Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 32 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Raspail arrow Wtedy spada gilotyna: - Już na zawsze, proszę pani.
Friday 20 September 2019 20:17:49.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Wtedy spada gilotyna: - Już na zawsze, proszę pani. Drukuj Email
Wpisał: Jean Raspail   
28.12.2015.

Wtedy spada gilotyna: - Już na zawsze, proszę pani.

 

 

[To nie reportaż ze stycznia 2016, lecz powieść z 1974 roku. MD]

 

 

Jean Raspail, z książki OBÓZ ŚWIĘTYCH, str. 282 i nn. 

 

    

     Trzeba wreszcie uczciwie przyznać, że w większości przypadków zbrodnie popełnione tej nocy nie wynikały z niegodziwości; wyrafinowania czy okrucieństwa, lecz stanowiły rodzaj samoistnego znaczenia, były czynem samym w sobie. Wbrew  obawom, że te zbrodnie to tylko pierwsza fala nadciągającego  sztormu, okazało się, że była to zarazem ostatnia widzialna fala, wywołana przez ten podziemny wstrząs, a przy tym szybko opadła. Zresztą nawet gdyby później istniały jeszcze sądy w zachodnim rozumieniu tego terminu, to żadna z tych zbrodni, dająca się wszak wyjaśnić przyczynami społecznymi, nie zostałaby surowo ukarana.

     Pierwsza, wzorcowa zbrodnia, dokonała się w teatralnej scenerii ubojni bydła, należącej do ogólnokrajowej sieci masarni 010 w Bicetre. Trzej Afrykanie - jeden znieczulał, drugi podawał, trzeci ubijał - zabijali œśrednio sto osiemdziesiąt wieprzy na godzinę, dwoma lub trzema precyzyjnymi ruchami powtarzanymi sto osiemdziesiąt razy. Straszna robota, po kostki we krwi, od której stronili miejscowi. Od pracy tych trzech ludzi zależała wydajnoœć setki innych pracowników: ładowaczy, rozbieraczy mięsa, pakowaczy przy taśmie kiełbas, upychaczy i dociskaczy przy taśmie pudełek z pasztetem, nie licząc personelu administracyjnego, a potem hurtowników, detalistów, kadr zarządzających i akcjonariuszy.

     Wystarczyło, by jeden z tych trzech oprawców musiał iść do toalety i cała produkcja zwalniała tempo. Takie przerwy były niedopuszczalne, dlatego w zamian za powstrzymywanie się od wyjść do toalety dostawali dodatkowo kilka franków, którą to premię w biurach firmy nazywano "premią pęcherza". I tejże właśnie nocy, mając na uwadze perspektywę wzmożonego popytu i niepewnoœci na rynku, w której to perspektywie przemysł spożywczy mógł zarobić mnóstwo pieniędzy, pod warunkiem jednak, że wcześniej zgromadzi duże zapasy - dyrekcja nakazała zwiększyć wydajność przy taśmach. Polecenie to zostało powtórzone w ubojni osobiście przez wicedyrektora do spraw produkcji zaraz po przemówieniu prezydenta Republiki, a swe polecenie dyrektor poparł obietnicą podwojenia "premii pęcherza". "Sie zrobi, panie dyrektorze! - zapewnił jeden z czerwonych od krwi Murzynów. - Sprawimy przynajmniej o jednego wiency". Biały człowiek nie ucierpiał bardziej niż pozostałe taśmowo "sprawiane" wieprzki. Znieczulający, podający, ubijający - i wicedyrektor zawisł między dwiema wykrwawiającymi się świniami, a jego przejście do pozostałych faz produkcji, chociaż wkrótce na oko niczym już się nie różnił od wieprzowiny, zwiększyło zysk, nie zniechęcając do roboty. Na rynkach w Kongo widywano podobne produkty. Kilku białych robotników zaraz się ulotniło lub ukryło. Brygadziści pouciekali, właściwie oceniwszy niewyrażalne spojrzenia swych niewolników.

     A pracujący Trzeci Świat dokończył roboty z pełną świadomością pracy, aż po zaetykietowanie puszek, w których biały człowiek skończył jako pasztet. Może nawet go jedliśmy, bo w dalszym biegu wydarzeń nie zwracano już szczególnej uwagi na jakość: czasy bardzo się zmieniły...

     Odnotujmy tam wreszcie obecność pewnego księdza-robotnika, pracującego przy taśmie kiełbasianej, który odmówił krótką modlitwę, a potem mruknął: "Wybacz im, Panie, bo nie wiedzą, co czynią!". A potem taśmy stanęły. Ponieważ tej nocy wszystkie posterunki żandarmerii otrzymywały setki podobnych zgłoszeń, w które nie zawsze wierzyły - a prefekt policji pozostawiony bez rozkazów, dowodząc już tylko pozbawionym morale oddziałem, postanowił zaczekać do następnego dnia, aby lepiej rozeznać się w sprawie - dyrekcja 010 zaakceptowała bez dyskusji wersję o wypadku przy pracy.

Wydaje się nawet, że to sama dyrekcja zaproponowała to wyjaśnienie. "A teraz - powiedział dyrektor po minucie milczenia - trzeba wracać do pracy". ,,zgoda! - odpowiedziała trójka sprawiaczy , nagle wyrosłych na liderów związkowych. - Ale dziewięćdziesiąt świń na godzinę starczy! Francja mniej się nażre!". I dodali, spokojni, grzeczni, z uśmiechem: "Znaczy się, jasne, połowa szmalu dla nas...".

     Kilka minut później wygarnąwszy zawartość kasy pancernej i rozdzieliwszy kilka kopert między najwierniejszych nadzorców, dyrektor generalny porwał w locie całą swoją rodzinę i puścił się autostradą do Szwajcarii, jednak po drodze utknął w straszliwym korku spowodowanym przez powszechny brak benzyny. Usiłując nieco dokładniej przedstawić jego historię, dodajmy, że ostatni raz tego dyrektora widziano idącego pieszo w okolicach Saint-Claude, gdzie Północni Afrykanie, zająwszy najpiękniejsze dzielnice miasta, masowo brali udział w obradach rady miejskiej, do której dokooptowali się w imię przeważającej mniejszości. Po czym przepadł po nim wszelki ślad... I w ten sposób ogólnokrajowa sieć wędliniarska 010 z Bicetre wkroczyła wreszcie w okres samo-zarządzania.

     W hałaśliwych piekłach Billancourt i Poissy, gdzie Trzeci Świat obsługujący taśmy stanowił osiemdziesiąt procent załóg, ten bunt przybrał formę niemal liturgiczną, jakby mszy czy rytualnej ofiary.

Odkąd wiadomo, że rentowność przemysłu samochodowego opiera się na czasowym pomiarze wydajności pracy, nic dziwnego, że ludzie prości, niepiśmienni, wykorzenieni, żyjący złudzeniami w warunkach nieco tylko odmiennych od dawnego życia plemiennego - przypisywali zegarowi i jego kapłanom, kontrolerom czasu pracy, charakter narzuconej siłą religii. Ich opór wobec tej religii przejawiał się w tajnym porozumieniu o katakumbowym rycie. Gdy chcieli odetchnąć chwilę przy taśmie, uspokoić nerwy czy po prostu przywołać obraz samotnej palmy albo wielkiej brunatnej rzeki przepływającej przez rodzinną sawannę, wykonywali swe mechaniczne ruchy przy taśmie szybciej, niż wymagał pomiar chronometryczny, a potem przedłużali ich zakończenie, chociaż zrobili już swoje - w zamyśleniu, ale nie okazując tego, z ręką na narzędziach i udając wysiłek, aby zmylić nadzorców.

I podczas tych cennych zaoszczędzonych chwil wymieniali szybkie, ukradkowe, braterskie spojrzenia, solidarni w tej odmowie podkręcania tempa pracy, która była potrzebą wypoczynku, ale i odmową przyjęcia nowej wiary. Ale kontrolerzy czuwali, bo nie mieli zamiaru tolerować żadnej innej religii. Gdy produkuje się samochody, nie należy marzyć o odległych palmach i o wieczornym biciu pokłonów z twarzą zwróconą w stronę Mekki.

     Kiedy więc pojawił się ten mit oswobodzicielskiego Gangesu, ku temu milionowi mesjaszów zwróciły się po kryjomu wszystkie nadzieje. Zdano sobie z tego sprawę wkrótce po wydarzeniach na Wyspie Świętego Tomasza, gdy armada osiągnęła szczyt popularności i gdy słynny slogan "Wszyscy jesteśmy ludźmi znad Gangesu" posłużył za główną przyprawę rozmaitych politycznych i humanitarnych sosów. Odbyła się wielka choć krótkotrwała manifestacja: osiemdziesiąt tysięcy robotników, stojąc przy wyłączonych taśmach, przez kilka chwil wykrzykiwało dwa całkiem różne hasła jako jedno:  "Wy-gnać-kon-tro-le-rów-wszy-scy-jes-teś-my-ludź-mi-znad-Gan-gesu!".

     Później sytuacja wróciła do normy, chociaż związki zawodowe, zaskoczone spontanicznością tej reakcji próbowały ją przedłużyć, aby przejąć nad nią kontrolę. Gdy im się to nie udało, zadowoliły się przejęciem tego dziwnego, manichejskiego hasła, w którym kontrolerzy i ludzie znad Gangesu reprezentowali odwieczne siły zła i dobra, hasła wykrzykiwanego niemal we wszystkich fabrykach, aby pokazać, że zawsze tak było, wbrew pokojowi społecznemu, potrzebnemu bestii do uśpienia opinii publicznej.

Póki co zwiększono wynagrodzenia dla kontrolerów - taka specjalna "premia za ryzyko" - i napięcie minęło.

     Aż do tej nocy właśnie, kiedy to jeden z tych "pożeraczy sekund", wybrany spośród najbardziej dokuczliwych, został związany jak baleron i złożony na płaskim, wielkim arkuszu blachy przesuwającym się na taśmie, z zawieszonym na szyi plakatem w języku arabskim: "Bo kończy się czas tysiąca lat". Gdy ogromny młot pneumatyczny spadł na arkusz blachy, formując ją w karoserię z zaznaczonymi drzwiami, oknami, maską przednią i tylną, po kontrolerze została tylko mokra plama krwi, która zresztą szybko wyschła w piecu lakierniczym.

Podniósł się wielki wrzask i taœma się zatrzymała, podczas gdy tysiące Arabów i czarnych muzułmanów zwróconych w stronę Mekki u stóp swych maszyn dziękowało Allachowi. W ten sposób "niekochani" poświęcili kozła ofiarnego, bo tej nocy nikt już w fabryce nikogo nie zamordował. Jeden kozioł wystarczał, złożony w imieniu wszystkich.

     W ten sam sposób załamał się rytm produkcji w Socheaux, Venissieux, Le Mans i innych regionach przemysłowych. To, że opierał się tylko na trudzie Trzeciego Świata, nie ma nic do rzeczy. Można nawet powiedzieć, ryzykując więzienną celę lub śmierć cywilną, że odkąd rządził Zachód, Trzeci Świat pracował efektywniej. Lepiej byłoby się tym szczycić i ustalić sprawiedliwe stosunki między zwierzchnikiem a podwładnymi, niż pojękiwać ze wstydu, pozostając zarazem na szczytach dobrobytu. Ale nie ma czego żałować. Co najwyżej utrzymalibyśmy się trochę dłużej, miliony wobec miliardów. Teraz, gdy Trzeci Świat natarł na nas, można stanowczo stwierdzić, że jego nieświadoma dynamika miała rację we wszystkim. Język, stosunki międzyludzkie, tempo produkcji, wydajność, emocjonalność, sposób rozumienia wszystkiego, nawet sposób obijania się - wszystko się zmieniło.

     A że wyzwolona seksualność zaczęła odgrywać ważną rolę, można powiedzieć, że o tyle biały stał się Trzecim Światem, o ile Trzeci Świat stał się biały: on więc wygrał. Na tego jednego starego Ahmeda, który wzdychał po cichu, że "za Francuza było lepiej", nie wiedząc już nawet, czy chodzi mu o ojczystą Algierię czy już Francję, w której teraz mieszka - ile przypada milionów tych, którzy skubią nasz monstrualnie rozdęty budżet socjalny, powiadając, że "wreszcie równość nie jest pustym słowem"? Niemal dokładnie, chociaż bezwiednie przepowiedziała to tej nocy pewna młoda robotnica antylska w fabryce techniki radiowej w Croissy. Wbiwszy śrubokręt w pierś swej brygadzistki, wykrzyknęła po prostu: "Plantacje już się skończyły!". Plantacje - słowo, które przybyło z daleka. . .

     Tej nocy zawłaszczony został i to już ostatecznie symboliczny i uświęcony bulwar Saint-Germain. Ledwo prezydent Republiki skończył mówić, gdy cała dzielnica, wcześniej jakby wymarła w oczekiwaniu na to przemówienie, nagle ożyła. Dwadzieścia tysięcy czarnych studentów, a wśród nich jacyś młodzi dyplomaci, zapełniło to słynne miejsce istnym kulturowym melanżem. Nagle ściągnęli tu zewsząd. Ukryci dotąd w antylskich barach, afrykańskich dyskotekach i domach studenckich, gdzie oczekiwali nadejścia niemożliwego i pragnęli nieuchronnego - od razu zapełnili całą Dzielnicę Łacińską.

     W lokalu Odeon-Music jeden z nich wskoczył za bar i zadecydował: "Kolejka dla wszystkich na koszt lokalu!". Przykład okazał się zaraźliwy. I zdarzył się tylko jeden przypadek, w sąsiedniej kawiarni, że właściciel, jakiś uparciuch, chwycił za pistolet, który trzymał pod ladą. Ale gdy tak szachował tłum, który jak nocny przypływ wlał się do jego lokalu, jakiś wielkolud z Gwadelupy - jak się okazało, sekretarz jednej z organizacji studenckich - wysunął się zuchwale naprzód z opuszczonymi rękami i nadstawił pierś pod lufę pistoletu. Człowiek ten miał dobrą pamięć i dar naśladownictwa. Patrząc w oczy właściciela kawiarni, zaczął recytować i wydawało się, że mówi sam prezydent Republiki:

     - "Chodzi o pewną okrutną misję, co do której oczekuję, że każdy żołnierz, każdy policjant, każdy oficer sam najpierw ją oceni, jako wolny człowiek, a potem zaakceptuje jej wykonanie albo odmówi jej wypełnienia. Trudno jest zabijać. Jeszcze trudniej wiedzieć, dlaczego się zabija. Ja wiem, ale nie trzymam palca na spuście i nie mam przed sobą, kilka metrów od lufy, tych nieszczęśników. Moi drodzy rodacy, cokolwiek się stanie, niech Bóg ma nas w swej pieczy... albo niech nam wybaczy".

     Co powiedziawszy, wybuchnął śmiechem przy ogólnym aplauzie kumpli. Był to ciekawy moment, w którym nienawiść ustąpiła miejsca bardziej subtelnemu uczuciu, jakby tęsknocie za najzwyczajniejszym zdrowym antagonizmem na nieco wyższym poziomie społecznym. Ponad wrzawę wzniósł się czyjś głos:

- Jazda, szefie! A jak będziesz pan grzeczny, to jutro może zapłacimy! Wszyscy muszą żyć, no nie?

- Nie za tę cenę - powiedział po prostu właściciel i wzruszył ramionami.

Potem odłożył broń, schował do kieszeni całą zawartość kasy i przepadł w nocy, nie oglądając się za siebie, a gdy wychodził z kawiarni, wszyscy przed nim się rozstąpili. Nieco dalej na bulwarze musiał jednak przycisnąć się plecami do ściany, żeby przepuścić kolejne grupy, które szły w zwartym szyku całą szerokością chodnika, nikomu nie ustępując: to wychodzili na Paryż jego mroczni pracownicy.

     Wtedy rozegrał się pewien epizod, który większość historyków postanowiła ostrożne przemilczeć, ponieważ w sferach rządowych nie brak osób, którym to przypomnienie mogłoby sprawić przykrość. Chodzi o gwałtowną ucieczkę wszystkich czarnych "pod krawatami" przed tą armią zamiataczy, śmieciarzy; manewrowych, afrykańskich troglodytów prowadzonych przez swych czarowników: "Dziekana" z ciemnych piwnic i białego Ojca zamiatacza, nazwiskiem Lavigerie, ze slumsów. Odkąd niektórzy z nich zamiatali o świcie bulwar, gdzie ci paniczykowie pod krawatami wsiadali do swych samochodów, zaparkowanych od poprzedniego dnia na tym świętym asfalcie, legenda o czarnym raju rozpowszechniła się w mrocznych piwnicach i pod blaszanymi dachami.

     Synowie wodzów dali teraz pokaz... Cóż mieli jeszcze wspólnego z tym "bidnym czarnuchem od miotły"? Kolor skóry? Też coś! Ci luksusowi czarni wpadali we wœciekłoœć, kiedy w samym sercu miasta, świadka ich sukcesu - na chodnikach, przy wlotach do kanałów œciekowych, przy pojemnikach na śmieci - spotykali swych sobowtórów, ale w łachmanach, wygłodzonych, zziębniętych, sprzedających swą czarną skórę za psie pieniądze, co obrażało ich własną murzyńskość, tę, którą udało im się tak wysoko podźwignąć. Miejmy nad nimi litość. Tej nocy stanowili oni centrum sieci, którą przędzie zupełnie bezpodstawna nienawiść: wstręt, który czują do białych; odraza do czarnych braci, którym żyje się źle; a nade wszystko nienawiść do czarnego proletariusza, który ściga ich aż we Francji, ich, którzy wymknęli się swemu rasowemu losowi, naśladując białych. Oswobodzicielski mit Gangesu spowodował subtelne rozwarstwienia.

     Nic nie było jasne dla nikogo, w tych zmętniałych wodach końca świata, które bestia mąciła celowo, jak mątwa rzygająca czarnym atramentem. Może to jest jakieś wyjaśnienie? W każdym razie, gdy te mroczne, łachmaniarskie czarne armie przybyły w okolice Odeon-Music i innych biegunów czarnego raju, bataliony wystrojonych, ciemnoskórych manekinów wiały jak króliki. Ale podziwiajmy ich przytomność umysłu i niezwykły sposób, w jaki wkrótce odzyskali wpływy, a udało im się to jeszcze przed świtem! Dzwoniąc do wszystkich drzwi zamożnych apartamentów tej dzielnicy, elegancko - jak wiadomo - ubrani, przemówili do przestraszonego mieszczaństwa mniej więcej tymi słowami:

"Panie, panowie, przyszliśmy, aby was chronić. Przywileje, sami to wiecie już od północy, to już przeżytek i trzeba przynajmniej się nimi podzielić. Z robotnikami pochodzącymi z Trzeciego Świata, a później z wszystkimi, którzy już się szykują, żeby do nich dołączyć. Już teraz ulice są ich pełne. Za kilka minut zapewne zlądują u was całe rodziny, dla których, chcąc nie chcąc, będziecie musieli zrobić miejsce. Wasz salon stanie się obozowiskiem. Będzie to sprawiedliwość dla naszych nieszczęśliwych braci, bez których nie potraficie już żyć, a którzy muszą się tłoczyć dla waszej wygody.

Jednakże my (studenci, książęta, synowie wodzów, profesorowie, dyplomaci, intelektualiści, artyści, stażyści rozmaitych specjalności i inni, do wyboru...) - my jesteśmy ludźmi z poczuciem smaku, przesiąkniętymi waszą kulturą. Doceniamy waszą sztukę życia. Zależy nam na zachowaniu pewnej wyrafinowanej atmosfery, której tyle zawdzięczany. (Bardzo dobrze powiedziane, ten argument podnosili najczęściej).

     Byłoby więc lepiej, gdybyśmy to my się u was zakwaterowali. Po dwóch, trzech, nie więcej. Lepiej podzielić się przywilejami z nami w pewnej wspólnocie ducha, niż ustąpić na rzecz tych niewykształconych biedaków; nie, żeby to byli źli ludzie, ale nie uszanują niczego. Panie, panowie, czas goni. Kiedy zapukają do was inni, będzie lepiej, pamiętajcie, jeśli otworzy im drzwi ktoś, kto również ma czarne oblicze. Pozwólcie nam działać i schowajcie się...

Zdecydowały przyjazne miny, wyszukany sposób mówienia, nieskazitelnie czyste koszule, dobrane krawaty, rogowe okulary. Mając do wyboru dwa złe wyjścia - powiedzieli sobie przyparci do muru mieszczanie - lepiej wybrać to, które chociaż lepiej się prezentuje. Ci przynajmniej są czyści. Lepsza snobistyczna kanalia niż uczciwy murzyn, ale prostak. Dżentelmen przynajmniej uszanuje mi córkę. Mizdrzono się: ,,Proszę więc obejrzeć apartament. Mógłby pan zamieszkać tutaj... Jest kanapa... Może woli, pan łóżko? Ależ tak, tak, nie ma najmniejszego problemu! Mamy dwie łazienki, nie będzie kłopotu. Poza tym, to chyba nie na długo?".

Wtedy spada gilotyna:

- Już na zawsze, proszę pani.

Zmieniony ( 28.12.2015. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.