Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 72 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Historia - odkłamywanie 16 arrow Wrogowie generała Sikorskiego na Wyspie Węży
Wednesday 27 May 2020 17:29:42.29.
W Y S Z U K I W A R K A
Wrogowie generała Sikorskiego na Wyspie Węży Drukuj Email
Wpisał: historia   
29.04.2016.

Wrogowie generała Sikorskiego na Wyspie Węży

http://www.historia.uwazamrze.pl/artykul/873044//1

Sikorski, gdy doszedł do władzy, w małostkowy sposób mścił się na sanacji. Znienawidzonych oficerów zamknął w obozach odosobnienia

Lustracja nie jest współczesnym ani tym bardziej polskim wynalazkiem. Klęski i zmiany ustrojowe były powodem rozliczania poprzedników. Tak też robił emigracyjny rząd generała Sikorskiego. Katastrofa państwa we wrześniu 1939 r. domagała się znalezienia winnych, jednak sposoby rozliczania liderów sanacji nie przynoszą chwały polskim władzom.

W październiku 1939 r. powołano w Paryżu specjalną komisję do zbadania „ostatnich zdarzeń w Polsce i ustalenia ich przyczyn" (przewodniczący generał Józef Haller). Kilka miesięcy później pojawiła się kolejna komisja mająca przygotować materiały do planowanego procesu przywódców sanacji. Sprawami weryfikacji wojskowych zajęło się natomiast Biuro Rejestracyjne pod kierownictwem pułkownika Fryderyka Mally,ego. W rzeczywistości o wszystkim decydował zaufany człowiek Sikorskiego – pułkownik Izydor Modelski, odpowiedzialny za sprawy personalne. Miał osobiste porachunki z sanacją: po przewrocie majowym został w wieku 40 lat przeniesiony w stan spoczynku i dopiero objęcie władzy przez Sikorskiego umożliwiło mu powrót do służby.

„On to rządził – wspominał Marian Romeyko. – Kierował, rozkazywał, podpisywał, niestety nie tylko w swoim imieniu, lecz i naczelnego wodza. Opowiadał mi mój przyjaciel i kolega z promocji, pułkownik Tokarz (zresztą oficer od dawna oddany, i to szczerze, Sikorskiemu), jak był świadkiem „powitania" dwóch starych druhów w Paryżu: jednego, doktora Izydora, i drugiego, majora hallerczyka w stanie superspoczynku Malinowskiego. Rzucili się sobie w objęcia, prawie z płaczem: »Iziu, Iziu... nareszcie u władzy... Ale my tym skurwysynom pokażemy...«. I pokazali".

Działania te ułatwiał fakt sprawowania przez Sikorskiego kluczowych funkcji (naczelnego wodza, premiera, ministra spraw wojskowych i wewnętrznych). Generał mógł kontrolować każdą nominację w armii czy administracji, co oznaczało oddanie tych spraw w ręce zaufanych ludzi. Sikorski nie zwracał uwagi na ich kompetencje.

„Wierność dla siebie – uważał dyplomata Stanisław Zabiełło – stawiał bowiem wyżej niż kwalifikacje. Zachował przyjaźń i zaufanie do ludzi, z którymi był blisko w latach niełaski i izolacji, chociaż nie wszyscy ci, którzy byli wówczas jego cennymi informatorami i pośrednikami, nadawali się potem do roli doradców szefa rządu".

Otoczenie Sikorskiego stanowili ludzie przez lata dyskryminowani przez sanację, żądni odwetu za lata upokorzeń. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Każdy oficer przybywający do Francji musiał poddać się weryfikacji i dopiero po stwierdzeniu jego lojalności mógł podjąć służbę. Stosunki panujące w Biurze Rejestracyjnym wzbudzały protesty nawet wśród najwierniejszych stronników Sikorskiego.

„[...] w Paryżu, w koszarach Bessiers – oburzał się generał Marian Kukiel – zaczynał się czyściec tzw. weryfikacji oficerów; zamiast prostego ustalenia tożsamości, stopnia, dawnego przydziału, uzależniano powołanie do wojska nie tylko wyspowiadaniem się z własnej roli w kampanii, co miałoby sens, ale w stosunku do wyższych oficerów, żądano relacji [z przedwojennej działalności]. Indagacje i często przewlekłe procedury. To była dziedzina pułkownika Modelskiego, który miał sprawy personalne w ręku i dokonał wiele, by zrazić wielu pełnych zapału »turystów Sikorskiego« do nowego wojska, które miało być od wrześniowego jakimś innym, lepszym, i do samego generała".

Modelski i spółka rezydowali w paryskim hotelu Regina i nazwa ta szybko stała się symbolem nadużyć i szantażu. Metody Biura Personalnego nie miały wiele wspólnego z rzeczywistymi potrzebami armii, a niesmaku nie ukrywał również dowódca Polskich Sił Powietrznych, generał Józef Zając:

„Akcja rejestracyjna rozbujała orgię insynuacji, oskarżeń, często zupełnie nieuzasadnionych [...]. Obniżyła dyscyplinę i stworzyła nieufność [...], tym bardziej że składającym nawet fałszywe i oszczercze meldunki była zagwarantowana bezkarność".

Polskie agendy we Francji zasypywała obfita korespondencja. Załatwiano osobiste porachunki, szerzyło się donosicielstwo. Wszędzie dostrzegano spiski sanacji, a informatorzy przekraczali granicę śmieszności. Niejaki porucznik rezerwy Sójka donosił o istnieniu tajnej organizacji piłsudczyków na Węgrzech, czego dowodem był fakt, że dwaj internowani oficerowie pod wpływem alkoholu wykrzykiwali: „Do dupy z rządem generała Sikorskiego".

Cerizay jak Bereza

Już kilka dni po objęciu stanowiska premiera Sikorski zwrócił się do władz francuskich z prośbą o wydzierżawienie w Paryżu więzienia dla winnych klęski wrześniowej. Francuzi odmówili, wobec czego w Cerizay koło Angers powstał Ośrodek Zborny Rezerwy Oficerów, gdzie kierowano ludzi związanych z poprzednim reżimem. Złośliwi spolszczali nazwę na Sereza, sugerując analogię do Berezy Kartuskiej.

Przepustką do Cerizay była przynależność do piłsudczykowskiej elity, niekoniecznie zresztą do jej pierwszego czy drugiego szeregu. Większość dawnych prominentów internowano w Rumunii, a pozostali omijali Francję i ekipę Sikorskiego. Do obozu trafiali tacy ludzie jak generał Stanisław Rouppert (lekarz Piłsudskiego, prezes klubu Legia i członek MKOl), generał Stanisław Kwaśniewski (prezes Ligi Morskiej i Kolonialnej) czy porucznik Ludwik Łubieński (szef kancelarii Józefa Becka). Osadzono tam również byłego dowódcę polskiego lotnictwa Ludomiła Rayskiego, oskarżanego o poważne zaniedbania, z podobnych względów izolowano Mieczysława Abczyńskiego – byłego dyrektora Państwowych Zakładów Lotniczych.

Chyba najbardziej skompromitowanym oficerem osadzonym w Cerizay był generał Stefan Dąb-Biernacki. Jeszcze przed wybuchem wojny zasłynął skandaliczną i brutalną pacyfikacją dziennikarzy w Wilnie, a podczas kampanii wrześniowej powinien stanąć przed sądem polowym. Dwukrotnie (!) zbiegł z pola walki, pokazując nie tylko niekompetencję, ale także tchórzostwo.

W Cerizay internowano 69 oficerów. Otrzymywali połowę żołdu, na własny koszt mieszkali w pensjonatach lub kwaterach prywatnych. Zakazano im opuszczać miejsce pobytu i nałożono na nich obowiązek codziennego meldowania się w komendanturze obozu. Poza tym nie mieli żadnych obowiązków. Zostali skazani na bezczynność. Po klęsce Francji część z nich przedostała się do Wielkiej Brytanii, gdzie ponownie zostali internowani. Ekipa Sikorskiego nie zrezygnowała bowiem z pomysłu odosobnienia przeciwników, ale tym razem robiła to na znacznie większą skalę.

Szkockie niepokoje

Autorytet naczelnego wodza poważnie ucierpiał w dniach klęski Francji. Sikorski zawiódł na całej linii, doprowadzając do zagłady większości odbudowanych sił zbrojnych. W decydujących chwilach zniknął na kilka dni i nie było z nim kontaktu. W efekcie ewakuacja została opóźniona i z 90 tys. polskich żołnierzy do Wielkiej Brytanii przetransportowano niespełna 20 tys.

Oświadczono mi, że jestem przysłany tutaj dlatego, że ciąży na mnie zarzut pijaństwa, karciarstwa i erotomanii. Oświadczam, że w ogóle nie piję alkoholu, w karty grać nie umiem, a co się tyczy zarzutu erotomanii, to oświadczam, że zboczenia takiego nie mam.

Próba zdymisjonowania Sikorskiego nie przyniosła rezultatu. Decydujący głos mieli Brytyjczycy, którzy zażądali utrzymania Sikorskiego na stanowisku. Niewiele zmieniło się również w otoczeniu naczelnego wodza.

Po przeprowadzce do Londynu jego sztab umieszczono w hotelu Rubens. Powróciły tam obyczaje z paryskiej Reginy, a złośliwi mówili, że „Polskę zgubili trzej malarze: Hitler, Rydz i Rubens". Poziom intelektualny niektórych rezydentów hotelu rzeczywiście nie mógł być specjalnie wysoki, albowiem jeden z nich zauważył: „Wiem, że Hitler coś pacykował, wiem, że marszałek Rydz miał być malarzem, ale co ma hotel wspólnego z malarstwem, tego nie rozumiem". Ocalałe z francuskiej katastrofy jednostki rozlokowano w Szkocji. Nastroje były fatalne, głośno obwiniano Sikorskiego o utratę armii. Warunki socjalne w szkockich obozach dodatkowo pogarszały atmosferę. Wyżywienie było marne, kwaterowano w namiotach bez wygód, a deszczowy i chłodny klimat nie należał do przyjaznych. Dodatkowym problemem stał się nadmiar oficerów w stosunku do żołnierzy.

„Dość wspomnieć – relacjonował porucznik Missor – że na 52 oficerów grupy podpułkownika Przybylskiego codziennie wyznaczano do służby aż 27 oficerów i że oficerom prócz spełniania najcięższych robót obozowych nakazano pewnego dnia oczyszczenie lasu z ekskrementów, co spotkało się z odmową wykonania rozkazu".

Dochodziło do kłótni i awantur, pojawił się antagonizm pomiędzy oficerami zawodowymi a rezerwistami. Pewnego dnia młodsi oficerowie „zwymyślali majora dowódcę plutonu" słowami „świnia" i „łobuz", za co dostali kilka dni aresztu.

Ktoś zauważył, że „ta armia była chora i to bardzo ciężko chora na duszy", a w raportach brytyjskich zwracano uwagę, że „Polacy rozpijają się w nieprawdopodobny sposób i dostrzec można wrogość wojska wobec oficerów". Sytuacja groziła buntem i Sikorski musiał zareagować. Tym razem sprawa nie miała ograniczyć się do kilkudziesięciu osób.

Izolowani na wyspie Bute

Na posiedzeniu Rady Narodowej premier zapowiedział, że skoro nie ma sądownictwa polskiego, „ci, którzy robią intrygi, znajdą się w obozie koncentracyjnym". Słowa dotrzymał, nie tylko zresztą w stosunku do intrygantów.

Obóz powstał w Rothesay na wyspie Bute (Wyspie Węży), niedaleko Glasgow.

„[...] Rothesay jest niewielką miejscowością turystyczno-wypoczynkową – wspominał Janusz Meissner. – Maleńki port oraz śródmieście z rynkiem i ratuszem otaczają szeregi jednakowych pensjonatów z jednakowymi ogródkami. W każdym ogródku jest grządka astrów i nagietek, łysiejący żywopłot z ligustru i kawałek wydeptanego trawnika, na którym stoją koszykowe albo metalowe fotele. W niektórych – także gliniane muchomory i krasnoludki pomalowane olejną farbą. Każdy pensjonat, czyli »private hotel«, prowadzą dawne przekwitłe Szkotki, na których urodzie (nawet zanim uwiędły) dobry Pan Bóg musiał poczynić nieliche oszczędności".

Ucieczka z Bute bez ważnych dokumentów nie wchodziła w rachubę; kontrola groziła uznaniem za niemieckiego szpiega czy dywersanta. Miejscowych Szkotów uprzedzono, że izolowanych skazano za malwersacje finansowe i tchórzostwo. Lecz tubylcy nie przyjęli wrogiej postawy wobec osadzonych. Rezydenci obozu dostawali zmniejszone pobory, poddawano cenzurze ich korespondencję, właściwie nie mieli żadnych obowiązków. „Znajduję się w tutejszym obozie – pisał rotmistrz Marcisz – tylko z powodu postawionych mi zarzutów związanych z ewakuacją z Francji. Oczekuję na załatwienie mojej sprawy osiem miesięcy. Ustawiczne wyczekiwanie wyczerpało mnie nerwowo i fatalnie odbija się na moim zdrowiu. Kampanię wrześniową w Polsce odbyłem z wyróżnieniem, a we Francji pracowałem z całym oddaniem. Ojca mego aresztowano w Wilnie i wywieziono w głąb Rosji, a w lutym 1940 r. resztę mojej rodziny, w tym jedynego pięcioletniego syna Jerzego. Przydzielenie mnie do tutejszego obozu jest w najwyższym stopniu krzywdzące".

Poważny procent izolowanych oficerów nie znał przyczyn odosobnienia. Oficjalnie kierowano tam alkoholików, hazardzistów i pederastów, co oczywiście stwarzało możliwości nadużyć.

„Mam 46 lat – twierdził kapitan Sergiusz Niedzielski. – Jestem żonaty i mam dwoje małoletnich dzieci. Oświadczono mi, że jestem przysłany tutaj dlatego, że ciąży na mnie zarzut pijaństwa, karciarstwa i erotomanii. Oświadczam, że w ogóle nie piję alkoholu, w karty grać nie umiem, a co się tyczy zarzutu erotomanii, to oświadczam, że zboczenia takiego nie mam, a przypisywany mi zarzut polega widocznie na anonimowym doniesieniu, złośliwym i bezpodstawnym".

Pułkownika Janusza Meissnera skierowano na wyspę Bute za wydanie pierwszego numeru czasopisma satyrycznego „Polski Spitfire" (drugiego już nie zdążył przygotować), porucznika rezerwy Stefana Mękarskiego za to, że przed wojną był posłem BBWR, a w jego lwowskiej gazecie niemieccy przemysłowcy wykupywali dużo reklam. Na Wyspę Węży trafił również kapitan Niezbrzycki, który na swoje nieszczęście powiedział kiedyś, że szef Biura Rejestracyjnego (pułkownik Mally) pisywał przed wojną artykuły na polecenie marszałka Śmigłego...

Kompletna bezczynność niszczyła psychikę osadzonych. Czuli się kompletnie niepotrzebni, odrzuceni, nie wiedzieli, jak długo pozostaną w obozie. „Od roku jestem stale poniżany i krzywdzony – meldował Sikorskiemu porucznik rezerwy kawalerii Stanisław Dergiman. – Mimo usilnych starań z mej strony, aby dowiedzieć się o stawiane mi zarzuty, nikt dotychczas nie tylko, że mi ich nie skonkretyzował, ale nawet nie przesłuchano mnie".

Warunki w Rothesay były bardziej niż przyzwoite. Oficerowie dostawali wyższe uposażenie niż w Cerizay, mogli starać się o przepustkę na wyjazd z wyspy. Ale trwała wojna i wielu izolowanych chciało walczyć, a nie spędzać bezczynnie czas.

„Dla mnie była to wyspa odosobnienia – wspominał podhalańczyk major Władysław Dec. – Drutu kolczastego naokoło wyspy nie było. Ale była woda. Bez specjalnej przepustki od »dwójki« obozowej nie sprzedawano biletu na przejazd poza wyspę. Bez pieczątki »dwójki« nie można było nadać telegramu. Listy oddawało się do cenzury. Poza tym warunki były doskonałe. Pobory co prawda były obcięte do połowy, wystarczały na opłacenie mieszkania, jedzenia i prania, na zakup papierosów i gazet, no i na małą czarną".

Przymusowi mieszkańcy Wyspy Węży tworzyli zadziwiającą mieszankę. Trafiali tam „fałszerze", „nałogowi alkoholicy i pederaści", „były właściciel domu publicznego" oraz oczywiście „ozonowcy lub podejrzani o sprzyjanie poprzedniemu rządowi". Nic dziwnego, że „nastroje były fatalne, pijaństwo panowało na całej linii, zupełnie zniknęło morale". Pojawiły się „nienawiść względem władzy, rozdrażnienie w najwyższym stopniu".

Władze w Londynie znalazły rozwiązanie i na Bute powstał kolejny obóz w miejscowości Thignabruaich. Przeszło przez niego około 200 oficerów: kryminalistów, homoseksualistów oraz ludzi przejawiających „patologiczną nienawiść" do naczelnego wodza i jego otoczenia. Otrzymywali jednakowe pobory (bez względu na stopień wojskowy), nadzorował ich pluton żandarmerii. Oczywiście wśród izolowanych umieszczono agentów rządowych pilnie śledzących poczynania kolegów, ale to było normą również w Rothesay. Zdarzali się jednak ludzie zadowoleni z odosobnienia. Wielu internowanych przeniosło się do Rothesay wraz z rodzinami i prowadziło tam spokojne życie.

„Przywiózł rodzinkę zdrową i zadowoloną były minister pełnomocny Libicki – notował Stefan Mękarski – pełen najlepszego samopoczucia i dobrze spełnionego obowiązku. Włóczy się wózkiem niemowlęcia Wyżeł [pułkownik Wyżeł-Ścieżyński – przyp. S.K.] z okazałą blondynką, panowie generałowie Rouppert, Kwaśniewski, Korytowski również ocalili familijkę, podobnie ekswojewoda Grażyński, pułkownicy Rusin i Szymański, pan major Kaziukiewicz i tylu, tylu innych. Aż podziw bierze nad czułym instynktem rodzinnym, jakim ci ludzie odznaczyli się podczas burzy wrześniowej w Polsce. To byli ludzie, którzy mieli charakter rodzinny. Polsce służyli z zapałem, ale i o rodzinie nie zapomnieli".

Oficerowie sprowadzali nie tylko rodziny. Były premier Zyndram- Kościałkowski zamieszkał na wyspie z przyjaciółką, aktorką Marią Balcerkiewiczówną (para później zawarła związek małżeński), młodsze szarże nie pozostawały w tyle. Pewien porucznik z Gdyni pojawił się na Bute z siostrą swojej żony i oburzał się, gdy odmówiono mu zgody na dzielenie kwatery z partnerką. A przecież nie stać go było na wynajęcie dwóch mieszkań!

Inne problemy miał porucznik Geller. Na wyspie zamieszkał razem z żoną nie znającą języka polskiego.

„W Anglii – opisywał Mękarski – otrzymał kategorię »E«, ma tysiąc chorób, nienawidzi Europy, przysięga na Amerykę, w której pragnie kontynuować żywot europejski. Ale na razie rząd polski za angielskie pieniądze utrzymuje pana Gellera i Żydówkę z Wiednia, płaci im mieszkanie i »holiday« na wyspie Bute. Pan Geller obnosi swój gniew na »kancelarię«: w sobotę nie wypłacono mu punktualnie poborów. »Czy ja mam szukać płatnika? Ja mam dostawać pieniądze punktualnie«... Pan Geller »robi« wrażenie ciężko skrzywdzonego".

W Rothesay przebywało jednocześnie około 600 osadzonych, a przez obóz przewinęło się 1,5 tys. oficerów, w tym 20 generałów. Internowano grupę przedwrześniowych prominentów, z byłym wojewodą śląskim Michałem Grażyńskim (i naczelnikiem ZHP), byłym premierem Marianem Zyndramem-Kościałkowskim i szefem Związku Młodej Polski Edmundem Galinatem na czele. Krótko przebywał tam osławiony generał Dąb-Biernacki. W lipcu 1940 r. napisał do Sikorskiego list, zarzucając mu odsunięcie doświadczonych dowódców, podział oficerów na lepszych i gorszych, a także stratę armii we Francji. Biernacki stanął przed sądem polowym, zdegradowano go do szeregowca i skazano na dwa i pół roku więzienia. Przez długi czas stosunki ze Szkotami układały się bez zarzutu. Szczególnie z płcią piękną; izolowani poszukiwali towarzystwa kobiet, a Szkotki nie były niechętne. Osadzeni z reguły legitymowali się wyższym wykształceniem, byli ludźmi o dużej inteligencji i kulturze osobistej. A bariera językowa nie stanowiła specjalnego problemu.

„Panie z rothesayańskiego towarzystwa – zauważał Mękarski – zbierają się wzajemnie w ocenie swoich sukcesów: »Mój Polak! Mój Polak jest doktorem, mój Polak jest adwokatem, mój Polak jest pułkownikiem – prześliczny, elegancki, mocny Polak«... A w »Regal« nieliczne jeszcze Szkotki, pietruszkujące samotnie przy stolikach, ze smutkiem pełnym zazdrości patrzą na swoje szczęśliwe rywalki i marzą niecierpliwie o swoim Polaku. Ile z nich pojedzie na stałe do Polski? Ilu z nich zostanie na stałe w Szkocji?".

Na dłuższą metę jednak internowanie na wyspie Bute fatalnie odbijało się na izolowanych. Szerzyły się alkoholizm i choroby psychiczne, zdarzały się przypadki samobójstw. Obóz miał fatalną opinię, notowano przypadki targnięcia się na życie po otrzymaniu rozkazu udania się do Rothesay. Obozy na Wyspie Węży funkcjonowały ponad dwa lata, a  kres im położyła interpelacja w angielskiej Izbie Gmin. Dwaj posłowie labourzystowscy wnieśli sprawę na forum parlamentu, co zmusiło ekipę Sikorskiego do rezygnacji z izolacji przeciwników. Wyrządzonych szkód nie dało się już jednak naprawić. Wielu zwalnianych nie potrafiło przystosować się do warunków służby wojskowej. Miesiące (czy lata) kompletnego lenistwa i beznadziei zrobiły swoje.

„W obozie wśród tych 600 oficerów – notował Mękarski – zaledwie jakieś 10 proc. to element, który rzeczywiście powinien być usunięty z wojska, bo przynosi mu ponad wszelką wątpliwość ujmę. Ale zasadniczo cały obóz to ludzie dobrzy, często bardzo wartościowi, także zasłużeni i tragicznie bezczynni, niezużytkowani".

Trudno o bardziej trafne podsumowanie problemu Wyspy Węży. Osobiste porachunki, błędne decyzje, a to wszystko podczas trwającej wojny. Po prostu polskie piekiełko...

Autor to historyk zajmujący się  międzywojennymi dziejami Polski. Napisał „Wpływowe kobiety II Rzeczypospolitej", „Afery i skandale II RP", „Życie prywatne elit II Rzeczypospolitej". Właśnie ukazała się jego najnowsza praca   „Polskie piekiełko" (wyd. Bellona).

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.