Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 10 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Naukawcy i oświata 19 arrow Nauka przodująca i wsteczna
Thursday 22 August 2019 02:30:20.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Nauka przodująca i wsteczna Drukuj Email
Wpisał: Stanisław Michalkiewicz   
16.07.2019.


Nauka przodująca i wsteczna

 

15.07.2019 Stanisław Michalkiewicz https://prawy.pl/103028-nauka-przodujaca-i-wsteczna/


Jak zmieniają się mądrości etapu! Jeszcze 35 lat temu ustrój socjalistyczny uchodził za najlepszy (ze Związkiem Radzieckim na czele) i bardzo wielu utytułowanych naukowców dokumentnie potwierdzało to w swoich dziełach. Ale nie tylko to. Za Stalina pojawiła się nowa gałąź nauki, mianowicie „nauka przodująca”. Jej główną postacią był Trofim Łysenko, który śmiało odrzucił prawa dziedziczności i twierdził, że  najważniejsze są „zmiany środowiskowe”. Stalinowi ta rewolucyjna teoria bardzo się spodobała, więc kto nie wierzył w Łysenkę, to miał przechlapane i to nie w niektórych środowiskach, tyko wszędzie.

Toteż wszyscy przynajmniej udawali, że w Łysenkę wierzą, ale niektórzy chyba nie udawali. Na przykład pan członek PAN, prof. Kazimierz Petrusewicz wierzył w Łysenkę aż do roku 1964, kiedy Stalin już od ponad 10 lat był nieboszczykiem. Inną postacią reprezentatywną dla „nauki przodującej” był Stachanow, bo „obalił istniejące w nauce normy pracy” - i tak dalej. Z osiągnięciami „nauki przodującej” - oczywiście ad usum Delphini – sam się zetknąłem, kiedy w czytankach do II klasy szkoły podstawowej mogliśmy zapoznać się z różnicami między ZSRR i USA. Pamiętam, że w punkcie pierwszym sprowadzała się ona do tego, że „w ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „w USA pracuje się bez planu”. Ktoś te podręczniki pisał i właśnie dzięki nim robił karierę naukową. Ale „nauka przodująca” nie zakończyła się bynajmniej ze śmiercią Stalina, bo w latach 60-tych, podczas studiów prawniczych, zetknąłem się z pracami naukowymi na temat „centralizmu demokratycznego”, a więc czegoś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Ten „centralizm demokratyczny” był próbą rozwiązania kwadratury koła w postaci udowodnienia, że w „dyktaturze proletariatu” rozkwita demokracja. Nie potrzebuję dodawać, że „nauka przodująca” we wszystkich swoich postaciach, była konsekwencją dogmatu o wyższości ustroju socjalistycznego (ze Związkiem Radzieckim na czele). A z dogmatami – jak to z dogmatami – nie dyskutuje się z nimi, tylko przyjmuje do wiadomości – zgodnie z mądrością aktualnego etapu.

Kiedy  jednak Związek Radziecki zmienił położenie – bo wcale nie przystał istnieć, a tylko przeniósł się ze Wschodu na Zachód - ustrój socjalistyczny utracił poprzednią pozycję – oczywiście nie na długo, bo tylko patrzeć, jak powróci – pojawił się nowy dogmat w postaci „globalnego ocieplenia”. Niedawni zwolennicy dogmatu o wyższości ustroju socjalistycznego niemal z dnia na dzień stali się wyznawcami dogmatu o „głobalnym ociepleniu”, zgodnie ze skłonnością, o której wspomina poeta: „Już z nowym wrogiem toczy walkę, już ma lodówkę, wózek, pralkę”...

A skoro pojawił się dogmat, to odtworzyła się również „nauka przodująca”, której przedstawiciele z taką samą gorliwością tłumaczą przyczyny i konsekwencje „globalnego ocieplenia”, dzięki czemu zdobywają tytuły naukowe, obejmują katedry i instytuty, które z kolei dostają „granty” - bo teraz tak się to nazywa – no a poczciwi ludzie myślą, że to wszystko naprawdę, nie zdając sobie sprawy, że mają do czynienia tylko z kolejną edycją „nauki przodującej”.  Ale „nauka przodująca” nie byłaby przodująca, gdyby tylko głosiła nowe dogmaty. Podobnie jak w czasach stalinowskich, jej celem jest wytresowanie społeczności ludzkich  w pożądanych zachowaniach stadnych.

Tym razem pretekstem są „gazy cieplarniane”, które ludzkość emituje ponad wszelkie granice przyzwoitości i propaganda zmierza do przekonania ludzkości, żeby przestała te gazy emitować. Wtedy klimat przestanie się ocieplać, dzięki czemu ludzkość uniknie ostatecznej katastrofy. Konkretnie zaś chodzi o rezygnację z paliw kopalnych jako źródła energii – bo to one właśnie, znaczy – paliwa – kiedy się spalają, wytwarzają zbrodniczy dwutlenek węgla, który działa destrukcyjnie na klimat.

 

Wszystko to pozornie trzyma się kupy, podobnie jak „centralizm demokratyczny”, chociaż pewne wątpliwości wzbudza choćby obserwacja pór roku. Jak wiadomo, następują one po sobie z zadziwiającą regularnością tylko dlatego, że nieznacznie zmienia się kąt padania promieni słonecznych. Chociaż elektrownie węglowe cały czas pracują pełną parą, emitując zbrodniczy dwutlenek węgla, to jednak po gorącym lecie nastaje chłodna jesień, a potem – mroźna zima i dopiero później – cieplejsza wiosna, lato i tak dalej, w kółko Macieju. Najwyraźniej kąt padania promieni słonecznych ma dla klimatu większą moc sprawczą, niż elektrownie węglowe i temu podobne urządzenia. Oczywiście za takie proste spostrzeżenie nikt żadnego grantu nie da, bo ono nie nadaje się do tresowania ludzi, podczas gdy opowieści o zbrodniczych emisjach – jak najbardziej.

Jeszcze większe wątpliwości wzbudza okoliczność, że na przykład w epoce kredy na Ziemi było znacznie cieplej, niż teraz, chociaż nie było żadnych elektrowni węglowych, co to emitują zbrodniczy dwutlenek węgla. Poziom mórz był o 200 metrów wyższy od obecnego, bo nawet na biegunach średnia temperatura wynosiła prawie 5 stopni powyżej zera, w związku z czym nie było tam czap lodowych, w których mogłaby zostać uwięziona woda. Ale potem dlaczegoś się ochłodziło, na biegunach pojawił się lód, podobnie jak w wysokich górach, znaczna część wody została tam uwięziona, no i poziom mórz obniżył się mniej więcej do stanu aktualnego. Dlaczego w epoce kredy się ociepliło, podczas gdy później się oziębiło? Nauka przodująca nie dostarcza przekonującej odpowiedzi na to pytanie, bo trudno za taką uznać deklarację, że „jest zimniej, bo jest cieplej”.

Odpowiedzi musimy tedy szukać poza środowiskiem „nauki przodującej” - no i oto doczekaliśmy się. Fińscy naukowcy, podobnie jak niezależnie od nich, naukowcy japońscy doszli do wniosku, że działalność człowieka ma dla klimatu znaczenie tak marginalne, że można ją śmiało pominąć. Oczywiście używają w tym celu naukowego żargonu, bo w przeciwnym razie nikt nie chciałby im wierzyć.

Podobną sytuację opisuje w „Małym Księciu” Antoni de Saint-Exupery, kiedy to pewien turecki astronom podzielił się z innymi astronomami odkryciem jakiegoś niebieskiego ciała. Jednak ubrany był w tradycyjny strój turecki, toteż nikt mu nie uwierzył. Tedy przebrał się w strój europejski i jeszcze raz ogłosił swoje odkrycie, a wtedy wszyscy bez wyjątku mu uwierzyli. Oczywiście po ogłoszeniu komunikatu naukowców fińskich i japońskich, pojawiły się zjadliwe komentarze, że pewnie nie dostali grantów i dlatego głoszą takie antydogmatyczne herezje. Podobnie myślał pewien uczeń, który na lekcji został przez nauczycielkę poinformowany, że Fenicjanie robili szkło z piasku: „to nie jej wina – tłumaczył – ona tak musi, bo inaczej wylaliby ją z pracy.

Zmieniony ( 16.07.2019. )
 
następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.