Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 29 gości
S T A R T arrow Społeczeństwo arrow relacje z "wojny" i podziemia arrow Historia pewnej zdrady na ziemi radomskiej
Sunday 17 November 2019 08:50:46.28.
W Y S Z U K I W A R K A
Historia pewnej zdrady na ziemi radomskiej Drukuj Email
Wpisał: Arkadiusz Kutkowski   
12.02.2010.

Dopiero po latach udało się odsłonić kulisy powojennej zbrodni

Historia pewnej zdrady na ziemi radomskiej

Arkadiusz Kutkowski

http://www.slowo.com.pl/radom/?dod=11&id=4546

            Aleksandra Młyńskiego i jego partyzantów wykończył agent o pseudonimie „15”. Dziś już wiadomo, kim był i jak doszło do zdrady.

            Bohaterowie tej opowieści: Aleksander Młyński, ps. „Drągal”. Dowódca oddziału partyzanckiego walczącego z komunistami aż do 1950 r. Jeden z bohaterów podziemia. Zabity podstępnie przez zakonspirowaną grupę funkcjonariuszy UB.

Marian B. ps. „Zbych”. Podkomendny „Drągala”, potem jego oprawca i współpracownik UB. Poszedł na współpracę, by ratować swoje życie. Odsiedział w więzieniu 12 lat.

            Adolf Dżbik. Jeden ze świadków tamtych wydarzeń. Jego siostra była narzeczoną „Drągala”. Przez wiele lat szukał „Zbycha” i odnalazł go. Z wymienionej trójki żyje do dziś tylko on.

Cel: zabić „Drągala”

            Jest lato 1950 r. Władza ludowa rozprawiła się z większością antykomunistycznego podziemia. Ale na ziemi radomskiej jest wciąż niespokojnie. Po lasach ukrywają się resztki oddziałów „Ostoi”, „Deszka” i „Drągala”. Kłopoty sprawia zwłaszcza ten ostatni. Dowodzony przez odważnego i doświadczonego żołnierza (Młyński walczył z Niemcami w m.in. na Wileńszczyźnie), liczy wprawdzie tylko trzy osoby, ale ma w terenie dziesiątki „uśpionych” współpracowników. W gminach Przytyk, Radzanów i Wolanów nikt z partyjnych działaczy nie może być pewny dnia ani godziny.

            UB dwoi się i troi, by zlikwidować oddział. Próbuje go osaczyć siecią tajnych współpracowników. W 1948 r. było ich 34, dwa lata później - już 255. Na obławy wysyła kilkusetosobowe oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Powstają wciąż nowe strategie operacyjne o wdzięcznych nazwach: „Pogoda”, „Deszcz”, „Grom”, „Błyskawica”. Wszystko na nic. Młyński potrafi uciec z każdej zasadzki, i potem jeszcze zaatakować. Sprzyja mu szczęście i - miejscowa ludność. Jak raportuje rozżalony szef sztabu 7 Pułku KBW kpt. Szela-Kozik: „ludność ta udziela mu żywności i noclegów, szczególnie w gminie Przytyk i Radzanów, gdzie jest mniej uświadomiona i bardziej reakcyjnie nastawiona”.

            Przełom następuje dopiero 23 lipca 1950 r. Tego dnia wpada w ręce UB „Zbych”, były towarzysz broni Młyńskiego. Po aresztowaniu składa bardzo obszerne wyjaśnienia, zdradza m.in. aż 163 „meliny”, gdzie ukrywali się leśni. Ale, co dla UB najważniejsze, zgadza się na współpracę. Otrzymuje pseudonim „15” i przyjmuje układ: ja likwiduję w ciągu miesiąca „Drągala” i jego ludzi, wy - darujecie mi życie i wolność. Jak depeszuje kpt. Kozik-Szela: „nie było żadnego wyjścia na „Drągala”, więc zwrócono się do ministerstwa o zgodę na puszczenie „Zbycha”. Zgoda przyszła, cztery dni później Młyński już nie żył.

Jak to się stało...

            Adolf Dżbik miał wtedy 15 lat. Mieszkał z rodzicami i trzema siostrami w Kolonii Wawrzyszów koło Wolanowa. Siostra Marianna była narzeczoną „Drągala”, więc w zagrodzie często gościli leśni. Wśród nich „Zbych”. Dżbik - mimo upływu lat - pamięta go doskonale: młody, średniego wzrostu, ubrany w „olimpijkę”. Prawdziwy partyzant.

- Dał się we znaki komunistom. W jednej z bitew został ranny. Młyński wynosił go spod kul. Ryzykował życie - opowiada Dżbik.

            W 1948 r. „Zbych” zniknął z oddziału. Jak mówiono po wsiach, musiał uciekać, bo pod Dobieszynem, ścigany przez KBW, zgubił broń poplamioną krwią, a więc i z odciskami palców. Wrócił dwa lata później z trzema drabami, znów ubrany w „olimpijkę”. Chodził po wsiach i rozpowiadał, że szuka „Drągala”. Zapukał między innymi do Dżbików. Miał z sobą pół litra spirytusu i szukał noclegu. Siostra, narzeczona Drągala, odmówiła, bo obawiała się prowokacji. „Zbych” znalazł więc kwaterę kilkaset metrów dalej, u rodziny Kołaczów.

Nazajutrz jeden z drabów kazał Dżbikowi iść do Mniszka po piwo. Był świetnie zorientowany w terenie, pewny siebie, wciąż rozpytywał o Młyńskiego. Stał na środku podwórka, razem z kolegami, i wcale nie zamierzał się ukrywać.

            - Coś było nie tak - opowiada Dżbik. - W rozmowie z nim kluczyłem, zmyślałem. I on nagle się zdenerwował. Złapał mnie za ramiona, wcisnął kolano w brzuch i wybuchnął: „Zobaczysz, kto będzie celnie strzelał, jak spotkamy się z „«Drągalem»”. Wtedy już byłem pewien. „Zbych” zdradził. Rozmawiam z ubekiem.

            Dwa dni później do Kolonii Wawrzyszów przybył „Drągal” ze swoimi partyzantami: „Powstańczykiem” - Zbigniewem Ejnebergiem i Zygmuntem Chmielewskim. Nie wstąpił, jak miał w zwyczaju, do narzeczonej. Nie zajrzał do skrytki przy drodze, gdzie w pudełku od zapałek Dżbik ukrył kartkę z ostrzeżeniem. Poszedł od razu na spotkanie ze „Zbychem”. I to go zgubiło.

Złamany „Zbych”

            Zebrane przez Instytut Pamięci Narodowej materiały UB obszernie dokumentują historię zdrady „Zbycha”. Jak się okazuje, tuż po wojnie, której końcówkę spędził w słynnym oddziale AK „Nurta” (mieszkał wówczas z rodzicami i ośmiorgiem rodzeństwa w małej wsi pod Siennem) wyjechał na Ziemie Zachodnie i wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Po kilku miesiącach dostał przepustkę, wrócił w rodzinne strony, gdzie czekał już na niego UB z nakazem aresztowania. Odsiadka nie trwała długo, jednak dla młodego chłopaka stanowiła nauczkę, że ze spokojnym życiem może się pożegnać. Parę lat później napisze do prezydenta Bieruta: „Pod wpływem namowy kolegów wstępuję do bandy terrorystyczno-rabunkowej”. Były to kolejno oddziały „Zygadły”, „Ostoi”, „Drągala”. W ich szeregach walczy aż do 1948 r. Bezpieka skwituje potem tę działalność czternastoma zarzutami, głównie o napady na gminne spółdzielnie oraz funkcjonariuszy MO i UB.

            W 1948 r. „Zbych” wyjeżdża na Dolny Śląsk. Zmienia tożsamość, przyjmuje posadę w PGR koło Kostrzynia nad Odrą. Ale UB nadal go tropi. W połowie roku przechwytuje korespondencję wysłaną z Sienna przez narzeczoną. W Kostrzyniu zjawiają się funkcjonariusze UB i dokonują aresztowania. Według relacji Dżbika „Zbych” łamie się już podczas transportu do więzienia. „Zapytał ubeka, co z nim będzie. Usłyszał: - Sam wiesz, zasłużyłeś na stryczek. No chyba, że nam pomożesz złapać «Drągala»”.

            Z zachowanych dokumentów wynika, że do współpracy nakłonił go funkcjonariusz o nazwisku Siudeja, a oficerem prowadzącym był Józef Remsak. Z kolei plan likwidacji „Drągala” opracowali wyżsi oficerowie UB w Kielcach. Przewidywał on, że „Zbych” otrzyma do pomocy trzech doświadczonych funkcjonariuszy, z którymi stworzy pozorowany oddział partyzancki. Oddział dokona kilku napadów, by uwiarygodnić się w oczach „Drągala”.

Jak zabijano „Drągala”

            Grupa rozpoczęła działalność 20 sierpnia. Tak jak zaplanowano rozbiła spółdzielnię w Cerekwi. Po napadzie „Zbych” odwiedził wszystkie znane sobie meliny i rozgłaszał, że chce się spotkać z Młyńskim. 24 sierpnia zatrzymał się w Laskowej Woli. O godzinie 1 w nocy przybył tam i „Drągal”. Co było dalej, przedstawił w raporcie kpt. Kozik (pisownia oryginalna):

            „Wszyscy serdecznie pocałowali się, po krótkiej rozmowie położyli się spać. Rano przygotowano śniadanie, wypito litr wódki, «Drągal» ze «Zbychem» wspominali przeżycia wspólne i w miłej pogawędce udali się na skraj lasu, w lesie spożyli po raz drugi śniadanie, które zostało przyniesione przez kobiety i w dalszym ciągu przyjemnie gawędzili, że teraz im będzie dobrze, bo jest ich więcej itp., mocowali się na ręce, co «Drągala» już wyczerpało z sił. Wszyscy znużeni pokładli się spać. Wtedy na umówiony znak otworzono do bandytów ogień z pistoletów, zabijając ich na miejscu, m.in. bandyta «Zbych» również celnie strzelał do swoich kolegów”.

            Plastyczniej opisał tę akcję jeden z jej uczestników (cytat za: „Tygodnik Radomski” z 1984 r.): „- Odczekałem i jeszcze raz spróbowałem dać znać Sieroniowi (kolejny funkcjonariusz UB - przyp. red.), leciutko dotykając jego stopy. Wystarczyło. On strzelił do «Powstańczyka» - bandyta nie zdążył nawet jęknąć. Ja wziąłem na cel przepełnione miłością do bliźniego serce «Drągala». Beknął tylko niesamowicie”.

UB mogło odetchnąć. „Drągal” i jego partyzanci nie żyli.

Arkadiusz Kutkowski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.