Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 19 gości
S T A R T arrow Kościół arrow Malachi Martin arrow Kompleks Judasza - obecnie
Friday 13 December 2019 06:25:36.28.
W Y S Z U K I W A R K A
Kompleks Judasza - obecnie Drukuj Email
Wpisał: Malachi Martin   
16.07.2019.

Kompleks Judasza - obecnie

Malachi Martin

[pisane w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. MD]


Judasz Iskariota już na zawsze pozostanie zapamiętany jako człowiek, który zdradził Jezusa Chrystusa i wydał go jego wrogom. Jego imię jest synonimem słowa „zdrajca” w przynajmniej dwudziestu językach. Na myśl o Judaszu lub

samo wspomnienie jego imienia, pojawia się obraz zdrajcy całkowitego. To prototyp zdrajcy.

Nie ma jednak powodu, by sądzić, że gdy na początku Jezus uczynił go jedną z osób, której ufał najbardziej – jednym z dwunastu apostołów – Judasz już myślał o zdradzie; że był mniej entuzjastycznie nastawiony do Jezusa, że był mniej godzien takiego zaszczytu, czy też miał mniej determinacji, by podążać za Jezusem do samego końca (na pewno nie miał jej mniej od pozostałej jedenastki, wybranej w tym samym momencie co Judasz). Nie należy też sądzić, że Jezus udzielił mu mniej bożej łaski niż innym apostołom.

Również i dziś, gdy oczywista jest masowa zdrada Kościoła rzymskokatolickiego ze strony biskupów, księży i prałatów i to na alarmująco wielką skalę – nawet teraz nie mamy powodu sądzić, iż którykolwiek z nich zaczął pracę na rzecz Kościoła nie będąc pełen równie dobrych intencji i równie zaangażowanym w sprawy kościelne co ci, którzy nie zdradzili swego powołania. Podobnie nie można sądzić, że odmówiono im Bożej łaski; niezbędnej, by w sposób wartościowy pełnić kościelne i duszpasterskie obowiązki.

Judasz na pewno posiadał charyzmę cechującą wszystkich dwunastu apostołów – głównych pasterzy, którzy stanowią pierwowzór obecnych biskupów Kościoła. Żył z Jezusem dzień i noc. Podróżował z nim, słuchał jego nauczania. Był świadkiem jego czynów, współpracował z nim. Od niego również otrzymał błogosławieństwo, by głosić Ewangelię, leczyć chorych, wypędzać demony i wypowiadać się z mocą jego autorytetu, korzystając przy tym z duchowego, nadprzyrodzonego wsparcia. Mając to wszystko, na pewno na początku nie był ani bardziej przyziemny, ani tchórzliwy, ani też mniej

oświecony od pozostałych członków owej szczególnej grupy. Jednak to właśnie on, i tylko on, rozbił jedność wybranego i nauczanego przez samego Jezusa kręgu. On sam Go zdradził. Sam stał się antybohaterem pośród owych dwunastu mężczyzn i kilkuset uczniów i naśladowców, którzy wraz z Jezusem byli żywymi uczestnikami rozgrywającego się dramatu zbawienia, w którym Syn Boży wypełnił odwieczny plan opatrzności, od swych narodzin aż po kulminację w postaci ukrzyżowania – za co bezpośrednią odpowiedzialność ponosił Judasz – i zmartwychwstania, którego tenże ostatecznie nie uznał i nie podzielił.

Nie był on jednak „wichrzycielem”. Nie zamierzał rozbić jedności grupy, ani zrujnować Jezusa i Dwunastu. To klasyczny przykład antybohatera, który ostatecznie chciał zrealizować swój własny plan dla Chrystusa

i pozostałych (w którym oczywiście mógłby się spełnić odgrywając

główną rolę). Myślał, że uda mu się pogodzić Jezusa z jego nieprzyjaciółmi. Drogą kompromisu i porozumienia z ówczesnymi przywódcami mógł doprowadzić do sukcesu Syna Bożego na całym świecie.

Te same uwagi (z odpowiednim uwzględnieniem rozwoju Kościoła) można zastosować w przypadku biskupów i innych współczesnych dygnitarzy kościelnych: powołani są, by poprzez pełnię kapłaństwa, które dały im święcenia biskupie, żyć blisko Jezusa, sprawować duchową władzę w jego imieniu i, opierając się na sile i łasce Ducha Świętego, opiekować się duszami ludzkimi, leczyć, upominać, nauczać, godzić; podążać za planem zbawienia jasno nakreślonym przez Jezusa, gdy ten ustanowił św. Piotra głową kościoła i swym osobistym przedstawicielem w „jednej, prawdziwej owczarni”, w której może dokonać się faktyczne odkupienie dusz.

Jednakże w sposób przerażająco przypominający błąd popełniony przez Judasza, niektórzy dostojnicy kościelni, utworzyli wewnątrz Kościoła swoisty anty-Kościół. Nie chcą opuścić katolicyzmu. Nie są świadomymi „wichrzycielami”. Nie zamierzają rozbijać jedności kościoła. Nie chcą go zniszczyć, lecz przerobić na własną modłę; jak dotąd nie jest dla nich istotne, że ich planu nie da się pogodzić z ujawnionym przez obecnego następcę św. Piotra planem Bożym. Bowiem na modłę duchowej krótkowzroczności Judasza, nie wierzą już w głoszoną przez papieża katolicką doktrynę, podobnie

jak Zdrajca nie wierzył już w boskość Jezusa. Żyją w przekonaniu, iż mogą pogodzić Kościół i jego wrogów drogą szczerego kompromisu”, że zdają sobie sprawę ze stanu rzeczy; oraz że współpracując ze światowymi przywódcami mogą zapewnić sukces kościołowi chrystusowemu. Jednak

oddając się tworzeniu anty-Kościoła w Kościele – począwszy od watykańskich kancelarii aż po lokalne parafie – skutecznie przyczynili się do starcia w proch jedności katolicyzmu; właściwie położyli kres onegdaj kwitnącej unii biskupów

z rzymskim papieżem i wielce osłabili całą rzymskokatolicką organizację instytucjonalną.

Rozmiary tego błędu, jego wręcz nudne, powtarzające się

podobieństwo do błędu Judasza – innymi słowy, syndrom

Judasza we współczesnym duchowieństwie – stają się jeszcze

bardziej oczywiste, jeśli podda się zachowanie Zdrajcy

wnikliwej analizie. Judasz ostatecznie zdradził Jezusa. Ważne

jest jednak, by dostrzec „dobre” intencje, z którymi zszedł na

nieuczciwą drogę, kończącą się na Polu Krwi, gdzie umarł

uduszony zarzuconą mu na szyję pętlą, a jego wnętrzności

zostały wypatroszone.

Opisy Judasza na stronach Nowego Testamentu są dość okrojone – poza oczywiście okropną zdradą ukochanego Pana. Zrozumiałe jest, że autorzy Ewangelii poza opisaniem tego postępku nie mogli napisać niczego dobrego, ani nawet interesującego o Judaszu. W świetle zmartwychwstania Jezusa, a następnie zstąpienia Ducha Świętego na apostołów, owa całościowa zdrada stanowiła element, który przede wszystkim interesował twórców Nowego Testamentu; i jedyne, co mogli wyrazić względem niego, to najwyższe potępienie i wstręt. Prawdopodobnie w całym Nowym Testamencie nie ma nic,

co można by porównać z tym całkowitym, bezlitosnym potępieniem

Judasza. „Jezus zaproponował mu to samo, co nam

wszystkim” – św. Piotr musiał cedzić te słowa z wielką surowością,

gdy w dniu zesłania Ducha Świętego przemawiał

do zgromadzonych na piętrze uczniów Jezusa. „Był jednym

z nas, a stał się przywódcą tych, którzy pojmali Jezusa. Ma

teraz to, o co prosił – pole upstrzone swymi wnętrznościami

i specjalne katusze w ogniu piekielnym”. W słowach tych nie

ma cienia wybaczenia, ani śladu żalu. Może dlatego, że Judasz

popełnił jeden jedyny grzech, o którym Jezus mówił, iż

jest niewybaczalny – grzech przeciw Duchowi Świętemu.

Całkowite odrzucenie Judasza sprawiło, że chrześcijanie

widzieli go w złym świetle od początku jego obcowania

z Jezusem – postrzegano go jako intruza, którego Chrystus

dopuścił do zażyłości danej tylko jego najbardziej zaufanym

ludziom, ponieważ, by tak to ująć, ktoś musiał zdradzić Pana.

Jednak logicznie rzecz biorąc, nie mogła to być prawdziwa

historia Judasza. Zarówno z boskiego, jak i ludzkiego punktu

widzenia musiał on początkowo wydawać się obiecującym

kandydatem do objęcia przywództwa nad przyszłym kościołem

Chrystusowym. Był praktycznie jedynym urzędnikiem

w grupie Jezusa. To jemu bardziej ufano od pozostałych, to

jemu Jezus powierzył przechowanie i zarządzanie funduszami

zgromadzonymi przez grupę na różne wydatki, a więc także

na „biznesowe transakcje” w trakcie podróży.

Faktem jest, że grupie młodych, krzepkich ludzi w kwiecie

wieku, nie posiadających stałej pracy zarobkowej i będących

w nieustannym ruchu, potrzebny był wspólny „portfel” na jedzenie,

zakwaterowanie, opłaty drogowe, podatki i przygodne

wydatki, jak ubrania, datki, wsparcie dla rodzin, naprawa

i utrzymanie sprzętu do rybołówstwa. Większość była rybakami,

którzy zachowali swe narzędzia przez cały okres spędzony

u boku Jezusa, i długo jeszcze po jego zmartwychwstaniu.

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Judasz był jedynym

urzędnikiem w grupie. Również w oczach innych apostołów

zajmował on wysokie stanowisko. Pozostała jedenastka mogła

się jawić niektórym obserwatorom jako zbieranina pospólstwa;

dziś jednak wiemy, że pisane im było założyć organizację,

która ogarnie cały świat i stworzy nową, tysiącletnią

cywilizację.

Nie ma powodu, by poddawać w wątpliwość fakt, że Judasz

rozpoczął swą apostolską działalność z wielkim entuzjazmem

i oddaniem dla Jezusa; z ogromną ufnością i wiarą

w jego sukces. Wiemy, że dla pozostałych członków grupy

(jeszcze długo po zmartwychwstaniu Chrystusa) sukces oznaczał

polityczne przywrócenie izraelskiego królestwa, w którym

apostołowie zasiądą na dwunastu tronach jurysdykcji

i sądownictwa. Judasz z pewnością nie myślał inaczej, ani nie

spodziewał się czegoś innego. Wraz z resztą grupy czasem

nawet sprzeczali się o to, który z nich będzie miał największą

władzę. Dwóch z nich poprosiło nawet swą matkę, by upominała

się u Chrystusa o najważniejsze miejsca dla nich przy

królewskim tronie, który – jak sądzono – Jezus zajmie, kiedy

obejmie władzę nad Izraelem i całym światem. Oczywiste bowiem

dla nich było, że Syn Boży zostanie w końcu królem.

To tu rozczarowanie Judasza ma swój początek. Jako że

miał on więcej kontaktu, niż pozostali, z praktycznymi sprawami

i lepiej zdawał sobie sprawę z krajowej polityki, mógł

jedynie pogłębiać swe rozczarowanie za każdym razem, gdy

Jezus po raz kolejny odrzucał coraz to nowe próby ukoronowania

go na przywódcę i króla. Takich okazji z pewnością było kilka: Chrystus natomiast za każdym razem dawał wyraz owym nieziemskim uczuciom cierpienia i śmierci. Ponadto, gdy pojawiające się od czasu do czasu starcia z panami Jerozolimy powiększały tylko lukę między Jezusem i politycznymi władzami Izraela – skupionymi teraz w Sanhedrynie, żydowskiej radzie religijnej i sądowniczej – uczucie rozczarowania coraz bardziej narastało w Judaszu.

Zauważmy, że mógł on w każdej chwili opuścić Jezusa i odejść, tak jak uczyniło to wielu. Jednak nie, Judasz pragnął zostać. Na swój sposób wierzył w Jezusa, apostołów i ich ideały. Chciał tylko, by przystosowali się oni do panującej rzeczywistości politycznej i społecznej; by w miejsce planu Chrystusa realizowali jego plan. Można być pewnym, że opuszczenie grupy było ostatnią rzeczą, o jakiej myślał. Poczynił jednak pewne założenia na temat sposobu, w jaki Jezus mógłby zdobyć panowanie. W uderzającej do głowy

atmosferze współpracy z władzami ujrzał widoki na wielką przyszłość. Dostrzegł możliwość objęcia jednego z głównych stanowisk w królestwie Izraela, gdy lokalne żydowskie potęgi z pomocą Jezusa ostatecznie pokonają znienawidzonych Rzymian i ich stamtąd wypędzą. Nawet kiedy podczas Ostatniej Wieczerzy Jezus szczerze i otwarcie powiedział mu, że wie,

iż to Judasz go zdradzi, nie naruszyło to jego postanowienia.

Prawdopodobnie nie zrozumiał znaczenia użytego przez Chrystusa

słowa „zdradzić”. W przeszłości wiele razy „zdradził”

go w takim znaczeniu, że postąpił odwrotnie do jego woli,

a mimo to wszystko się jakoś ułożyło. W oczach Judasza plan

kompromisu nadal wydawał się więc najlepszym rozwiązaniem.

Jego duszę żelaznym pierścieniem otoczyła całkowita

ślepota.

Jak głosi Ewangelia, „Szatan wkroczył do jego

serca”. Judasz znajdował się teraz pod kontrolą tej właśnie

postaci, dla której jakikolwiek sukces Jezusa oznaczał porażkę.

Bez żadnych skrupułów więc, całkowicie pewien swego

planu odnalazł władze świątyni – swe kontakty „na wysokim

szczeblu” – objaśnił im miejsce, gdzie Jezus miał się znajdować

w danej godzinie i wskazał Pana strażnikom, wysłanym

by go pojmać i przyprowadzić, związanego niczym zwierzę.

Każde wydarzenie, które nastąpiło wskutek decyzji Judasza,

zostało umożliwione i sprowokowane tym właśnie aktem

nadużycia swej władzy ze strony wybranego przez Pana apostoła

i zarazem jego zaufanego urzędnika. Cała odpowiedzialność

leżała po jego stronie. Za męki w Getsemani, za przemoc

stosowaną wobec Jezusa podczas aresztowania i później

w nocy, podczas pokazowych procesów; za godziny uwięzienia

i obelgi ze strony strażników, za ukoronowanie cierniami

i pogardliwe kpiny rzucane pod jego adresem, które – można

być tego pewnym – w każdy możliwy sposób uderzały w jego

godność, za postawienie go przed Piłatem i Herodem, za jego

męki, za bolesną drogę na Golgotę, za piekący ból ukrzyżowania

i trzy godziny agonii; godziny słabnących wysiłków,

by się nie udusić i nie poddać obezwładniającemu bólowi,

zadawanemu przez gwoździe, które przybijały jego nadgarstki

i kostki do krzyża. Za wszystko to i za ostateczny rezultat:

śmierć Jezusa Chrystusa.

Wszystko to – całe niewypowiedziane zło i świętokradztwo

stanowiło bezpośrednią konsekwencję kompleksu Judasza.

Ostatecznym rezultatem jego wyboru stała się zdrada, jego

grzechem zaś kompromis – który zdawał mu się być rozważną,

roztropną decyzją, zważywszy na sytuację, w jaką Jezus

wpędził siebie samego i wiernych mu apostołów podważając

obyczajowe status quo, nie godząc się na częściowe choćby

dopasowanie do żydowskich władz. Nie pragnął zaspokajać

potrzeb i odpowiadać na pytania ludzi świetnie rozeznanych

w kwestiach narodu i tradycji judaistycznej – uczonych

w Piśmie.

W swym pragmatycznym umyśle, Judasz musiał zapewne sklasyfikować Jezusa wraz z jego doktryną jako zupełnie niedopasowanego do społecznego konsensusu i mentalności politycznej tamtych czasów. Właściwie poglądy Chrystusa były i niestosowne, i nie do zaakceptowania. Do tego stopnia, że

sprowokowały jego przeciwników do politycznego zamachu.

Ostatecznie była to kwestia bezpieczeństwa państwa i przetrwania

narodu.

Istotą kompleksu Judasza był kompromis z mentalnością przeciętnego człowieka, wyrażającą się dopasowaniem trybu myślenia i postępowania do życiowych potrzeb. Tymczasem podstawową zasadę apostołów stanowił Jezus – jego fizyczna obecność, jego władza i nauczanie. Judasz dał się przekonać swym kusicielom, że wszystko, co Jezus sobą prezentował,

musiało ulec zmianie w drodze uczciwego, rozważnego kompromisu.

Daje nam to niezawodny probierz, dzięki któremu możemy

zidentyfikować członków anty-Kościoła z pewnością zasiadających

w instytucji kościoła rzymskokatolickiego. Ostatnich dwadzieścia lat jego historii usiane jest setkami kompromisów i nadużyć pośród duchowieństwa – trzeba jednak wyszukać i określić najważniejsze kompromisy, które można

nazwać aktem prawdziwego nadużycia władzy na wysokich stanowiskach kościelnych.

Akt nadużycia władzy został zgrabnie zdefiniowany jako popełnienie przez urzędnika publicznego w trakcie pełnienia swej funkcji czynu nieuzasadnionego, którego zobowiązywał się nie popełnić, który jest prawnie nieuzasadniony, niezbicie krzywdzący lub sprzeczny z prawem.

Zarówno nadużycie władzy, jak i jej wypaczenie są terminami używanymi dla opisania przypadków wykorzystywania swego stanowiska. Znaczna różnica pomiędzy dwoma pojęciami leży w rozmiarach i skutkach nadużyć. Nadużycie

prawa ma miejsce w określonej i ograniczonej liczbie przypadków. Na przykład używamy mocy naszego urzędu dla naszych prywatnych korzyści. Z kolei wypaczenie władzy osłabia sam urząd, diametralnie zmienia jego kształt i sprawia, że zaczyna być on sprzeczny ze swą funkcją.

Przeanalizowanie ostatnich dwudziestu pięciu lat z historii katolicyzmu, prowadzi do wniosku, że najpoważniejszym przykładem wypaczenia władzy na wysokim stanowisku kościelnym jest tolerancja i propagowanie konfuzji w sprawach wiary. Owa tolerowana konfuzja wśród szeregowych wiernych

jest bezpośrednim rezultatem przyzwolenia na odstępstwo od doktryny wśród teologów i biskupów katolickich. Tolerowanie nieporozumień oznacza bowiem ich krzewienie. Podstawowy, wręcz fundamentalny obowiązek każdego kościelnego urzędu oraz odpowiedzialność na każdym stanowisku w kościele składają się na jasne, wyraźne nauczanie oraz egzekwowanie podstawowych zasad i podstaw wiary, jakie Kościół uznaje za niezbędne, by osiągnąć życie wieczne. W obu tych kwestiach – nauczania i egzekwowania – nie może być kompromisu. Jeśli katolicy mają jakiekolwiek prawa w kościele, ich podstawowym prawem jest otrzymywanie jednoznacznych wskazówek i podleganie takiemu bezpośredniemu, zdecydowanemu nadzorowi.

Co więcej, stosunkowo łatwo można określić cztery główne obszary, w których członkowie kościoła tolerowali i propagowali szkodliwą konfuzję, kłopoczącą obecnie katolików. Są to: Eucharystia, jedność i nieomylność kościoła rzymskokatolickiego, Urząd Piotrowy biskupa Rzymu oraz moralność

seksualności człowieka.

Kiedy mówimy o Eucharystii, mamy na myśli rzymską mszę świętą, która dla katolików zawsze była i nadal jest głównym aktem oddawania czci Bogu. Jej wartość jest podwójna. W katolickich wierzeniach msza święta uobecnia prawdziwą ofiarę z ciała i krwi Jezusa, jaka dokonała się na Kalwarii. Nie

jest to upamiętnienie owej ofi ary, ani jej powtórne odegranie, ani też symboliczne przedstawienie.

W tym właśnie tkwi misterium mszy świętej. Mówimy, że msza rzymska jest ważna, ponieważ udało się uobecnienie złożonej ze swego życia ofi ary Chrystusa. Jest w tym prawda: rzymscy katolicy mogą wówczas dosłownie oddać cześć swemu Zbawcy pod fi zyczną postacią chleba i wina.

Misterium owo obchodzone było w kościele katolickim podczas rzymskiej mszy świętej, celebracji liturgicznej, której tradycyjna forma została ukształtowana we wczesnym średniowieczu. W 1570 r. Papież Pius V ustanowił ją wiecznym prawem i jeszcze w tym samym stuleciu została uznana przez Sobór Trydencki. Pozostawała bez zmian, poza dodaniem lub

zastąpieniem pojedynczych modlitw czy inwokacji, aż do połowy

lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku.

Wtedy to nastąpiła doniosła zmiana, usankcjonowana

przez watykańskich dostojników: tradycyjna rzymska msza,

rozporządzeniem Pawła VI, została zastąpiona nową formą,

zwaną Novus Ordo, lub też mszą posoborową. Miało to

miejsce 26 marca 1970 r. Do 1974 r. została przetłumaczona

na lokalne języki i rozpowszechniona w całym kościele

powszechnym. Tradycyjna rzymska msza święta nigdy nie

została zakazana, unieważniona ani zdelegalizowana przez

żadnego z kompetentnych dostojników w Rzymie. Jednak

w całym kościele można było dostrzec powadzenie aktywnej,

czasem wręcz brutalnej polityki tłumiącej wszelkie ślady po

tradycyjnym rzymskim obrządku.

Przez szereg lat papiestwo i wielu biskupów oficjalnie udawało, że Novus Ordo było tylko rezultatem wprowadzenia rekomendacji II Soboru Watykańskiego. Obecnie jednak skończyły się pozory. Nie da się zaprzeczyć, że msza posoborowa w swych różnych formach, narusza wyraźne instrukcje

soboru odnośnie do zmian w rzymskiej mszy świętej. Wystarczająco złe jest samo pogwałcenie jasno wyrażonej woli soboru. Nieopisaną szkodę Eucharystii, wierze i doktrynie wyrządził fakt, iż bez poświęcenia temu szczególnej uwagi, nie wskazanej w ofi cjalnym tekście i instrukcjach

dotyczących Novus Ordo, nowy ceremoniał nie daje na przykład gwarancji uobecnienia poniesionej na Kalwarii ofiary Chrystusa. Ta szczególna troska rzadko jest spotykana we współczesnym kościele. Oznacza to, że celebracja Novus Ordo nie zawsze oznacza, że msza święta jest ważna. Pośrednio

rzutuje to na powszechny brak sakramentalnego szacunku

dla Eucharystii pośród duchowieństwa i wiernych. Nowy

obrządek, który dąży do utworzenia wspólnotowego spektaklu

składającego się ze wspólnych działań, przesunął główny

akcent mszy świętej z Ofi ary na modlących się i gestykulujących

parafi an. Rzymska msza przypominała „pionowy” akt

czci. Novus Ordo jest całkowicie „horyzontalny”.

Owe próby zniszczenia tradycyjnej mszy rzymskiej i nieadekwatne formuły nowego obrządku były nieodłączną częścią storpedowania II Soboru Watykańskiego przez członków anty-Kościoła, którzy skutecznie wykorzystali niejasne i ogólnikowe stwierdzenia soboru i stworzyli metodę pozwalającą

pozbyć się specyfi cznego, rzymskokatolickiego charakteru

zarówno mszy świętej, jak i innych, typowo katolickich

elementów – wiary i praktyk. Za sukcesem, w przypadku

Novus Ordo i postępującym umniejszaniem roli księdza jako

ofi cjalnego celebranta w upamiętnieniu Ofi ary Chrystusa na

Kalwarii, idą kolejne propozycje członków anty-Kościoła:

święcenia kapłańskie kobiet, dziewczynki służące do mszy,

szafarze Eucharystii (kobiety i mężczyźni) zamiast księży. To

prosty, spójny plan ograniczenia czysto rzymskokatolickiego

obrządku i praktyk do tak niskiego, wspólnego mianownika,

by każdy niekatolik mógł w nim uczestniczyć i nie czuć się

wyobcowany.

Jednak całościowym rezultatem owych działań jest powszechna

konfuzja. Pośród duchowieństwa i wiernych pojawiły

się więc różne grupy, które odrzucają Novus Ordo i obstają

przy tradycyjnej mszy rzymskiej. Anty-kościół myślał

najpierw, że z czasem to minie. Jednak upływ czasu zwiększał

ich liczbę i znaczenie. Wiele milionów katolików, o wiele więcej

niż to przyznaje katolicka biurokracja, ma poważne wątpliwości

co do religijnej wartości Novus Ordo. Pod wpływem

anty-Kościoła rzymscy dostojnicy czynili co w ich mocy (stosując

kary kościelne, ostracyzm, a nawet otwarte kłamstwa),

by całkowicie wyzbyć się tradycyjnego, rzymskiego obrządku.

papież zakazał tradycyjnej rzymskiej mszy”; „Rzymska

msza została ofi cjalnie zniesiona i unieważniona”; „Novus

Ordo jest taki sam, jak tradycyjna msza łacińska, jedynie unowocześniona”

to niektóre ze stosowanych kłamstw.

Nic nie rozwiązywało problemu. Równolegle w całym kościele

drastycznie spadało uczestnictwo w liturgii nowego obrządku.

Lokalne przyzwyczajenia duchowieństwa, biskupów

i wiernych całkiem jasno ukazały Rzymowi, że zanika wiara

w prawdziwą obecność Jezusa w celebracji Novus Ordo.

Ogólna konfuzja rośnie z każdym rokiem, ponieważ Rzym

zaczyna przyzwalać, choć niechętnie, na tradycyjną mszę

świętą. Albowiem dziwactwa Novus Ordo w swych różnorakich,

lokalnych formach na całym świecie są tak groteskowe,

niestosowne, naturalistyczne, a nawet świętokradcze, że

w Kościele da się słyszeć pierwsze alarmujące tony.

Teraz jednak niechęć anty-Kościoła wobec tradycyjnego

obrządku rzymskiego – a właściwie nienawiść – jest tak

wielka, zaś upór rzymskokatolickich tradycjonalistów staje

się coraz bardziej powszechny. Jedynie najwyższy autorytet

kościelny w osobie Ojca Świętego, jako głowy tegoż kościoła,

może zaprowadzić porządek w duchowieństwie i pośród

wiernych, w uroczysty, niezbity sposób stwierdzając, co jest

właściwe. Takiego jednak stwierdzenia brakowało. Tymczasem

w kościele tworzą się kolejne podziały i frakcje, pojawiają

się nowe wątpliwości, a członkowie Kościoła odchodzą od

życia w sakramencie.

Obecny Ojciec Święty niewiele uczynił, by temu zapobiec. Owszem, wydał indult zezwalający na wprowadzenie w lokalnych diecezjach tradycyjnego obrządku rzymskiego. Jednakże sprzeciw wobec jego rekomendacji – wszystko, co uczynił papież w tej kwestii, sprowadzało się do rekomendacji

skutecznie zdławił wszelkie tradycjonalistyczne próby wykorzystania tego całkowicie legalnego środka do przywrócenia odrzuconej tradycji. Jego Świątobliwość świadom jest, co się dzieje z sakramentalnym życiem Kościoła. W liście wysłanym w 1980 r. do wszystkich biskupów zawarł niezwykły

fragment, w którym w imieniu wszystkich biskupów przepraszał i prosił Boga o wybaczenie „za wszystko, co z jakiegokolwiek powodu – niecierpliwości tudzież zaniechania, a czasem także częściowego, jednostronnego i fałszywego wykonywania dyrektyw II Soboru Watykańskiego – mogło

przyczynić się do wywołania skandalu i zamieszania w związku z interpretacją doktryny i ceremoniału wielkiego sakramentu – Eucharystii”.

Ze strony Jana Pawła II było to najważniejsze stwierdzenie, jakie poczynił w kwestii ogromnych szkód wyrządzonych sakramentalnemu życiu jego Kościoła oraz zniszczenia przez anty-Kościół rzymskokatolickiej mszy.

Drugie kluczowe wierzenie w katolicyzmie, dookoła którego również narosły wątpliwości, dotyczy jedności i nieomylności kościoła rzymskokatolickiego. Istota konfuzji jest następująca: od kiedy odbył się II Sobór Watykański, na którym jeden z ofi cjalnych dokumentów dotyczył wolności religijnej, pośród biskupów, teologów, księży i świeckich

rozpowszechniło się przekonanie, że członkostwo w kościele

rzymskokatolickim nie jest konieczne do zbawienia; że jest

wiele równorzędnych dróg do nieba – niekatolickich i niechrześcijańskich;

że każdy winien mieć równe szanse moralne i religijne na osiągnięcie życia wiecznego; a nawet, według co poniektórych, że można zostać zbawionym nie korzystając z ofiary, jaką Jezus złożył w postaci swego życia.

Innymi słowy, w oczach niektórych katolików Jezus jest Zbawicielem,

lecz są także inni – Budda, Mahomet, Abraham, a nawet Martin

Luther King. Twierdzenie, iż kościół rzymskokatolicki jest jedynym, prawdziwym kościołem, wyłącznie w którym i przez który można osiągnąć zbawienie wieczne, otoczone jest teraz wątpliwościami i konfuzją.

Wskutek gorączkowej aktywności anty-Kościoła pojawił się też cały szereg ekumenicznych „zgromadzeń”, „umów”, celebracji”, „liturgii” i „układów”, których kluczową ideą jest założenie, iż „wszyscy jesteśmy dziećmi Boga” i „braćmi

w jednej, wielkiej, ludzkiej rodzinie”, wyruszmy więc wszyscy

w „naszą wspólną pielgrzymkę”, niech nikt nie twierdzi, że ma

wyłączną rację (ani że jest jedynym, prawdziwym Kościołem

Chrystusowym), nie mówmy też o nikim, iż nie ma racji.

Wskutek oczywistego błędnego odczytania innego fragmentu

posoborowych dokumentów oświadczono, że określenie

ludzie Boga” obejmuje kościół rzymskokatolicki, ale

również wiele innych kościołów, które nie są (ponieważ nie

chcą) i nigdy nie będą rzymskokatolickie. W większości diecezji

w Europie, Ameryce Północnej i Australii, jakiekolwiek

podejście różne od „ekumenicznego” skutecznie zamyka wiele

drzwi.

W tych okolicznościach konsternacja pośród katolickich

wiernych urosła do olbrzymich rozmiarów. Jako że soborowy

dokument na temat wolności religijnej potępia wszelkiego rodzaju

próby zmuszenia kogokolwiek do przyjęcia wiary niezgodnej

z jego wolą, zakłada się więc, że każda istota ludzka

ma przyrodzone prawo do wyboru i zaufania fałszywej religii.

Równa się to stwierdzeniu, że każdy ma przyrodzone prawo,

aby z religijnego punktu widzenia być w błędzie. To fałsz

nie tylko w sensie propozycji religijnej; to sprzeczność pojęć

dla każdego człowieka, który, jak się domniemywa, wierzy

w jeden, prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa. Jeśli bowiem

propozycja ta jest prawdziwa, żadna religia nie jest właściwa,

żadna też nie jest zła: w rzeczywistości niemożliwe jest, by

człowiek odnalazł prawdę religijną.

Nic nie mogło bardziej się przyczynić do upadku jedności

i tożsamości religijnej katolicyzmu, niż rozpowszechnienie

się, pośród rzymskich katolików w latach sześćdziesiątych,

przekonania, iż jako katolicy należą oni do „ogólnego nurtu

religijnych uczuć i wiary pośród wszystkich kobiet i mężczyzn”.

Podobną konsternację w katolickim laikacie rodzi

widok księży mówiących i zachowujących się tak, jak gdyby

nie było tej specyfi cznej dla katolicyzmu unikalności i prawdy;

logiczny instynkt człowieka sugeruje wtedy potraktowanie

moralnych dogmatów i prawa Kościoła jako tylko jednej

z opcji („Jeśli od innych nie oczekuje się wiary w kościelne

dogmaty ani przestrzegania kościelnych praw, dlaczego ja powinienem

to czynić?”). Stąd też wywodzą się „kawiarniani”

katolicy, przebierający wedle swego uznania w rzymskokatolickich

dogmatach i prawach moralnych. Upierają się przy

pozostaniu w Kościele i nazywają się katolikami, choć odważnie

twierdzą, że nie muszą wierzyć w ten czy inny dogmat,

ani przestrzegać tego czy innych praw. Ich liczba nieustannie

rośnie i obejmuje zarówno pojedyncze jednostki jak

i zorganizowane grupy.

Konsternacja w tej materii nie słabnie. Większość ekumenicznych inicjatyw, teoretyzowania na ten temat, a także fałszywe założenie wolności religijnej pochodzi od księży i teologów rzymskokatolickich oraz pomniejszych dostojników diecezjalnych, którzy angażują się w ekumeniczną sieć,

zorganizowaną na poziomie diecezji i wprowadzaną na poziomie

parafii.

Jak dotąd nie było jeszcze jasnego, jednoznacznego stwierdzenia ze strony biskupów, które pociągnęłoby za sobą prawdziwe wprowadzenie fundamentalnego założenia katolicyzmu, iż Kościół ten jest jedynym prawdziwym Kościołem, założonym przez Chrystusa, do którego muszą należeć wszyscy ludzie, jeśli chcą zostać ocaleni przed wiecznym potępieniem.

Watykan nie podejmował nawet pozornych wysiłków,

by naprawić ów poważny problem pośród katolickich dostojników.

Trzeci nagłówek, pod którym pozwolono rozwijać się konfuzji,

to relacje pomiędzy biskupami i biskupem Rzymu – papieżem

i osobistym namiestnikiem Chrystusa. Zgodnie z katolickim

dogmatem, każdy biskup jest prawomocnym, naczelnym

kapłanem w swej diecezji, o ile ma łączność duchową

z papieżem: czyli kieruje się tymi samymi przekonaniami

i prawami moralnymi co papież oraz podlega papieskiej jurysdykcji.

Papież zaś, jako uniwersalny pasterz Kościoła, jest

również z tytułu kapłanem każdej diecezji. Wszyscy biskupi

Kościoła, a więc około czterech tysięcy dostojników wraz

z papieżem, tworzą zgromadzenie apostołów i jako jego człon894

kowie pod przywództwem Ojca Świętego, mogą nieomylnie

ustanawiać prawo dla kościoła powszechnego.

Zgodnie jednak z rzymskokatolicką doktryną papież sam

może dokonać wszystkiego, co może owe kolegium w dziedzinie

teorii, jurysdykcji i dyscypliny moralnej. Z kolei sami

biskupi nie mogą dokonać niczego bez współpracy i przywództwa

papieża.

Stąd tez istnieją dwie różne relacje: jedna pomiędzy każdym

biskupem z osobna i papieżem; druga zaś pomiędzy papieżem

i wszystkimi biskupami jako jednym organem. Ten

właśnie stosunek nazywany jest kolegialnością Kościoła.

Ponownie dzięki zręcznemu, lecz niewłaściwemu odczytaniu

tekstu dokumentów z II Soboru Watykańskiego,

księża i teologowie zaczęli żywić przekonanie, iż pomiędzy

biskupami w danym kraju istnieje druga forma kolegialności.

Twierdzi się więc, że narodowa konferencja biskupów

w kraju może ustanawiać doktrynę i dyscyplinę, niezależnie

czy papież to zaaprobuje czy też nie. Co więcej, charakteryzuje

ją nieomylność. Oznacza to, iż nie błądzi w wierze

i praktykach moralnych.

Jak dotąd w żadnym jeszcze kraju nie zdarzyło się, by

tamtejszy kościół miał wystarczająco dużo odwagi i czelności,

by wygłosić tego rodzaju stwierdzenie. Jednak w ciągu

dwudziestu lat katolicy zauważyli, że narodowe konferencje

biskupów ustanawiają doktrynę i dyscyplinę, które stoją

w jawnej sprzeczności z ofi cjalnym nauczaniem papieża. Nie

trzeba nawet dodawać, że niejeden teolog wysunął argumenty

wspierające tę heretycką niezależność konferencji biskupich.

Narodziła się idea „narodowego kościoła katolickiego” –

amerykańskiego, kanadyjskiego, francuskiego, brazylijskiego,

i tak dalej. To nie tylko idea; to zasada kierująca wieloma

działaniami w diecezji, które cieszą się błogosławieństwem

biskupów. Biskupi, duchowieństwo i laikat myślą w taki sposób;

tylko brak im jeszcze śmiałości, by się z tym ujawnić.

Trzeba jednak uważać, aby błędnie nie odczytać prawdziwe895

go celu w powolnym formowaniu się „kościoła narodowego”.

Natomiast ostatecznym celem tych, którzy pielęgnują tę ideę

i aktywnie ją promują, jest nie tylko rozwiązanie lokalnych

problemów – na przykład dotyczących amerykańskich księży,

sprzeciwiających się celibatowi; domagających się swych

praw homoseksualistów; marksistów latynoamerykańskich

i ich amerykańskich naśladowców, którzy chcą być orędownikami

marksizmu i zarazem katolikami. Propagatorzy nowej

kolegialności, pośród biskupów którejkolwiek z narodowych

konferencji episkopatu, dążą do tego, by ostatecznie zlikwidować

absolutną kontrolę papiestwa nad dogmatem i dyscypliną

moralną w kościele.

Według nich, prawdziwie katolicki kościół, nie nazywany

już rzymskim, będzie się składał ze zbieraniny „kościołów narodowych”,

związanych ze sobą sentymentalnie, zawsze pełnych

szacunku względem „czcigodnej Stolicy Apostolskiej

i tamtejszego brata biskupa”, lecz w swej autonomii wolnych

do tego stopnia, że mogą być „dojrzałymi braćmi czcigodnego

biskupa Rzymu”. A w związku z tym, zarządzać sprawami „narodowymi”

swego kościoła, stosownie do lokalnej kultury.

Oczywiście likwidacja Piotrowego Urzędu mogła zostać

zrealizowana tylko za zgodą tego, który tam zasiadał; najłatwiejszym

sposobem byłby wybór na tron papieski kandydata,

który jeszcze przed swą elekcją znany byłby z poparcia

dla tej idei. Zdominowanie konklawe jest więc podstawowym

warunkiem, bez którego to epokowe przedsięwzięcie nie mogłoby

się powieść. Tak, niewątpliwie byłoby to wydarzenie

epokowe: przekształcenie niemal dwutysięcznej tradycji kościoła

rzymskokatolickiego i ofi cjalne, ostateczne zakończenie

prymatu papiestwa w takiej postaci, w jakiej trwało od

setek lat; jakiej bronił każdy sobór kościelny, włączając w to

II Sobór Watykański.

Niepowodzenia rzymskokatolickich władz w zwoływaniu

narodowych konferencji biskupich w sprawach, w których

miałyby one przekazać papieską wolę i decyzje, powoli

acz skutecznie, przyczyniły się do zakorzenienia się w lokalnych

wspólnotach katolickich myśli, jakoby lokalny episkopat

faktycznie posiadał ostatnie słowo w kwestiach wiary

i dyscypliny moralnej. Rośnie jednak konsternacja, ponieważ

słychać wystarczająco dużo głosów protestu, które twierdzą,

że najwyższą jest wola i autorytet papieża. Ponownie brak

stanowczego sprzeciwu ze strony Rzymu podsyca tylko ogólny

chaos i konfuzję.

Czwarta ważna kwestia jest bardziej złożona i dotyczy

zdolności reprodukcyjnej kobiet i mężczyzn. Przykładowe

statystyki są przerażające. Pod nagłówkami o antykoncepcji,

aborcji, homoseksualizmie, seksie przedmałżeńskim i nowoczesnych

technikach dotyczących reprodukcji pełno jest wiarygodnych

liczb, które ukazują, że zdecydowana większość

katolików nie akceptuje, a jeszcze większa grupa ma spore

wątpliwości względem tradycyjnego nauczania rzymskokatolickiego

na temat wspomnianych spraw. Niektóre cyfry są

wręcz zatrważające, na przykład te, które dotyczą księży nie

po katolicku doradzających swemu stadu. Konsternacja rośnie,

ponieważ papież obstaje przy tradycyjnym pojmowaniu

owych kwestii. Równolegle zaś w każdej wspólnocie katolickiej

można znaleźć teologów, księży i katechetów stanowczo

zaprzeczających tradycji. Odpowiednie postępowanie ze

strony Rzymu i lokalnych biskupów szybko pozbawiłoby ich

prawa nauczania i głoszenia Ewangelii w kościele katolickim.

Takiego postępowania jednak nie ma, ani ze strony Rzymu

ani biskupów.

Wydaje się oczywiste, iż wszyscy ci duchowni, którzy

wkroczyli na drogę dekatolicyzacji wiary i moralności, naprawdę

wierzą, że nadają Kościołowi bardziej praktyczny

wymiar, pasujący do współczesnego sposobu myślenia

A jednocześnie bardziej zrozumiały dla otoczenia i tym samym

łatwiejszy do przyjęcia. Podobieństwo do kompleksu

Judasza jest uderzające.

Ci, którzy tworzą anty-Kościół, są głęboko przekonani, iż

to ich plan jest dobry dla kościoła w wyobrażonej przez nich

postaci. Przykład ich stosunku do Eucharystii daje osobom

wierzącym niepokojące sygnały. Dla wierzących bowiem,

Kościół w swej duchowej rzeczywistości jest Ciałem Chrystusa,

na które składają się wszyscy duchowo zjednoczeni

z Bogiem dzięki jego łasce. Tu, na ziemi, Ciało Chrystusa

może mieć tylko jedną namacalną, widzialną formę: rzymskokatolicką

organizację instytucjonalną. Podobieństwo pomiędzy

zdradą Jezusa – żywego, namacalnego, widzialnego

człowieka – przez Judasza oraz zdradą Kościoła przez członków

anty-Kościoła dla osoby wierzącej jest zatrważające.

Zarazem jednak alarmuje o niebezpieczeństwie, przed jakim

u schyłku dwudziestego wieku stoi rzymskokatolicka organizacja

instytucjonalna. Zdrada Judasza najpierw dotyczyła

tylko fizycznej osoby Jezusa, potem zaś pociągnęła za sobą

kolejne zdrady.

Judasz nie czuł na przykład żadnego szczególnego imperatywu, by uczestniczyć w Ostatniej Wieczerzy – wyszedł pod byle pretekstem, by kontynuować swój plan. Nie wziął wraz z pozostałymi apostołami udziału w Eucharystii Ciała i Krwi Jezusa. Obietnica Chrystusa, że ofiara ta pozwala na

zbawienie i życie w Kościele, nie znaczyła dlań wiele. Jeden ważny przykład nadużywania władzy przez członków anty-Kościoła wskazuje na brak zainteresowania Eucharystią jako ofiarą z ciała i krwi Jezusa, składaną podczas mszy od niepamiętnych czasów. Zastępując centrum zainteresowania rzymskiego katolicyzmu swymi nieokiełznanymi wyobrażeniami, anty-Kościół stworzył dziwaczny ceremoniał, podkreślający wspólny posiłek”, którego efekt zależy od parafernaliów naprędce zorganizowanego „żywego przedstawienia” i „więzi” społecznej wspólnoty. Brak zainteresowania Eucharystią sprowadzający się do zdrady – stanowi wspólny element

pomiędzy Judaszem i anty-Kościołem.

Na tym etapie, gdy rozważamy odnowienie się kompleksu Judasza w anty-Kościele, natykamy się na „misterium nieprawości”, jak to nazywa św. Paweł. Judasz jest jej najlepszym przykładem. Podczas Ostatniej Wieczerzy Jezus szczerze powiedział: Byłoby lepiej dla niego [zdrajcy], gdyby się nigdy

nie narodził”. Musiał jednak wiedzieć przez całą wieczność, a więc również od momentu, kiedy powołał Judasza na jednego ze swych apostołów, że ten człowiek na pewno go zdradzi. Mimo to go wybrał. Zaufał mu. Powierzył mu jedyną publiczną funkcję w swej wybranej grupie uczniów. Jeśli spojrzymy

na to wyłącznie z ludzkiego punktu widzenia, możemy nabawić się solidnego bólu głowy. Tajemnica – Boży punkt widzenia na zawsze pozostanie dla nas nieprzenikniona, jednak możemy przyjąć to w wierze.

Święty Paweł, gdy pisał do Tesaloniczan o wielkim odstępstwie,

użył określenia „misterium nieprawości”, które poprzedzi

nadejście Antychrysta w ostatnich dniach, nim czas ludzkości dobiegnie końca. Zanim owe straszne wydarzenia nadejdą – mówi św. Paweł do wiernych – staną oni przed faktem, że zamiast tego, czego się spodziewają, na wielką skalę będzie szerzyć się niesprawiedliwość – atak Lucyfera na wyznawców Jezusa. Sam Jezus, kiedy mówił o ostatnich dniach ludzkości, uderzał w ten sam ton, ostrzegając swych uczniów, że słudzy nieprawości uczynią względem nich to samo, co względem niego. Tak że nawet sprawiedliwi się poddadzą, jeśli Bóg nie skróci dni ich cierpienia. Kościół Chrystusa spotka taki sam los, jaki spotkał Syna Bożego z rąk jego wrogów.

Nie dziwi więc, lecz przejmuje konstatacja, iż kompleks Judasza w duchowieństwie doprowadził już Kościół do stanu powielającego cierpienia, jakich zaznał Jezus na skutek zdrady Judasza.

Męki zwątpienia i strachu, przez które przeszedł Chrystus w ogrodzie Getsemani, podobne są cierpieniom, zafundowanym Kościołowi przez dysydenckich teologów. Schemat Judasza profanującego swym udziałem święte wydarzenie, jakim była Ostatnia Wieczerza, powtarza się za każdym razem, gdy anty-Kościół umniejsza sakramentalne znaczenie Eucharystii

jako Ciała i Krwi Chrystusa. Uwięzienie, tortury, chłosta i ukrzyżowanie Jezusa – bezpośredni rezultat zdrady Judasza – na nowo odżywają w milionach tych, których duchowieństwo wydało w ręce okrutnych rządów w Europie, Azji, Ameryce Łacińskiej i Afryce. Co znamienne, tamtejsi księża poddali się nieopisanym torturom właśnie ze względu na to, iż ucieleśniają Kościół Chrystusa i służą jego Ciału.

Porzucenie Chrystusa przez apostołów po jego aresztowaniu również ma swoje podobieństwo we współczesnym duchowieństwie, które zaprzecza, iż jest on Synem Bożym. A nawet twierdzi, że nie zna go i za nim nie stoi; równolegle zaś wielu prawych duchownych o tradycyjnej wierze i czystym życiu, powstrzymuje się od jakiejkolwiek reakcji na niszczenie Kościoła Chrystusowego przez anty-Kościół.. Tym samym przyjmują na siebie odpowiedzialność za szkody, którym mogli zapobiec, jeśliby tylko zrezygnowali z siebie i prywatnych interesów i stawili opór wewnętrznym wichrzycielom na poziomie lokalnych parafio i i diecezji. Anty-kościół dodatkowo bezcześci Kościół Chrystusa, wspierając tendencje feministyczne w wierzących kobietach.

Cierpiący Chrystus mógł być przynajmniej spokojny o niewiasty pośród swoich wyznawców, ufając, że nie rozpierzchną się one, niczym przestraszone króliki i nie zawiodą go. Trwały przy nim, aż do gorzkiego końca na górze Kalwarii. Dziś kościelny ruch kobiecy, dopuszczony do głosu, a czasem wręcz zachęcany przez anty-Kościół do działania, ma na celu zbezczeszczenie Ciała Kościoła w sakramencie Eucharystii, w świętych przykazaniach wiary, w drogocennej funkcji księdza, duszpasterza i nauczyciela.

Wszystko to również ma swój początek w kompleksie Judasza i jest częścią misterium nieprawości, które szerzy się na coraz większą skalę, w rzymskokatolickiej organizacji instytucjonalnej.

Ta całościowa manifestacja, niegdyś ukrytej mocy nieprawości, szalejącej we współczesnym kościele i będącej bezpośrednim rezultatem działań anty-Kościoła, nieomylnie wskazuje na początki, o ile nie na właściwy początek owego powszechnego odstępstwa od wiary, które św. Paweł wyraźnie przepowiada. Twierdzi zarazem, iż jest to preludium do ostatecznego nadejścia Narzędzia Przeznaczenia – Antychrysta.

Zmieniony ( 16.07.2019. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.