Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 80 gości
S T A R T arrow Gospodraka..., oj, draka arrow pieniądz - narzędzie rabunku 20+ arrow Chcą konstyt. zmiany limitu zadłużenia Polski !! Równia pochyła do kryzysu fiskalnego ??
Sunday 25 October 2020 12:41:53.30.
migawki
 

25.10.20 Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”.

Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

 
W Y S Z U K I W A R K A
Chcą konstyt. zmiany limitu zadłużenia Polski !! Równia pochyła do kryzysu fiskalnego ?? Drukuj Email
Wpisał: Damian Szymański   
16.07.2020.

Chcą konstyt. zmiany limitu zadłużenia Polski !!

[CZY ??] W finansach Polski czeka nas najważniejsza od lat zmiana, której Polacy mówią na razie jasne "nie"

 

Równia pochyła do kryzysu fiskalnego ??

Damian Szymański

https://businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/zmiana-limitu-zadluzenia-polski-a-stanowisko-ministerstwa-finansow/glbfb2g



1,1 biliona zł - do tylu wzrósł dług sektora finansów publicznych Polski

Szykuje się najpoważniejsza zmiana w finansach Polski od lat. Coraz więcej najważniejszych osób w Ministerstwie Finansów widzi potrzebę podniesienia konstytucyjnego limitu zadłużenia Polski, który obecnie wynosi 60 proc. PKB - dowiedział się Business Insider Polska. Z tą rewolucją ma również wiązać się ujednolicenie sposobu liczenia długu przez Unię i nasz kraj oraz rozluźnienie reguły wydatkowej. Jak jednak wynika z sondażu IBRiS przeprowadzonego na zlecenie redakcji, ponad połowa Polaków nie chce, aby prezydent wspierał działania zmierzające do zwiększenia limitu zadłużenia.

W Ministerstwie Finansów toczą się rozmowy o zmianie reguły wydatkowej, podniesieniu limitu długu z 60 proc. na wyższy oraz ujednoliceniu sposobu naliczania długu ze standardem europejskim - dowiedział się Business Insider Polska

  • Te działania mają dać politykom znacznie większej przestrzeni do możliwego zadłużenia Polski, a wydatki miałyby być w założeniu przeznaczone na prorozwojowe inwestycje

  • Jak wynika z sondażu IBRiS przeprowadzonego na zlecenie Business Insider Polska, większość Polaków nie chce, aby nowo wybrany prezydent wspierał tego typu działania

  • Eksperci są podzieleni. Niektórzy z młodego pokolenia ekonomistów, dotychczas zabierający głos w mediach, chcą zwiększenia limitu zadłużenia. Są też jednak tacy, którzy przestrzegają przed pazernością polityków

Coraz trudniej połapać się w zadłużeniu Polski. Mają z tym problem ekonomiści, a co dopiero zwykli Polacy. My deficyt finansów publicznych obliczamy na swój sposób, inaczej robi to Unia Europejska. Zagmatwanie jest tak duże, że do dzisiaj nie wiadomo, z jakim długiem wylądujemy na koniec tego roku (Komisja Europejska mówi o blisko 10 proc. PKB). Rząd od odejścia z resortu finansów Teresy Czerwińskiej uprawia "kreatywną księgowość", upychając wydatki po funduszach celowych (vide Fundusz Solidarnościowy).

Teraz z kolei w dobie koronawirusa tarcze antykryzysowe są finansowane za pomocą Banku Gospodarstwa Krajowego i Polskiego Funduszu Rozwoju, co sztucznie obniża dziurę budżetową (patrz wyniki wykonania budżetu za czerwiec) oraz szerzej cały państwowy dług publiczny (PDP) liczony według polskiej metodologii (więcej o tym pisaliśmy TUTAJ).

Nadchodzi zmiana limitu zadłużenia Polski - najpoważniejsza reforma od lat

Z kolei Eurostat do długu stara się wliczać jak najszerszą grupę podmiotów publicznych podległych politykom, które obecnie finansują zadania tradycyjnie przypisane budżetowi państwa. Dlatego w tym roku może dojść do niespotykanej rozbieżności w wysokości długu podanego przez unijne urzędy, a tym podanym przez GUS. Różnica może sięgnąć grubo ponad kilkadziesiąt miliardów złotych.

A na to wszystko, co dzieje się nad Wisłą, patrzą rynki, patrzą inwestorzy, patrzą ekonomiści, agencje ratingowe, patrzą także zniecierpliwieni europejscy urzędnicy oraz polska opinia publiczna. I wszystkim powoli zaczyna się to nie podobać. Taka sytuacja więc nie może trwać wiecznie.

Dlatego też coraz więcej osób w Ministerstwie Finansów na decyzyjnych stanowiskach jest przekonana, że nadszedł czas, aby finansowy węzeł gordyjski przeciąć i ujednolicić metodologię liczenia długu i przyjąć uniwersalny europejski standard. To jednak wywołuje szereg problemów.

Obgryzanie paznokci

- Nikt już nie dyskutuje z tym, czy jest potrzebny impuls fiskalny w dobie kryzysu. Bo jest. Rząd tę pracę wykonał. Ale nikt nie wie, jak sobie poradzimy za kilka miesięcy. Wiele branż, np. turystyczna, wciąż płacze w gazetach, że potrzebuje pieniędzy, aby przetrwać. Bez pomocy państwa wiele firm może sobie po prostu nie poradzić - mówi nam osoba z resortu finansów bardzo dobrze zorientowana w sprawie. To oznacza kolejne wydatki.

- Bardzo źle by się działo, gdybyśmy za rok wylądowali pod konstytucyjnym progiem 60 proc. PKB i gryźli paznokcie bez żadnego pola manewru - przekonuje.

W Konstytucji z 1997 r przewidziano trzy progi ostrożnościowe od 50 proc. PKB (który zawiesił rząd Donalda Tuska, wprowadzając w zamian stabilizującą regułę wydatkową SRW), 55 proc. i 60 proc.

Po przekroczeniu środkowego progu rząd ma obowiązek wstrzymać się ze wzrostem wynagrodzeń urzędników, waloryzować emerytury do wysokości inflacji, zamrozić niektóre budżety i zakazać udzielania nowych poręczeń. Gdyby sytuacja budżetowa pogarszała się jeszcze bardziej i dług publiczny osiągnąłby 60 proc. PKB - czyli zostałby przekroczony tzw. III próg ostrożnościowy, rząd musiałby tak ściąć wydatki, by przyjąć budżet bez jakiegokolwiek deficytu. Teraz toczy się zatem gra, aby limit ustalony 23 lata temu zmienić.

- Coraz większa liczba osób w MF popiera te rozwiązania. One będą służyć przejrzystości finansów - mówi nam osoba z ministerstwa finansów. Jej zdaniem poprzeczkę wyznaczającą górną granicę długu powinniśmy ustalić znacznie wyżej niż teraz - w przedział między 80-90 proc. PKB.

- Jeśli jednak sobie wszystkie wydatki włączymy do długu i będą one podlegały również pod regułę wydatkową (co będzie oznaczało, że każdy wydatek będzie musiał mieć swoje pokrycie w dochodach - przyp.red.), trzeba będzie również zmienić samą regułę - dodaje, wyjaśniając, że "duża część resortu finansów jest zdania, że reguła jest za sztywna w dobrych czasach" i nie pozwala, kiedy nadchodzi koniunktura, na potrzebne zwiększenie wydatków. Wręcz przeciwnie, powyżej pewnego poziomu długu, wymusza oszczędności. To się w MF niektórym nie podoba.

Co więc powinno się zmienić w SRW? Według naszego informatora najprawdopodobniej do reguły trzeba będzie dodać komponent oprocentowania obligacji, czyli dorzucić do algorytmu koszt pożyczania pieniędzy z rynku (podczas jednego ze spotkań mówił o takim rozwiązaniu członek Rady Polityki Pieniężnej Łukasz Hardt).

Inna pytana przez nas osoba dorzuca, że próg konstytucyjnego zadłużenia powinniśmy podnieść o maks. 10 punktów procentowych, tak żeby "ludzie nie pomyśleli, że chcemy iść ścieżką południa Europy" oraz przemodelować regułę wydatkową tak, aby wyłączyć spod niej ekstraordynaryjne wydatki w przypadku jakiś katastrof gospodarczych, jak ta obecna. - To nie jest nic odkrywczego, o tym debatuje się teraz w Unii - twierdzi.

Polacy są przeciw zwiększaniu zadłużania

- Jest to sprawa ponadpartyjna i mega ważna. Musimy na ten temat rozmawiać, żebyśmy nie zostali w tyle za innymi państwami, które nie boją się pompowania pieniędzy w gospodarkę, kiedy naprawdę jest taka potrzeba, a kredytowanie się jest najtańsze w historii. Na obsługę długu publicznego płacimy 27 mld zł. W skali całości to są grosze. Dlaczego tego nie wykorzystać? - pyta retorycznie nasz informator.

Sprawa jednak nie jest taka prosta i rząd będzie musiał przekonać Polaków, że zwiększenie limitu zadłużenia ma sens i nie jest furtką do pójścia drogą Grecji, której załamanie w finansach jest wciąż podnoszone jako koronny argument przeciwko poluzowania pasa. Jak wynika z sondażu IBRiS przeprowadzonego na zlecenie Business Insider Polska, na pytanie, czy zgadza się Pan/Pani ze stwierdzeniem:

Prezydent powinien dążyć do zwiększeniem konstytucyjnego limitu zadłużenia kraju z poziomu 60 proc. PKB na wyższy

jedynie co piąty nie ma z tym żadnego problemu. 54,9 proc. respondentów jest przeciwko pomocy głowy państwa w tym zakresie. Co czwarty nie ma zdania.

Największe uznanie dla takiego obrotu sprawy mają osoby młode od 18 do 24 lat. W tej grupie wiekowej aż 71 proc. respondentów poparło takie stwierdzenie. Najmniej chętne są z kolei osoby starsze po 70 roku życia (69 proc.).

Debata nad długiem kwitnie

MF jest gotowe do rozmowy i działań w tym zakresie. Czy jednak będzie w tym osamotnione? Nie. Jest grono osób, które takim planom by przyklasnęło. Jedną z nich jest Jakub Sawulski z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Kilka tygodni temu napisał on felieton na ten temat w "Dzienniku Gazecie Prawnej".

- Mam trzy postulaty. Ustalamy limit długu na 90 proc., zmieniamy stabilizującą regułę wydatkową, w której zapisujemy, że docelowym poziomem długu, do którego powinniśmy dążyć, nie jest obecne 43 proc., a 60 proc. i ujednolicamy sposób liczenia zadłużenia do standardu unijnego - mówi w rozmowie z Business Insider Polska ekonomista.

Na pytanie, dlaczego akurat limit powinien wynieść 90 proc., a nie 84, bądź 99 proc., przekonuje, że jest to zupełnie arbitralnie ustalony przez niego poziom, który miałby zapewnić przestrzeń do zwiększenia wydatków w razie jakiegoś kolejnego potężnego kryzysu finansowego.

- 30 pkt. proc. wydaje się wystarczające. Obecna przestrzeń między 43 proc., a konstytucyjną granicą 60 proc. wydaje się za mała. Widzimy to na przykładzie obecnego załamania. Politycy nie musieliby aż tak kombinować z wypychaniem wydatków - tłumaczy.

Zgadza się z nim jego szef, Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Mówi on nam, że nie ma sensu trzymać się kurczowo dawno ustalonych dogmatów, skoro radykalnie zmienia się nasze otoczenie społeczno-gospodarcze. - Polska potrzebuje inwestycji i na prawdę nie widzę powodu, aby nie zacząć poważnie dyskutować na temat przyszłości finansów publicznych naszego kraju - twierdzi.

"Dług nie jest czymś dobrym"

Bardziej stonowany w całej dyskusji jest Paweł Borys, szef Polskiego Funduszu Rozwoju. Jak zaznacza, stoi na bardziej "konserwatywnym stanowisku".

- Byłbym ostrożny z luzowaniem limitów. Dług nie jest czymś dobrym. Są badania mówiące o tym, że państwa mające dług powyżej 80 proc. PKB rozwijają się wolniej. Z drugiej jednak strony nasz kraj potrzebuje zwiększenia inwestycji. Teoretycznie jeśli mielibyśmy zwiększyć zadłużenie do nawet 70 proc. PKB, to jestem przekonany, że nic złego by się nie stało - wyjaśnia.

Jakiś czas temu "Rzeczpospolita" opisywała apel ok. 20 młodych ekonomistów, którzy postulują wzrost długu publicznego do poziomu średniej unijnej, która w 2019 r. wynosiła niemal 78 proc. PKB.

Według nich Polska zdobyłaby „potencjał do wygenerowania na przestrzeni lat dodatkowego strumienia wydatków publicznych w wysokości kilkuset miliardów złotych". Chcieliby też utworzenia rady fiskalnej - ciała doradczego, nad którym toczyły się już zaawansowane rozmowy pod koniec zeszłego roku.

Nie tak szybko, nie tak prędko

Na przeciwległym biegunie tego typu rozważań stoi za to dr Sławomir Dudek, wieloletni pracownik resortu finansów, a obecnie główny ekonomista Pracodawców RP. Jest on wielkim orędownikiem ujednolicenia definicji długu krajowego i unijnego, jednak stanowczo ostrzega przed majstrowaniem przy konstytucyjnym progu ostrożnościowym.

- Moim zdaniem COVID-19 jest tylko pretekstem do rozluźniania ram fiskalnych. Cały proces rozpoczął się dużo wcześniej i dotyczył reguły wydatkowej, teraz przyszedł czas na konstytucyjne progi długu - mówi nam Dudek.

Jak zaznacza, mamy unijny pakt stabilności i wzrostu i na dzisiaj nie toczy się żadna formalna dyskusja na poziomie europejskim na temat zawartych tam reguł fiskalnych, w tym relacji 60 proc. długu do PKB. Dodaje, że:

Z drugiej strony zmiana konstytucji jest mało prawdopodobna. Ponadto agencje ratingowe, rynki finansowe i instytucje międzynarodowe dalej w swoich benchmarkach mają progi 40 proc. lub 60 proc. dla długu w zależności od stopnia rozwoju gospodarki. Na dzisiaj Polska klasyfikowana jest jeszcze w wielu przypadkach do grupy krajów rozwijających się i często jako poziom benchmarkowy przypisywany jest nam nawet poziom 40 proc. dla długu. Nie oczekiwałbym w tym zakresie szybkim zmian.
Zresztą kraje „peers” do których porównują nas agencje ratingowe mają niższe zadłużenie i tam nie ma żadnej dyskusji o zmianie tego stanu.

Jego zdaniem kolejność dyskusji na ten temat powinna być odwrotna. - Najpierw europejskie ramy fiskalne, a potem dyskusja nad polskimi ramami fiskalnymi. Trudno mi sobie wyobrazić jednocześnie próg 60 proc. w ramach reguł europejskich i 80-90 proc. w polskich ramach fiskalnych - stwierdza.

W opinii ekonomisty w ogóle o ramach fiskalnych powinno się dyskutować nie w kryzysie, "nie w sytuacji kiedy dochodzimy do ściany i grozi na przekroczenie progów", ale w dobrych czasach, kiedy jesteśmy daleko od progów.

- W innym przypadku wiarygodność ekonomiczna zostanie mocno nadszarpnięta - przestrzega.

- Dlaczego jako wzór stawiamy kraje południa, a nie północy, gdzie reguły są silnie przestrzegane? Moim zdaniem zmiana progów konstytucyjnych skończy się podważeniem wiarygodności ekonomicznej i znajdzie odzwierciedlenie w wyższych kosztach obsługi długu. Zresztą przed kryzysem, mimo niższego poziomu długu publicznego niż w wielu krajach, średnie koszty jego obsługi należą u nas do jednych z najwyższych w UE: w 2019 r. wynosiły średnio 3 proc., wobec średniej dla UE ok. 2 proc.. Jesteśmy w pierwszej piątce w UE w tym zakresie. To, że teraz, w czasach kryzysu i masowych operacji QE (quantitative easing; chodzi o luzowanie polityki pieniężnej - przyp. red.) koszty są niskie nie powinno być wyznacznikiem do zmian w regułach budżetowych. Nie ma żadnej gwarancji, że niskie oprocentowanie to zjawisko trwałe - mówi Sławomir Dudek.

- Ostatecznie scenariusz jest prosty, równia pochyła do kryzysu fiskalnego. Teraz zwiększamy próg do 90 proc., co zrobią politycy, oczywiście wykorzystają całą przestrzeń i jak przyjdzie kolejny kryzys to pojawią się propozycje zwiększenia tych progów do 120 proc., itd. - kończy.

Zmieniony ( 16.07.2020. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.