Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 13 gości
S T A R T arrow Energetyka arrow GAZEM arrow Pożegnanie Witka Michałowskiego
Wednesday 08 July 2020 05:50:43.29.
migawki

 Pielgrzymka 2020. Piesza Międzynarodowa Pielgrzymka Tradycji Katolickiej Warszawa-Jasna Góra

Proszę o gorące modlitwy o zdrowie ks. prof. Stanisława KOCZWARY.

12.07.20 Warszawa  Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę 

Powiadomiono mnie, że część zwolenników Konfederacji, proponuje "skreślenie obu kandydatów". Jest to wyjątkowo egoistyczna głupota, bo promuje faceta ewidentnie poddanego rozkazom sił zła, kłamstwa. Zapytajcie go: „Kto spalił Jolantę Brzeską”.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Pożegnanie Witka Michałowskiego Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Kuleba   
08.12.2017.

Pożegnanie Witka Michałowskiego

Mirosław Kuleba

W szufladzie z przecenionymi książkami zielonogórskiego empiku niegdyś wygrzebałem zakurzoną książkę, której tytuł – „Tajemnica Ossendowskiego” – obiecywał zajmującą lekturę. Książkowy outsaider, którego z powodu zniszczonej okładki wyceniono na jedną złotówkę, okazał się bezcenny. Autor opowiadał o sprawach, które zajęły mnie przed wielu laty, gdy w bibliotece im. Lenina w Moskwie poszukiwałem śladów największego zbrodniarza w dziejach ludzkości – jej patrona. Natrafiłem tam na srogo zakazaną książkę „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, wydaną w latach dwudziestych. Książka była trofiejna, o czym świadczyła przesłonięta polska pieczątka, z której można było jednak odczytać, że jej właścicielem jest „...teka ...dowa”.

Dziwnym zrządzeniem losu dotarłem do prohibitu w domu złodzieja.

Od tamtego czasu w mojej wyobraźni zagościł Antoni Ossendowski, krwawy baron von Ungern-Sternberg i jego złoty skarb... Odkrycie książki warszawskiego inżyniera, który śladami Ungerna i Ossendowskiego osobiście przemierzył Mongolię, ożywiło na nowo dawne pasje. Zachwyciła mnie technika pisarska autora, polegająca na niebywałym nasyceniu treści erudycją przemieszaną z wyobraźnią i romantycznym awanturnictwem. Jakoś odszukałem go, zadzwoniłem i taki był początek wieloletniej przyjaźni.

Nie mogłem wiedzieć, że w domu mojego przyjaciela wezmę do ręki zapisany ołówkiem dzienniczek Ossendowskiego z dni, kiedy na mongolskich stepach spotkał się z Ungernem, że będę mógł poznać niedostępne dla obcych archiwum Ossendowskiego, przywiezione z Paryża i spoczywające ciągle w jego skórzanych, podróżnych kufrach – Witek nigdy nie znalazł czasu aby to opracować. Nawet ów dzienniczek Ossendowskiego, niezwykły skarb, odczytałem w całości jako pierwszy, mozolnie przedzierając się przez hieroglify niemal nieczytelnego pisma. A kiedy poznałem lepiej mojego przyjaciela, kiedy mieliśmy już za sobą wspólne polowania w jego ukochanych Bieszczadach, pod Siemiatyczami, w lubuskich lasach i w Brazylii, wojenne dni w czeczeńskich okopach i wiele, wiele opróżnionych butelek, zrozumiałem, że mam oto przed sobą, być może, nowe wcielenie Ungerna, jakby nie było – inkarnacji piątego bogdo-gegena.

Każdy kto poznał Michałowskiego będzie mieć wątpliwości, kogo dotyczy barwna charakterystyka jaką wystawił Ungernowi inny przywódca rosyjskiej kontrrewolucji, baron Wrangel: nie tylko nie zna najbardziej elementarnych przepisów i podstawowych zasad służby, ale nieustannie popełnia wykroczenia zarówno przeciwko dyscyplinie zewnętrznej, jak i wychowaniu wojskowemu – jest to typ partyzanta amatora, łowcy tropiciela śladów z powieści Mayne Reida. Obszarpany i brudny, śpi zawsze na podłodze, wśród Kozaków z sotni, jada ze wspólnego kotła i mimo, że wychowany w dostatku i komforcie, robi wrażenie człowieka, któremu zupełnie na nich nie zależy”. Czy to nie o Michałowskim, o szóstej inkarnacji...?

On sam mawiał o sobie, że jest ostatnim żyjącym neandertalczykiem, udowadniał to, pokazując masywne, krępe ramiona, dzięki którym jego cios pięścią miał być „bardzo niebezpieczny”. Nie miałem okazji tego zweryfikować, ale pamiętam wieloletni proces sądowy z niejakim Pieklakiem, który wkroczył na teren Michałowskiego na ukochanym Hulskiem w Bieszczadach i poległ, mimo odwołania się do kłonicy. Witek kupił w samym sercu Bieszczad 30 hektarów połoniny, nad Sanem, spędzaliśmy tam czas na polowaniach, nocując w jedynym zachowanym domu wioski Krywe, gdzie przyjmowała turystów Tośka Majsterek. Wiele sezonów, rykowisk i łowów na lipcowe rogacze nie dały żadnego pokotu, co nie powinno dziwić, jako że z Michałowskim zawsze były ważniejsze sprawy niż banalne polowanie.

Michałowski polował bowiem na grubszą zwierzynę. To były naprawdę niebezpieczne łowy. Miał dwie pasje największe: rurociągi i Czeczenię. Przedstawiał się zawsze jako „pipeliner”, wydawał – samodzielnie, zdobywając gdzie się da pieniądze – specjalistyczne pismo „Rurociągi”, był współautorem cenionego w środowisku podręcznika „Rurociągi dalekiego zasięgu”, ale przede wszystkim latami toczył nieustępliwą walkę z rosyjskim rurociągiem jamalskim, który ochrzcił tranzytowym przekrętem stulecia.

To dlatego miał śmiertelnych wrogów w elicie politycznej III Rzeczpospolitej, po uszy umoczonej w sprawę gazowego kontraktu z Rosją; nie brakło tu kilku premierów, kilkunastu ministrów, niezliczonych parlamentarzystów i śmietanki PGNiG.

To oni, pospołu, skazali Michałowskiego na banicję, zamilczenie, wygumkowanie z wszelkich obszarów jego aktywności, a narzędziem ostracyzmu stał się Aleksander Gudzowaty, szef spółki Europolgaz, polskiego partnera rosyjskiego Gazpromu. Liczne procesy sądowe, jakimi nękał Witka przez dwadzieścia lat, sprawiły że ten stał się pariasem: jego jedyną własnością pozostał bodaj tylko sztucer.

A po tym wszystkim: spotkał się z Gudzowatym, wypili coś razem i zdarzył się taki dialog:

  • Pan jest normalnym człowiekiem – rzekł z pewną konsternacją Gudzowaty.

  • Pan też! – odparł nie mniej zdziwiony Michałowski.

Na przyjaźń było już za późno.


A przyjaźń z nim nie była łatwa. Jako samiec alfa miał wrodzoną potrzebę przewodzenia, albo trzeba się było z tym pogodzić, albo przeciwstawić mu z równą siłą, a to nieuchronnie prowadziło do konfliktu. I tak to z nim było: miłość i nienawiść w jednym stały domu. Najpiękniej i najbardziej lapidarnie wyraził to na wieść o śmierci Witka jego wieloletni towarzysz bojów o Polskę, Mirosław Dakowski: „mój najbliższy wróg; mój przyjaciel”. Po każdej dłuższej z nim wyprawie mieliśmy jeszcze dłuższy okres „cichych dni”, aż znowu do siebie zatęskniliśmy.

Tak było też po miesięcznym pobycie w Brazylii, dokąd pojechaliśmy obaj z Andrzejem Lepperem w składzie delegacji Samoobrony. Michałowski znalazł się wśród doradców Leppera kiedy poszukiwał sojuszników do walki z Gazpromem. Ja byłem człowiekiem z zewnątrz – Witek zarekomendował mnie jako literata, miałem napisać książkę o tym wojażu. Samoobrona właściwie rozpadła się w tamtym czasie, kiedy jednak Michałowski namówił Leppera do zablokowania budowy rurociągu jamalskiego, co rzeczywiście nastąpiło, sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Lepper nagle stał się ważnym graczem, zyskał ogromne poparcie rolników z kilku województw, którym Gazprom chciał zakopać na polach rurę.

Chcąc nieco odetchnąć od żarliwej gościnności brazylijskiej Polonii, poprosiłem poznanego na jednym z bankietów myśliwego, Celestino Smongorzewskiego – posługującego się pięknym, archaicznym językiem z czasów Konopnickiej – o zorganizowanie polowania. Witek i ja dostaliśmy broń, maczety, Celestino zabrał swoje trzy gończe i ruszyliśmy na pampę w stanie Parana, na nocne łowy.

Witek zgubił się w ciągu pierwszej godziny. Psy złapały jakiś trop, pobiegły głosząc zwierzynę, torujący sobie drogę przez gąszcze maczetą Witek został z tyłu, straciliśmy z nim kontakt i... przepadł. Nic nie dało strzelanie w powietrze, nawoływanie, psy nie chciały tropić Neandertala. Zrozpaczony Celestino, który wietrzył najgorsze – zawał serca, ukąszenie węża albo atak jaguara – zorganizował ekspedycję ratunkową, ale zanim wyruszyliśmy, o bladym świcie w hotelu pojawił się sam zaginiony. Wściekły, w podartych spodniach. Okazało się – dopiero po paru latach, bo wówczas minął mnie dumnie bez słowa i długo milczał jak zaklęty – że kiedy został sam wpadł do jakiegoś dołu pełnego robactwa, skąd nie mógł wydostać się przez kilka godzin. Wyszedł i ruszył w ciemności przed siebie na chybił trafił. Miał niezwykłe szczęście, poszedł akurat tam, gdzie znajdowała się jedyna w tej okolicy fazenda. Każdy inny kierunek oznaczał w zasadzie śmierć. Na farmie opadły go psy, zdjęły mu portki, a kiedy właściciel zobaczył człowieka z bronią, sam ruszył na niego z foisą – sierpem na długim trzonku do ścinania bananów. Rodzona mowa ocaliła Witka – fazendero okazał się Ukraińcem, ugościł intruza i odwiózł do miasteczka.

Ale zadra w jego sercu pozostała na długo.

Drugą ważną sprawą w życiu Michałowskiego była Czeczenia. Wyobraźcie sobie taką sytuację: jesień 1996, jeszcze słychać strzały, a w Groznym odbywa się inauguracja prezydentury Asłana Maschadowa. Taksówka dowiozła Michałowskiego na granicę ingusko-czeczeńską, dalej nie puszczają. Więc Michałowski, z plecakiem na ramionach, maszeruje na piechotę do Groznego i dociera na czas na uroczystość!

Byłem wtedy w Groznym, ale poznaliśmy się dopiero później. Kiedy wybuchła druga wojna rosyjsko-czeczeńska pojechaliśmy do Groznego razem, nielegalnie przedostając się z Gruzji przez kaukaskie przełęcze. Nagminnie porywano wtedy cudzoziemców dla okupu, poruszaliśmy się z bronią, zaopatrzeni w legitymacje służbowe Pułku Specjalnego Przeznaczenia „Wilk” wystawione przez mojego ówczesny dowódcę, Musę Bakajewa. Jak anegdotę powtarzaliśmy sobie potem nasz zwykły poranny dialog: „Witek, bierz granat, idziemy na śniadanie”. Trochę się obawiałem co będzie, gdyby ktoś rzeczywiście chciał nas porwać; miałem uzasadnione przekonanie, że Witek wyciągnie w takiej chwili zawleczkę z limonki, którą mu dałem.

Niezapomniana chwila: w domu Szamila Basajewa w Wiedieno podejmują nas śniadaniem. Są matka i ojciec Szamila, jego abchaska żona, krewni. Siedzimy w kuchni przy stole, kiedy słychać nadlatujący samolot. Eksplozja w ogrodzie, która rani pasącą się krowę. Do filiżanek z herbatą sypie się z sufitu biały tynk. „Jeszcze raz się udało” – mówi Michałowski, tak samo jak poprzedniej zimy, kiedy pod Czarną w Bieszczadach mieliśmy koszmarny wypadek drogowy na oblodzonej drodze. Jakże smakował wtedy alkohol, każda chwila przeżyta w przyjaznej konkordancji.

Czeczenia była dla niego ważna z tych samych powodów, co dla mnie: walczyła z Rosją, walczyła zatem też o Polskę, o naszą wolność. To dlatego przez wiele lat w domu Michałowskiego w podwarszawskim Michalinie mieściła się faktyczna czeczeńska ambasada, mieszkał tam Ali-Ramzan Ampukajew, oficjalny przedstawiciel trzech kolejnych czeczeńskich prezydentów. Przez ten dom przewijały się tłumy Czeczenów, niemal stale zamieszkiwały tam jakieś czeczeńskie rodziny, emisariusze, bojownicy leczący rany. Witek niejednego z nich przeprowadził z Ukrainy do Polski sobie tylko znanymi bieszczadzkimi szlakami.

Kaukaz, mówiąc słowami Dudajewa, okazał się zbyt mały dla takiego jak Witek orła: on marzył o rewindykacji Syberii! W naszych rozmowach ciągle przewijała się idea wzniecenia jakiegoś powstania Nieńców na półwyspie Jamał, skąd bierze początek gazpromowska rura, czy leśnej partyzantki w autonomicznym kraju Chantów i Mansów, skąd Rosjanie rabują ropę naftową. Po którejś z kolei butelce nieodmiennie próbowałem przekonać go do priorytetu powstania narodowego Jakutów, bowiem diamenty Mirnego pozwoliłyby sfinansować dalszą akcję. Na stole w głównej kwaterze w Michalinie pojawiła się też mapa białoruskiego obszaru operacyjnego z czasów sławnego pochodu armii ludowej generała Bułak-Bałachowicza. Idea Rycerzy Śmierci była nam owszem, bardzo bliska.

Dzisiaj Witek wyruszył samotnie w daleki pochód. Jest tam, gdzie dosiadają koni bohaterowie jego marzeń i wyobraźni, Ossendowski, Ungern, Bułak-Bałachowicz, Dudajew. Czołem, druhu!


====================

[Na pewno to jest po Sądzie Bożym, druhu! Oby Bóg w Trójcy Jedyny był dla niego miłosiernym ! Mirosław Dakowski]

Zmieniony ( 08.12.2017. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.