Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 8 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Historia - odkłamywanie arrow Oni wkrótce sami przyznają się do zbrodni katyńskiej i innych
Tuesday 02 June 2020 04:16:49.29.
W Y S Z U K I W A R K A
Oni wkrótce sami przyznają się do zbrodni katyńskiej i innych Drukuj Email
Wpisał: Zbigniew Koźliński   
24.03.2011.

Oni wkrótce sami przyznają się do zbrodni katyńskiej i innych

 

MELDUNEK Z AKCJI 1940 - 1941 (KATYŃ) ANEKS

(Rękopis nadesłany przez Z. Koźlińskiego w lutym 1990)

JACEK TRZNADEL  POWRÓT ROZSTRZELANEJ ARMII  (Katyń - fakty, rewizje, poglądy)

 

Wiele lat po wojnie spotkałem mego pierwszego dowódcę partyzanckiego, komendanta "Puszczyka". Powiedział mi: - Milcz dalej jak kamień, przy najm­niejszej nieostrożności w mękach zginiesz i wydasz wszystkich, którzy współdziałali i nie współdziałali z nami, Nie upijaj się, nie rób żadnej kariery zawodowej itd. Ciebie też szukali, pamiętaj, nie możesz być weryfikowany przez UB. - Trwałem dalej z tym garbem tajemnicy i zagrożenia, na "lewym" życio­rysie.

Spotkałem później "Puszczyka" w 1988 roku, na rok przed jego śmiercią. Powiedział: - Oni wkrótce sami przyznają się do zbrodni katyńskiej i innych. Wtedy bez ryzyka złożymy swój meldunek. "Puszczyk" umarł, myślę, że nadszedł czas ujawnienia wydarzeń, w których przypadkowo brałem udział.

Moja matka, Maria, urodziła się w Taszkiencie, jako córka powstańca z 1863 roku (Leon Kaszuba-Krzepicki)6) , z partii Narbutta, ojciec jej był skazany na wieczyste zesłanie na Syberię. Pojechała za nim jego narzeczona, dostali zgodę na małżeństwo i osiedlenie się w Taszkiencie. Do Polski matka wróciła w 1920 roku. W 1940 roku została wywieziona z moją siostrą do Kazachstanu. Wróciły dopiero w latach pięćdziesiątych.

Mój ojciec pochodził z gubernii smoleńskiej z Gniezdowa. W czasie pierwszej wojny światowej działał, jak przypuszczam, w kontrwywiadzie legionów, torował też drogi przemarszu oddziałom polskim formowanym w Rosji. Uważał się za Dowborczyka. Miał ukończone studia agrotechniczne we Lwowie, Wiedniu. Znał bardzo dobrze język rosyjski i niemiecki. Był bardzo sprawny fizycznie.

-------------

6) Przy okazji wymieniania nazwiska swego dziadka pan Koźliński opowiedział rzecz, zasłyszaną od matki, na temat obyczajów sybirskich zesłańców. Otóż, aby

zachować pamięć o niektórych zmarłych samotnie na Syberii - Polacy, 'mężczyźni i kobiety, przybierali ich nazwiska do swoich tworząc nazwiska podwójne czy nawet potrójne. Przytaczam ten szczegół prawdziwy czy mityczny (nie potrafię tego spraw­dzić), gdyż nigdy się z nim w literaturze o Sybirze nie zetknąłem.

----------

Po wojnie zrezygnował z dotychczasowej służby, ożenił się, gospodarował w majątku zwróconym matce, w Czarnowszczyźnie, koło Szczuczyna Nowogródzkiego, woj. nowogródzkie. W 1939 roku, w marcu, został zmobili­zowany do Grodna, do tamtejszego DOK (Dowództwo Okręgu Korpusu). Organizator podziemia i partyzantki za pierwszej okupacji sowieckiej, został aresztowany przez NKWD.

"Puszczyk", Jan Skorp, nauczyciel, podporucznik rezerwy kawalerii, uczest­nik kampanii wrześniowej, następnie jeden z oficerów grup armii podziemnej za okupacji sowieckiej, uniknął aresztowania. Dobry znajomy mojego ojca z grupy "młodych przyjaciół". Za okupacji niemieckiej w 1941 r. dowodził patrolem wyznaczonym do sprawdzenia informacji o zbrodni katyńskiej, następnie przejął dowództwo pierwszego oddziału partyzanckiego na ziemi nowogródzkiej od "Kozłowa" (Józef Zwinogrodzki). Następnie oficer przy szta­bie 77 pp AK. Ostatni dowódca okręgu, znowu za okupacji sowieckiej. Wrócił do Polski centralnej nielegalnie po rozwiązaniu konspiracji na ziemi nowogródzkiej. W Polsce aresztowany, ale nie rozeznano wszystkich jego działań konspiracyjnych.

Zbigniew Koźliński: pochodzę z rocznika 1922. Uczyłem się w gimnazjum przy ul. Mickiewicza w Grodnie. Jako harcerz brałem udział w obronie Grodna, potem zostałem zaprzysiężony jako łącznik z oddziałami leśnymi, z kolegą Bolkiem Misiurą zostaliśmy łącznikami do Warszawy. Wróciliśmy z Bolkiem do Grodna, melina u "Radcy", z kolejnego wypadu do Warszawy, w marcu

1940 r. i dowiedziałem się, że ojciec został aresztowany w Lidzie. W pierwszej połowie maja Bolek, który był też łącznikiem ze Szczuczynem i Lidą, powiado­mił mnie, że mam natychmiast udać się do Iszczołny. Do tamtejszego gorodka (nazwa punktu konspiracyjnego). W gorodku tym ukrywał się proboszcz z parafii Iszczołna i dobry przyjaciel ojca, zdaje się Jarosiński, którzy mieli kon­takt z ziemiankami w lasach, gdzie byli wojskowi i zagrożeni cywile.

W tym gorodku niespodziewanie spotkałem wtedy ojca (nosił pseudonim "Edek" albo rosyjski "Bieriozka"). Bardzo się postarzał, nie palił (ja dużo już paliłem), był inny, rozkojarzony, czasem drżała mu ręka, znacznie wyłysiał. Piszę o tym, gdyż nie mogłem w pełni uwierzyć w jego relacje i zastanawiałem się, czy mam wypełnić jego rozkaz.

Po aresztowaniu został rozpoznany jako wywiadowca i oficer łącznikowy z pierwszej wojny światowej. Po wstępnym śledztwie (badali go kombrig i pułkownik z Moskwy), zażądali ujawnienia miejsca, gdzie na terenie jego rodzinnego Gniezdowa zostały ukryte dokumenty, broń i skarbiec białogwardzistów, którą to operację ojciec rzekomo znał bardzo dobrze i nią kierował. Obiecano mu zwolnienie z aresztu i wymianę za rosyjskiego agenta w innym państwie (w co nie wierzył).

Wstrząsający ciąg dalszy swego opowiadania spisał w kilku egzemplarzach w formie meldunku. Meldunku tego uczyłem się też na pamięć, jeden egzem­plarz zabrałem z sobą do Grodna, jeden egzemplarz został zatopiony w studni, w obciążonej butelce, na podwórku plebanii (nocą). Ojciec meldował, że przyz­nał się do swojej roli w pierwszej wojnie światowej, podawał jakiś numer ewidencyjny, następnie oświadczał, że został przewieziony do aresztu w Smoleńsku i samochodem do Gniezdowa. Przedtem teren poszukiwania oznaczył na mapie sztabowej, jako las na brzegu Dniepru. Samochód wjechał za bramę nowego ogrodzenia, wojskowi wylegitymowali się warcie, szofer został, a ojciec z tymi dwoma śledczymi udał się ku małemu wzgórzu przez las. Za wzgórzem była kiedyś kapliczka, niedaleko była zakopana broń, skarbiec nie był tam schowany. Idąc tak znaleźli się na skraju wykopu prawie wypełnionego setkami trupów w polskich mundurach. Można było rozpoznać dystynkcje ofi­cerskie. Inny wykop był częściowo zasypany. Wrażenie było straszne, ojciec sądził, iż przyprowadzono go tu celem rozstrzelania, chciał uciekać i nie mógł. Posłyszał: "Dawaj nazad'.

Wrócili do samochodu, odwieziono go do miejscowego aresztu na dworcu, a kombrig i pułkownik odjechali spiesząc się.

W tym areszcie zamek nie był sprawny, zasuwa przesunęła się tylko niez­nacznie, udało się drzwi wyszarpnąć.7) Aresztowany wziął stojącą w kącie miotłę, wyszedł przez peron między wagony i uciekł. Był pewien, że uszedł niechybnej teraz śmierci. Zaczął padać deszcz, nie groziła pogoń z psami. Meldunek podawał, że przez kilka dni uciekinier przechowywał się u zna­jomych, stwierdził istnienie tu antysowieckiej konspiracji, którą posłużył się wysyłając szereg listów do NKWD w Moskwie, Mińsku, Smoleńsku i tp. z oświadczeniem, że zbrodnia jest już znana i będzie przedstawiona światu. Liczył, że proceder zostanie wstrzymany. Wrócił przez Mińsk jako pomocnik polskiego maszynisty.

Miałem rozkaz oddania meldunku w Grodnie, zaś ojciec decydował się na przejście przez Litwę do Szwecji. Strasznie trudne było pożegnanie, nie zobaczyłem go już nigdy.

W Grodnie meldunek został zaszyfrowany niewidocznym pismem na ban­knotach. Dwoma drogami wysłano mnie i Bolka do Warszawy. Udało się, obaj dotarliśmy tam w pierwszej połowie czerwca. Dwukrotnie pisałem własne zez­nanie, byłem szczegółowo badany przez oficerów wywiadu. Wnioskowałem z przebiegu rozmów, iż zbrodnię katyńską uznano wtedy za nieprawdopodobną, za czyjąś prowokację lub pomyłkę ojca. Bardzo mnie to obeszło, musiałem złożyć przysięgę o zachowaniu tej tajemnicy i zostałem wysłany do Sygneczowa koło Krakowa, gdzie czekałem na przerzucenie na Węgry.

 

7) Zdanie, złożone kursywą, jest wersją pierwotnej relacji, konspirującej wtedy pewne dane ~ względu na bezpieczeństwo osób trzecich. Tę obawę, mimo upływu kilkudziesięciu lat, świadek powielił automatycznie jeszcze podczas pisania "meldunku" w lutym 1990. Dopiero po ogłoszeniu komunikatu TASS o przyznaniu się ZSSR do odpowiedzialności za Katyń, w kwietniu 1990 ­dopowiedział w następnej rozmowie inną wersję (~ sprzątaczką) o uwolnieniu się ojca z aresztu w Gniezdowie.

Przejście na Węgry nie nastąpiło. Zimowałem w Sygneczowie. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku dostałem list od Z. Mierzejewskiego z Warszawy (ul. Piusa II), gdzie mieścił się mój punkt kon­taktowy, aby natychmiast wracać. Tutaj zostałem przydzielony do rodziny ofi­cera, która wracała na Grodno do domu (pseud. "Stary"). Wkrótce dowiedziałem się, że będzie on organizować weryfikację danych o zbrod­ni katyńskiej i że jestem przydzielony "Staremu". Po przekroczeniu granicy z Ostlandem bez przeszkód wróciłem do Czarnowszczyzny, czekałem tam na rozkazy. Wkrótce została stworzona grupa, patrol wywiadowczy:

Por. Jan Skorp, pseudonim: "Puszczyk", "Karszun".

Kapral Bolesław Misiura, pseudonim: "Świerk", "Niekrasow".

Kapral Stanisław Gwozdowski, pseudonim: "Sztyft", "Małanka".

Kapral Zbigniew Koźliński, pseudonim: "Gryf', "Wodopianow".

            Na początku września 1941 r. miała miejsce pierwsza wyprawa. Niemcy

organizowali kontyngenty bydła, które pociągami dostawiano pod front. Pojechaliśmy w roli pastuchów z takim transportem. Wypad jednak nie udał się, gdyż opuszczenie pociągu w drodze powrotnej okazało się niemożliwe. Pilnowali nas niemieccy wartownicy.

Drugą wyprawę zorganizował "Puszczyk" zaraz po powrocie z pierwszej, na zasadzie patrolu partyzanckiego. Pojechaliśmy konno, przebrani w mundury sowieckie, bardzo dobrze uzbrojeni. Wyprawa ta też się nie udała, gdyż ludność była tak nienawistnie ustosunkowana do nas, do sowieckiej watahy, że podtru­to nam konie i wszędzie donoszono Niemcom. Już za Mińskiem wpadliśmy w obławę, Stach zaginął (zabito mu konia), "Puszczyk" był lekko ranny, zadecy­dował żeby wracać. Stach szczęśliwie wrócił później.

Trzecia, udana wyprawa, zorganizowana była następująco. Niemcy organi­zowali zarząd majątków L.O. Zostałem mianowany zarządcą Czarnowszczyzny. Udało się namówić szefa L.O. w Szczuczynie, Fikerta (Sturmbahnfuehrera SA), aby delegował mnie i kilku innych (naszą grupę) do odwiedzenia, a może i prze­jęcia dawnych majątków. Pojechaliśmy z mocnymi dokumentami "Bauzugiem" do Smoleńska. Była ostra zima, grudzień 1941 r., Boże Narodzenie. Na delegac­jach dostaliśmy pieczątki tamtejszej żandarmerii. Przy dworcu były bałaguły, sanie przywożące drewno na opał. Taki właśnie woźnica, Makar, zabrał nas na nocleg do domku na przedmieściu i za litr spirytusu i 1 kg słoniny zgodził się zawieźć nas do Gniezdowa i dalej. Spaliśmy w izbie kolejno trzymając straż, pilnując worków handlowych. Udawaliśmy teraz szmuglerów. Okazało się jed­nak, że inteligencja czy przebiegłość tutejszych ludzi są ogromne. W czasie drogi dwukonną bałagułą Makar powiedział - Widno, czlo wy polskije oficery, cholieliby uznal', szlo zdies' slucziłos '. Priwiezu was k 'mojemu swojaku, on wsio znajel, podrobnosti.

Dojechaliśmy do chałupy w Sofiówejce za Gniezdowem, tuż koło lasu katyńskiego. Gospodarz okazał się znanym tu kłusownikiem. Tego dnia wysłuchaliśmy jego relacji. Następnego dnia po dwu, żeby nie rzucać się w oczy, penetrowaliśmy teren. Trzeciego dnia "Puszczyk" zdecy­dował wracać, gdyż rozeszła się wieść, że przyjechali polscy oficerowie i w tajemnicy, ale licznie zaczęto nas teraz odwiedzać. Baliśmy się zdemaskowania, spotkania z Niemcami. Okazało się, że wszyscy dookoła byli dobrze zorien­towani, że wiosną 1940 r. wymordowano tu tysiące polskich plennych. Przywożono ich specjalnymi pociągami na otdych, do sanatorium NKWD. Grupa rozstrzeliwujących była tylko kilkunastoosobowa, pochodziła może z Mińska, może z Moskwy. Sołdaty nie wychodzili za ogrodzenie, ale lejtnanci NKWD jeździli pogulat' do Smoleńska. Wszystko robiono bardzo "poci­cheńku", no ale znajesz eto, my i tak wsio uznali, no muż z żenoj ob etom nie goworil.

Gospodarz (lat około 50) mówił, że próbował kak zwier' wpełzać za ogrodzenie, gdzie często było słychać strzały i krzyki, oraz ujadanie psów. Patrole z psami pilnowały też ogrodzenia. W miejscu mogił była przedtem wojskowa strzelnica. Przed akcją rozwałki patroli przy płotach nie było. Przed rozstrzeliwaniem robili wykopy żołnierze, pozornie dla powiększenia strzelnicy i przeciw czołgom. Byli z innej jednostki NKWD i wyjechali przed akcją. Według niego, tych co rozstrzeliwali, także "uziemiono" gdzie indziej. Oni byli chyba z grupą więzienną. Spodziewali się swojego losu. Podobno jeden [oficer] próbował uciekać, nocował nad Dnieprem, co dalej nie wiadomo. Kilka razy była prowierka po okolicy, łapali kogoś, podejrzał trochę, chyba Polaka. Takich informacji było dużo, w tym także i tak zwanej "wydumki". Za rozmowy zapłaciliśmy alkoholem i słoniną, sprzedaliśmy część.

Obchodziłem lasek od strony Dniepru, śnieg był głęboki, przez otwór w płocie (żelazne sztachety) weszliśmy z kłusownikiem na teren lasu pod górkę od tej strony. Potem falista przestrzeń polany słabo zalesiona, konary ścięte naciągnięte na tę nieregularną przestrzeń. To tu, meldunek był prawdziwy, zupełna cisza, biel zimy. Nie można tego opisać.

Udało się kupić rosyjski mapnik ze sztabówką tego terenu. Przyniesiono nam też łuski i pociski tam znalezione latem. Stachu nazbierał kory z tych drzew, zalegających polanę i gałęzi z drzew. Rozdzielił między nami na pamiątkę i jako talizmany. Ja zabrałem kawał drutu kolczastego.

Wróciliśmy bez przeszkód. Wszyscy złożyliśmy pisemne meldunki. "Puszczyk" oddał je "Staremu". Jeszcze jeden opis schowaliśmy na własną rękę w Czarnowszczyźnie. "Puszczyk" odszedł do leśnego oddziału. Nasza grupa powiększyła się do drużyny "Niekrasowców". Na wypadach zbieraliśmy broń, mały sabotaż, byliśmy łącznikami "Puszczyka". Potem "Żal", cichociemny, przeszkolił nas w minerce, wysadzaliśmy pociągi. Pierwszy zginął Bolek. "Świerk". Potem w niewyjaśnionych okolicznościach został zamordowany "Stary". Nasza drużyna została włączona do l bat. 77 p. partyzanckiego "Lecha". Zostałem ciężko ranny w bitwie pod Dubiczami w październiku 1943 r., po wyzdrowieniu przeniesiony na innych papierach do Wilna. Stachu Gwozdowski dostał się w ręce NKWD w 1944 r., został powieszony.

Wszyscy z patrolu do Katynia składaliśmy specjalną przysięgę dochowania tajemnicy. Wiadomo, że jej dotrzymanie przez lat około 50 stało się warunkiem przeżycia, nie tylko nas z "Puszczykiem".

[podpisane:] Z. Koźliński

Zmieniony ( 27.12.2011. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.