Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 34 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow SMOLEŃSK - OSIEM lat zbrodniczego ukrywania PRAWDY arrow Co mówi nam niepodważalny materiał dowodowy?
Monday 15 October 2018 23:10:25.26.
migawki
==================
MateuszekM stoi se na Kasprowym i chwali się w TV tym, że wykupił Kolejkę. Ale za NASZE pieniądze więc chcemy wiedzieć, za ile sprzedali, a za ile odebrali - Nie wolno mówić?

 
W Y S Z U K I W A R K A
Co mówi nam niepodważalny materiał dowodowy? Drukuj Email
Wpisał: Tomasz Rolex Pernak   
09.04.2018.

Co mówi nam niepodważalny materiał dowodowy?


[Rękopisy nie płoną, pytania nie czezną. Woland md]


[Moje panienki „dotarły” do wstępu do przygotowywanej książki.


Może będzie miała tytuł: Historie nie z tej Ziemi”, może jednak inny. Ale ona BĘDZIE. Bo zaduszone pytania nie giną, zaduszeni świadkowie Prawdy mówią zza grobu. Poniżej pierwsze stronice, z trudem odszyfrowane, bez wiedzy i zgody Autora. Dalej w książce będzie – zgodnie z formułą Hitchkocka – mówiącą, że po trzęsieniu ziemi napięcie stopniowo narasta.

Muszę to dać TERAZ, na 96 miesięcznicę, by ludzie nie utonęli w fali Kłamstwa, a co światlejsi – nie zakrztusili się z obrzydzenia. Bo złowrogi SĘP Kłamstwa Smoleńskiego rozwija triumfalnie oba swe skrzydła – tak pro-sowieckie, MAK-owe, jak i patriotyczno N-wybuchowe.

A Tytus pod Pomnikiem Ofiar rechocze wraz z Prezesem. Ten drugi oczywiście „śmieje się patriotycznie”. Mirosław Dakowski]

================================

Tomasz „Rolex” Pernak

 

Materiał dowodowy mówi nam, że wdowa po jednej z ofiar otrzymała od żandarmerii wojskowej rzeczy należące do jej śp. męża. Pośród nich znajdował się dowód osobisty – karta identyfikacyjna wykonana z tworzywa sztucznego, której brzegi w widoczny sposób zostały poddane działaniu ognia, ale pomimo tego treść informacji zawartej w dokumencie pozostała czytelna. Można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju dowodem klasycznym: dokument należał do nieżyjącego członka delegacji, jakaś dokumentacja potwierdzała jego moskiewskie pochodzenie, nosił ślady zniszczenia charakterystyczne dla katastrofy lotniczej, kiedy to dochodzi do palenia się paliwa lotniczego, korespondował w jakimś, choćby przybliżonym stopniu ze znanymi nam amatorskimi materiałami wideo niejakiego Wiśniewskiego vel Śliwińskiego, o którym jeszcze później.

Jednocześnie materiał dowodowy, ten w posiadaniu prokuratury, nadesłany z Rosji, którego autentyczność (w sensie pochodzenia z Rosji) potwierdza sama prokuratura oraz pełnomocnicy procesowi rodzin, a w szczególności żona ofiary, mówi nam również, że do rąk śledczych moskiewskich rzeczony dokument dotarł ze Smoleńska w stanie nienaruszonym i nie noszącym śladów nadpaleń, czego dowodzą załączone zdjęcia wraz z opisem. Z czego wniosek, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, przynajmniej dokumentowi, „katastrofa” przydarzyła się nie „w czasie”, najprawdopodobniej nie w Moskwie, ale na pewno po „Smoleńsku”.


В чём дело?

Administracja rządowa, po długiej chwili, niezbędnej dla ustalenia właściwej linii obrony, wytłumaczyła się tak (przytaczam wiernie, choć nie dosłownie): z niewiadomych powodów worek z rzeczami zebranymi na pobojowisku, w tym częściami ubrań oraz dokumentami, włączając rzeczony dokument, dostał się do

Ambasady RP w Moskwie, gdzie leżał w korytarzu i śmierdział paliwem lotniczym. Po jakimś czasie został, z powodu niedogodności, jakie stwarzał, przetransportowany pocztą dyplomatyczną do Polski, do gmachu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, na podstawie nieznanych procedur. Tam leżał w kącie i śmierdział paliwem lotniczym. W następstwie uciążliwości pakunku, podjęta została decyzja o jego utylizacji. Jako, że ministerstwo nie posiada „mocy utylizacyjnych” w postaci pieców grzewczych, zdecydowano się na dokonanie spalenia na przylegającym do gmachu, wewnętrznym trawniku. Palenia dokonał pracownik, który w jakiś czas później, a przed zaistnieniem niezręcznej sytuacji upublicznienia afery, zmarł. W trakcie wykonywania procedury utylizacyjnej doszło do zmiany treści poleceń (zmieniło zdanie pod

Magdalena Merta, żona Tomasza Merty, wiceministra kultury w rządzie PO


Nie podejrzewam tutaj jakiegoś zabójstwa post factum; zwyczajnie: na etapie wyjaśniania zawiłości, do przeszłego już procesu „palenia” wytypowano pracownika, który w momencie wyjaśniania już nie żył (zmarł z przyczyn naturalnych), a żył jeszcze w dacie „palenia”. Ergo – nie mógł zaprzeczyć. Pod wpływem odruchu sumienia) i nakazano (nakazało) wstrzymać utylizację, a rzeczy nadpalone przekazać żandarmerii wojskowej w celu zwrotu (jak mniemam, bo po co?) rodzinie. Rzecze adwokat reprezentujący oskarżonego.

Jako członek ławy przysięgłych uważam, że powyższe tłumaczenie to bezczelna i ohydna hucpa ilustrująca, oprócz poczucia bezkarności i pogardy dla ofiar i ich rodzin, głupotę oraz panikę, w jakiej znalazła się administracja państwa polskiego w następstwie albo czynnego udziału w wydarzeniach 10 kwietnia 2010 roku, albo pełnej wiedzy o tych wydarzeniach, co skłoniło te administrację do sfabrykowania dowodu świadczącego na rzecz katastrofy lotniczej w Smoleńsku. Na skutek bałaganu przeoczono drobiazgową kwerendę materiałów fotograficznych, nadsyłanych z Moskwy (jeśli nadsyłano je właśnie stamtąd). Nie ma podstaw, aby wobec wykrycia tej mistyfikacji nie poddać w wątpliwość wiarygodności innych dowodów rzeczowych.

A co państwo sądzicie? Czy dacie wiarę sekwencji zdarzeń opisanych przez obronę?

W realnym świecie, jeśli dochodzi do tragicznego wypadku dotykającego najważniejszych osobistości państwa jednego na terenie państwa innego, nie mamy do czynienia z prywatnym przedsięwzięciem rekreacyjno-turystycznym zorganizowanym przez amatorów, i nie dzieje się to pośrodku Sahary lub wysoko w Andach, ale w – nawet jeśli rosyjskiej – to wciąż zaludnionej i cywilizowanej cześć Europy, to w błyskawicznym tempie konsument mediów otrzymuje jeśli nie detaliczne ustalenia dotyczące wszystkich faktów, to zestaw ustaleń dotyczący podstawowych faktów i okoliczności zdarzenia zilustrowany bogato materiałami czołowych stacji telewizyjnych tego globu. Tymczasem w tej sprawie od samego początku po „scenie”, w sensie dosłownym i przenośnym, uwija się zgraja jakichś przebierańców i anonimów, którzy mają jedną cechę charakterystyczną – nie mają formalnego związku z agendą rządową żadnego państwa; nie mają również cech ciągłości bytowej – mają tendencję, by z czasem rozpływać się w powietrzu.

Najbardziej znany materiał z „minut” po „zdarzeniu” dostarczył profesjonalnym ekipom człowiek, który nie był profesjonalistą, nie miał w momencie wykonywania czynności rejestrujących żadnego formalnego umocowania w jakimkolwiek medium zlokalizowanym bądź w Polsce bądź w Rosji, niejasny był jego status jako delegowanego pracownika, a na dokładkę są rozbieżności, co do nazwiska tego człowieka . Co więcej, ochoczo stawia się ów człowiek na posiedzeniu Zespołu Parlamentarnego, gdzie zachowuje się nieprawdopodobnie arogancko, i z tupetem podważa (de facto) prawdopodobieństwo zajścia zdarzenia, o które komisja go pyta, realizując tym samym wraz z Zespołem (zakładam rzecz jasna, że nieświadomie) zaplanowaną strategię działania państwa rosyjskiego w tej sprawie, a tą strategią jest „umycie rąk”. [ Człowiek nazywał się Wiśniewski bądź Śliwiński, a w poważnej literaturze przedmiotu ugruntowało się określanie go mianem „Moonwalkera”. Moim zdaniem ten człowiek po prostu nigdy nie istniał, a jeśli istniał, to w przyszłości okaże się, że nie istniał w przeszłości. ]

Z przyczyn, które dziś już nikt nie jest w stanie sobie przypomnieć, „dochodzenie” w sprawie zostaje powierzone instytucji pozapaństwowej, niezależnej i nieodpowiedzialnej formalnie przed żadnym organem państwowym, z pominięciem właściwego partnera po stronie rosyjskiej, to jest właściwej komisji do spraw badania wypadków lotniczych przy rządzie Federacji Rosyjskiej – odpowiednika PKBWL przy Ministerstwie Infrastruktury (później przy Ministerstwie Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej), a i to przy (słabym) założeniu, że z kolejnych niejasnych powodów lot wojskowy miałby być traktowany jako cywilny, albo KBWLLP przy ministrze obrony narodowej, jeśli lot ten miałby być traktowany (właściwie) jako państwowy lub wojskowy (oznaczenie „M”).

Już tryb samo-powołania się ciała badawczego jest zastanawiający – oto szef tej „cywilnej” komisji, płk Edmund Klich, w napadzie wzmożenia uznał za właściwe zerwać się ciepłego łóżka i udać do Warszawy, w połowie drogi do której „schwycił go” telefonicznie Aleksiej Morozow, zastępca generałowej Anodiny, i poinformował o nieformalnym, wspólnym, rozpoczęciu badań katastrofy (Klich, szef PKBWL, miał być później akredytowanym przedstawicielem Polski przy komisji powołanej przez MAK i rosyjskie Ministerstwo Obrony).10 Ubierzmy ten stek nonsensów w formę jednego zdania: „Nieuprawniony do działania funkcjonariusz publiczny został poinformowany przez nieuprawnionego ani do działania, ani do informowania zastępcę szefa pewnej, prywatnej de facto, post-sowieckiej instytucji, że oto rozpoczyna dochodzenie w sprawie śmierci członków delegacji państwowej, włączając w to najwyższe władze polityczne i wojskowe”. A Donald Tusk to tego samego dnia wieczorkiem „klepnie” z premierem Putinem, po tym jak wcześniej „klepnął” to ówczesny minister infrastruktury Cezary Grabarczyk, pomimo że jako prawnik-konstytucjonalista powinien znakomicie orientować się w materii, a więc wiedzieć, że w tej sprawie zastosowanie mają przepisy polsko-rosyjskiej umowy z 7 lipca 1993 roku, dotyczące właśnie wypadków lotnictwa wojskowego, a nie załącznik do konwencji chicagowskiej.

Premier, a później prezydent, Putin będzie mógł od tej pory kontynuować wyrażanie zdumienia, że wbrew jego sugestiom i deklaracji wszelkiej instytucjonalnej pomocy „Polacy” uparli się przy Anodinie i jej komandzie. No cóż, w razie „reklamacji” będą mogli sobie napisać „na Pacanów”. Inną rzeczą jest to, że w związku z wydarzeniami 10 kwietnia śledztwo wszczęła rosyjska prokuratura, natomiast nie wiemy w jakiej dokładnie sprawie i w jakim kierunku się ono toczy, oprócz tego, że wiemy, że toczy się już, podobnie jak śledztwo polskie, ósmy już rok. W sprawie boleśnie prostej!

Na osobny komentarz zasługują też „białe plamy”, nad rozwikłaniem których nikt się nie biedzi. Nikt nie wie, kto stwierdził zgony ofiar na miejscu „katastrofy”. Członkiem jakich służb był i jak się nazywał?

Jakimi oto środkami transportu „zwłoki” ofiar „katastrofy” zostały przetransportowane ze Smoleńska do Moskwy? Co stało się z czerwonymi trumnami, które odróżniły tę „katastrofę” od wszystkich innych tego typu katastrof w historii katastrof? Czy również znalazły się w Moskwie? Jakie służby towarzyszyły temu transportowi oraz przez kogo zostały w Moskwie odebrane, gdzie i czym przewiezione? Jaki zespół miejscowych patologów i w jakim szpitalu dokonał tych zwłok oględzin? [ Rosyjskie Ministerstwo Obrony powoła, aby się potem wycofać, i nie figurować na żadnych, wytworzonych przez generałową Anodinę kwitach. ]

A wreszcie, nawet gdybyśmy przyjęli, że wszystko to jest w Rosji tajne, na dodatek ściśle, to nie widzę powodu, dla którego pani – wówczas minister zdrowia – Ewa Kopacz, nie miałaby pomóc w sporządzeniu listy imiennej polskich patologów, którzy wyruszyli z Polski do Moskwy, aby „ramię w ramię z kolegami rosyjskimi...”, co sama widziała. Kim byli, z jakich ośrodków medycznych pochodzili? Czy zostali przesłuchani na okoliczność ich pracy przez prokuraturę wojskową lub cywilną? Zapytajmy również, jakie to procedury przekonały dyrektorów cmentarzy do dokonania pochówków bez wymaganych w takiej sytuacji dokumentów sekcyjnych i powstałych na ich podstawie aktów zgonów (te dotarły z Rosji znaczenie później)? Na jakiej podstawie sekcji takich, wymaganych polskim prawem, zaniechano? Kto wreszcie, jaki zespół złożony z oficerów WP, odbierał od Rosjan i nadzorował transport zwłok do Polski? Czy są kwity, czy też znów było w myśl zasady: „odbierać, nie kwitować”?

Jeśli dodamy do tego brak zgody na wlot w przestrzeń powietrzną Federacji Rosyjskiej, brak bezbłędnego, a więc wykonalnego, planu lotu, rozbieżności dotyczące składu delegacji, uzyskamy właśnie to, co w całej tej sprawie jest najbardziej solidnym elementem – mgłę.

Mamy wreszcie sekcję dętą różnych ciał pod przewodnictwem wtedy posła, do niedawna ministra obrony narodowej, Antoniego Macierewicza. Ciała te, pracując na materiale bolszewickiej produkcji (zapisów, końcóweczek, etc...) niejednokrotnie dochodziły do ostatecznych i przełomowych dowodów, zwracając się nawet jeszcze w roku 2010 do zajmujących się tą sprawą blogerów, by zaprzestali się nią zajmować, jako, że: „już za chwileczkę, już za momencik...”. Ten jednostajny serial miał swoją ostatnią odsłonę w grudniu 2017, kiedy to teraz już wsparta powagą całego aparatu państwa podkomisja ogłosiła, że... już na wiosnę poznamy, tym razem już niezbite...

Tymczasem jeden z najbardziej utytułowanych zagranicznych ekspertów (jeśli nie najbardziej utytułowany), polski imigrant w Kanadzie prof. Krzysztof Cieszewski oznajmił zdumionym kolegom podczas jednej z tak zwanych konferencji smoleńskich, że: primo – analiza fotografii ilustrujących stan wegetacji odciętej i ukorzenionej części brzozy, dokonanych tuż po rzekomym zdarzeniu wskazuje, że odłączenie się tych dwóch części nastąpiło znacznie przed datą 10 kwietnia (cześć, od której „odcięto” dopływ soków z korzeni, zatrzymała się w postępie wegetacji, w czasie, gdy okaleczona, ale ukorzeniona część dalej „rosła”), secundo – że rozkład plam „śniegu” zalegającego polankę smoleńską przed 10 kwietnia pokrywa się z rozkładem „elementów wraku”, w tej i krótko po tej dacie, tertio – że rzekome plamy śnieżne nie wykazują cech realnych plam śnieżnych, zanikając bez pozostawiania śladów wody na gruncie, i są najprawdopodobniej wytworem działalności człowieka, ergo – całe to wrakowisko jest niczym innym, jak scenografią wykonaną na potrzeby „katastrofy”.

https://www.warnell.uga.edu/people/faculty/dr­chris­cieszewski

Odpowiedź? Charakterystyczna i jednoznacznie wskazująca na fachowość i trafność obserwacji i wniosków Cieszewskiego – publiczne oskarżenie go o agenturalność, tak jak gdyby w interesie Rosji było udowodnienie jej udziału w stworzeniu mistyfikacji dla przykrycia zbrodni. Niewątpliwie w interesie Rosji natomiast jest ostateczne wykazanie, że „katastrofa” nastąpiła w wyniku wybuchów niezidentyfikowanej jeszcze ilości ładunków wybuchowych zamontowanych wewnątrz kadłuba samolotu. Z „teoretycznego państwa kaskaderów-idiotów” stałaby się Polska „państwem-bandytą”, nie dość, że w ramach wewnętrznych, mafijnych porachunków mordującym z zimną krwią cześć swojej kadry przywódczej (tę pro-amerykańską), to na dodatek dokonującego aktu agresji na terytorium sąsiada, kierując i detonując na jego terytorium bombę „polityczno-baryczną”. Gdyby – hipotetycznie – pan minister Antoni Macierewicz ogłosił „na wiosnę” dowolnego roku, że rozpad samolotu nad Smoleńskiem udało się ustalić ponad wszelką wątpliwość, to prokuratura rosyjska podałaby do publicznej wiadomości wyniki swojego śledztwa, według którego to polscy gangsterzy w randze premiera i jego ministrów, w ewentualnym współdziałaniu z grupami kryminalnymi na terenie Rosji, ulokowanymi w szeregu instytucji prywatnych, bądź pozostających poza kontrolą państwa rosyjskiego, doprowadzili do zbrodni transgranicznej, zaplanowanej, przygotowanej i wykonanej na terytorium RP, ale ze skutkiem powstałym na terytorium FR. Doktryna prawa karnego doskonale zna taką konstrukcję.

Jakim rzeczywistym motywem (zespołem motywów) kieruje się minister A. Macierewicz sprowadzając wysiłki strony podważającej ustalenia raportu Millera i jego KBWLLP na manowce, odwlekając w czasie i paraliżując jakiekolwiek inne działania, co powoduje stopniowe zacieranie śladów nie wiem;

wiem jedno: w ciągu ostatnich lat z ust A. Macierewicza, bądź ludzi z jego bezpośredniego otoczenia, padały wobec osób formułujących jakiekolwiek wątpliwości, zastrzeżenia bądź zdania odrębne, oskarżenia o zdradę stanu – najcięższe przestępstwo znane kodeksowi karnemu. Nie mogę również oprzeć się uczuciu deja vu, kiedy słyszę o nieskutecznym, dzięki sądowi, usiłowaniu zdegradowania oficera, która wytropiła Piotra C, wieloletniego współpracownika GRU, służącego w... 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego, również 10 kwietnia 2010 roku.

Natychmiast przychodzi mi do głowy zwolnienie z UOP-u majora Hodysza 13. Do zdegradowania nie doszło, doszło natomiast do wydalenia ze służby. Nie widzę tu spisku ciemnych, międzynarodowych sił, natomiast rewolucyjny zapał już tak. Roboczo zakładam, że do służby publicznej nie powinny być powoływane osoby z przeszłością korowską - w najlepszym wypadku montują kontrolowaną przez szefa policji prowokację policyjną w wyniku której zabity zostaje szef policji. Natomiast wszelkie dalsze wnioski pozostawiam póki co otwarte – być może nasuną się one same, po rzuceniu okiem na geopolityczną strukturę ładu światowego, i dynamiczne zmiany tej struktury w latach 1990 – 2017. To właśnie ma stanowić clou moich skromnych rozważań, i pozostać tłem do drobiazgowych analiz prowadzących niezbicie do wniosku o konieczności odrzucenia jakiejkolwiek narracji katastroficzno -zamachowej w Smoleńsku, w dniu 10 kwietnia 2010 roku.

===========

Wtyki” GRU w 36. SPLT przed i po 10 kwietnia oznaczają transparentność tej jednostki dla GRU, również w czasie śledztwa prowadzonego przez prokuraturę wojskową przed, a ze względu na możliwe kontakty prywatne również i po rozformowaniu SPLT , 31 grudnia 2011, za: https://www.tvn24.pl/magazyn­tvn24/lowczyni­szpiegow­odchodzi­z­wojska,128,2297

==============

Ktoś mógłby powiedzieć, że sprawy się nie łączą – otóż łączą; łączy je osoba ministra Macierewicza. W roku 1992 major Hodysz został zwolniony ze służby za wykonanie polecenia przekazania ministrowi Macierewiczowi akt TW SB MSW ps. Bolek”. Jak pamiętamy po dacie 4 czerwca 1992 lustrację mogliśmy pożegnać na długie lata, majora Hodysza również.


Zmieniony ( 09.04.2018. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.