Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 5 gości
S T A R T arrow Kościół arrow Malachi Martin arrow Papież, który został heretykiem, automatycznie traci swój autorytet i władzę.
Thursday 22 August 2019 03:28:24.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Papież, który został heretykiem, automatycznie traci swój autorytet i władzę. Drukuj Email
Wpisał: Malachi Martin   
16.07.2019.

Kościół katolicki a „duch Watykanu II”.

Jak Kościół przetrwa?.

Papież, który został heretykiem, automatycznie traci swój autorytet i władzę.

Kompleks Judasza – cz II

Malachi Martin

[pisane w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. MD]


Wyniszczenie rzymskokatolickiej struktury instytucjonalnej jest już wysoce zaawansowane, (i z każdym kolejnym rokiem ulega powiększeniu). Natomiast Jan Paweł II i jego papieska biurokracja zostali zepchnięci w odosobnienie, które uniemożliwia skuteczne, codzienne kierowanie kościołem powszechnym. W związku z czym, całkiem prawdopodobne są teraz trzy przerażające scenariusze. Każdy z nich mógłby i najprawdopodobniej tak się stanie – doprowadzić do ostatecznej dezintegracji rzymskokatolickiej organizacji instytucjonalnej, funkcjonującej dotychczas, w znanej nam przez

ponad pięćset lat postaci.

W dniu, w którym pokaźne grono rzymskich katolików, duchowieństwa i laikatu, dojdzie do przekonania – słusznie bądź nie – że osoba zajmująca tron św. Piotra nie jest, i być może nigdy nie była, prawomocnie wybranym papieżem; tego dnia nieustannie, kawałek po kawałku, postępująca erozja

kościelnych struktur, zamieni się w cichy upadek całej organizacji. Podzielone już schizmą i wyniszczone herezjami ciało Kościoła stanie się korpusem bez głowy; skomplikowaną maszyną, która rozpada się na kawałki, ponieważ popękała jej zewnętrzna obudowa. Jedyną bowiem namacalną gwarancją rzymskich katolików, że dany człowiek naprawdę został papieżem, jest ofi -

cjalna gwarancja przeprowadzenia ważnych wyborów, na oficjalnym konklawe, składającym się z prawomocnych kardynałów. Wtedy wiara daje im pewność, że poprzez tego człowieka i jego poprzedników mają zarówno historyczną relację z Jezusem Chrystusem, założycielem Kościoła, jak i relację

nadprzyrodzoną z Chrystusem zasiadającym w pełnych Bożej chwały niebiosach. Legalność – czy też ważność, używając religijnego określenia – wyboru papieża zależy od ścisłego przestrzegania (na oczach świadków) różnorakich, widocznych procedur, nakreślonych w zasadach papieskiej elekcji.

Ostateczny rezultat – prawomocnie wybrany papież – ma miejsce dopiero po dobrowolnym wymówieniu przez papieża- elekta Accepto. To dlatego o kardynale Laurentim, który został papieżem-elektem na konklawe w lutym 1922 r., nigdy nie mówiono jak o papieżu: nie przyjął on pontyfikatu, pomimo

że został prawomocnie wybrany odpowiednią większością głosów. Nikt nie jest zobowiązany do przyjęcia Piotrowego Urzędu. Papież-elekt, który tego odmawia, nie musi się z takiej decyzji tłumaczyć, podobnie jak papież rezygnujący z urzędu nie musi wyjaśniać, dlaczego zrezygnował.

Co oznacza określenie „dobrowolnie”, kiedy mówimy, że papież-elekt musi dobrowolnie przyjąć lub odrzucić pontyfikat?

Weźmy za przykład konklawe w 1903 r., którego owocem był papież Pius X – wcześniej kardynał Giuseppe Melchiorre Sarto. Sarto nie był pierwszym wyborem sześćdziesięciu dwóch kardynałów elektorów. 1 sierpnia – pierwszego dnia konklawe, po jednym głosowaniu i przeliczeniu głosów stało

się jasne, że wymagana większość głosów (w tym przypadku dwadzieścia dziewięć; Sarto bowiem dostał ich tylko pięć w tamtej sesji) przypadła urodzonemu we Włoszech kardynałowi Mariano Rampolla del Tindaro. Gdyby Rampolli pozwolono, wymówiłby wymagane Accepto i automatycznie

zostałby papieżem. Nie było jednak zgody na jego pontyfi kat. W owych czasach cesarz Austrii, Franciszek Józef, miał nadany przez Watykan

przywilej wetowania papieża-elekta, który nie spełniał jego oczekiwań. Rampolla mu się nie podobał – dlaczego jednak? Tego już większość kardynałów elektorów nigdy się nie dowiedziała. Rzekomo chodziło o życiorys Rampolli, który był w politycznej opozycji wobec Austrii i wspierał Francję. Tak więc 2 sierpnia, pochodzący z Polski kardynał Jan Puzyna z Austro-Węgier, powstał i ogłosił na konklawe veto cesarza dla kandydatury Rampolli. Papież-elekt oraz pozostali kardynałowie elektorzy uznali austriacki sprzeciw, wiedzieli bowiem dobrze, jakie szkody pyszałkowaty Franciszek Józef mógłby wyrządzić duchowieństwu w Europie Środkowowschodniej, pozostającej pod

panowaniem Austro-Węgier. W tym więc znaczeniu Non accepto Rampolli było dobrowolne. On i pozostali kardynałowie dobrowolnie uznali veto. Nie mieli oczywiście swobody w kwestii potencjalnych trudności ze strony Franciszka Józefa. Nikt jednak nie twierdził, że niedoszły elekt jest prawdziwym papieżem, ani że Sarto – papież-elekt wybrany w kolejnej sesji – nie jest prawomocnym następcą św. Piotra. Dopiero w następnych latach ujawniono prawdziwe motywy, które kierowały vetem Franciszka Józefa. Mianowicie, został on wtajemniczony w ściśle skrywany sekret: kardynał

Rampolla był członkiem loży wolnomularskiej. Bez wątpienia cesarz miał prawo zawetować kandydata na papieża, który mu się nie spodobał. Rampolla i kardynałowie elektorzy zaakceptowali to prawo. Sytuacja wyglądałaby jednak zupełnie inaczej, gdyby papieskiej kandydaturze sprzeciwił się ktoś, kto nie miałby do tego prawa, kto groziłby końcem jego reputacji, śmiercią rodziny, a może i samego elekta, gdyby ten zaakceptował pontyfikat. Taka groźba byłaby niesłuszna, stanowiłaby bezpodstawne ograniczenie wolności kardynałów elektorów. W takim oto przypadku papież-elekt nie byłby pod żadnym względem wolny. Niesłuszna presja i przymus ograbiłyby go z jego wolności i pozbawiły Kościół prawomocnie wybranego papieża. W tym momencie może pojawić się wiele zawiłych kwestii. Na przykład, nie istnieje obecnie żadne mocarstwo ani jednostka, której Stolica Apostolska oficjalnie udzieliła prawa

weta wobec papieży-elektów. Jest jednak oddzielna kategoria osób spoza konklawe, które według Watykanu mają prawo być zainteresowane tożsamością nowego papieża. Obecni na konklawe kardynałowie elektorzy świadomi są, który z papieskich kandydatów jest persona non grata dla zainteresowanych stron z zewnątrz. Nie jest to weto w dawnym, formalnym

znaczeniu, jednak sympatie i antypatie osób trzecich są z pewnością brane pod uwagę. Stąd też, choćby teoretycznie, może pojawić się sytuacja, że należycie wybrany kandydat na papieża zostaje zawetowany. W takim przypadku – który nie jest tak całkowicie hipotetyczny, jak się wydaje – pojawiłoby się wiele trudnych pytań dotyczących wyboru kolejnego papieża-elekta na tym samym konklawe. Owe rozważania mogłyby się przerodzić w przekonanie, iż drugie wybory są nieważne, że Kościołowi zamydlono oczy, że wolność elektorów rzeczywiście została skuta w kajdany, a właściwy papież-elekt odstawiony na boczny tor.

Jeśli pokaźna część rzymskich katolików podzieliłaby takie przeświadczenie, mogłoby to pociągnąć za sobą przerażające konsekwencje dla kościelnej jedności. Istnieje druga możliwość, iż taka sama katastrofa w postaci dezintegracji zniszczy rzymskokatolicką organizację instytucjonalną,

gdyby znacząca większość duchowieństwa i laikatu, słusznie bądź nie, nabrała przekonania, że osoba piastująca aktualnie Urząd Piotrowy owszem, została prawomocnie wybrana, lecz z czasem stała się heretykiem i zaczęła aktywnie

lub biernie przyczyniać się do rozpadu Stolicy Apostolskiej. Papież bowiem, który został heretykiem, automatycznie traci swój autorytet i władzę.

W takiej sytuacji głównym powodem dezintegracji byłby brak jakiegokolwiek autorytatywnego głosu w strukturze kościelnej, który upewniłby katolików, czy ich papież popadł herezję czy też nie. Nie ma bowiem żadnego oficjalnego mechanizmu, który miałby prawo wydać osąd na temat papiestwa. Rzeczywiście formalny kodeks rzymskokatolicki

obejmujący prawo kościelne i prawo kanoniczne, wyraźnie zabrania, by ktokolwiek wydawał takowy osąd.

Tylko raz w tym stuleciu [XX] wydarzyła się sytuacja, kiedy papież Paweł VI podjął pierwsze kroki w kierunku, które według jego najbliższych doradców doprowadziłyby do oczywistej herezji. Zaczęło się od sposobu, w jaki Paweł VI zaproponował zmianę odwiecznego, najważniejszego ceremoniału rzymskiej mszy. Jak dowodzili jego współpracownicy, gdyby kiedykolwiek w kościele powszechnym wprowadzono pierwszą wersję nowego obrządku, skutecznie pozbawiłoby to mszę elementów, które zgodnie z dogmatem wiary są nieodzowne dla prawdziwego uobecnienia Ofiary Krzyżowej Jezusa Chrystusa. Przynajmniej dwóch kardynałów, Ottaviani i Bacci, jasno oświadczyło papieżowi Pawłowi VI i osobom z zewnątrz, iż jeśli nie porzuci on swych planów wprowadzenia nowego obrządku mszy świętej, nie zawahają się publicznie ogłosić go złożonym z Urzędu Piotrowego heretykiem.

Gotowi byli stwierdzić, że nowy ceremoniał cuchnie herezją. W ten sposób wierni nie mieliby dłużej obowiązku wierności i posłuszeństwa wobec Pawła VI; zakończyłby się jego pontyfikat. Gdy sprawy przybrały taki obrót, Paweł VI, pod złowieszczą groźbą ze strony dwóch wybitnych kardynałów, wycofał

się ze swej początkowej propozycji, oszczędzając tym samym Kościołowi nieprzyjemnych doświadczeń. Trzeba jednak zauważyć, że ani Ottaviani, ani Bacci, ani żaden z pozostałych duchownych w to zaangażowanych, nie mieli mocy prawnej, by grozić w taki sposób lub zrealizować swoje pogróżki. Wystarczyła sama groźba, by przestraszony Paweł VI wycofał się, modyfikując pierwszą wersję nowego obrządku w taki sposób, by usunąć najbardziej widoczne zmiany z oryginalnego tekstu, i kontr-grożąc kardynałowi Ottavianiemu pozbawieniem go święceń, dzięki czemu uniknął oficjalnej krytyki

ze strony hierarchii. Kryzys z 1967 r. nie wypłynął na światło dzienne.

Boleśnie piekąca zadra, mogła podzielić wiernych zarówno na zwolenników, jak i przeciwników papieża dla których jako domniemany heretyk, nie mógłby dłużej sprawować swej władzy. Nieuniknionym byłoby wyłonienie się dwóch

kościelnych organów, nawzajem się ścierających, z których każdy twierdziłby, że jest tym właściwym, ortodoksyjnym. Jeśli ci, którzy uznali ostatniego papieża za heretyka, chcieliby wybrać nowego (i to raczej ortodoksyjnego), lub też jeśli spora część katolików wymówiłaby posłuszeństwo oskarżanemu

papieżowi, rezultat w postaci dezintegracji oznaczałby masowy upadek wiary w papiestwo, a w efekcie zarzucono by tak katolickie praktyki, jak przestrzeganie katolickich zasad moralnych. Przyjęto by, wyśmiewaną przez Jana Pawła II, kawiarnianą” religię, a miliony współczesnych katolików na

Zachodzie zaczęłyby przebierać w katolicyzmie,wybierając dla siebie to, co im najbardziej odpowiada.

Jest jeszcze jedna możliwość rozwoju wydarzeń, która, gdyby wymknęła się spod kontroli, również mogłaby rozbić jedność struktury rzymskokatolickiej. Mowa o sytuacji, kiedy papieskie konklawe wybiera kandydata, którego polityka dąży do rozmycia jedności i zmiany organizacji Kościoła przez zarzucenie piastowania funkcji namiestnika Chrystusowego

przywileju, w oparciu o który zbudowana jest strukturalna jedność katolicyzmu. Takie posunięcie oznaczałoby także pozbawienie czterech tysięcy biskupów kolegialnego posłuszeństwa wobec papiestwa, na czym jak dotąd bazuje ich struktura. Wszystko to oznaczałoby nową funkcję dla biskupa

Rzymu, z pewnością nie tę tradycyjną; pociąga to za sobą także nowe stosunki pomiędzy biskupami (łącznie z biskupem Rzymu).

Jeśli ktokolwiek wątpi, czy taka ewentualność może mieć miejsce, przypomnijmy, że w latach czterdziestych i pięćdziesiątych nikomu by się nawet nie śniło, że papież z lat sześćdziesiątych podejmie próbę całkowitego pozbycia się elementów, które gwarantują obecność centralnego wydarzenia mszy świętej; mianowicie, uosobienia Ofiary Krzyżowej Chrystusa. Jednak taka sytuacja, według wiarygodnych źródeł, miała miejsce.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powinno się sądzić, iż nakreślona powyżej trzecia możliwość jest mało prawdopodobna. Poważne, bezstronne spojrzenie na obecną sytuację, szybko ujawni ponurą rzeczywistość rzymskiego katolicyzmu: na lokalnym poziomie parafi i i diecezji oraz na poziomie zwierzchnictwa – papiestwa i papieskiej posługi wszędzie tam obecne są wszystkie negatywne elementy, wystarczające, by owe przerażające wydarzenia ziściły się.

W praktyce natomiast, okaże się, że wspomniane negatywne elementy są już bardzo aktywne, i to na wielką skalę. Wszędzie – w parafi ach i diecezjach, pośród biskupów i księży, zakonników i laikatu – odnaleźć można niewzruszone przekonanie, że przed II Soborem Watykańskim istniał

jeden kościół rzymskokatolicki – kościół „przedsoborowy”; przestał on jednak istnieć, a jego miejsce zabrał kościół „soborowy”, ożywiany „duchem Watykanu II”, którego nie nazywa się już „kościołem rzymskokatolickim”, lecz zamiast

tego stosowane jest albo biblijne określenie „lud Boży”, albo zwyczajna, mało precyzyjna nazwa „Kościół”. Okazuje się, że w oczach biskupa, księdza, zakonnika i osoby świeckiej oba „Kościoły” drastycznie się od siebie

różnią – w czterech ważnych kwestiach. „Kościół soborowy” nie rości już pretensji do wyłącznego posiadania środków do wiecznego zbawienia. Niekatolicy i niechrześcijanie mają równe prawo twierdzić, że posiadają takowe środki w ramach swej własnej religii – czy też „sposobu życia”, jeśli akurat nie

zaliczają się do osób wierzących. Wszyscy bowiem – katolicy, niekatolicy i niechrześcijanie – jesteśmy tylko pielgrzymami dążącymi do tego samego celu, aczkolwiek różnymi drogami. Po drugie, w ”kościele soborowym” źródłem religijnego oświecenia, przewodnictwa i autorytetu jest lokalna wspólnota wiary”. Poprawność wiary i poprawność postępowania moralnego już nie pochodzi od hierarchicznego ciała biskupów, podległych centralnej władzy jednego człowieka, biskupa Rzymu. Po trzecie, podstawową funkcją światowych skupisk „wspólnot wiary” jest współpraca z „ludzkością” w budowaniu i utrzymywaniu pokoju na świecie oraz pracy nad światową reformą wykorzystywania surowców naturalnych, tak by wyeliminować ucisk gospodarczy i imperializm polityczny. Po czwarte, dawne reguły kościoła rzymskokatolickiego dotyczące moralnego zachowania w życiowych sprawach – antykoncepcji, małżeństwie, śmierci, seksualności winny zostać po bratersku dostrojone do światopoglądu, praktyk i pragnień świata. W przeciwnym razie, jak członkowie Kościoła mogą twierdzić, że otworzyli się na swych ludzkich braci i siostry?

Te radykalne różnice pomiędzy oboma „kościołami” są owocem II Soboru Watykańskiego, którego postanowienia nieustannie cytuje się, jako uzasadnienie zaistniałych różnic. Tak też jest w istocie. Z łatwością można powołać się na soborowe dokumenty, aby uargumentować swojej tezy. Są

one ogólnikowo sformułowane, również w kwestiach wiary. A w przypadku co najmniej dwóch z nich, można odnaleźć stwierdzenia, które na pierwszy rzut oka zdają się być nie do pogodzenia zarówno z nauczaniem kościoła rzymskokatolickiego, jak i kolejnych papieży, aż do Jana XXIII.

Na poziomie papiestwa i papieskiej organizacji duszpasterskiej można odnaleźć elementy, które jednocześnie podsycają i chronią oraz pozostawiają pole do działania innowierczemu duchowi Watykanu II”, który panoszy się w lokalnych diecezjach i parafiach. Okazuje się, że dwóch papieży, Paweł VI

i Jan Paweł II, nie użyli swego najwyższego autorytetu, aby zapobiec zrodzeniu się tego ducha. A gdy już tak się stało, nie stawili mu czoła, mimo że tylko oni mogli to zrobić. Katolicy już od dawna spragnieni byli oświadczenia, opartego

na osobistym autorytecie Ojca Świętego oraz jego przywileju głoszenia ex cathedra. Oświadczenie to raz na zawsze i bez dwuznaczności wyjaśniłoby wszystkim katolikom, chrześcijanom i całemu światu, który z dwóch „kościołów” jest tym ortodoksyjnym; który reprezentuje kościół rzymskokatolicki; jedyny prawdziwy Kościół, za którym stoi tylu papieży, tak

wielu męczenników i świętych. Innymi słowy, konieczna jest autorytatywna interpretacja oficjalnych dokumentów II Soboru Watykańskiego.

Jednak papieskie oświadczenie nie może sprowadzać się do samych słów. Kościół pełen jest słów, dokumentów, programów i raportów, odkąd skończył się II Sobór Watykański. Katolickie prawo powinno zostać ponownie wyegzekwowane przy pomocy dobrze nam znanych, tradycyjnych środków:

ekskomuniki, odsunięcia od ofi cjalnych stanowisk, imiennego nazwania wszystkich – księży, teologów, zakonników, osób świeckich – którzy nie przyjęli papieskiego oświadczenia. Obaj papieże nie postąpili w ten sposób. Swe zaniechanie tłumaczyli pilniejszymi i ważniejszymi sprawami – takie były

przynajmniej próby wyjaśnień. Jednak rozrastający się i rozprzestrzeniający

coraz bardziej „duch Watykanu II” niesie ze sobą zgubne skutki, w postaci destrukcji rzymskokatolickiej organizacji instytucjonalnej. Jej ochrona jest kluczowym obowiązkiem, który obaj – jako zawiadujący Stolicą Apostolską

namiestnicy Chrystusa na ziemi – przysięgali wypełniać. To dlatego Pawła VI i Jana XXIII oskarżano o nadużycia w ich urzędzie. Osądzano ich, że biorą udział w śmiertelnej grze prowadzonej przez ludzi, którzy dążą do zlikwidowania

papiestwa i rzymskokatolickiej organizacji instytucjonalnej.

O ile nic nie powstrzyma ani nie zakłóci biegu wydarzeń, będą one wyglądały następująco: „duch Watykanu II” będzie stopniowo przenikał biskupie umysły, i jeśli papiestwo nie przeciwstawi się temu i nie zajmie wyrazistego stanowiska, nieuniknione jest, iż negatywne trendy, które w chwili obecnej dotyczą ograniczonej liczby dostojników kościelnych, będą się rozprzestrzeniać coraz dalej. Nikt nie wątpi, że kardynałowie, tacy jak Joseph Bernardin z Chicago, Basil Hume z Westminsteru, Godfried Danneels z Belgii, Paulo Evanisto Arns z Sao Paulo czy Roger Etchegeray z Francji, są zwolennikami ducha Watykanu II”.

Oczywiście są dziś kardynałowie, którzy wraz z kolejnymi, jeszcze nie desygnowanymi przez Jana Pawła II, wybiorą jego następcę. Przybędą oni na następne konklawe z kościelnej struktury, w której funkcjonowali przez przynajmniej dwadzieścia pięć lat; i w tym czasie nie tylko nie próbowali

ukrócić, walczyć czy choćby poprawić odchyleń wynikłych z „ducha Watykanu II”, lecz podsycali je pasywnie (poprzez swe zaniechanie), lub aktywnie (ponieważ podzielali tego samego ducha”). Przybędą z diecezji, gdzie większość biskupów nie chce i nie będzie chciała wiedzieć o niczym, co nie

jest spójne z „duchem Watykanu II”, który na dobre krąży już w ich parafiach.

O ile w ostatniej minucie nie wydarzy się jakiś cud, papieski kandydat, którego wybiorą, zostanie wyłoniony z ich grona; a celem jego polityki będzie oficjalne potwierdzenie i ostateczne ukoronowanie „ducha Watykanu II”.

Podstawą działania takiego kardynała, który prawomocnie został papieżem, będzie to, co dla Pawła VI i Jana Pawła II było tylko tymczasowym wybiegiem; a więc nie będzie egzekwował należnej mu z urzędu, przestarzałej władzy Piotrowej. Paweł VI publikował dokumenty II Soboru Watykańskiego i siedział z założonymi rękami, podczas gdy delegalizujące działania watykańskich dostojników i biskupów w różnych krajach dziesiątkowały jego Kościół. Jan Paweł II co i rusz sankcjonował soborowe postanowienia swymi zapewnieniami, iż ustalają one normy katolickiej wiary i postępowania.

Taka będzie podstawowa różnica pomiędzy Pawłem VI i Janem Pawłem II, oraz papieżem wybranym po śmierci tego ostatniego. Ograniczoność funkcji nowego biskupa Rzymu będzie wynikała z przekonania, że oryginalne papiestwo w postaci, w jakiej krzewiono je przez setki lat i dwie trzecie

dwudziestego wieku, było uwarunkowane panującymi czasami i wielusetletnią kulturą; teraz zaś czas już zmniejszyć jego znaczenie, by móc uwolnić „ducha Watykanu II”, który ukształtuje wizerunek Kościoła i dopasuje go do postępowego sposobu myślenia nowej, diametralnie innej epoki.

Rzymscy katolicy będą świadkami spektaklu, w którym prawomocnie wybrany papież odetnie kościelną organizację od tradycyjnej jedności i zorientowanej na papiestwo apostolskiej struktury, w którą Kościół jak dotąd nieprzerwanie wierzył i nauczał, iż ustanowił ją Bóg. W dniu, w którym to nastąpi, rzymskokatolicką organizacją wstrząsną śmiertelne drgawki. Ten ból zgotują Kościołowi jego właśni przywódcy i członkowie. Nie nastąpi on z ręki zewnętrznego wroga. Wielu wierzących zaakceptuje nowy ustrój; wielu nie. Wszyscy będą podzieleni. Nikt na ziemi nie będzie w stanie utrzymać ich razem w jednej, zwartej, rzymskokatolickiej organizacji. Po raz pierwszy człowiek będzie mógł zadać sobie pytanie: gdzie się podziała widzialna struktura Kościoła założonego przez Chrystusa? Nie będzie można jej dostrzec. Kościół będzie w takim samym stanie, jak w dniu, w którym apostoł Filip spotkał na drodze z Jerozolimy do Gazy etiopskiego dworzanina i, gdy okazało się, że ten człowiek otrzymał łaskę wiary w Boga, ochrzcił go

w źródle przy drodze. Potem odszedł, a Etiopczyk kontynuował swą wędrówkę. Był już żywym członkiem Kościoła Chrystusowego, uczestnikiem mistycznego ciała Jezusa tak samo jak którykolwiek chrześcijanin tysiąc lat później, ochrzczony w jednej z europejskich katedr i zapisany w rejestrach

jako członek widzialnej struktury kościelnej, skupionej wokół katedry.

Jednak ów etiopski dworzanin nie miał żadnej takowej struktury. Właściwie poprzez ową prostą ceremonię, podczas której wraz z apostołem Filipem wkroczył do przydrożnego strumienia i przyjął chrzest w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, dołączył on do rodzącego się chrześcijańskiego podziemia, którego pogrom już organizowały lokalne władze żydowskie, dowodzone przez gorliwego faryzeusza Saula z Tarsu. On to, jak mówi ten sam rozdział Dziejów Apostolskich, w którym opisano chrzest Etiopczyka, „niszczył

Kościół, wchodząc do domów porywał mężczyzn i kobiety, i wtrącał do więzienia”.

Nieważne bowiem, gdzie i w jaki sposób przetrwa Kościół założony przez Chrystusa; ważne jest, że będzie żył dalej, że brutalnej sile Piekieł nie uda się go pokonać. Zaś następca św. Piotra, niezależnie kto nim będzie podczas tych strasznych dni, wreszcie się nawróci i, jak przepowiedział Jezus po swym zmartwychwstaniu, odbuduje wiarę biskupów i ludu w Kościół Chrystusowy i przywróci jej duchową siłę.

Zmieniony ( 16.07.2019. )
 
następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.