Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 97 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow z różnych książek 19+ arrow Sławomir Mrożek - Mały przyjaciel [1960]
Friday 18 September 2020 12:56:59.30.
migawki
 

Szambelan Trzaskowski i jego doradca rzyciowy - Rabiej. A co z pontonowym bypassem?? Nie mogę znaleźć informacji, czy „Trzaskowianka” nadal delektuje ryby i ludzi??

 
W Y S Z U K I W A R K A
Sławomir Mrożek - Mały przyjaciel [1960] Drukuj Email
Wpisał: Sławomir Mrożek   
26.11.2019.

Sławomir Mrożek - Mały przyjaciel

[1960]

http://varapanyo.blogspot.com/2014/04/sawomir-mrozek-may-przyjaciel.html?m=1


Pewnego razu zobaczyłem, jak okrutny pies gonił kotka. Ponieważ jestem miłośnikiem zwierząt, więc pochwyciłem duży kamień i przywaliłem psu, aż się przewrócił i jakiś czas leżał nieruchomo. Bezdomny kotek, biedaczek, ledwo żył ze zmęczenia. Niewiele myśląc — przygarnąłem go. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę.


Jakie było moje zdziwienie, kiedy, obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty, wcale nie odczuwałem żadnych przykrych objawów, które, niestety, są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy też zawrotów i kurczów. Przeciwnie: czułem się rześki, wyspany.

Przyjemność, którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się ciężko odpokutować, pozostała w mej pamięci nadal żywa i wabiąca, kary zaś nie doznałem żadnej. Nie odczuwałem równie żadnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. Muszę powiedzieć, że sierotę krzywdziłem niechętnie, ponieważ znam siebie i wiem, że przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem żadnych, najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych, żadnego niesmaku po wstrętnym czynie, ale wręcz odwrotnie. Ledwo otworzyłem oczy, już  rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty, by ją ochoczo skrzywdzić.


Wzrok mój padł na kotka. Jaka zmiana w tym zwierzęciu, wczoraj jeszcze tak

zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało, sierść poszarzała. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho, jakby dotknięty ciężkim duchowym strapieniem.


Pogwizdując, wyszedłem z domu. Czy można się dziwić, że nie hamowany przykrym samopoczuciem, które, jak to bywało przedtem, powstrzymywałoby mnie, przynajmniej na kilka dni, od nowych upadków, natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego, obca mi była  jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy ta najdrobniejsza choćby  dolegliwość fizjologiczna. Za to kotek przedstawiał widok żałosny. Słaniał się bełkocząc, czkał, cierpiał, a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia.


Skoczyłem po piwo dla kotka, nalałem je do miseczki i, patrząc, jak chciwie je chłepce, zacząłem się zastanawiać. Nie ulegało wątpliwości, że — czy to przez wdzięczność, czy z pobożności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy, a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa, część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. Być może, mimo różnicy gatunków, ale jako, bądź co bądź, także zwierzę, znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem, którego, gdy już był dostatecznie obarczony ich grzechami, starożytni żydzi wyganiali na pustynię, a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego ciężaru.


Spojrzałem bacznie na kotka. Mimo objawów nieżytu żołądka i porażenia nerwu

równowagi wyglądał wciąż na dorodnego i silnego kota, na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. O żadnym wyganianiu nie mogło być mowy.


Nastały teraz dni, które zawsze wspominałbym z czułością, gdyby mi zostało trochę więcej czasu. Wracałem przeważnie nad ranem. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych, że wątpię, czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie, gdyż nikt nie sprostałby mi ani fizycznie, ani moralnie. Każdego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie. A ja wciąż byłem jednakowo świeży, żwawy i radosny, gotów do następnych, jeszcze ohydniejszych uczynków, a czysty jak anioł. Wszystko brał na siebie kotek, mój mały przyjaciel.


Schudł. Już po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi

dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przełożonego — odpadał mu ogon. Kiedy pożądałem czegoś, co należało do kogo innego, żony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się obżarłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Każde moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz żałośniejszy widok.


Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i należało go trochę

oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem.

Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo

wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo

dawkowanych, a i to drżałem, że kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między ważniejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy należało znaleźć wyjście.


Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie każde moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić.


Żyłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie można zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmużnę żebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, że grzech, raz popełniony, nie może być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho żebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, że kotek z pewnością by tego nie przeżył — i powstrzymałem się.


Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, żeby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, że mu dam w pysk, ale to byłoby też nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go.


Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmnożyć.


Wprawdzie nie należało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załóżmy, że będzie sześć sztuk. Jeżeli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a jeżeli tamte tak że z kolei się rozmnożą...


Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umożliwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — może i później także.


Natrafiłem jednak na nieprzezwyciężoną trudność. Z powodu jego niechęci do

wszystkiego, co nie służy celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed jakimkolwiek rozmnażaniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan żaden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego.


Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, że potężny zew natury

przezwycięży jego opór i osłabi zastrzeżenia ewentualnych partnerów.  Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem  najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta.


Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, że ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jakże miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmnożyć kotka.


— Ach, ty pobożny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie

dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam już dosyć tego szantażu. Teraz ja ci pokażę, co to jest szantaż.


Szybko rozważyłem w myśli bieżące możliwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło.


— Albo się rozmnażasz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, że takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, że teraz byle co może cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, żebyś zdechł bez ratunku. 


On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch.


— Będziesz się rozmnażał, czy nie? — pytam.


Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu.

— Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmnażanie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli.


Kotek jakby mnie nie słyszał.


— Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów.


Dobrze wie, że nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały już siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmnażać.


Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał.


— Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to już teraz wszystko jedno!


I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo.


Kotek prawdopodobnie nie przeżył tego wszystkiego.


Bo gdyby żył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

Zmieniony ( 26.11.2019. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.