Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 65 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow Co robić?18+ arrow Nihilizm i bezbożnictwo - największe nieszczęścia. Dlaczego bestia zawyła?
Saturday 05 December 2020 09:08:44.31.
migawki
 

12.12.2020 Dzień wielkiej modlitw różańcowej za Polskę – procesje różańcowe w naszych parafiach.

Wezwanie do postu i modlitwy w czasie Adwentu 2020 roku

Ci niby-rządzący - prezes, premier [nie liczmy dokooptowanych urzędników, jak Niedzielski itp.] w panice miotają się, zachowują się jak przerażeni idioci czy wariaci podczas pożaru na strychu, gdy schody już się spaliły. Piszą o tym nawet ich sojusznicy. Kto wie, co - czy kto - ich tak przeraża? [proszę o krótkie sugestie, ale bez sloganów].

=================

Połajanki w łże-prawicy: - W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, "miękiszonem", trzeba być twardym, trzeba potrafić dbać o interesy własnego kraju, Polski - mówił Ziobro w kontekście prowadzonych przez premiera Morawieckiego negocjacji wokół budżetu UE i mechanizmu praworządności.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Nihilizm i bezbożnictwo - największe nieszczęścia. Dlaczego bestia zawyła? Drukuj Email
Wpisał: Grzegorz Kucharczyk   
29.10.2020.

 

 

Nihilizm i bezbożnictwo - największe nieszczęścia.

Dlaczego bestia zawyła?

Grzegorz Kucharczyk https://www.pch24.pl/nihilizm-i-bezboznictwo---najwieksze-nieszczescia



Dlaczego bestia zawyła? Ponieważ prawda o tzw. aborcji falsyfikuje wszystkie „prawdy” zwolenników „tolerancji i postępu”, których zbrojne ramię wyległo ostatnio na ulice naszych miast i szturmuje mury naszych świątyń.

 Zwolennicy „tolerancji i postępu” są in gremio przeciwni karze śmierci dla okrutnych zbrodniarzy. Ale nie widzą nic zdrożnego w wykonywaniu kary śmierci (w okrutny sposób) wobec osób jak najbardziej niewinnych, których jedyną „winą” jest to, że istnieją.

 Zwolennicy „tolerancji i postępu” przejmują się losem zwierząt futerkowych, niedźwiedzi polarnych i muszek w dolinie Rozpudy. Gdyby powiedzieć im, że na przykład (czysto hipotetycznie) hodowcy zwierząt uśmiercają je przez rozczłonkowanie żywcem lub przez odmóżdżanie, zatrzęśliby się z oburzenia z powodu tego niespotykanego okrucieństwa. Wysyłaliby lotne patrole „animalsów”, które miałyby powstrzymać taki ohydny proceder. Czego jednak nie wolno robić norkom i tchórzofretkom, bez żadnych oporów należy robić w odniesieniu do najsłabszych ludzi, zwłaszcza zaś tych wobec których istnieje podejrzenie nieuleczalnej choroby.

 Zwolennicy „tolerancji i postępu” ciągle mówią o „inkluzywności” wobec osób chorych. Walczą o podjazdy, osobne wejścia, specjalne windy dla inwalidów. Jednak ta troska jest ograniczona w zależności od liczby przeżytych trymestrów. Jeśli liczba tych ostatnich jest niska, zasada „inkluzywności” nie obowiązuje, i można osoby chore zabijać. Poprawia się w ten sposób „jakość życia”.

 Zwolennicy „tolerancji i postępu” afirmują naukę. Wszak to postęp cywilizacyjny. No, chyba że najnowsza nauka (jak na przykład genetyka) jednoznacznie wskazuje, że jeden człowiek nie może mieć dwóch odrębnych kodów genetycznych i w związku z tym „płód” jest po prostu osobną istotą ludzką. Wtedy nauka idzie w kąt w obliczu pilnej potrzeby „usunięcia ciąży z nieodwracalnymi wadami genetycznymi”.

 Zwolennicy „tolerancji i postępu” mówią, że zawsze ujmują się za najbardziej pokrzywdzonymi. W tym gronie wskazują od lat na kulturowe, społeczne i zawodowe upośledzenie kobiet. Mówią w tym kontekście o „piekle kobiet”. Piekielna otchłań nie dotyczy jednak tych dziewczynek, które w okrutny sposób zostały wyeliminowane w wyniku tzw. aborcji. Tutaj także obowiązuje zasada, im mniej trymestrów, tym mniejsze szanse na przeżycie.

 Zwolennicy „tolerancji i postępu” najczęściej operują antykapitalistyczną retoryką. Grzmią na „neoliberalny wyzysk” panujący w wielkich korporacjach. Jednocześnie nie widzą nic zdrożnego w tym, by wielkie korporacje (jak na przykład „Planned Parenthood”) zarabiały krocie na eliminowaniu ze świata żywych najsłabszych ludzi, a nawet zarabiały na handlu organami pozyskanymi w wyniku zabójstwa. Ba, zwolennicy „tolerancji i postępu” sami chętnie korzystają z pieniędzy podsuwanych im przez międzynarodowych spekulantów deklarujących się jako obrońcy „otwartego społeczeństwa”.

 Prawda o aborcji obnaża głębię hipokryzji i zakłamania zwolenników „tolerancji i postępu”. Nikt zaś nie lubi być postawiony w takiej sytuacji. Stąd po uruchomieniu starej rewolucyjnej zasady w nowym brzmieniu – „nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji” – zwolennicy „otwartego społeczeństwa” wylegli na ulice i zaczęli szturm na kościoły.

 „Opryszki bezhistoryczne”, by użyć tutaj słów Norwida. Skąd się biorą? Posłużmy się cytatami z nauczania Prymasa Tysiąclecia. 2 lutego 1961 roku w Gnieźnie mówił: „Odebrany Bóg to w następnym etapie zatracenie ładu moralnego, zagubienie sensu życia, rozkład moralny, osobisty i rodzinny. Gdy zatracamy sens światła ewangelicznego, największe absurdy i błędy wydają się do przyjęcia. Ginie wtedy moralność osobista, ginie moralność rodzinna, społeczna i zawodowa. Nie da się także utrzymać żadna moralność polityczna”.

 Ten fatalny w skutkach proces „odbierania Boga” to przede wszystkim różne formy laicyzmu. Prymas Wyszyński rządził Kościołem w Polsce w epoce konfrontacji z laicyzmem marksistowskim. My musimy stawić czoła jego wersji neomarksistowskiej. Jednak w odniesieniu do obu rodzajów można odnieść diagnozę kardynała – Prymasa Polski, który nazywał laicyzm „klęską i nieszczęściem społecznym”, „absurdalną rzeczą”, „dehumanizacją i zniewagą człowieka”.

 A propos tego ostatniego rozpoznania i a propos wstrząsających obrazów, które widzieliśmy w ostatnią niedzielę (m. in. w poznańskiej katedrze) warto zacytować słowa wypowiedziane przez kardynała Wyszyńskiego w 1964 roku do młodzieży akademickiej Gdańska: „Trzeba skończyć z tym określeniem: jestem laikiem. Przecież dzisiaj słowo „laicyzacja” stało się programem. A z tzw. indyferentyzmu religijnego płyną wszystkie inne indyferentyzmy, tak iż człowiek staje się właściwie jakąś bezwyrazową szmatą”. (Gdańsk – Wrzeszcz, 11 kwietnia 1964).

 Prymas Tysiąclecia nie wydawał jakiś miałkich deklaracji wzywających w obliczu ofensywy zła do „kulturalnego dialogu społecznego”. Nazywał rzeczy po imieniu i wzywał do mężnego oporu: „My chcemy Boga, a nie bezbożnictwa! […] Pragniemy również przez wiarę uchronić Polskę od nihilizmu, który razem z bezbożnictwem może się stać największym nieszczęściem dla przyszłości naszego Narodu” (Gniezno, 23 kwietnia 1967).

 Minęło niewiele ponad czterdzieści lat od czasu, gdy dziesiątki tysięcy młodych Polaków, wychowanych na takich słowach wielkiego pasterza Kościoła, skupieni wokół Następcy św. Piotra śpiewało nieopodal warszawskiego kościoła św. Anny na oczach całego świata i w twarz marksistowskim laicyzatorom „My chcemy Boga!”. Po czterdziestu jeden latach tej świątyni i innych warszawskich świątyń trzeba pilnować dzień i noc przed współczesnymi „opryszkami bezhistorycznymi”. Taką drogę przebyliśmy. Załamywać się? W żadnym razie. Ale trzeba mieć trzeźwy ogląd sytuacji i znać jej przyczynę.

Zmieniony ( 29.10.2020. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.