Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 17 gości
S T A R T arrow Kościół arrow Biskupi, kardynałowie 20 arrow Boże Ciało, Biała Procesja; Bobrujsk ok. 1910 roku
Wednesday 12 August 2020 02:21:42.30.
W Y S Z U K I W A R K A
Boże Ciało, Biała Procesja; Bobrujsk ok. 1910 roku Drukuj Email
Wpisał: Florian Czarnyszewicz   
10.06.2020.

 

 

Boże Ciało, Biała Procesja; Bobrujsk ok. 1910

roku

[Przypominam w 2020, bo „nasi” biskupi” ugięli się pod rozkazami urzędników cezarów, wrogów Chrystusa – i chyba jutro, w Boże Ciało, nie będzie w Polsce takich PROCESJI. 110 lat temu w Bobrujsku duchowo władali Polacy. MD]

=======================

[„Nadberezyńcy” to powieść o Polakach żyjących wiek temu u siebie, nad Berezyną. I o ich losach, gdy przez Macierz zostali w 1916 i 1920-tym porzuceni i oddani w łapy sowietów. Żyją wpodle Bobrujska. A on leży – między Homlem a Mińskiem.

Napisał Florian Czarnyszewicz. Druga Jego książka – „Losy pasierbów” – o tym, jak gorzko walczyli w Ameryce Południowej w latach 30-tych zeszłego wieku.

Macierz- macocha ich nie chciała, odrzuciła !

Zapytajcie prezydenta Dudę, panią Szydło, czy znają Czarnyszewicza i losy nadberezyńców.

To ich potomków i potomków miliona Polaków żyjących teraz na Sybirze, w Kazachstanie i w podobnych krajach- należy sprowadzić do Polski – a nie terrorystów islamskich.

 

Jest wydana niedawno – proza piękna.. Mirosław Dakowski]

 Str. 63 inn. Opis oczewidca.

 Niemałym miastem był Bobrujsk i nieszpetnie się prezentował zwłaszcza od strony rzeki.

W historii Polski przedrozbiorowej prawie niczym się nie zapisał, gdyż do rozbiorów był mało znaczącym miasteczkiem. Starowiercy ze Starego-Kruku powiadają, że dawno, dawno, gdy jeszcze "prygonu" na świecie nie było, na miejscu teraźniejszej twierdzy, stała ruska wioszczyna, mieszkańcy której, oprócz rolnictwa, znali się na wyrabianiu bobrowych futerek i od tego rzemiosła nazwę Bobrujsk swemu osiedlu wyrobili. Dalej jeszcze mówią, że za kniazia Wasyla przy tej wiosce znalazł się dwór, a za "karala Batoraha" nasypała się na słucko-mohy­lewskim gościńcu w Zielonce grobla, pobudowała karczma i promy dwa.

I tyle.

Formy miasteczka, Bobrujsk przybrał dopiero w wieku XVIII. W czasie "bezhołowia" w Rzeczypospolitej, caryca Katarzyna zapusz­czając swe zaborcze szpony w jej ciało, miasteczko to na ważnym trakcie obwarowała i uczyniła zeń dla swych wojsk zbrojownię.

Odtąd Bobrujsk szybko rósł. Zniszczyły go parokrotnie pożary, gdyż ze względów strategicznych, murów wznosić długo nie zezwalano, jednak po każdej klęsce domów przybywało w dwójnasób. Teraz już był mias­tem dużym, powiatowym, ale nie ustępował wielu gubernialnym. Prze­chodziła przezeń szosa bita warszawsko-moskiewska, ważna dwutorowa kolej żelazna i uruchomiona była komunikacja wodna z wielkimi miasta­mi. - Większą część miasta - jak zwykle na kresach - stanowiły budynki drewniane, jednak nie brakło już i pięknych wielopiętrowych kamienic. Były ulice eleganckie o mozaikowych chodnikach, dużych, wystawowych oknach, obok których wieśniak z głuszy leśnej przecho­dząc, wprost lęku dostawał. Podobno jeszcze w roku 1908 Bobrujsk, oprócz wojska, którego ciągle moc kwaterowała i rozległych przed­mieść, 50,000 dusz liczył. Lwią część, jak zwykle stanowili żydzi, potem mieszkali Moskale najezdni, starowiercy i Białorusini tubylcy, Polacy, Tatarzy, Niemcy i po trochu wszelakiej innej narodowości. Były różne fabryki, urzędy, kilka szkół średnich ruskich, gimnazjum żeńskie i szkoła rzemieślnicza; były cerkwie, garnizonowa i parafialna, synagogi, chram starowierski, kirka i domy modlitwy innych wyznań.

I kościół też był pod wezwaniem Świętej Trójcy. Nowy, pobudo­wany dopiero po japońskiej wojnie, gdy przywrócono częściowo wolność wyznaniową. Wzniósł go ksiądz dziekan, a późniejszy kanonik Krasiński, gorliwy kapłan i patriota, cześć i sława jego pamięci po wszystkie czasy! Przedtem kilkunastutysięczna parafia obywała się maleńką kapli­cą. Dawniejsze kościoły, jeden zamieniono na cerkiew, drugi spłonął nieszczęśliwie. Moskale na gwałt i doszczętnie chcieli zruszczyć nadbere­zyńską stolicę.

Teraźniejszy kościół był murowany i okazalszy, niż wszystkie gma­chy, niż wszystkie świątynie w mieście. Wieża wysoka - że strach z niej spojrzeć w dół. Wnętrze na pięknych filarach, obszerne, przepełnione pamiątkami świętymi, upiększone sztuką. Ołtarz potrójny, ze spiczastymi wieżyczkami, rzeźbiony. Przepiękne drogocenne żyrandole. Las chorągwi i bogatych sztandarów. Wkoło olbrzymie obrazy i posągi święte. Okna w witrażach. Ławki, fotele, trony, konfesjonały kunsztowne. Organ tak potężny, że ludzie mówili, iż gdyby go organista puścił na cały duch, serce by się człowiekowi oderwało. Dzwony, gdy biły, zagłuszały całe miasto. Katedra nie powstydziłaby się takiego budynku i bogactwa, jakie miał bobrujski dekanacki kościół.

Odprawiała się już Msza główna, celebrowana. W kościele i przed nim na placu aż do ulicy, ścisk był okropny. Dwa rzędy żołnierzy Pola­ków z bobrujskich pułków i cywilnych kawalerów, splótłszy się ramio­nami, trzymali przejście od bramy na placu aż do presbiterium w koś­ciele. Korzystało zeń duchowieństwo, członkowie Komitetu, kandydaci do parady procesjalnej, oraz służyło ono do wynoszenia z kościoła omdlałych niewiast. Członkowie zorganizowanego przez kanonika pogo­towia, pracowali bez wytchnienia.

Kościk udał się do zakrystii, Stach zaś pozostał na placu.

Wpół do dwunastej rozległy się dzwony. Tłum zakołysał się, trzy­mane przez kordony przejście do kościoła rozszerzyło i zaczęła wychodzić procesja.

  Rozpoczynał ją staruszek siwieńki w komży, niosąc drewniany krzyż z Męką Pańską.

Za nim o kilkanaście kroków, wyszła kolumna dwanaście takich samych starców, w komżach z płonącymi świecami w ręku. Jednym z nich był Kantyczka smolarski.

  Za starcami, w takiej samej odległości, Kazik Zdanowicz i Jaś Ładan wynieśli dwie chorągwie z wizerunkami archaniołów: Michała i Gabriela.

  Potem wyszedł sztandar Trójcy Przenajświętszej, patronującej koś­ciołowi z pajęczyną białych i amarantowych wstęg; sztandar niósł kle­ryk, wychowanek kanonika, a wstęgi trzymały najurodziwsze mieszczki bobrujskie.

Dalej wypłynęły szpalery dziatwy do pierwszej komunii: wprzódy dziewczynki w białych sukienkach ze złożonymi nabożnie rączynami, później  chłopaki z książkami w ręku.

Za dziećmi grono szlachcianek dworskich wyniosło obraz Matki Boskiej Majowej spowity w żywe kwiecie i zieleń, a potem nastąpiły hufce młodzieży starszej - bujnej, urodziwej, dobieranej. Zrazu prze­szło sto dwadzieścia dziewcząt zaściankowych, caluśkich w bieli z welo­nikami na głowach, z kwiatem lilii w rękach, potem, po parze chorągwie, czterdziestu uczniów gimnazjalnych w mundurkach ze złoconymi guzi­kami, a na końcu sto smagłych chłopców w opaskach. Serce rosło, pierś rozpierało dumą, patrząc na te hufce, że to kraj kresowy tyle zdrowia i urody w sobie ma, tyle obrońców wiary i zwolenników idei Królowej Jadwigi świętej hołduje.

W dalszej kolei szły przeplatając się ze sobą: sztandary z pajęczy­nami wstęg, niezliczone chorągwie, obrazy i posągi pomniejszych dostoj­ników niebieskich. Wszystko było przybrane w kwiecie, w zieleń, przy wszystkim była młodzież w bieli.

Gdy to wszystko przeminęło, wtedy kroczyło samo duchowieństwo: w pierwszych dwóch czwórkach klerycy i wikariusze z dekanatów i większych parafii; w następnych proboszcze: hłuski, starodrożski, osi­powieki, szacki, błoński, berezyński, świsłocki, szkłowski, bychowski, złobiński, szaciłski i parycki; w ostatniej dziekani: słucki, ihumeński, rohaczewski i rzeczycki.

Potem ks. kanonik Krasiński prowadzony z jednej strony przez dziekana mohilowskiego, ks. Światopełk-Mirskiego, a z drugiej przez radcę Nieśmiertelnego najważniejszego pana w kraju, - niósł mon­strancję świętą. Kościk Wasilewski i trzech innych, równych mu wzro­stem, smagłych chłopców, odzianych w koronkowe komże z czerwonymi pelerynami, trzymali nad nimi baldachim; ks. proboszcz Bujnowski ka­dził przed nimi, a cztery małe dziewczynki sypały pod nogi kwiatuszki, dygając za każdym razem. Z tyłu postępowały orkiestra i chór potężny dyrygowane przez miejscowego kapelana, grając i śpiewając chwałę Przenajświętszego Sakramentu.

A wtedy już, za splotem poczwórnego kordonu osłaniającego chór, toczył się nawałniczą lawiną tłum niezliczony. Póki procesja przechodziła, stał zwartą masą w kościele morzem szerokim, jak okiem dojrzeć, na placu dokoła kościoła, ulicy, płotach, nawet dachach okolicznych domów, patrzył na płynące szpalery młodzieży, chorągwie i wszelkie inne świę­tości, liczył je, podziwiał wspaniałość manifestacji, słuchał tryumfalnego bicia dzwonów i radował się duszą całą. Dojrzawszy baldachim, zafalo­wał, zakotłował się gwałtownie i natarł ze wszystkich stron ku niemu.

Lecz ujście znalazła tylko wąska struga, jaka przez bramę przesunąć się mogła, reszta kołysała się dookoła burzliwie, niczym łan żyta zielonego w dzień wietrzny. Nikt w nim nie był pewien swej woli; najmocniej­szych mężczyzn nosiły rozhuśtane fale w przód i w tył, jak wzburzona woda szczapę jakąś.

Tysiączne tłumy przewalały się co parę minut przez bramę, a po­zostające na placu morze było jednako szerokie i burzliwe. Czasami zacinały przejście tłumy z zewnątrz i wtedy ścisk przy bramie jeszcze się powiększał.

Tymczasem dzwony umilkły zwiastując, że kanonik zatrzymał się przed jednym z przyrządzonych w mieście ołtarzy. Tłum uspokoił się i pochylił głowy, szepcąc modlitwę.

Za chwilę dzwony znów uderzyły i tłum znów zafalował, zaczął wy­tryskiwać fontanną na ulicę i przedłużać za procesją pochód. Końca zdało się tej migotliwej barwami chust i łysinami rzece głów ludzkich - która się toczyła ulicą, nie będzie. Wciąż rosła - wydłużała się w bezkres. Wreszcie wypróżnił się kościół, opustoszał plac, obnażyły płoty i dachy - a jednak wciąż jeszcze ściekały luźne grupy z zaułków, wy­chodziły z bram, furtek, łączyły ze sobą i wciąż przedłużały pochód.

Lecz skończyło się. Stutysięczne rzesze płynęły miastem, zwiastu­jąc swoim i ciemiężcom, że oto po stu dwudziestu latach rusyfikacji, zakazaniu nauki w języku ojczystym, zamykaniu kościołów, chrzczeniu dzieci z małżeństw mieszanych w cerkwi, zachęcaniu do przejścia na prawosławie nagrodą służby rządowej, nadziale ziemi i innych sposobach jeszcze i w kraju dalekich kresów b. Rzplitej wielka siła narodu polskie­go pozostaje, narodu, w którym jakkolwiek już zatraciła się częściowo mowa przodków, jednak trzyma się świadomość swej odrębności, płonie wiara żarliwa, wiąże go zdumiewająca solidarność i miłość braterska i mieszka w nim duch.



Zmieniony ( 10.06.2020. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.