć jednego... Nie chcieli... Musiałam wie­dzieć, że to nie ja i mąż jesteśmy winni... Nie nasza miłość... (Odwraca się do okna i cicho płacze).

Dziewczynka rośnie... Mimo wszystko dziewczynka... Nie chcę, żeby pani wymieniała nazwisko... Nawet nasi sąsiedzi nie wiedzą wszystkiego... Z tej samej klatki schodowej. Ubiorę ją w sukienkę, zaplotę warkoczyk: "Pani Katieńka jest taka ładna" ­mówią. A ja sama tak dziwnie patrzę na kobiety w ciąży... Jakby z daleka... Zza rogu... Nie patrzę, tylko podpatruję... Doświad­czam sprzecznych uczuć: zdziwienia i przerażenia, zazdrości i radości, a nawet pewnej mściwości. Kiedyś przyłapałam się na myśli, że z tym samym uczuciem patrzę na ciężarną suczkę sąsiadów... Na bocianicę w gnieździe...

Moja dziewczynka...

   Łarisa Z., matka

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.