Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 33 gości
S T A R T arrow Kościół arrow Malachi Martin arrow Dom smagany wiatrem (drugi urywek)
Monday 15 October 2018 23:46:29.26.
migawki
==================
MateuszekM stoi se na Kasprowym i chwali się w TV tym, że wykupił Kolejkę. Ale za NASZE pieniądze więc chcemy wiedzieć, za ile sprzedali, a za ile odebrali - Nie wolno mówić?

 
W Y S Z U K I W A R K A
Dom smagany wiatrem (drugi urywek) Drukuj Email
Wpisał: ks. Malachi Martin   
19.11.2010.

Dom smagany wiatrem

 

Malachi Martin

Powieść watykańska

Dedykowane papieżowi Piusowi V

na cześć Maryi

Królowej Różańca Świętego

 

(drugi wyjątek. Poniżej rozwiązanie pseudonimów:

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=1822&Itemid=46 )

 

 

1978

 

Dla papieża, który przybrał imię Apostoła, lato 1978 roku miało być ostatnim na tej ziemi. Zmęczony trudami piętnastoletnich rządów oraz cierpieniem fizycznym związanym z długotrwałą chorobą, 6 sierpnia został zabrany przed swego Boga z głównej siedziby władzy w Kościele rzymskokatolickim.

Podczas sede vacante - kiedy tron Piotrowy jest pusty - praktyczne sprawy Kościoła Powszechnego prowadzi kardynał kamerling, inaczej szambelan papieski. W tym przypadku był nim ów nieszczęsny sekretarz stanu, Jego Eminencja kardynał Jean-Claude de Vincennes, który, jak wieść niosła, rządził Kościołem nawet za życia papieża.

Ten wysoki, szczupły mężczyzna obdarzony był przez naturę dużą dozą galijskiego sprytu. Jego maniery obejmowały całą gamę zachowań - od zgryźliwości po protekcjonizm, dzięki czemu potrafił stworzyć odpowiednią atmosferę zarówno dla arystokratów, jak i podwładnych. Ostre rysy twarzy dobrze harmonizowały z wybitnym stanowiskiem, jakie zajmował w watykańskiej administracji.

Z natury rzeczy w czasie sede vacante na szambelana spadają liczne obowiązki, a czasu jest mało. Jednym z ważniejszych zadań jest staranne uporządkowanie osobistych papierów i dokumentów pozostałych po zmarłym papieżu.  Oficjalnym celem tych działań jest wyłuskanie spraw niedokończonych przez zmarłego. Nieoficjalnym produktem ubocznym jest szansa poznania z pierwszej ręki najskrytszych myśli ostatniego papieża na temat bolączek Kościoła.

W normalnych warunkach Jego Eminencja dokonałby przeglądu papierów po zmarłym papieżu zanim zbierze się konklawe, by wybrać jego następcę. Lecz przygotowania do sierpniowego konklawe całkowicie pochłonęły jego energię i uwagę. Od wyniku konklawe - a dokładniej od osobowości człowieka, który je opuści jako nowy papież - zależało bowiem powodzenie misternego planu, jaki w ciągu ostatnich dwudziestu lat przygotował kardynał Vincennes wraz z podobnie myślącymi kolegami w Watykanie i na całym świecie.

Ludzie ci byli zwolennikami nowego modelu papiestwa i Kościoła rzymskokatolickiego. W ich mniemaniu papież i Kościół nie mogą dłużej stać z boku, zachęcając ludzkość, by przystąpiła do owczarni katolicyzmu. Nadszedł czas, by zarówno papiestwo, jak i Kościół jako instytucja włączył się w zbiorowy wysiłek ludzkości ku zbudowaniu lepszego świata dla każdego. Nadszedł czas, by Kościół odrzucił zasadę dogmatów i przestał postrzegać siebie jako absolutnego i wyłącznego posiadacza prawdy ostatecznej.

Plany te nie mogły być rzecz jasna opracowane w swoistej próżni odizolowanej od świata wewnętrznej polityki Watykanu. Nie znaczy to jednak, że kardynał sekretarz przyjmował tylko idee płynące z zewnątrz. On i jego watykańscy towarzysze o podobnych zapatrywaniach zawarli pakt z ze świeckimi liderami ruchu. Mocą tego paktu wspólnie, każdy we właściwym sobie obszarze, pracowali dla urzeczywistnienia pożądanej fundamentalnej transformacji Kościoła i papiestwa.

Zgadzali się co do tego, że po śmierci papieża nadszedł odpowiedni moment, by konklawe wybrało jakiegoś poczciwca na następcę na stolicy Piotrowej. Znając zręczność kardynała Vincennesa, nikt nie wątpił, że taki właśnie odpowiedni człowiek opuści jako zwycięzca - nowy papież - sierpniowe konklawe 1978 roku.

Nic więc dziwnego, że mając w perspektywie taki sukces, kardynał odłożył wszystko inne na bok, nie wyłączając osobistych papierów zmarłego papieża. Gruba koperta z tłoczonym papieskim herbem leżała nietknięta w osobnej szufladzie w biurku kardynała.

Okazało się jednak, że sekretarz stanu całkowicie się przeliczył. Kardynałowie elektorzy, zamknięci na klucz w sali obrad, wybrali na papieża człowieka najzupełniej nieodpowiedniego. Człowieka wrogo nastawionego do planów ukutych przez kardynała kamerlinga i jego towarzyszy. Chyba nikt w Watykanie nie zapomni tego dnia. Vincennes dosłownie wypadł z sali, gdy tylko przekręcono klucz w drzwiach, uwalniając elektorów. Nie dbając o zwyczajowe ogłoszenie zakończenia "błogosławionego konklawe", wpadł do swoich prywatnych apartamentów niczym anioł pomsty.

O tym, jak poważny błąd popełnił z tym konklawe, kardynał sekretarz stanu Vincennes przekonał się już w pierwszych tygodniach urzędowania nowego papieża. A były to tygodnie  wielkiej frustracji. Tygodnie nieustannych utarczek słownych z papieżem i gorących dyskusji w gronie zaufanych ludzi. W obliczu niebezpieczeństwa, jakie niósł każdy kolejny dzień, zapomniano o zabezpieczeniu papierów po zmarłym. Kardynał Vincennes nie był w stanie przedłożyć swoim towarzyszom przewidywanych działań i reakcji nowego człowieka na tronie świętego Piotra. Jego Eminencja stracił kontrolę nad biegiem wydarzeń.

A potem ludźmi owładnęła niepewność i strach, gdy stała się rzecz najzupełniej nieoczekiwana. Oto w trzydziestym trzecim dniu po elekcji nowy papież zmarł, Rzym i świat zatrząsł się od plotek.

Kiedy papiery nowo zmarłego papieża zebrano do drugiej koperty z wytłoczonym herbem papieskim, kardynał nie miał już wyboru: musiał zająć się nią, a przy okazji tą poprzednią. Lecz pora była niesprzyjająca. Organizacji nowego konklawe w październiku przyświecała jedna myśl: trzeba było naprawić błąd popełniony w sierpniu. Dano mu jeszcze jedną szansę. Był najzupełniej pewien, że jego życie zależy od tego, czy potrafi ją właściwie wykorzystać. Tym razem dopilnuje, by wybrano uległego papieża.

Lecz zły los go prześladował. Mimo gargantuicznych wysiłków, wynik październikowego konklawe był dla niego równie katastrofalny, co sierpniowego. Uparci elektorzy i tym razem wybrali człowieka niemiłego pod każdym możliwym względem. Gdyby okoliczności na to pozwalały, Jego Eminencja z pewnością poświęciłby czas wyświetleniu zagadki, co poszło nie tak w obu konklawe. Lecz właśnie czasu brakowało mu najbardziej.

Kiedy w ciągu niewielu miesięcy trzeci człowiek zasiadł na papieskim tronie, nie można było dłużej odwlekać przejrzenia zawartości dwu kopert z herbem papieskim. Choć osaczony, jak lis w norze, Jego Eminencja nie miał zamiaru wypuścić z rąk obu kopert, zanim nie zapozna się z ich treścią.

 

Przegląd miał miejsce pewnego październikowego ranka przy owalnym stole konferencyjnym w obszernym gabinecie kardynała. Mieszczące się zaledwie  kilka metrów od gabinetu papieża na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego, z palladiańskimi oknami utkwionymi wieczyście w placu świętego Piotra i rozpościerającej się za nim szerokiej panoramie niby oczy bez powiek - pomieszczenie to stanowiło tylko jedną z zewnętrznych oznak globalnej władzy kardynała.

Jak nakazywał zwyczaj, kardynał zaprosił dwóch ludzi jako świadków i pomocników. Pierwszy z nich - arcybiskup Silvio Aureatini - stosunkowo młody człowiek o utrwalonej już jednakże pozycji i dużo większych ambicjach - był typem czujnego, bystrego północnego Włocha. Jego ptasia twarz wydawała się cała zwężać się w kulminacyjny punkt, jaki stanowił koniec wydatnego nosa, niby ostro zatemperowany ołówek.

Drugi mężczyzna - ksiądz Aldo Carnesecca - był zwykłym, nic nie znaczącym duchownym, który  przeżył cztery pontyfikaty i dwukrotnie brał udział w przeglądzie papierów zmarłych papieży. Był ceniony przez przełożonych jako "zaufany człowiek". Wymizerowany, siwowłosy mężczyzna o spokojnym głosie i nieokreślonym wieku, był dokładnie tym, na co wskazywał wyraz jego twarzy, wytarta sutanna i bezosobowe zachowanie - zawodowym podwładnym.

Tacy ludzie, jak ksiądz Carnesecca, przychodzą do Watykanu z wielkimi ambicjami. Lecz nie mając w sobie ducha stronniczości i nienawiści, zbyt ceniąc sobie moralność, by wznosić się po trupach na kolejny szczebelek, a zarazem niezdolni do kąsania ręki, która ich wykarmiła - tacy ludzie poprzestają na podstawowej, żywionej przez całe życie ambicji, która ich tu sprowadziła - ambicji bycia rzymianinem.

Zamiast poświęcać swoje zasady lub przeżywać gorycz utraty złudzeń, watykańscy carneseccowie starają się wykorzystać do maksimum swoją niską pozycję. Pozostają na stanowisku przez kolejne pontyfikaty. Nie żywiąc żadnych osobistych ambicji, nie mając wpływu na bieg wypadków, gromadzą dokładną wiedzę  o ważnych wydarzeniach, przyjaźniach, incydentach i decyzjach. Stają się ekspertami od wzlotów i upadków możnych. Drzewa nie przesłaniają im lasu. Jak na ironię więc człowiekiem najlepiej przygotowanym do przeglądu papieskich dokumentów tego październikowego ranka nie był ani kardynał Vincennes, ani arcybiskup Aureatini, lecz właśnie ksiądz Carnesecca.

 

Na początku przegląd przebiegał gładko. Po piętnastu latach pontyfikatu można się było spodziewać, że koperta pierwszego ze zmarłych papieży będzie bardzo gruba. Tymczasem większą część zawartości stanowiły kopie notatek służbowych wymienianych między papieżem a jego eminencją i większość tych tekstów była już kardynałowi znana. Podsuwając swym dwóm towarzyszom kolejne strony, Vincennes dzielił się z nimi nasuwającymi mu się uwagami. Zasypywał ich komentarzami do nazwisk pojawiających się w notatkach. To ten szwajcarski arcybiskup, któremu wydawało się, że potrafi zażyć Rzym. To ten brazylijski biskup, który odmówił uznania zmian w mszale. A to znów watykańscy kardynałowie tradycjonaliści, których władzę złamał. Tu znów europejscy teologowie tradycjonaliści, których bezpowrotnie usunął w cień.

W końcu pozostało do przejrzenia tylko pięć dokumentów, nim będą mogli przejść do drugiej teczki. Każdy z nich znajdował się w osobnej zapieczętowanej kopercie z adnotacją: "Personalissimo e Confidenzialissimo". Spośród tych pięciu kopert cztery - przeznaczone dla rodziny - nie przedstawiały żadnej wartości, prócz tego, że kardynał nie mógł przeboleć, że nie pozna ich zawartości. Ostatnia opatrzona była dodatkową adnotacją: "Dla Naszego Następcy na Stolicy Piotrowej". Słowa te, napisane bez wątpienia ręką starego papieża, nadawały dokumentom przechowywanym w kopercie status papierów  przeznaczonych tylko dla oczu nowo wybranego młodego słowiańskiego papieża. Dzień powstania zapiski - 3 lipca 1975 - pozostał w pamięci kardynała jako wyjątkowo beztroski w jego stale napiętych relacjach z Jego Świątobliwością.

Nagle jednak uwagę jego eminencji przykuł inny szczegół: nie tyle prawdopodobny,  co niewątpliwy fakt, że koperta była otwierana. To niewiarygodne, ale koperta naprawdę została przecięta u góry i otwarta. Było więc jasne, że ktoś zapoznał się z treścią dokumentow. Równie oczywiste było to, że koperta została następnie sklejona skoczem. Nowa pieczęć papieska i podpis zostały złożone przez następcę starego papieża. Przez tego papieża, który tak nagle umarł, a którego papiery wciąż jeszcze czekały na przegląd.

Ale to jeszcze nie wszystko. Bo oto druga notatka, napisana mniej znanym charakterem pisma młodszego papieża, głosiła: "Dotyczy stanu Świętej Matki Kościoła po 29 czerwca 1963".

Kardynał Vincennes na chwilę zapominał o swych dwóch towarzyszach przy owalnym stole. Cały świat skurczył się nagle do drobnych wymiarów koperty, którą obracał w ręce. Zgroza i dezorientacja na widok tej daty sparaliżowały jego umysł do tego stopnia, że zabrało mi chwilę, nim odczytał datę drugiego zapisu papieskiego: 28 września 1978. Pamiętny dzień śmierci tego drugiego papieża.

Kardynał zaniemówił, obmacując kopertę, jakby po jej grubości spodziewał się odgadnąć treść lub jak by się spodziewał, że koperta podszepnie mu rozwiązanie zagadki, w jaki sposób zniknęła z jego biurka i w jaki sposób do niego powróciła. Nie zwracając uwagi na księdza Cerneseccę - co nie było rzeczą trudną - w milczeniu podsunął kopertę Aureatiniemu.

Kiedy arcybiskup podniósł znad koperty nos w kształcie ostro zatemperowanego ołówka, kardynał ujrzał w jego oczach własną zgrozę i pomieszanie. Wyglądało to tak, jakby ci dwaj mężczyźnie nie patrzyli na siebie nawzajem, lecz wpatrywali się w jakąś wspólną pamięć, co do której byli przekonani, że jest tajna. Pamięć o początkowej chwili zwycięstwa. Pamięć o wydarzeniu w Bazylice św. Pawła za Murami. Pamięć o dniu, gdy zgromadzili się wraz z wielu innymi członkami falangi, by wznieść prastare inwokacje. Pamięć o tym pruskim delegacie czytającym ustawę instrukcyjną; kciukach nakłuwanych złotą pincetą; pieczętowaniu własną krwią ustawy autoryzacyjnej.

- Ależ, eminencjo... - wyrwało się Aureatiniemu, który pierwszy odzyskał głos, lecz nie zdolność myślenia. - W jaki sposób, do diabła, on mógł to...

- Tego nawet sam diabeł nie wie.

Nadludzkim wysiłkiem woli kardynał próbował zebrać myśli. Stanowczym ruchem ujął kopertę i trzasnął nią o stół, nie przejmując się zupełnie tym, co sobie pomyślą jego towarzysze. Wobec tak wielu niewiadomych musiał sobie odpowiedzieć na pytania kłębiące się w jego głowie.

W jaki sposób "trzydziestotrzydniowy papież" położył łapę na papierach swego poprzednika? Zdrada ze strony któregoś z jego własnych sekretarzy? Jego Eminencja mimo woli spojrzał na księdza Carneseccę. W jego umyśle ten zawodowy podwładny w czarnej sutannie reprezentował całą niższą klasę wyrobników watykańskiej administracji. Oczywiście, technicznie rzecz biorąc, papież miał prawo wglądu w każdy dokument sekretariatu stanu, lecz wszak nie okazał wobec Vincennesa żadnego zainteresowania w tej materii. A druga kwestia: co papież naprawdę widział? Czy miał w rękach całe dossier starego papieża i przeczytał wszystko? Czy tylko tę jedną kopertę z kluczową datą 29 czerwca 1963 roku, wypisaną na kopercie jego ręką? Jeśli to ostatnie było prawdą, w jaki sposób koperta wróciła do dossier? I, niezależnie od wersji wydarzeń - kto doprowadził wszystko do poprzedniego stanu w biurku kardynała? Kiedy ktoś mógł tego dokonać, nie zwracając na siebie uwagi?

Rzucił jeszcze raz wzrokiem na drugą datę wypisaną na kopercie: 28 września. Nagle wstał od stołu, podszedł do swojego biurka, wyjął dziennik i odnalazł żądaną datę. Tak, miał wtedy rutynową poranną odprawę u Ojca Świętego, w notatkach nie było jednak niczego podejrzanego. Po południu miał spotkanie z głównymi inspektorami Banku Watykańskiego; w tym punkcie też nie było niczego interesującego. Uwagę jego przyciągnęła jednak inna notatka. Był na obiedzie w ambasadzie kubańskiej wydanym na cześć jego przyjaciela i kolegi - odchodzącego ambasadora. Po obiedzie został na pogawędkę.

Kardynał podniósł słuchawkę interkomu i kazał sekretarzowi sprawdzić w grafiku, kto miał w tym dniu dyżur w recepcji sekretariatu stanu. Po chwili nadeszła odpowiedź. Wtedy wbił tępy wzrok w owalny stół. W tej chwili ksiądz Aldo Carnesecca stał się dla jego eminencji czymś o wiele więcej niż tylko symbolem watykańskiej kasty podwładnych. W tym krótkim czasie, jakiego potrzebował, by odłożyć słuchawkę interkomu i wrócić na swoje miejsce przy stole, w jego umysł wsączyło się zimne światło. Światło, w którym ujrzał swoją przeszłość i swoją przyszłość. W jakimś sensie się nawet uspokoił, kiedy skojarzył wszystkie fakty.  Jego długa nieobecność w sekretariacie 28 września. Carnesecca samotnie dyżurujący w porze sjesty. Vincennes widział wszystko jasno jak na dłoni. Wzięto go fortelem, został przechytrzony przez lisa o szczerej twarzy. Jego gra była skończona. Najlepsze, co mógł teraz zrobić, to zadbać o to, by ta podwójnie pieczętowana papieska koperta nigdy nie dotarła do rąk słowiańskiego papieża.

- Skończy pracę! - powiedział, spoglądając na Aureatiniego o wciąż poszarzałej twarzy i na nieporuszonego Carneseccę.

Miał teraz jasny umysł i odzyskał koncentrację. Suchym tonem, jakiego zawsze używał w stosunku do podwładnych, przekazał szereg decyzji kończących przegląd papieskich papierów. Carnesecca miał się zająć dostarczeniem adresatom czterech kopert adresowanych do krewnych. Resztę papierów Aureatini odniesie do watykańskich archiwów, gdzie pokryje je kurz zapomnienia. On sam zaś zajmie się podwójnie pieczętowaną kopertą.

Teraz eminencja szybko dokończył  przeglądu stosunkowo nielicznych papierów, jakie drugi papież zdołał zgromadzić w ciągu swoich krótkich rządów. Spokojny, że najważniejszy dokument tego papieża leży przed nim, przejrzał pobieżnie pozostałą zawartość teczki. Po kwadransie podsunął teczkę Aureatiniemu, który miał ją umieścić w archiwach.

 

Stojąc samotnie w jednym z podłużnych okien swego gabinetu, Vincennes ujrzał księdza Carneseccę, jak wyszedłszy z sekretariatu skierował kroki na dziedziniec św. Damazego. Śledził wątłą figurkę duchownego kierującego się przez Plac św. Piotra do Świętego Oficjum, gdzie ten kapłan spędzał większość dnia pracy. Przez dobre dziesięć minut obserwował niespieszny, lecz zawsze pewny i świadom celu krok duchownego. Doszedł do wniosku, że jeśli jest ktoś, kto jak najszybciej powinien spocząć w zbiorowej mogile, to jest nim Aldo Carnesecca. I nie musi tego nawet notować w dzienniku dla pamięci.

W końcu kardynał sekretarz stanu odwrócił się od okna i podszedł do biurka. Musiał wreszcie coś zrobić z tą podwójnie zapieczętowaną kopertą.

W historii papiestwa znane są przypadki, że ktoś upoważniony do tego miał wgląd nawet do dokumentów z adnotacją "Personalissimo e Confidentialissimo, nim całość papierów zmarłego papieża trafiała do archiwów. W tym wypadku jednak adnotacje nie jednego, ale aż dwóch papieży zdawały się wykluczać inne oczy, jak tylko papieskie. Były rzeczy, przed którymi cofał się nawet ktoś taki, jak Vincennes. Zresztą tak czy inaczej był pewien, że wie, czego dotyczą tajne papiery.

Z drugiej strony - dumał Jego Eminencja - można w różny sposób interpretować biblijną przestrogę: "Niechaj umarli grzebią swoich umarłych". Bez popdniecenia, ale i bez litowania się nad sobą - choć doskonale świadom czekającego go losu - podniósł jedną ręką słuchawkę, drugą ujmując kopertę.

Kiedy zgłosił się arcybiskup Aureatini, Vincennes wydał ostatnie polecenie dotyczące przeglądu:

- Zapomniał ekscelencja jednego dokumentu dla archiwisty. Proszę po niego przyjść. Ja sam porozmawiam o tym z archiwistą.

 

Niewczesna śmierć jego eminencji sekretarza stanu, kardynała Jeana-Claude'a de Vincennesa nastąpiła w wyniku niefortunnego wypadku samochodowego, który wydarzył się 19 marca 1979 roku w pobliżu miejscowości Mablon w południowej Francji - miejsca urodzenia kardynała. Niewątpliwie najbardziej sucha ze wszystkich notatek mówiącej światu o tej tragedii była ta umieszczona w Roczniku Papieskim z roku 1980. W tym opasłym informatorze, zawierającym dane osobowe i inne praktyczne informacje, na liście ostatnio zmarłych książąt Kościoła pojawiło się tylko nazwisko kardynała, bez jakiegokolwiek komentarza.

 

Część pierwsza

 

Wieczór papiestwa

 

Śmiałe plany...

 

I

 

Nikt w Watykanie nie był zaskoczony, kiedy z początkiem maja Ojciec Święty wybrał się za granicę z kolejną wizytą pasterską. Ostatecznie była to tylko jedna z niezliczonych pielgrzymek, jakie odbył do ponad siedemdziesięciu krajów od czasu swojej elekcji w 1978 roku.

Przez te ponad dziesięć lat słowiański papież zamienił bowiem swój pontyfikat w jedną wielką pielgrzymkę do świata. W tym czasie widziało go lub słyszało, osobiście lub za pośrednictwem mediów, około trzy miliardy ludzi. Spotkał się dziesiątkami przywódców państw. Jak nikt inny znał kraje tych przywódców i języki, jakimi mówi ich ludność. Imponował wszystkim jako człowiek bez uprzedzeń wobec kogokolwiek. Zarówno politycy, jak i zwykli ludzie na cały. świecie uznawali w nim również przywódcę. Widzieli w nim człowieka zatroskanego o bezradnych, bezdomnych, bezrobotnych, ofiary wojny. Człowieka troszczącego się o tych, którym odmawia się prawa do życia - ofiary aborcji oraz dzieci, które rodzą się tylko po to, by umrzeć z głodu i chorób. O te miliony ludzi skazane na śmierć głodową zawinioną przez rządy Somalii, Etiopii, Sudanu. O ludność Afganistanu, Kambodży i Kuwejtu, które to kraje zamieniono w pola minowe.

Jednym słowem słowiański papież stał się krystalicznie czystym zwierciadłem, ukazującym realną nędzę narodów realnego świata.

W porównaniu z tymi nadludzkimi wysiłkami papieski wypad zaplanowany na sobotni poranek miał być tylko krótkim epizodem. Miała to być pasterska wizyta w sanktuarium w Sainte Baume, wysoko w Alpach francuskich na Lazurowym Wybrzeżu. Papież miał tam przewodniczyć tradycyjnym obchodom ku czci św. Marii Magdaleny, która według legendy spędziła w jaskini trzydzieści lat jako pustelnica i pokutnica.

W Sekretariacie Stanu krążył uszczypliwy żart o "jeszcze jednej pobożnej wycieczce Jego Świątobliwości", czemu trudno się było dziwić, zważywszy na trud, jaki trzeba było wkładać w niekończące się peregrynacje papieskie.

Sobotni ranek w dniu wyjazdu papieża do Sainte Baume wstał rześki i słoneczny. Kiedy papieski sekretarz stanu Cosimo Maestroianni wyszedł w towarzystwie papieża i jego nielicznej świty z jednego z portali Pałacu Apostolskiego, kierując się do watykańskiego lądowiska dla śmigłowców,  bynajmniej nie był w nastroju do żartów, niechby nawet uszczypliwych. Zresztą jak wiadomo nie miał poczucia humoru. Jego Eminencja odczuł jednak pewną ulgę na myśl, że gdy już - jak tego wymagał protokół i  przyzwoitość - wyśle Ojca Świętego bezpiecznie w podróż, będzie miał kilka cennych dni tylko dla siebie.

Nie żeby kardynał Maestroianni miał zaległości. Ale akurat w tej chwili czas był dla niego na wagę złota. Jakkolwiek nie zostało to jeszcze podane do wiadomości publicznej, na mocy wcześniejszych uzgodnień ze słowiańskim papieżem kardynał miał wkrótce opuścić stanowisko sekretarza stanu. Wraz z kolegami zatroszczył się wprawdzie o to, by nawet po przejściu na emeryturę  miał dostęp do najwyższych szczebli władzy watykańskiej. Jego następca - już wybrany przez papieża - nie był niewiadomą; nie był to wprawdzie człowiek idealny, ale taki, z którym da się żyć. Mimo to pewne rzeczy lepiej było załatwić teraz, dopóki jeszcze piastuje ten wysoki urząd. Przed zakończeniem oficjalnej kadencji szefa watykańskiego sekretariatu stanu Jego Eminencja musiał jeszcze uporać się z trzema niezwykle ważnymi zadaniami. Każde z nich było ważne na inny sposób. Tu jeszcze odrobinę popchnąć sprawę, tam zrobić jeszcze parę kroczków - i będzie spokojny, że koła raz puszczonego w ruch nikt już nie zatrzyma.

To było teraz najważniejsze. A czas uciekał...

Papież i kardynał w towarzystwie nieodłącznych gwardzistów, wyprzedzając świtę papieską z idącym na końcu osobistym sekretarzem papieskim Danielem Sadowskim -  posuwali się do przodu jak dwa konie w nierównym zaprzęgu. Drobiąc obok papieża na swoich krótkich nóżkach, robiąc dwa kroki na jeden krok Jego Świątobliwości, Jego Eminencja szybko zrekapitulował główne punkty rozpoczynającej się pielgrzymki i pożegnał Ojca Świętego słowami:

- Niechaj Wasza Świątobliwość uprosi nam łaski Świętej.

 

Wracając w błogosławionej samotności do Pałacu Apostolskiego, kardynał Maestroianni zatrzymał się na chwilę w cudownych ogrodach papieskich, by zebrać myśli. Człowiek przyzwyczajony do Watykanu i globalnej władzy miał o czym myśleć, zwłaszcza w przededniu odejścia ze stanowiska. Zresztą nie była to strata czasu. Kardynał snuł niezwykle pożyteczne rozważania. Rozważania o zmianach. I o jedności.

Jego Eminencja miał wrażenie, że wszystko w jego życiu i wszystkie światowe wydarzenia w ten czy inny sposób obracały się zawsze wokół procesu zmian, a także wokół oblicza i sensu jedności. W każdym razie teraz, z perspektywy czasu, Jego Eminencja widział jasno, że już w latach pięćdziesiątych, kiedy podejmował służbę dyplomatyczną jako młody, ambitny kleryk, zmiana była jedyną rzeczą stałą w świecie.

Przypomniał sobie ostatnią, długą rozmowę ze swym wieloletnim mentorem, kardynałem Jeanem-Claude'em de Vincennes'em. Było to w tych samych ogrodach pewnego zimowego dnia 1979 roku. Vincennes tkwił wówczas po uszy w planach pierwszej podróży papieskiej poza Watykan - wizyty w rodzinnych kraju po niespodziewanym  wyborze na Stolicę Piotrową.

Większość obserwatorów światowym postrzegała tę podróż - zarówno przed, jak i po jej zakończeniu - jako nostalgiczny powrót do ojczystego kraju i ostateczne pożegnanie wybitnego syna tej ziemi. Większość - lecz nie Vincennes. W czasie tej rozmowy, która odbyła się tyle lat temu, Maestroianniemu nastrój Vincennes'a wydał się dziwny. Jak zawsze, gdy chciał wbić do głowy swojemu protegowanemu jakąś ważną myśl, kardynał wdał się z nim w pozornie lekką pogawędkę. Opowiadał o swoim "dniu" w służbie watykańskiej. Vincennes nazywał ten okres Dniem Pierwszym - a chodziło o długi, monotonny okres zimnej wojny. Maestroianniego uderzył jakby świadomie proroczy ton wynurzeń mentora, który zdawał się sugerować bliski koniec tej ery, i to w wielorakim sensie.

- Szczerze mówiąc - wyznał tamtego dnia kardynał - rola Europy w tym Dniu Pierwszym sprowadzała się do najważniejszego, lecz najzupełniej bezsilnego pionka w śmiertelnej grze międzynarodowej. Ta gra określana była mianem zimnej wojny. Żyliśmy w ciągłej obawie, że każdego dnia może rozpętać się atomowe piekło.

Nawet bez retoryki mistrza Maestroianni rozumiał te sprawy. Zawsze pilnie uczył się historii. A poczynając od roku 1979 zdobył własne doświadczenie w pertraktacjach z zimnowojennymi rządami i światowymi ośrodkami władzy. Wiedział, że groźba zimnej wojny dręczyła wszystkich - tak przedstawicieli rządów, jak i ludność. Nawet te sześć zachodnich krajów, których ministrowie podpisali w roku 1957 Traktat Rzymski, dzięki czemu zacieśniły one wzajemne więzy, tworząc Wspólnotę Europejską - w swoich planach i posunięciach bez przerwy musiały uwzględniać zimnowojenne zagrożenia.

W ocenie Maestroianniego na początku roku 1979 nic nie wskazywało jednak na to, by geopolityczna rzeczywistość zimnej wojny - nazwana przez Vincennes'a Dniem Pierwszym - miała ulec jakimkolwiek zmianom. Dlatego tak mocno uderzyło go przeświadczenie Vincenne'a, że Dzień Pierwszy ma się ku końcowi. Jeszcze dziwniejsze było to, że zdawał się on oczekiwać, iż to właśnie ów słowiański intruz na tronie papieskim będzie - jak się wyraził - "aniołem zmian".

- Nie daj się zmylić pozorom - powiedział Vincennes z naciskiem. - Ten człowiek jest postrzegany przez wielu jako bełkotliwy poeta filozof, który przez pomyłkę został papieżem. A tymczasem jego żywioł - obojętne, czy myśli, je, śpi czy śni - to geopolityka. Widziałem jego szkice przemówień, jakie ma wygłosić w Warszawie i Krakowie. Zadałem sobie trud przeczytania niektórych jego wcześniejszych wystąpień. Otóż od 1976 roku bez przerwy mówi o nieuchronności zmian. O nadchodzącym pędzie narodów do Nowego Porządku Świata.

Maestroianni z wrażenia aż się zatrzymał.

- Tak - potwierdził Vincennes, spoglądając z wysokości swojego wzrostu na  niższego towarzysza. - Tak, nie przesłyszałeś się. On też czuje, że nadchodzi Nowy Porządek Świata. I jeśli dobrze rozumiem intencje jego powrotu do  ojczystego kraju, to wystąpi on tam jako herold końca Dnia Pierwszego. A jeśli to prawda, wkrótce zaświata nam Dzień Drugi. A kiedy to nastąpi - jeśli przeczucie mnie nie myli - ten słowiański papież będzie biegł na czele pochodu. A wtedy ty, mój przyjacielu, musisz biec jeszcze szybciej, zataczając koła wokół naszego Ojca Świętego.

Podwójnie zaskoczony, Maestroianni nie mógł pozbierać myśli. Po pierwsze Vincennes mówił tak, jakby wyłączał samego siebie z Dnia Drugiego; jakby dawał mu instrukcje jako swojemu następcy. A po drugie nie mógł pojąć, jak Vincennes mógł zakładać, że ten Słowianin, tak zdawałoby się nie nadający się na papieża, mógł odegrać znaczącą rolę w polityce światowej.

Jakże innym człowiekiem był teraz Maestroianni, kiedy wracając do Pałacu Apostolskiego, zatrzymał się na kilka chwil refleksji w ogrodach watykańskich. Głos Vincennes'a umilkł dwanaście lat temu, lecz te ogrody się nie zmieniły, świadcząc milcząco o tym, jak trafne było jego proroctwo.

Dzień Drugi nadszedł tak niepostrzeżenie, że przywódcy na Wschodzie i na Zachodzie potrzebowali dużo czasu, by zrozumieć to, co Vincennes zrozumiał w lot, czytając wcześniejsze przemówienia tego Polaka, który teraz jest papieżem. Powoli najbystrzejsi z dzieci mamony zaczęli rozumieć, co papież wbija im do głowy tym swoim nieoskarżycielskim, lecz stanowczym stylem.

Rzucając skuteczne wyzwanie przywódcom Wschodu na ich własnym terenie, w trakcie pielgrzymki do ojczystego kraju papież uruchomił siły, które doprowadziły do jednej z największych zmian geopolitycznych w historii świata. Okazało się jednak, że przywódcy Zachodu nie byli w stanie podążyć w kierunku wskazywanym przez słowiańskiego papieża. Byli bowiem pewni, że punktem podparcia dla zmian na globie ziemskim będzie ich maleńka i sztuczna zachodnioeuropejska enklawa. Dlatego trudno im było uwierzyć, że epicentrum zmian leży w zniewolonych krajach między Odrą a wschodnimi granicami Ukrainy.

Jakkolwiek nieprzekonani słowami papieża, przywódcy zachodni musieli w końcu uwierzyć faktom. A kiedy wreszcie uwierzyli, gorączkowo włączyli się w nowy prąd historycznych zmian. W roku 1988 maleńka niegdyś Wspólnota Europejska rozrosła się do dwunastu państw członkowskich o łącznej populacji 324 milionów i rozciągała się od Danii na północy po Portugalię na południu i od Wysp Szetlandzkich na zachodzie do Krety na wschodzie. Można było mieć nadzieję, że w roku 1994 liczba państw Wspólnoty powiększy się co najmniej o pięć, a liczba ludności o dalsze 130 milionów.

Ale nawet wtedy Europa Zachodnia pozostała małą, upartą oblężoną twierdzą, pełną lęku o to, że jej starożytna cywilizacja mogłaby zostać zmieciona z powierzchni ziemi w wojnie światów. Przeciwnik nadal przesłaniał jej horyzont wyobraźni, hamując rozmach działania.

Dopiero upadek muru berlińskiego wczesną zimą 1989 roku zdjął bielmo z oczu zachodnich Europejczyków, dając im namacalne poczucie zmian. Doświadczenie to z początkiem lat dziewięćdziesiątych skonsolidowało w nich poczucie tożsamości europejskiej.  Albowiem ich ojczysta Europa Zachodnia minęła na zawsze. Skończyła się długa noc trwogi. Zaświtał Dzień Drugi.

Cała Europa została wciągnięta w niespodziewaną dynamikę zmian w Europie Środkowej. Dynamika ta spędzała sen z oczu dalekowschodniemu konkurentowi Europy - Japonii. Ujęła też w kleszcze oba supermocarstwa. Tak jak w klasycznym dramacie greckim pojawia się na scenie posłaniec, by odsłonić przed zdumioną publicznością dalsze koleje akcji, tak też na scenie europejskiej pojawił się Michaił Gorbaczow, prezydent Związku Radzieckiego, oświadczając, że jego kraj "zawsze był integralną częścią Europy". A na drugim końcu świata prezydent Bush twierdził, że Ameryka jest "mocarstwem europejskim".

Tymczasem i w papieskim Rzymie zaświtał Dzień Drugi. Na razie pozostał w cieniu burzy zmian, jaka przetaczała się przez wspólnotę narodów. A jednak pod mądrą ręką Maestroianniego i jego licznych towarzyszy Kościół rzymskokatolicki i papieski Rzym dostały się w jeszcze szybszy i głębszy wir zmian, które wstrząsnęły jego kondycją i ziemskimi losami.

Rzym starego papieża wstrząsany burzą drugiej wojny światowej odszedł w przeszłość. Skończył się jego papieski Rzym jako sprawna i hierarchiczna organizacje. Wszyscy ci kardynałowie, biskupi i księża, wszystkie zakony i instytuty rozsiane po całym świecie w sieci diecezji i parafii, połączone więzią wierności i posłuszeństwa względem konkretnej osoby papieża (pontifex maximus) - wszystko to odeszło w niepamięć. W przeszłość odszedł także Rzym "dobrego papieża", ożywiany duchem Pięćdziesiątnicy. Otworzył on na oścież okna i drzwi swej czcigodnej instytucji, pozwalając, by wicher zmian dął po wszystkich pomieszczeniach i korytarzach Watykanu. Jego papieski Rzym został zdmuchnięty przez wichry, które sam rozpętał. Nic nie ostało się z jego marzeń prócz garstki wiernych niejasno pamiętających przeszłość i poronionych idei, a także inspiracji, jaką był dla takich ludzi, jak Maestroianni.

Przeminął nawet Rzym nieszczęsnego papieża, który przybrał imię Apostoła. Nic nie pozostało z patosu bezowocnych protestów tego Ojca Świętego przeciwko stopniowej dekatolizacji wszystkich świętych tajemnic papieskiego Rzymu. Dzięki Vincennes'owi i jego zdolnym i oddanym protegowanym w rodzaju Maestroianniego, w chwili, gdy dzwony śmierci odwołały go z tego świata po piętnastu latach służby na Stolicy Piotrowej - na horyzoncie zamajaczył nowy Rzym, nowy katolicki Kościół zaczynał się oblekać w ciało.

Stojąc w chłodzie tego pięknego poranka, sekretarz stanu kardynał Maestroianni objął zamyślonym spojrzeniem ogrody i niebo. Jakie to znamienne - myślał - że nie słychać nawet  helikoptera unoszącego papieża w dal. Rzym nie tylko odwrócił twarz od słowiańskiego papieża. Rzym był antypapieski. W rzeczy samej Rzym był nie tylko antypapieski, ale także zdecydowany stworzyć antypapieski Kościół.

Nowy Kościół w Nowym Porządku Świata. Oto był cel nowego Rzymu. Rzymu Maestroianniego.

Marestroianni wciąż nie mógł się nadziwić, że jedyną poważną przeszkodą na drodze do urzeczywistnienia tego celu był ten papież, przez tak wielu ludzi kwitowany stwierdzeniem, że to tylko "relikt minionych czasów". Jak mogło do tego dojść? - dumał Maestroianni. Na początku pontyfikatu zachowanie papieża napawało kardynała otuchą. Kreował się on na obrońcę "ducha soborowego", czyli patrona tych wszystkich głębokich zmian dokonanych w Kościele  w imię II Soboru Watykańskiego. Dla przykładu zaakceptował Maestroianniego na stanowisku sekretarza stanu. Pozostawił kardynała Palombo na stanowisku dającym mu potężną władzę. Nie popierał tych, których raziła taka postawa Ojca Świętego. Nie przeszkadzał kochanym masonom, ciężko pracującym w kancelarii watykańskiej. Ogólny obraz pontyfikatu był więc nader obiecujący. Nie tylko w samym Rzymie, ale i we wszystkich diecezjach katolickich piastowała urzędy  rzesza entuzjastycznie nastawionych do zmian duchownych. Dojrzewał nowy katolicyzm.

Oczywiście władze rzymskie propagowały nowy katolicyzm. Uśpiło to czujność Maestroianniego. Odpowiednio zmodyfikowane Prawo Kanoniczne wzmacniało nowe zasady. Maestroianni zawdzięczał to swej genialnej polityce kadrowej. Intencją tych wszystkich działań było wspieranie katolicyzmu odcinającego się od katolicyzmu przedsoborowego.

Trzeba przyznać, że kardynał Vincennes do pewnego momentu kontrolował ten proces. Teraz pozostawało tylko zmienić samo papiestwo w powolnego, a nawet współpracującego służkę w procesie nowego stworzenia. Nowego ziemskiego habitatu. Prawdziwego Nowego Porządku Świata. Kiedy ta transformacja się zakończy, zaświta Dzień Trzeci ziemskiego raju.

Każdy rozsądny człowiek miał więc prawo oczekiwać, że ten papież, który tak zręcznie wyzwolił ukryte siły geopolityczne, popychając narody ku Nowemu Porządkowi Świata, będzie także najodpowiedniejszą osobą dla dokończenia przekształcania rzymskokatolickiej organizacji w  pojętnego pomocnika tego nowego porządku, dla doskonałego zgrania organizacji kościelnej z procesem globalizacji ludzkiej kultury. Tymczasem, jak sobie uświadomił kardynał i jego koledzy w Kościele, jak również poza nim, właśnie ten papież stał się nieustępliwą przeszkodą na drodze do osiągnięcia pożądanych zmian.

Papież ani na jotę nie ustępował w najważniejszych kwestiach moralnych i doktrynalnych. Uparcie odmawiał wyświęcania kobiet i poluźnienia celibatu kapłańskiego. Sprzeciwiał się jakimkolwiek eksperymentom genetycznym z użyciem ludzkich embrionów. Bezwarunkowo odrzucał antykoncepcję, a tym bardziej aborcję. Podtrzymywał prawo Kościoła do edukacji młodych. A nade wszystko podtrzymywał prawo Kościoła do sprzeciwiania się świeckim inicjatywom legislacyjnym uderzającym w moralne i doktrynalne racje Kościoła. Krótko mówiąc ten słowiański papież nigdy nie zrezygnuje z tradycyjnego stanowiska Kościoła katolickiego w najważniejszych sprawach.

Tak długo więc, jak długo ten człowiek pozostanie papieżem, Kościół nie posunie się ani o krok na drodze do wspaniałego celu Nowego Porządku Świata. W najlepszym razie postęp będzie tak powolny, że zmiany nie nastąpią w oczekiwanym czasie. Tymczasem świeccy koledzy kardynała w sferach rządowych, finansowych i makroekonomicznych wskazali na konkretny, nieprzekraczalny, ważny dla świata termin, w którym cały proces zmian w Kościele musi być zakończony w interesie całego świata.

Wniosek nasuwał się sam: ten papież jest pierwszym celem zmian. A właściwie ostatnim.

Wreszcie Maestroianni ocknął się z tych ogrodowych rozmyślań. Robota czekała. Jeśli nie zajdą nieprzewidziane okoliczności, nim ten dzień się skończy, posunie zdecydowanie naprzód wszystkie trzy zadania kluczowe dla rozegrania ostatecznej fazy transformacji. Trzeba przyznać, że rzetelnie podjął dzieło rozpoczęte przez Vincennes'a. Ale daleko mu było do jego ukończenia, a przejście na emeryturę nie zwalnia go z działania.

I oto teraz ten niski wzrostem Cosimo Maestroianni wydał się sobie pod każdym względem olbrzymem.

 

II

 

Wszedłszy na pokład helikoptera, papież odprężył się. Pozostał sam na sam ze swym prywatnym sekretarzem, księdzem prałatem Danielem Sadowskim, który doskonale się orientował w karkołomnej sytuacji papieża. Na chwilę umknął chytremu nadzorowi sekretarza stanu. Kiedy helikopter uniósł się w powietrze, żaden z nich nie obejrzał się nawet na kardynała Maestroianniego, któremu najwyraźniej spieszno było do zajęć w Pałacu Apostolskim. Cokolwiek miał do zrobienia, obaj mężczyźni dobrze wiedzieli, że nie przyniesie to Ojcu Świętemu niczego dobrego.

Pół godziny później helikopter papieski wylądował na lotnisku Fiumicino. Nastąpił zwykły ceremoniał na lotnisku - dygnitarze religijni i świeccy, mały chórek szkolny śpiewający hymn papieski, krótkie przemówienie papieża, formalne powitanie przez gubernatora prowincji. Następnie papież ze swą świtą przeszli do znajomej białej maszyny Alitalia DC-10 i zajęli miejsca w kabinie papieskiej. Mała grupka dziennikarzy i kamerzystów była już na pokładzie w kabinie pasażerskiej. Po chwili samolot wystartował, a po kilku minutach znalazł się nad Morzem Tyrreńskim, kierując się na północny zachód ku Marsylii.

- Czy ksiądz wie - powiedział papież do księdza Sadowskiego - że kiedy przyjechaliśmy z kardynałem do Rzymu na październikowe konklawe, obaj doskonale wiedzieliśmy, co jest grane.

Dla papieża "kardynał" oznaczał zawsze ówczesnego przywódcę Kościoła w Polsce, Stefana Wyszyńskiego o przydomku Lis Europy, dziś już nieżyjącego.

Zresztą już na długo przedtem, nim przybyli na to drugie konklawe, obaj polscy kardynałowie zdawali sobie sprawę, że władza papieska została narażona na poważny szwank, a nawet całkowicie zrujnowana przez to, co zaczęto wówczas nazywać "duchem soborowym". W ostatnich godzinach konklawe, gdy młody polski duchowny stanął przed możliwością wyboru na papieża, ci dwaj ludzie przeprowadzili rozmowę w cztery oczy.

- Jeśli zgodzisz się zostać papieżem - powiedział tamtego pamiętnego dnia starszy z kardynałów - będziesz ostatnim papieżem katolickim. Tak jak Szymon Piotr staniesz na granicy oddzielającej kończącą się epokę od epoki zaczynającej się. Będziesz świadkiem końca papiestwa w sytuacji, gdy frakcja antypapieska w Kościele przejęła pełną kontrolę nad tą instytucją, i to w imię II Soboru Watykańskiego.

Obaj kardynałowie wiedzieli, że od młodego polskiego duchownego jako papieża oczekuje się wiernej realizacji osławionego "ducha Soboru Watykańskiego II". Przyjęcie wyboru na tych warunkach oznaczałoby więc zgodę na kierowanie Kościołem, który został zdecydowanie, bezpowrotnie i formalnie włączony w globalny program socjo-polityczny uznawany przez ogromną większość poprzedników na Stolicy Piotrowej jako całkowicie obcy boskiej misji Kościoła.

Ale na tym nie koniec. Dwaj kardynałowie stanęli w obliczu innej jeszcze rzeczywistości. Otóż organizacja kościelna i życie publiczne w Kościele rzymskokatolickim, jakie istniały aż do początku wieku XX, uległy bezpowrotnemu zniszczeniu. Obaj dostojnicy wiedzieli, że nie da się ich ożywić. Wracając na obrady, przyszły papież wiedział, że zmiany, jakie zaszły w Kościele, są nieodwracalne. Tradycyjna struktura Kościoła Powszechnego jako instytucji widzialnej i sprawnej organizacji uległa transformacji. Jego starszy brat w biskupstwie - Lis Europy - zgadzał się całkowicie z tą oceną. Okazało się jednak, że różnią się co do działań, jakie powinien podjąć młodszy kardynał, gdyby rzeczywiście został papieżem.

- Wiem, Eminencjo - powiedział stanowczo starszy - że jest tylko jeszcze jeden człowiek, który może wyjść z tego konklawe jako papież: nasz brat kardynał arcybiskup Genui. I obaj dobrze wiemy, jakie byłoby jego rozwiązanie w kwestii szopki, jaką stała się instytucja kościelna.

Młodszy kardynał uśmiechnął się.

- Zabarykadować drzwi, zabić okna deskami. Przywołać do porządku krnąbrnych. Wydalić opornych. Oczyścić szeregi...

- A przede wszystkim, Eminencjo - wpadł mu w słowo starszy - wszystkie najważniejsze dokumenty Soboru Watykańskiego II zinterpretować ściśle w świetle I Soboru Watykańskiego i Soboru Trydenckiego. Zdecydowany powrót do podstaw w oparciu o tradycyjne sankcje Matki Kościoła, świętego, powszechnego i apostolskiego Kościoła rzymskiego...

Urwał widząc grymas na twarzy młodszego kardynała.

- Zgoda - powiedział tamten po chwili namysłu. - Lecz pociągnęłoby to za sobą nieobliczalne straty dla dusz i naszej instytucji. Czy jakikolwiek papież mógłby wziąć na swe barki taką odpowiedzialność?

- A czy mógłby jej nie wziąć? - padła natychmiastowa odpowiedź.

- Ależ, Eminencjo - upierał się młodszy duchowny - obaj dobrze wiemy, że stary, tradycyjny Kościół jest... jest... jak by to powiedzieć... rozwalony! Legł w gruzach! Na zawsze! Przy takiej polityce papieskiej nasz ukochany Kościół wszedłby w wiek dwudziesty pierwszy jako kulejący, nic nie znaczący nędzarz.  Weszlibyśmy w trzecie milenium jako szkielet, żałosna resztka tętniącego niegdyś życiem religijnym kolosa, kompletnie nie pasująca do całej rodziny narodów.

- Mam wrażenie - odrzekł Lis Europy z przekornym błyskiem w oku - że tak czy inaczej niejako zawodowo nie pasujemy do świata, jesteśmy ukrzyżowani dla świata, jak powiedział św. Paweł Apostoł. Ale poważnie: jaka jest twoja recepta na politykę papieską, gdyby jutro kardynałowie powierzyli ci ten urząd?

- Ta sama, którą ty zapoczątkowałeś, a ja kontynuowałem w starciu z polskimi stalinistami...

- To znaczy?

- Nie rezygnuj. Nie wyobcowuj się. Nie odrzucaj rozmowy, negocjacji. Włączaj do dialogu każdego, czy chce dialogować, czy nie. Miałem udział w powstawaniu wszystkich najważniejszych dokumentów soborowych. Wraz z innymi sformułowaliśmy je tak, by nie wykluczać nikogo. Nikogo, Eminencjo - powtórzył - gdyż Chrystus umarł za wszystkich. Wszyscy są de facto w jakimś sensie zbawieni. Gdyby to zależało ode mnie, przemierzyłbym cały glob, odwiedził naród po narodzie, żeby mnie widziano i słyszano wszędzie i we wszystkich możliwych językach.

Gdy to mówił, oczy mu błyszczały gorączkowo.

- To było nasze słowiańskie rozwiązanie w odpowiedzi na straszną sytuację Polski pod Sowietami. Rozmawiaj, prowadź dialog. Nie daj się skazać na banicję.

- Słowiańskie rozwiązanie, hm...

Starszy kardynał odwrócił wzrok zamyślony.

- Słowiańskie rozwiązanie... - powtórzył i zamilkł.

- Jestem pewien - ciągnął młodszy kardynał potulnym, lecz pewnym głosem - że papiestwo i Kościół zbiorą szerokie żniwo dusz w ostatnich dekadach tego milenium, co było marzeniem dobrego papieża Jana.

Starszy kardynał podniósł się z miejsca ze śmiechem.

- Oby Bóg cię wysłuchał, Eminencjo.

I spoglądając na zegarek dodał:

- Za chwilę dzwon wezwie nas na kolejną sesję. Chodźmy. Odbyliśmy dobrą rozmowę. Nie lękajmy się. Chrystus jest ze swoim Kościołem.

Zgodnie z tą zasadą polityki papieskiej w pierwszym roku swojej posługi na Tronie Piotrowym słowiański papież deklarował: "Będę kontynuował dzieło moich poprzedników. Jako papież będę troszczył się o wdrożenie ducha i litery Drugiego Soboru Watykańskiego. Będę współpracował z moimi biskupami, tak jak każdy inny biskup współpracuje ze swymi kolegami biskupami, oni w swoich diecezjach, ja jako Biskup Rzymu - i wszyscy razem, kolegialnie będziemy kierować Kościołem Powszechnym." I pozostał wierny tej obietnicy. Przez wszystkie lata pontyfikatu nie ingerował w pracę biskupów, nie zważając na ich indolencję, herezję, nieświęte rządy w diecezjach.

Kiedy tysiące biskupów wprowadzało nietradycyjne nauczanie w swoich seminariach, pozwalając na szerzenie się homoseksualizmu wśród duchownych, na adaptowanie ceremonii katolickich do najróżniejszych "inkulturacji" - rytuałów New Age, "hinduizacji", "amerykanizacji" -  słowiański papież nie ścigał sprawców ukrytej czy jawnej herezji i niemoralności. Przeciwnie, pozwalał na wszystko.

Biskupi włączali się czynnie w nowe świeckie struktury kierowania narodami i powstającą społecznością narodów? Papież czynił to samo, sankcjonując to swym najwyższym papieskim autorytetem. Biskupi sprzymierzali się z niekatolickimi chrześcijanami jako równorzędnymi partnerami w ewangelizacji świata? Papież czynił to samo - z całą pompą ceremonii watykańskich. Patrząc spokojnie na postępującą ruinę instytucjonalnej organizacji Kościoła, ukazując się światu jako jeden z wielu "synów ludzkości", a biskupom jako jeden z braci biskupów, biskup Rzymu - słowiański papież pozostał wierny słowiańskiemu rozwiązaniu.

Twierdził uparcie, że rządzi Kościołem wraz ze swymi biskupami jako jeden z nich. Nawet wtedy, gdy odwoływano się do jego dobrze znanego i utwierdzonego autorytetu następcy świętego Piotra w sprawach doktrynalnych - tumanił przyjaciół, wywoływał wściekłość tradycjonalistów i błogie zadowolenie wrogów papiestwa stwierdzeniami w rodzaju: "Mocą władzy danej świętemu Piotrowi i jego następcom i w komunii z biskupami Kościoła katolickiego potwierdzam, że..." - i tu następowało przytoczenie odpowiedniej doktryny.

Odwiedzał wszelkiego rodzaju świątynie i sanktuaria, święte gaje i jaskinie, próbował magicznych napoi, jadł potrawy pochodzące z mistycznych obrzędów, pozwalał sobie malować pogańskie znaki na czole, rozmawiał na równej stopie z heretyckimi patriarchami, schizmatyckimi biskupami, teologami pozostającymi na bakier z doktryną katolicką, wpuszczając ich nawet do bazyliki Świętego Piotra i wspólnie z nimi sprawując świętą liturgię.

I nigdy nie tłumaczył tych skandalicznych wybryków, nigdy za nic nie przepraszał. Przemawiając do szerszej publiczności, rzadko wspominał święte imię Jezusa Chrystusa. Chętnie usuwał krucyfiks, a nawet Najświętszy Sakrament, kiedy te znaki Kościoła katolickiego raziły jego gości niekatolików czy niechrześcijan. Nigdy też nie nazywał siebie katolikiem rzymskim ani swego Kościoła Kościołem rzymskokatolickim.

Jednym z najpoważniejszych skutków permisywizmu i dążeń "demokratyzacyjnych" tego pontyfikatu był powszechny upadek jego papieskiego autorytetu wśród biskupów. W jednym z poufnych raportów kilku biskupów wypowiada się szczerze, choć niepublicznie, że "gdyby ten papież przestał mówić o aborcji, sprzeciwiać się antykoncepcji jako złu i przestał potępiać homoseksualizm, Kościół mógłby się stać miłym i skutecznym partnerem rodzącej się rodziny narodów." A w Stanach Zjednoczonych elegancki biskup Michigan Bruce Longbottham powtarzał w kółko: "Gdyby ten kabotyński aktor, którego mamy za papieża, uznał pełne prawa kobiet do wyświęcania na księży, pełnienia posługi biskupiej - a nawet papieskiej - Kościół wszedłby w ostatni wspaniały etap ewangelizacji".

"W rzeczy samej - wtórował mu inny amerykański dostojnik, kardynał - gdyby ten papież dał sobie spokój z nabożnymi bzdurami na temat objawień Najświętszej Panienki i zajął się przyznawaniem realnej władzy realnym kobietom w realnym Kościele - cały świat stałby się chrześcijański".

- W ten czy inny sposób - czy to przez błagania prostych kobiet i mężczyzn dobrej woli czy  za pośrednictwem tych, o których wiedział, że życzą mu klęski - wszystkie te zastrzeżenia docierały do uszu papieża, a on zawierzał je wszystkie w modlitwach Duchowi Świętemu.

- Powiedz mi, Danielu - zwrócił się do swego sekretarza po jakiejś pół godzinie lotu. - Jak myślisz, dlaczego udaję się z pielgrzymką do sanktuarium świętej Marii Magdaleny w Sainte Baume, i to przy takim nawale pracy?

Papież przyglądał się badawczo księdzu Sadowskiemu.

- Chodzi mi o prawdziwy powód.

- Wasza Świątobliwość, mogę się tylko domyślać, że jest to raczej akt osobistej pobożności niż pasterska posługa.

- Zgadłeś! - papież zapatrzył się w okno. - Mówiąc w skrócie, chcę porozmawiać ze świętą, która udała się na wygnanie z powodu chwały, jaką ujrzała na twarzy Chrystusa w dniu zmartwychwstania. Chcę ją uczcić w specjalny sposób, w nadziei że wstawi się za mną u Chrystusa, aby dał mi siłę wytrwania na moim własnym wygnaniu, które zaczyna się teraz na dobre.

 

III

 

Sekretarz wszechmocnego kardynała Maestroianniego, ksiądz prałat Taco Manuguerra siedział zdegustowany w swym gabinecie, strzegąc dostępu do sanktuarium Jego Eminencji. W ciszy, jaka panowała na piętrze sekretariatu w Pałacu Apostolskim, ksiądz wertował poranne gazety, złoszcząc się, że kardynał znów wezwał go do pracy w sobotę. Będzie to dies non, powiedział do niego Maestroianni. Dzień, w którym kardynała nie ma dla nikogo i w którym nie odbiera żadnych telefonów.

Nagłe wejście kardynała sprawiło, że sekretarz porzucił gazety i zerwał się z krzesła, zręcznie ukrywając zły humor. Jego Eminencja za całe powitanie wykonał gest oznaczający "spocznij" i nie zatrzymując się rzucił lapidarne pytanie:

- Czin?

Chodziło o księdza Czina Bjonbanga, niezwykle uzdolnionego Koreańczyka i stenografisty Jego Eminencji do specjalnych poruczeń. Czin też miał się dzisiaj stawić do pracy. Manuguerra skinął głową. Czin czekał w bocznym pokoju na wezwanie kardynała. Maestroianni z zadowoloną miną zniknął za drzwiami swego gabinetu.

 

Kardynał sekretarz stanu żwawo zatarł ręce na myśl o czekającym go ważnym i złożonym zadaniu, które miał do wykonania dzisiejszego dnia. Piastując urząd sekretarza stanu, zręcznie panował nad potężnymi wstrząsami, jakim poddana była wszechświatowa organizacja kościelna na drodze od dotychczasowego apatycznego porządku do Nowego Porządku Świata. Pod jego kierownictwem sprawy toczyły się gładko od jednej zaplanowanej pozycji do następnej zaplanowanej pozycji. Nikt nie mógłby powiedzieć, że Cosimo Maestroianni nie jest  zainteresowany przetrwaniem Kościoła rzymskokatolickiego jako instytucji. Wręcz przeciwnie - wiedział doskonale, że powszechny charakter tej organizacji i wynikająca stąd stabilność kulturowa  to bezcenne aktywa w budowie nowego ludzkiego środowiska na ziemi.

Z drugiej strony organizacją tą kierował aktualnie papież, który ze względu na swą bezsilność i swoje pozerstwo na arenie publicznej nie nadawał się zupełnie do oczyszczenia Kościoła w najważniejszej sprawie - do oczyszczenia sprawowanego przez siebie urzędu papieskiego. A należało ten urząd oczyścić gruntownie od wszelkiego autorytetu osobistego. Sprawujący ten urząd - papież - winien zostać włączony w społeczność biskupów i sprawować taką samą władzę, jak wszyscy biskupi razem i nie większą niż którykolwiek z nich z osobna.

Teoretycznie rozwiązanie problemu było proste: zniknięcie ze sceny aktualnego posiadacza urzędu. Lecz usunięcie papieża za jego życia jest rzeczą nader trudną. Trzeba do tego cierpliwości, jak przy usuwaniu  ładunku wybuchowego, dyskrecji, delikatności. Ponieważ aktualny papież zbudował sobie solidną pozycję jako światowy przywódca, należało zadbać o to, by jego usunięcie nie wywróciło całkowicie delikatnej równowagi światowej.

Jeśli zaś chodzi o strukturę hierarchii kościelnej, kluczowym zagadnieniem była kwestia jedności. Jedność papieża i biskupów była bezwzględnie koniecznym warunkiem stabilności Kościoła jako organizacji instytucjonalnej, dlatego należało zadbać o to, by ta jedność nie została usunięta wraz z usunięciem słowiańskiego papieża. Dzisiejszego ranka kardynał miał się właśnie zająć problemem jedności. Zostawiwszy Taco Manuguerrę na straży i mając Czina Bjobanga jako stenografistę przy biurku, Jego Eminencja spodziewał się skończyć pracę do południa. W ciągu kilku chwil rozłożył na biurku potrzebne materiały. Jednocześnie, jakby na dany znak, Czin zapukał cicho do drzwi i nie tracą czasu na zbędne pozdrowienia, zajął swe zwykłe miejsce naprzeciwko kardynała. Rozłożył maszynę stenograficzną i czekał.

Maestroianni uważnie przeczytał notatki. Miał do napisania list w niezwykle delikatnej materii. Chodziło o to, by przedstawiciele Stolicy Apostolskiej w osiemdziesięciu dwóch krajach świata przeprowadzili coś w rodzaju ankiety w celu zdiagnozowania poczucia jedności czterech tysięcy biskupów Kościoła Powszechnego z obecnym Ojcem Świętym. Stosownie do osobistej teologii kardynała odpowiedzi, jakie otrzyma, będą miały kapitalne znaczenie. W jego pojęciu bowiem jedność ma charakter dwukierunkowy. Papież ma jednoczyć biskupów, ci zaś muszą go akceptować jako "papieża jedności".

Rzecz jasna kardynał zamierzał zebrać nieformalne opinie biskupów. W pewnym sensie byłby to krok w kierunku ustanowienia dialogu między Stolicą Apostolską a biskupami opartego na bardziej realnych podstawach. Dlatego na przykład ważne było zdaniem kardynała zbadanie kwestii, jakiego rodzaju jedności pożądają biskupi. Odpowiedź na pytanie, do jakiego stopnia słowiański papież pozostaje w owej pożądanej i koniecznej jedności z biskupami, a jeśli ta jedność jest zagrożona, co należy zrobić, aby osiągnąć ową pożądaną i konieczną jedność. Kardynał nigdy by nie użył sformułowania "wotum zaufania". Gdyby się jednak przypadkiem okazało, że większość biskupów nie uważa Jego Świątobliwości za papieża jedności, wówczas można by podjąć dalsze kroki do osiągnięcia wymaganego konsensusu w sprawie konieczności ustąpienia papieża ze stanowiska.

Trudność polegała na tym, by obrócić obecną sytuację na dobro Kościoła, nie sugerując w najmniejszym nawet stopniu, że obecny papież nie jest - bądź mógłby nie być - papieżem jedności. Oficjalnie w tej kwestii nie mogło być żadnej wątpliwości. Oficjalnie papież i biskupi nigdy nie cieszyli się większą jednością niż obecnie. Z drugiej jednak strony było rzeczą zgoła możliwą, a nawet prawdopodobną, że istnieje pokaźna liczba biskupów, którym nie dano możliwości wyrażenia swych wątpliwości w przedmiotowej kwestii. Intencją kardynała było stworzenie im warunków do szczerej wypowiedzi.

Ponieważ żaden watykański sekretarz stanu przy zdrowych zmysłach nie zwróciłby się w tej sprawie bezpośrednio do biskupów, Maestroianni miał w głowie plan działania w postaci piramidy. List, jaki zamierzał napisać tego ranka, miał trafić do personelu dyplomatycznego, pozostającego w gestii sekretarza stanu, a więc nuncjuszy, delegatów, wysłanników apostolskich, wikariuszy apostolskich, wysłanników specjalnych itd. Zgodnie z wytycznymi, jakie miały być zawarte w liście, dyplomaci ci ze swej strony mieli działać za pośrednictwem narodowych konferencji episkopatu. Rzecz polegała na tym, że biskupi, otoczeni najróżniejszymi ekspertami w trakcie Soboru Watykańskiego II, przyzwyczaili się do polegania na opiniach ekspertów.

Jednym słowem list, który kardynał zamierzał naszkicować tego ranka z przeznaczeniem dla swych kolegów dyplomatów, miał być tylko krokiem na drodze do osiągnięcia wytyczonego celu. Lecz był to krok kluczowy i niezmiernie delikatny. Wymagał on pięknych słówek skrywających brutalne pytania.

Tego ranka solenne milczenie księdza China było doskonałą pożywką dla rozpalonej do czerwoności wyobraźni Maestroianniego. W bezbłędnych sformułowaniach - ambiwalentnych, lecz nie dwuznacznych - zawarł sugestię, choć nie została ona wyrażona wprost, że jedność można przedefiniować w celu jej odnowienia. A zarazem zdania listu nie pozostawiały żadnej wątpliwości, że celem działania Jego Eminencji jest tylko i wyłącznie ochrona i wspieranie tej drogocennej jedności.

I właśnie w tym momencie najwyższej koncentracji, gdy kardynał nie widział już nic prócz słów ukazujących się przed oczyma duszy - pukanie do drzwi rozległo się echem pioruna w jego uszach. Pochylony nad papierami trzymanymi w ręce, poczerwieniały na twarzy, kardynał spojrzał ponad okularami na intruza. Taco Manuguerra, lękając się wejść do środka, wysunął ostrożnie głowę zza framugi drzwi.

- Telefon, Eminencjo.

- Zdaje się, że wyraziłem się jasno, aby mi nie przeszkadzano...

- Jego Świątobliwość, Eminencjo - wykrztusił Taco.

Kardynał wyprostował się, jak rażony prądem elektrycznym.

- Jego Świątobliwość! - wykrzyknął upuszczając trzymane w ręku papiery.

Gniew i rozpacz sprawiły, że głos jego zabrzmiał falsetem.

- Miał być w Alpach francuskich i modlić się!

Znając swoje miejsce i powodowany dyskrecją, ksiądz Chin zerwał się z krzesła i skierował ku drzwiom. Lecz kardynał schwycił go za rękę i posadził z powrotem za biurkiem. Muszą skończyć list! Stenograf posłusznie usiadł na krześle i z przyzwyczajenia zawisł wzrokiem na wargach kardynała.

Maestroianni odczekał kilka chwil, chcąc odzyskać równowagę, po czym podniósł słuchawkę.

- Sługa Waszej Świątobliwości!... Nie, Wasza Świątobliwość, absolutnie nie. Pro prostu nadrabiam zaległości. Słucham, Wasza Świątobliwość, o co chodzi?

Czin widział, jak oczy kardynała robią się okrągłe ze zdumienia.

- Rozumiem, Wasza Świątobliwość, rozumiem.

Maestroianni chwycił pióro i notatnik.

- Bernini? Proszę mi pozwolić zanotować tytuł. Noli Me Tangere... Rozumiem... Nie, Wasza Świątobliwość, nie miałem okazji, myślałem, że Bernini tworzył tylko dzieła dużych rozmiarów. Kolumny, ołtarze i tak dalej... Gdzie, Wasza Świątobliwość? Ach tak, Kolegium Angelicum... Tam to Wasza Świątobliwość widział? A czy wolno spytać, kiedy to było, Wasza Świątobliwość?... Aha, w roku 1948... Tak. Oczywiście, szczyt artystycznego wyrazu...

Kardynał uniósł oczy do nieba, jakby chciał powiedzieć: ty widzisz, Panie, czym ja tu się muszę zajmować.

- ... Zajmę się tym natychmiast... Powiedziałem natychmiast, Wasza Świątobliwość. Chyba są jakieś zakłócenia na linii... Proszę powtórzyć, Wasza Świątobliwość... Oczywiście, że musi tam nadal być... Sainte Baume też jest tam nadal. Mam na myśli posąg Berniniego... Słusznie, Wasza Świątobliwość, posągi nie chodzą... Czy dobrze słyszałem, Wasza Świątobliwość? Powiedział Wasza Świątobliwość: dwie godziny?

Maestroianni spojrzał na zegarek.

- Nie dosłyszałem, Wasza Świątobliwość: kto?... Psy, powiedział Wasza Świątobliwość?... Ach, rozumiem. Psy Pana - Domini canes. Dominikanie prowadzą Kolegium Angelicum. Widzę, że świeże górskie powietrze wprawia Waszą Świątobliwość w doskonały humor...

Kardynał zaśmiał się z przymusem, a Czin poznał go po jego napiętej twarzy, ile musiał go kosztować ten śmiech.

- Tak, Wasza Świątobliwość, mamy numer faksu... dwie godziny... Z pewnością, Wasza Świątobliwość... Wszyscy czekamy na powrót Waszej Świątobliwości... Dziękuję, Wasza Świątobliwość... Życzę szczęśliwego powrotu.

Kardynał odłożył słuchawkę. Przez chwilę siedział nieruchomo z twarzą wykrzywioną gniewem i frustracją, zastanawiając się gorączkowo, jak by tu szybko i sprawnie zaspokoić życzenie papieża, by  móc wrócić do naprawdę ważnej sprawy, jaką był list na temat jedności. Nagle olśniła go myśl, i w duchu, acz niechętnie, przyznał rację papieżowi. Jeśli ten posąg - spojrzał na notatkę nagryzmoloną w notesie - jeśli to Noli me Tangere Berniniego znajduje się w Colegium Angelicum, a Colegium Angelicum należy to dominikanów, to najlepiej będzie obarczyć ich tym doprawdy śmiesznym zadaniem.

Jego Eminencja nacisnął guzik interkomu.

- Proszę księdza, proszę odszukać ojca generała dominikanów. Proszę mnie z nim natychmiast połączyć.

Podjąwszy tę decyzję, Maestroianni uspokoił się nieco, wziął do ręki notatki i spróbował się na powrót skoncentrować. Ale kiedy miał już na końcu języka idealne sformułowanie, zadźwięczał interkom.

- Ojciec generał wyszedł - poinformował Manuguerra.

- Dokąd?

- Tego nikt nie wie, Eminencjo. Jest sobota...

- Wiem, jaki dzisiaj jest dzień - powiedział niecierpliwie Maestroianni.

Był pewien, że ktokolwiek u dominikanów odebrał telefon Manuguerry, doskonale wiedział, gdzie jest ich generał. Znajdował się w takim stanie ducha, że gotów był uwierzyć, że cały Zakon Kaznodziejski wie, gdzie w tej chwili przebywa generał zakonu Damien Slattery. Że wszyscy na świecie to wiedzą, prócz jednego sekretarza stanu.

Ale uspokoił się szybko. Problem sprowadza się do tego, jak odnaleźć tego chytrego Irlandczyka, nie tracąc czasu na wydzwanianie. Kiedy zdał sobie sprawę z istoty problemu, nasuwała się jedyna logiczna odpowiedź.

- Proszę ściągnąć tu księdza Aldo Carneseccę. Natychmiast. Na pewno jest w Pałacu, chociaż to sobota rano. I proszę zamówić dla niego samochód z kierowcą, niech czeka przed głównym wejściem za dziesięć minut. Teraz, proszę księdza! Teraz!

- Si, si, Eminenza! Subito! Subito!

Czin był pewien, że kardynał nie będzie mógł skupić się na dyktowaniu, dopóki nie pozbędzie się całkowicie tego problemu. Usiadł wygodnie na krześle i czekał. Jako stenograf sekretarza stanu do specjalnych poruczeń, Koreańczyk doskonale się orientował, że Jego Eminencja i Jego Świątobliwość od dawna są ze sobą na noże. Widząc, że zdenerwowanie nie opuszcza Jego Eminencji, zaliczył punkt Jego Świątobliwości.

 

IV

 

Ksiądz Carnesecca ulegał zapewne całkiem innym pokusom niż większość ludzi.

Od dwunastu lat - od tamtego dnia, gdy sekretarz stanu kardynał Vincennes wezwał go do udziału w podwójnym przeglądzie dokumentów papieskich - było dla niego bardziej niż pewne, że Vincennes rozwiązał zagadkę podwójnie zapieczętowanej koperty oznaczonej przez dwóch papieży adnotacją "Ściśle osobiste i ściśle tajne". Człowiek tak jak on znający Watykan od podszewki, wiedział także, że ludzie tacy, jak Vincennes i jego następca lubią mścić się na zimno, ale mszczą się zawsze.

Z drugiej jednak strony zdawał sobie sprawę, że wyjątkowa wiedza i doświadczenie zdobyte przez niego w ciągu dziesięcioleci służby watykańskiej zawodowego podwładnego były użyteczna dla takich ludzi jak Vincennes i jego następca, podobnie jak oni z kolei byli użyteczni dla Stolicy Apostolskiej. Wykwalifikowani i doświadczeni podwładni należeli do rzadkości. Dlatego jego losy mogły się ważyć jeszcze przez wiele lat na szali użyteczności i odpłaty, dopóki - nagle i niespodziewanie - nie nadejdzie dzień zemsty. Aż do tego momentu był względnie bezpieczny.

Mimo to zachowywał środki ostrożności. Ale nawet w tak zaawansowanym wieku - był już po siedemdziesiątce, lecz wciąż zdrowy i dziarski - pozostał sobą. Człowiek o niezachwianej prawości, ceniony przez tych, którzy uważali go za "człowieka zaufanego", zachował żywą wiarę kapłańską. Był więc uważny i ostrożny, ale nie na modłę ostrożności, jaką kieruje się świat. Był uważny na modłę księdza. Innymi słowy mniej się interesował niebezpieczeństwem za plecami niż niebezpieczeństwem zagrażającym jego nieśmiertelnej duszy.

Ogólnie rzecz biorąc tego ranka Carnesecca zareagował na nagłe wezwanie przez kardynała Mastroianniego, tak jak reagował zawsze: szybko, bez zdziwienia i bez paniki. Rozkaz kardynała był lakoniczny i kategoryczny: miał wyciągnąć choćby spod ziemi generała dominikanów Damiena Stattery'ego i kazać mu natychmiast połączyć się telefonicznie z sekretariatem stanu. Nie otrzymawszy żadnych dokładniejszych instrukcji, Carnesecca odczuł pokusę, by wykorzystać zlecenie kardynała do odbycia miłej wycieczki. Siedzieć sobie wygodnie w samochodzie, który przysłał po niego kardynał, oddając się błogiej bezczynności, do której był tak nienawykły, kazać kierowcy jechać do oficjalnej kwatery głównej - zwanej w Rzymie po prostu kwaterą - tego, jak i każdego innego generała dominikanów, czyli do klasztoru Św. Sabiny na zboczu Awentynu w południowo-zachodniej dzielnicy miasta.

Problem w tym, że Carnesecca doskonale wiedział, że w klasztorze św. Sabiny nie znajdzie ojca Damiena Slattery'ego. Albowiem kardynał Maestroianni miał całkowitą rację, myśląc, że cały zakon dominikanów wie, gdzie szukać ojca generała. Wiedział to także Aldo Carnesecca. Z uwagi na to, że sprawa była pilna, ksiądz Carnesecca z żalem kazał się zawieźć do pewnej restauracyjki w suterenie niedaleko Panteonu zwanej U Springy'ego.

Zmieniony ( 25.10.2017. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.