Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 71 gości
S T A R T arrow Społeczeństwo arrow Kucharzenie arrow Ojciec Jan Grande a zdrowe jedzenie
Monday 30 November 2020 08:31:43.31.
migawki
 

Ci niby-rządzący - prezes, premier [nie liczmy dokooptowanych urzędników, jak Niedzielski itp.] w panice miotają się, zachowują się jak przerażeni idioci czy wariaci podczas pożaru na strychu, gdy schody już się spaliły. Piszą o tym nawet ich sojusznicy. Kto wie, co - czy kto - ich tak przeraża? [proszę o krótkie sugestie, ale bez sloganów].

=================

Połajanki w łże-prawicy: - W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, "miękiszonem", trzeba być twardym, trzeba potrafić dbać o interesy własnego kraju, Polski - mówił Ziobro w kontekście prowadzonych przez premiera Morawieckiego negocjacji wokół budżetu UE i mechanizmu praworządności.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Ojciec Jan Grande a zdrowe jedzenie Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
31.03.2011.

http://www.zygzak-branice.pl/podstrony/zdrowie06.html

 

PAN BÓG zaprogramował nas na 120 lat

 

Ojciec Jan Grande (77 l.) to jeden z największych autorytetów w historii polskiego ziołolecznictwa. Spotkaliśmy się z nim w klasztorze Bonifratrów w Legnicy.

Przyjął nas w swoim gabinecie, przed którym kłębił się tłum pacjentów.  Uśmiechnięty, wyprostowany, trudno uwierzyć, że dawno już obchodził siedemdziesiątkę.

   Na powitanie powiedział nam to, co powtarza wszystkim, którym pomaga - co kto zjada, takie zdrowie posiada. Bo ojciec Grande uważa, że najlepszą apteką jest kuchnia, a dobrze gotująca żona jest skuteczniejsza od większości lekarzy. Czy jego rady są skuteczne? Najlepiej świadczą o tym tysiące pacjentów, którym pomógł ten zakonnik.

Zakon bonifratrów, do którego wstąpił już jako dojrzały mężczyzna, od 400 lat pomaga chorym. Bonifratrzy zajmują się ziołolecznictwem, pracują w szpitalach i hospicjach.

 Kilka słów o sobie mówi o. Jan Grande

Zakonnik nie jest osobą prywatną i nie ma prawa opowiadać o sobie. Powiem tylko, że pochodzę z Grodna, urodziłem się 1934 roku, jako dziecko ciężko chorowałem przez wiele lat na gruźlicę przewodu pokarmowego, a komunizmu uczono mnie na stepach syberyjskich za Irtyszem.

           Koczowali tam Mongołowie, którzy nie wiedzieli nawet, że skończyła się II wojna światowa, a którym przedstawiono nas - polskich zesłańców - jako ludożerców. Bardzo się dziwili, że „twoja budiet kuszat moja”, i że ludzie o tak małym rozstawie szczęk mogą mieć tak wielki apetyt. No, potem był Tybet, Petersburg, Kijów... W Kijowie zetknąłem się ze starą szkołą niekonwencjonalnej medycyny i dużo z niej skorzystałem dla siebie. Właściwie, moje zainteresowanie leczeniem zaczęło się od samoleczenia. Przewlekła choroba pozwoliła mi zgromadzić pewną wiedzę o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu i wspieraniu go.

             Po powrocie do Polski ukończyłem szkołę felczerską, całe lata pracowałem w służbie zdrowia. Do bonifratrów wstąpiłem ponad dwadzieścia lat temu, w trybie poniekąd nadzwyczajnym... Powiedzieć mogę tylko tyle, że na pewnym etapie życia stanął mi na drodze maciupeńki, niziutki budynek klasztorny oraz rozstrzelany Chrystus. Nietknięta od wojny figurka przechowała wojenny dramat rozszarpany, wyrwany bok, kikut ręki, osmalony trzpień krzyża. Takie to półtora nieszczęścia wisiało przed klasztorem w Warszawie - całej już przecież odbudowanej. Mniej więcej po tygodniu byłem już w zakonie z manelami...
             Pierwszą posługę bonifraterską odbywałem w Domu Pomocy Społecznej na południu kraju opiekując się ciężko chorymi - zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Zająłem się też ziołolecznictwem, m.in. w Zakładzie Ziołoleczniczym przy Konwencie Bonifratrów w Warszawie, Łodzi, a obecnie we Wrocławiu.
              W regule zakonu zapisana jest od stuleci zasada własnego dochodzenia do wiedzy medycznej w oparciu przede wszystkim o najściślejszy kontakt z chorym. Mamy swoją wiedzę i tradycję ciągle poszerzaną i rozbudowywaną. Powiem od razu, że absolutnie nie lekceważymy zdobyczy współczesnej nauki. Uważamy, że nasze działania powinny uzupełniać leczenie konwencjonalne. Dla przykładu - osobiście obserwowałem kilkuset pacjentów chorych na raka, którym medykamenty ziołowe pomogły znieść utrapienia chemioterapii. Wiadomo, iż tzw. chemia wywierająca niszczący wpływ na tkanka rakową nie jest obojętna dla całego organizmu - osłabia jego siły obronne, wyniszcza. Jeśli jednak, obok chemii, podamy preparaty ziołowe regenerujące, czyszczące układ wątrobowo - trawienny oraz moczowy z toksyn - to taki pacjent ma szansę przeżyć o dobre kilka lat dłużej i to w niezłej kondycji. Zdarzały się nawet przypadki, iż chory pijący zioła, mimo chemioterapii, mieli tak wzmocniony organizm, że nie tracili włosów.

        Od osiemnastu lat leczę ludzi, nie jestem klasycznym lekarzem. Jestem klasztornym zielarzem. Normalny lekarz musiałby mieć tak wiele niekonwencjonalnej wiedzy, że nie dałby sobie rady. Mimo tego pracujemy na bazie diagnostyki medycyny konwencjonalnej. Swoją pracę traktujemy jako wspomaganie tej medycyny.

             W zakonie bonifratrów mamy swoje własne, zamknięte dla świata zewnętrznego, studia. Aby posiąść naszą wiedzę zielarską, koniecznie trzeba być jednak zakonnikiem. Jesteśmy zakonem szpitalnym. Niedawno obchodziliśmy 500-lecie urodzin naszego założyciela.
             Czy mamy jakieś tajemnice? Tak, mamy własne receptury, niektóre pochodzą jeszcze z wczesnego średniowiecza. Wszystkie są zakonną tajemnicą. Mogę powiedzieć tylko tyle, że są one przekazywane z pokolenia na pokolenie. Niektóre z nich nie są wykorzystywane od setek lat, z innych korzystamy na co dzień. Ogromna większość z nich opiera się na roślinach występujących w Polsce. Ich liczba sięga wielu setek. Przez dziesięciolecia mieliśmy w Polsce własne szpitale i kliniki. Na Zachodzie pracują one do dziś. W samym Wrocławiu, zaraz po wojnie, było nas 220, dziś jest 14. W warszawskiej prowincji było przeszło 400 bonifratrów. Wielu z nas miało normalne dyplomy lekarskie.

              W latach pięćdziesiątych komuniści robili wszystko, aby uniemożliwić nam leczenie ludzi. Nie pozwalali na kontynuowanie studiów, usuwali z placówek służby zdrowia. Naszą krakowską szkoła pielęgniarską zdemolowano. W Łodzi, jednego dnia z naszego szpitala wydalono wszystkich bonifratrów.
Nie specjalizujemy się w jakichś wybranych dziedzinach medycyny, my traktujemy człowieka jako całość, z psychiką włącznie. Gdyby jednak zastosować medyczne określenia, to powiedziałbym, że zajmujemy się szeroko pojętą interną. Ja osobiście wielkie znaczenie w

2)     terapii chorego człowieka upatruję w jego sposobie żywienia. Nasz organizm to wielka biofabryka, przerabiająca ogromne ilości materiałów. Jeżeli jadłospis jest prawidłowy, to praktycznie leki są zbędne. Gdy organizm otrzyma odpowiedni materiał energetyczny, jest w sianie sam się obronić. Przy prawidłowym sposobie żywienia nasz organizm, samoczynnie regenerując się, mógłby, bez najmniejszego uszczerbku, dotrwać do 120 lat. Zdawałoby się, że nie ma problemu, bo przecież przy dzisiejszym stanie wiedzy, doskonale wiemy, co organizmowi jest najbardziej potrzebne.
              Współczesna kuchnia jest jednak niezwykle schemizowana i uproszczona. Usuwa się z niej stare, tradycyjne metody gotowania. Ta kuchnia staje się dla nas bezwartościową, a nawet szkodliwą. Główny problem polega więc na odchodzeniu od surowego i naturalnego pożywienia.

               Karygodne są wszystkie konserwanty, wszystkie barwniki. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak ogromne pieniądze wydaje się na produkcję, chemizację i płukanie soli, gdy najzdrowsza i konieczna do życia jest sól w postaci naturalnej, w ogóle nie przerobiona. Dajmy na to cukier, który jest spożywany w nadmiarze. Już dziś uświadomiono sobie, że to „biała śmierć”.

                Po wojnie zamiast cukru sprzedawano zwykłą melasę lub syrop buraczany, nikt wówczas nie wiedział o nadmiarze cholesterolu czy niedoborze magnezu. Dopiero gdy cukier krystaliczny, w przeogromnych ilościach, dostał się na nasze stoły, stał się przyczyną wielu chorób. Taki cukier, wiążąc się z tłuszczami nasyconymi, staje się podstawą nadmiaru cholesterolu. Wielu specjalistów uważa za taką „białą truciznę”

                Również białe pieczywo, które jest, z punktu widzenia zdrowego żywienia, pokarmem zupełnie nieprzydatnym.
- Mówi ojciec, że człowiek, gdy przychodzi na świat, ma przed sobą 120 lat życia, ale przecież prawie nikt tak długo nie żyje.

- Sami jesteśmy sobie winni. Pan Bóg zaprogramował nas na co najmniej 100 lat. Ale to od nas zależy, czy dożyjemy tak sędziwego wieku. Jak to zrobić? Trzeba za każdym razem mądrze wybierać, aby nie roztrwonić życia.

  - Zdrowie a dekalog, proszę ojca... Nie ma wśród przykazań bezpośredniego nakazu: szanuj zdrowie.

- Jestem zauroczony, wręcz zahipnotyzowany - z przejęciem przyznaje ojciec Jan - mądrością tej epoki, w której wystąpił Mojżesz. Jak długo istnieć będzie ludzkość, tak długo nikt nie zdoła ani dekalogu poprawić, ani coś do niego - w sensie uzupełnienia - dorzucić. W tych dziesięciu punktach zawarte są wszystkie zasady i kodeksy prawne. Dotyczą one życia każdego człowieczego indywiduum, a także każdego narodu. Żaden filozof czy mędrzec, posługujący się tylko ludzkim rozumem, nie byłby w stanie czegoś tak wspaniałego jak dekalog wykombinować. Nawiasem mówiąc - źle się dzieje, że prawnicy różnych epok, również i naszej - rozbudowują systemy prawne gubiąc "po drodze" istotę dziesięciu przykazań.

                  Gdyby tylko one wciąż obowiązywały, na świecie dawno już panowałby porządek.

Wracając do pytania... Otóż, dekalog bierze pod uwagę również zdrowie i system żywieniowy. Piąte przykazanie najwyraźniej odnosi się do ochrony życia i zdrowia. Jeśli ktoś pali, pije, nadużywa kawy, cukru, niewłaściwie się odżywia - no to sam siebie zabija. Ileż przedwczesnych cywilizacyjnych zgonów sami na siebie sprowadzamy.

                 Czy, wobec tego, brak troski o zdrowie jest w pojęciu chrześcijanina grzechem? - pytamy retorycznie.

- Jak najbardziej. Z zaniedbań tego typu należy się spowiadać. Są to wykroczenia przeciwko piątemu przykazaniu. Jeżeli sam siebie zabijam, świadomie skracam życie, bo truję organizm, niewłaściwie się odżywiam, czy zaniechałem leczenia - to są to grzechy, które ja uznałbym za ciężkie.

                  Być życzliwym dla ludzi i pokornym wobec Boga. Jednak ważne jest także to, co jemy. A jemy coraz gorzej. Nie wiemy, co jest dobre dla naszego organizmu. A zasady są proste: potrzebny nam jest cynk, wapno, białko, fosfor, jod, selen, witaminy, czyli to, z czego jesteśmy zbudowani.   - Łatwo powiedzieć. Co należy jeść, żeby być zdrowym?

        - Dużo nabiału, warzywa, owoce, wszelkiego rodzaju kasze, chude mięso. Dobrze odżywiony organizm wolniej się starzeje, jest zdrowszy i odporny na choroby.  Za każdym razem powtarzam: jedzmy jajka, a nawet jajecznicę na słoninie. To w dzisiejszych czasach niepopularne, ale nie bójmy się spożywać nawet 12 jajek tygodniowo. One zawierają w sobie mnóstwo składników potrzebnych naszemu organizmowi. Dostarczają selenu, potrzebnego mężczyznom choćby przy produkcji nasienia. Już 13-14-latki je produkują, gdy selenu nie ma, organizm pobiera go z mózgu. Stąd potem warcholstwo i rozróby, jakie wszczynają młodzi ludzie. Dzisiaj młodzież swoim sposobem bycia terroryzuje świat - Był u mnie wczoraj nauczyciel szkoły średniej, 43-letni człowiek tak znerwicowany, że nie potrafił opanować drżenia rąk. Uczniowie liceum - wyselekcjonowana, lepsza grupa potrafi, jak się okazuje, szykanować swoich nauczycieli, grozić im, zachowywać się agresywnie i po chamsku. To się wprost w głowie nie mieści. Zawsze w społeczeństwie były jakieś doły, jakiś margines, ale dziś mamy "margines" 80-procentowy. A jak ci młodzi zachowują się w domach rodzinnych? Wnoszą tam nerwowość i podminowanie. Ojciec Jan uważa, że niepokój współczesnych polskich rodzin jest w dużej mierze pochodną antykultury młodego pokolenia.

Jeśli źle się odżywiamy, około czterdziestki zamieniamy się w staruszków. Koniec z seksem, stajemy się zgryźliwi, nieprzyjemni. Po pięćdziesiątce jesteśmy już starzy. Podobnie u kobiet. One tracą selen przez comiesięczne krwawienie. Wraz z nim odpływa życiowy optymizm, rodzi się anemia, ból głowy.

              Koło czterdziestki źle odżywiona kobieta zamienia się w zołzę, po pięćdziesiątce hormony przerabiają ją na babcię, która zięcia i synowej nie znosi, gnaty ją bolą, siedzi w kącie i płacze. Dziesięć lat później mąż leży już na cmentarzu, a ona drepcze do kościoła. Po drodze klucze zgubi, sąsiadów oskarży i z całym światem walczy. Tak wpływa brak selenu na zdrowie człowieka. Powtarzam jeszcze raz: jedzmy jajka, a do dziewięćdziesiątki będziemy radośni i uśmiechnięci. Nawet 80-latka powinna jeść jajka. Poprawią jej samopoczucie.

- Ale przecież jajka to podobno sam cholesterol, a słonina - tłuszcz, którego powinniśmy unikać.

           - To są mity, z którymi staram się walczyć. Cholesterol w jajku nie stanowi ryzyka! Jajka to nie tylko selen, ale także wapń, fosfor, potas, magnez, żelazo, jod, mangan, cynk, miedź, fluor, kobalt, witaminy - jajko to życie. A co do słoniny, to coś wam opowiem. Dzieciństwo spędziłem na Syberii. Cywilizacyjnie był tam XIII wiek. Nikt nie słyszał o lekarzu, ale stare kobiety znały się na ziołach rosnących w stepach. Poza tym miejscowi odżywiali się w sposób, jaki ludzkość wypracowała przez tysiąclecia. Nie słyszeli o cholesterolu, 3)      a nikt nie miał sklerozy. Ponad 100-letni staruszkowie nie byli tam niczym nadzwyczajnym. Niegdyś na wschodzie Ukrainy spotkałem 105-letniego dziadka. Na śniadania jadał jajecznicę z 6 jajek na słoninie. Nie mógł zrozumieć, że u nas takie jedzenie uznaje się za szkodliwe. Aby dożyć takiego wieku, trzeba jeść dobrze. Przeciw starości działa zupa na kurzych łapkach czy zupa chroniąca przed miażdżycą.

Ale pamiętajmy, że trzeba jeść mądrze.

- A co to znaczy jeść mądrze?

- Nie mieszajmy niektórych pokarmów. Nie spożywajmy nabiału wraz z mięsem, czyli na przykład kanapek z wędliną i serem. To nie służy żołądkowi. Nie przejadajmy się. Powinniśmy wstawać od stołu z uczuciem lekkiego głodu, niedosytu. Pamiętajmy, że po zakończeniu etapu wzrostu człowiek powinien jeść o jedną trzecią mniej niż w okresie dojrzewania. A u nas jest odwrotnie. Im ktoś jest starszy, tym więcej je. A potem się dziwimy, skąd - Panie Boże odpuść - te brzuchy.

                                                                                                                                                                      

ODŻYWIANIE A ZDROWIE - OPOWIADANIE O SPOSOBIE ŻYCIA

Ojciec JAN GRANDE-MAJEWSKI jest zakonnikiem Zakonu Bonifratrów we Wrocławiu. Zajmuje się ziołolecznictwem według starej, tradycyjnej szkoły petersburskiej. Przy niesieniu pomocy zielarskiej zwraca pacjentom uwagę na sposób żywienia i pielęgnowania własnego organizmu. W swoim życiu spotykał się z różnymi specjalistami w dziedzinie sztuki zdrowego żywienia i posiadł tajniki tej wiedzy podróżując po Ukrainie, Mongolii i dalekim Tybecie. Jesteśmy bonifratrami, mówi o. Grande. Mamy swoje placówki m.in. w Łodzi, Warszawie, Krakowie, w Kalwarii Zebrzydowskiej. Zajmujemy się ziołolecznictwem wg starej tradycyjnej szkoły petersburskiej. Sam spotkałem się także ze specjalistami szkoły mongolskiej i tybetańskiej, jeszcze na Ukrainie studiowałem różne tajniki wiedzy. Stan naszego zdrowia - podkreśla się w starej szkole niekonwencjonalnej medycyny - uzależniony jest od naszego żywienia. 

Dlatego kiedy przychodzi pacjent, pytam, co jada, jak jada, ile jada, kiedy jada i wyprostowuję jego drogi jedzenia, żeby mógł zregenerować organizm. Dlaczego tak postępuję?

               Dlatego, że Przedwieczny, gdy zaczął w swoim wspaniałym okresie stwórczym zastanawiać się jak stworzyć naturę ludzką - wziął najpierw trochę wapna, do tego wapna domieszał krzemo, żelaza, kobaltu, magnezu, cynku i zbudował rusztowanie w rodzaju wielkiego krzyża. Z wapna i krzemu przede wszystkim, a reszty dodał po troszku, aby krzyż wzmocnić. Na jego czubku osadził puszkę na komputerowy mózg, a na tym wszystkim porozwieszał 9 fabryk przemiany materii. Wszystko to pięknie pościnał, poobklejał mięśniami, pozaszywał żyłami, nakrył długim 180-kilometrowym systemem nerwowym. W środku zaś, między fabrykami przemiany materii, zawiesił ogromne zakłady farmaceutyczne. Zapalił dwie żarówki w komputerze. Tchnął swoją energię w to ożywione ciało, pokryte delikatną, aksamitną, bardzo unerwioną skórą, dał blask żarówkom. Przez chwileczkę był zaskoczony, nie wiedząc, jak to będzie dalej. W końcu powiedział; - Idź, zbieraj, szukaj, aby to mogło się palić, żeby to mogło wydawać energię - dobieraj to, z czego sam jesteś zbudowany. I przez miliony lat ten człowiek tak dobierał pożywienie, by było w nim to, co jest potrzebne do regeneracji i do wzrostu organizmu.

              W tej chwili najwyżsi i najmądrzejsi uczeni potwierdzają dawne wiadomości, mówiąc, że w organizmie nie może zabraknąć niczego ani na jotę z tego, z czego organizm był zbudowany na początku. Jeżeli w naszym organizmie z powodu nietypowego życia, pośpiechu, jadania nieodpowiednich potraw, narastających napięć nerwowych, wyczerpie się odporność nerwowa – to znaczy, że nic dbaliśmy o to, by w naszym organizmie była odpowiednia ilość fosforu i bardzo ważnej witaminy E1. Znaczy to, że zabrakło odpowiedniej ilości selenu, jodu i cynku. Jeśli nie zwrócimy uwagi na to, co mamy w garnku, nie ma mowy, abyśmy kiedykolwiek wrócili do normalnego samopoczucia.

               Bywa, że człowiek zwala wszystko na przedwczesną sklerozę, brak pamięci, brak koncentracji - nie wiadomo, co się z nim dzieje, wieczne znużenie, nocna bezsenność, pobolewanie głowy, łamanie w kościach - kompletna ruina. Okazuje się, że zabrakło w garnku witaminy B1. Na pobolewanie głowy lub bezsenność przez trzy dni używać witaminę B1 - trzy razy dziennie po trzy tabletki. Ale żeby ją w naturalny sposób gromadzić - trzeba koniecznie dostarczyć organizmowi dużej ilości drożdży i różnych jarzyn. Utrata odporności na zmęczenie wiązać się może z brakiem w garnku fasoli i grochu - bo w nich jest masa magnezu, kobaltu, żelaza, fosforu, błonnika, białka roślinnego, żółtego fosforu - przeciw stanom reumatycznym, kamicy nerkowej i wątrobowej. Zastanawiamy się, że 100 lal temu nikt nie znał choroby, którą teraz nazywamy zawałem...

             O wodzie Ale 100 lat temu nikt nic słyszał o kranie w ścianie, o wodzie ze wspólnej studni, do której sypie się masę chloru, który zupełnie niszczy krzem. A jak wspomniałem na początku - Pan Bóg z krzemu zmieszanego z wapnem zbudował nasze kości, zęby, usztywnił dziąsła i nawet włosy. Teraz zaś mamy wodę rozmiękczoną, zupełnie bez krzemu. Nie mamy krzemu również w pożywieniu, bo właściwie i ziemia jest już z niego wyjałowiona. Łodygi roślin są wiotkie. Nie dostarczając organizmowi krzemu, zapadamy w końcu na chorobę nazywaną zawałem, mamy krwawiące dziąsła, wypadające włosy, łamiące się paznokcie, kruche kości i ogólnie jesteśmy zmęczeni. Przy byle wysiłku pocimy się niesamowicie.
 - Kto chce mieć w domu dobrą krzemionkową wodę, którą orzeźwi się o każdej porze roku, niech zrobi tak: pół kilograma suszonego skrzypu pokruszyć, wsypać do emaliowanego garnka, zalać przefiltrowaną wodą, zostawić na noc. Rano pogotować 20 minut, odstawić. Kiedy ustoi się, przecedzić przez niezbyt gęste sitko, wlać do kamiennego wyziębionego garnka. Garnek paruje i nie pozwoli, by woda się nagrzała i w ten sposób pozyskujemy krzemionkę - wyśmienitą, twardą wodę wprost do picia, do herbaty, do mycia zębów, do gotowania zup...          

          PIWO – byle to była szklanka piwa, a już nie dwie. Przyjmijmy taką zasadę: szklanka piwa jest lekarstwem zawierającym mnóstwo drogocennych składników, natomiast od drugiej szklanki, która już burzy krew dając rozkoszne poczucie rauszu - zaczyna się niebezpieczeństwo pijaństwa. To jest delikatna granica. Naturalnie, nasi starsi synowie i mężowie muszą przy tym spożywać takie

jedzenie, które zabezpiecza organizm przed nałogiem, uzbraja go w siły odpornościowe. Wbrew powszechnie panującej opinii powiem, że i pijaka można wyciągnąć z pijackiego rowu odpowiednim żywieniem.

 4)      KASZA SUPERSTAR Zastanawiamy się, jak to było, że nasze prababki rodziły po dziesięcioro dzieci, 10 godzin chodziły w słońcu po polu z sierpem i żadna nie chorowała na żylaki, na hemoroidy, nie miała kłopotu z wylewem krwi do mózgu. A pradziadek nic nie wiedział o kłopotach z krążeniem w nogach i żadnego zawał nie powalił? Bo oni jedli często kaszę gryczaną, która dostarczała ogromnych ilości krzemu. Kasza gryczana posiada 60 proc krzemu, stąd nic chce jej zjeść żaden robaczek ani mysz polna. W byle jakich warunkach nie ulega zanieczyszczeniu - właśnie z powodu dużej ilości krzemu. Tego krzemu bardzo łatwo przyjmowanego i wchłanianego przez nasz organizm. W kaszy gryczanej są całe pokłady rutyny, od której zależą nasze arterie, wszystkie żyły, tętnice. Dlatego z kaszy gryczanej robią w tej chwili (Herbapol) tabletki wenescyn - przeciw żylakom, hemroidom i innego rodzaju kłopotom krążeniowym. Na Zachodzie robią weneruton. Robią kropelki przeciw miażdżycy - rutison. Robią też rutinoscorbin zmieszany z dziką różą.
         NIEOCENIONA FASOLA Kamienic nerkowe i wątroba - dawniej nic o nich nie wiedziano. Dlaczego? Ponieważ na jesieni gosposia przygotowywała dwa worki fasoli na zimę. Kto jada fasolę - w życiu nic cierpi na migrenę, nie ma problemów z jakimkolwiek łamaniem w kościach, z bezsennością i nie zachoruje na kamicę nerkową i wątrobową. Nigdy nie zachoruje na zapalenie pęcherza, ani nie będzie miał problemów z dną, tzn. z odkładaniem się mocznika między tkanką stawową a mięśniami. A fasola jest jakoś bardzo rzadko w kuchni obecna, raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc. Przy fasoli wytwarzają się gazy - aby tego uniknąć, trzeba przed gotowaniem sparzyć na 15 min. wrzątkiem i do gotowania dosypać dużo kminku. Fasolę gotujecie się bez mięsa zupełnie w oddzielnym garnku, w tej samej wodzie, w której była namoczona już z kminkiem. Gotować ją bez soli. Niech sobie stoi jako półfabrykat. Potem można ją używać do ugotowanej zwykłej zupy jarzynowej, z dodatkiem łyżki masła, roztartym ząbkiem czosnku i odrobiną majeranku. Idealna rzecz. Od czasu do czasu możemy sobie nawet pozwolić na cięższą potrawę: podsmażyć na oleju trochę resztek z mięsa, trochę cebulki lekko podrumienionej, wlać jakiegoś przecieru (pomidorowego) i dodać tę ugotowaną fasolę, trochę jeszcze przyprószyć kminkiem i pieprzem. I mamy fasolkę po bretońsku. Bardzo łatwo i prędko. Można fasolę zmielić na maszynce, dodać tartej bułki, do tego przyrumienionej cebulki, masła, trochę pieprzu, troszeczkę mielonego gotowanego mięsa, dwa przetarte jajka - wymieszać - mamy doskonały farsz, którym możemy nadziać pierożki. Palce lizać! Co za przysmak! A mamy tam: magnez, żelazo, kobalt, fosfor, błonnik, białko roślinne. Przeciwdziała kamicy nerkowej i wątrobowej, migrenie, zapaleniu narządów moczowych.
         GROCH, ALBO JAK ŻYĆ BEZ REUMATYZMU Groch żółty-byle nie łuskany jemy tylko czasami, a nie wiadomo dlaczego, bo np. na poligonach służy jako podstawowa potrawa. I okazuje się, że nawet ciamajdowaty chłopak, który poszedł do wojska, raptem nabiera tam energii życiowej. Wraca mu rozum do głowy, robi kilka dyplomów, a po powrocie do domu jest tak pełen siły, że dom by rozwalił. Niestety, po trzech miesiącach bez grochówki w domu, okazuje się, że robi się z niego znowu ciamajda życiowa. Wróćmy znowu 100 lat wstecz do czasów, kiedy jeszcze nic było ani kombajnów, ani żadnych maszyn na polu pracujących i pradziadek z kosą wychodził o 3 rano na pole. A prababka nagotowała garnek grochu, drugi garnek kapusty, mięsa - zmieszała to wszystko razem i zaniosła na pole. Wszyscy się najedli i kosili jak obecne kombajny. Kto jada groch regularnie raz w tygodniu, to do 100 lat nic nie będzie wiedział o reumatyzmie. To już udowodnione. Ale znowu do grochu: kminek i masło. I ma być tak ugotowany jak fasola - stać w garnku. Kiedy potrzeba - dodać do ziemniaczanki z posiekaną chudą kiełbasą, jeszcze troszkę majeranku, tymianku i mamy łatwo strawną, wspaniałą grochówkę.

          O HERBACIE Dzieciństwo spędziłem w Azji, bo byłem Sybirakiem. Siedem lat mieszkałem na pograniczu mongolskich stepów Kirgizji. Poznałem herbatę... Jak Polakowi podano szklankę, to tubylcy mieli święty spokój, bo język mu skołowaciał i 3 godziny nic a nic nie mówił. W Azji zwyczajowo na stole stoi duży samowar, na samowarze duży imbryk, a w tym imbryku wrze bez przerwy esencja herbaciana, i tak jest dobrze. A u nas, Polaków, jak się herbata gotuje, to uważamy, że straciła rzekomo wszystkie wartości. Tymczasem ona dopiero powyżej 100 st. C zaczyna być lekarstwem. Wyparzają się w niej garbniki wit. B1, B6 działające przeciw otyłości. Wyparza się puryna i rutyna, która uelastycznia naczynia krwionośne. Herbata posiada masę garbników, które zastępują na Wschodzie jodynę.

            Narody Azji nie znają jodyny. Rany zalewają esencją herbacianą i owijają gałgankiem z płatkami herbacianymi. Po dwóch dniach obrzęku nie ma i po tygodniu rana się goi. Na kobiece problemy, jakiekolwiek by były, ze śluzówkami najlepsza jest esencja herbaciana, przechowywana w srebrnym dzbanuszku, bo w srebrze nie rozwijają się żadne bakterie jednokomórkowe. Robić płukanki, podmywania i nie będzie żadnych problemów. Esencja herbaciana działa dwa razy lepiej niż wywar z kory dębu - do przemywania ran, do pielęgnowania odleżyn, do różnego rodzaju kłopotów ze śluzowymi błonami. Herbata zabezpiecza przed chorobami krążenia, serca, niewydolnością mózgu, wszelkiego rodzaju kłopotami z zapaleniem śluzówki na tle ataku szczepów wirusowych: Pijąc mocną herbatę Azjaci nie chorują nigdy na grypy i nie podlegają napromieniowaniu nawet bomby atomowej. Stwierdzono to w Japonii i po wybuchu w Czarnobylu.
                                      JAK JEŚĆ, BY NIE DENERWOWAĆ ŻOŁĄDKA?

Wracamy do konstrukcji, jaką Pan Bóg wybudował; nasza czaszka, to jest puszka na mózg, w niej dwa miejsca na osadzenie żarówek - oczu, nosa do wciągania dużych ilości tlenu z powietrza i wydychania. Ale najważniejszy młyn, w którym Pan Bóg uszeregował zęby, najpierw siekacze, potem koła młyńskie, aby wszystko porządnie zemleć, językiem, taką łopatą delikatną ruchomą by pokarm poprzewracać. Spod języka wypływa ślina, jak z dwóch studzienek z pepsyną i po wymieszaniu wszystkiego rurą przewodu pokarmowego wpada do wielkiej betoniarki - naszego żołądka, który jest strasznie unerwiony - trzy razy bardziej niż nasza twarz.

              Żołądek się złości Zanim ktoś zauważy, żeśmy się zdenerwowali, to już żołądek ze złości stracił kolor różowy, zrobił się biały jak prześcieradło i skurczył się o 2/3. Niech tylko przez chwile będzie pusty, to się tak skurczy, że wytwarza się w nim pompa ssąca, która        wysysa z woreczka żółciowego żółć, a żołądek, wbrew swojemu przeznaczeniu, wessie ją do środka. Tymczasem żółci nie może być w żołądku ani jednej kropli. A tu ze 2 łyżki żółci wlało się do środka. I tragedia - człowiek nie wie, co ma ze sobą zrobić, bo jak coś zje, wszystko zalane żółcią uniemożliwia prace śluzową żołądka. Żołądek to wypycha do kiszek. Kiszki podrażnione żółcią i niezmielonymi

5)      porządnie kawałkami strawy, niewymieszanymi z kwasami trawiennymi, wyrzucają to jak najprędzej, do ostatecznej fabryki przemiany - do grubej, potężnej siwej kichy i ta dopiero jak się zirytuje, nie chce wcale pracować. Wszystko tam zaczyna się odkładać, temperatura wzrasta. Zaczyna się proces gnilny, a powinien trawienny. A biedne małe robotnice, czerwone krwinki, których nam Pan Bóg podarował przeciętnie aż cztery i pół miliona - zamiast wyszukiwać z pożywienia w cienkim i grubym jelicie oraz w wątrobie to, co nam jest potrzebne, aby zanieść w wielkich workach na plecach gdzie należy - nic nie mogą złapać, same są poparzone żółcią, kurczą się i zaczyna się rozpacz. Człowiek zamiast tyć, chudnie, traci siły i ma zaparcia...

              Dlatego abyśmy byli zdrowi, należy jadać przynajmniej 6 razy dziennie. To nie musi być za każdym razem zasiadanie za stół, wystarczy miedzy normalnymi posiłkami jakiś sucharek, suche paluszki, kawałek sera żółtego, itp. 2-3 kęsy czegoś - aby ten znerwicowany żołądek cały czas był zajęty trawieniem. Wtedy nie będzie miał czasu na skurczenie się, na zasysanie żółci. Ludzie, którzy często jadają, nie tyją, co jest już udowodnione. Ci, którzy często jadają, o połowę mniej są narażeni na otyłość niż ci, którzy jadają rzadko  dużo

         Ostatni posiłek w ciągu dnia

- Mniej więcej dwie godziny przed zaśnięciem. Takie jest wskazanie generalne. Ja natomiast zalecam niekiedy spożycie bardzo ciężkiej kolacji tuż przed położeniem się do łóżka, tak - ażeby obciążyć rozklekotany, roztrzepany organizm kogoś, kto z powodu znerwicowania ma kłopoty z zaśnięciem. Jeśli on się dobrze naje i - ciężki jak niedźwiedź - uwali na tapczan, to nawet się nie spostrzeże jak zacznie pochrapywać. A żołądek w tym czasie spokojnie, na zwolnionych obrotach będzie sobie trawił. Rano taki ktoś obudzi się wypoczęty, z nowym zasobem sił. Wszyscy inni jednak powinni jadać wcześniej i to niekoniecznie byle jakie kanapki z byle jaką herbatą. Niech to będzie kolacja trochę gotowana, trochę smażona - placuszki jakieś, ziemniaki podsmażone z obiadu z kefirem, kasza gryczana ze skwarkami; jajecznica

  Jak nie mieć wrzodów.  Wrzody żołądka powstają wtedy, gdy żołądek nie umie bronić się przed nadmiarem żółci. Bo jak się żółć dostanie do żołądka - wytwarza się wówczas taki dziwny gaz bezzapachowy, odbija się i czujemy jakieś aż podpieranie pod serce. Wtedy żółć wytrawia śluzówkę. Gdy nie dbamy o częste jedzenie, to wiadomo, że się to skończy tragicznie. Gdy przychodzi do mnie pacjent, to ja prócz ziółek i wszystkich zaleceń, piszę na recepcie - bezwarunkowo jadać 6 razy dziennie i pić często mleko. Mleko potrafi oczyścić żołądek z narzucanej żółci, zneutralizować nadmiar kwasu solnego. Jeżeli mamy z żółcią porządek, nie mamy nerwicy żołądka. Ale jeśli jadamy często wywary z mięsa, gdzie jest masa kwasów tłuszczowych nasyconych, które bardzo łatwo łączą się z cukrem rafinowanym i produkują bezpośrednio, już w torbie żołądka, cholesterol - to wtedy mamy problemy z zarzucaniem cholesterolu do wszystkich naszych naczyń krwionośnych i pozostawianiem go w dużej ilości w naszej wątrobie.

             Do usunięcia cholesterolu z organizmu koniecznie potrzebna jest duża dawka wapnia. Musimy go spożywać bez przerwy. Nasz system kostny bowiem posiada przeciętnie 16 kg wapnia, a bardzo łatwo go tracimy na korzyść serca. Serce, jeżeli nie dostanie wapnia z mlekiem, z serem, to ukradnie sobie wapno z kości. Serce nie może pracować bez soli wapnia rozpuszczonych w krwioobiegu. Jak samochód nie pociągnie bez oleju napędowego, tak samo serce nie pociągnie bez litra mleka na dobę. I mamy na starsze lata problemy z naszymi kośćmi, zwyrodnieniami kostnymi i reumatycznymi sprawami, mamy słabnące serce, przedwczesną starość, zmęczenie ogólne, spowodowane brakiem szacunku dla mleka i przetworów mlecznych.
              Dziarski 70-latek Wracamy znowu do Syberii - obserwowałem tam Mongołów i Kirgizów, u których panował jeszcze "wiek XIX". Oni mieli rzeczywiście więcej lat niż Mojżesz. To nie przesada: 90 proc ludzi starych przekraczało 110, 115 lat i byli zupełnie sprawni. Tam 70 lat, to dopiero wiek średni. Ale oni nie znają oranżady, wina, cukru (do naszych czasów o cukrze nic nie wiedzieli). Piją po 5 litrów mleka przeciętnie albo ajran - takie specjalne mleko azjatyckie przerobione ze zwykłego mleka. Kwas mlekowy w tym ajranie jest antytoksyną - dostarcza bardzo dużą ilość wapnia do krwiobiegu. Dlatego serce ma pełną możliwość spalania wapnia. Nie męczy się, nie nakazuje małym krwinkom czerwonym, aby kradły wapń z kości. Przeciwnie, nadmiar wapnia transportowany przez czerwone krwinki idzie jako forma regenerującego budulca do kości. Przy tym jeszcze woda czysta z ziemi brana z krzemem. Tam w ziemi krzemu jest dużo. Wszystko razem usuwa z organizmu wszelkie formy gnilne bakterii, a cześć wapnia w postaci nadmiaru tego wypitego mleka, wyrzuca z masami kałowymi cholesterol. Najmniejsza manikuła wapnia wyrzucanego z organizmu jako balast dla nas niepotrzebny, wlecze ze sobą na zewnątrz ogromny wór z cholesterolem.

             Jeżeli chcemy komuś obniżyć cholesterol, powinniśmy w pierwszym rzędzie podawać mu duże ilości kwaśnego kefiru. Cholesterol spadnie w ciągu paru tygodni do zupełnej normy i jeszcze zostaną usunięte miękkie złogi wapnia, które już poosiadały na naszych tętnicach, żyłach i na zastawkach. Jeżeli prowadzimy oszczędne w mleko i ser żywienie, to nigdzie więcej organizm wapnia nie znajdzie. Troszeczkę jest go w jarzynach, ale w bardzo nikłej ilości. I z biegiem lat mamy kości odwapnione do tego stopnia, że są dziurawe jak stary pumeks. Serce sobie nie podaruje, pracować bez wapnia nie może, dlatego że musi jednak bez przerwy tę krew transportować - nie może pozwolić sobie na luksus zasłabnięcia, bo wtedy kaput! Serce współpracując z mózgiem, musi jakoś sobie radzić. Mózg nakazuje jakimiś tajemniczymi dla nas bioprądami, czerwonym krwinkom, by jak małe mrówki, płynęły do kości, z kości wydziobywały miękki wapń i niosły go do serca. Po drodze gubią wapń na zastawkach żylnych i tętniczych. Krwinki te, które ratują serce, są przyczyną miażdżycy typu wapniowego. Nazywają się wapniakami. Tracimy pamięć, mamy zimne nogi, bolące pięty, czasem pękające odciski na nogach, zaczynamy źle się czuć, bolą nas ramiona... Wiadomo, zaczyna się odwapnienie kości. Kark boli, gdy kręcimy głowa na lewo, na prawo - chrupie, trzeszczy. Wszystko zaczyna się psuć. Konieczny jest wapń - bez niego żyć nie można.
          CUD MLEKA – KEFIR  Najlepszym źródłem łatwo przyswajalnego wapnia jest, jak już wspominałem, mleko, które powinno znaleźć się w naszym codziennym jadłospisie i to w ilości co najmniej 1 litra. Nie wszystkie organizmy przyjmują je jednak w normalnej postaci, czyli nieprzetworzone. Są takie choroby, w których mleko może zaszkodzić np. chorym na trzustkę. Trzustka nie znosi słodkiego mleka i wtedy trzeba pić kwaśne, a najlepiej gdyby to był kefir.

               Bo kefir to nie jest zwykłe mleko. To jest mleko takie nietypowe. Nazywa się kefir, bo francuski uczony nazwiskiem Kefir był w Tybecie w XIX wieku i tam u Mongołów podpatrzył, jak oni zeskrobywali dziwny śluz ze ściany jaskini, dodawali to do mleka, które bardzo się zsiadało. Miało taki specyficzny smak. Zauważył, że po tym mleku bardzo dobrze się czuje jego przewód pokarmowy.

 6)  Przyjechał do Francji - zbadał to bliżej pod mikroskopami i okazało się, że to nie śluz, ale rodzaj grzyba skalnego. Grzybki Kefira zakwaszając mleko, polują na bakterie. Ponieważ odżywiają się bakteriami gnilnymi, polując, oczyszczają mleko z wszelkich brudów. Druga sprawa - rozwijając się w tym mleku - wytwarzają mlekowy kwas chemiczny odwrotnie złożony, który tak potrafi oczyszczać nasz organizm, że nawet trupi jad rakowy usuwają.

               Jeżeli ktoś choruje na raka i pije 3 razy dziennie kefir po pełnej szklance, to ma o połowę toksyn rakowych mniej w swoim krwiobiegu. Tak bardzo ważna to substancja. A gdy grzybki Kefira wypijemy z mlekiem, to robią one w naszym żołądku, w kiszkach, to co robiły w garnku mleka - polują na wszystkie bakterie dla nas niepotrzebne - wymordują je tak dokładnie, że nie pozostanie ani jedna paskudna bakteria, która przyniosłaby nam szkodę. Dlatego w każdym domu powinien być specjalny garnek do zakwaszania kefiru.
          SZTUKA GOTOWANIA MLEKA Mleko trzeba gotować na wolnym ogniu pół godziny, żeby sobie trochę odparowało, ale w ciemnym garnku (i żeby mleko nigdy nic stało na słońcu). Do tego ugotowanego, już chłodnego mleka, wlać szklankę kefiru, przykryć pokrywką, postawić w ciepłym miejscu i na drugi dzień, na wieczór - kasza gryczana, nawet ze skwarkami i do tego po szklance kefiru. Nie ma żadnego problemu trawiennego - wszyscy będą zdrowi.

               Jeżeli mamy osłabiony system nerwowy, a nie potrafimy go sobie poprzez dobrą kuchnię, naturalnym i dobrym wyżywieniem doprowadzić do porządku - to jesteśmy niecierpliwi, mamy skaczące ciśnienie, czasem apatia przychodzi, wstajemy rano z niechęcią i bez przerwy, mimo woli, zarabiamy na kłopotliwą sytuację rozliczeń z Panem Bogiem. Ale gdy najemy się dwa razy w tygodniu fasolówki, popijemy codziennie litrem mleka, zjemy 5 dag sera, główkę cebuli, to nie ma na nas siły. Starość nie przychodzi, kości nas nie bolą. Kładziemy się spać kiedy trzeba, wstajemy, kiedy trzeba. Żeby nam nawet ktoś nadepnął na palec, to się śmiejemy, zamiast kląć. I żebyśmy nawet nie chcieli, to do nieba pójdziemy. Znam tysiące wypadków, że ludzie przez całe lata nie jedli tych podstawowych starosłowiańskich potraw. Po wizycie u mnie nie mieli w pierwszej chwili zaufania czy będą mogli tak się zacząć odżywiać. Ale w końcu próbują. Po trzech miesiącach przyjeżdżają z radością, wyniki doskonałe.
- Proszę księdza! 20 lat fasoli i grochu nie jadłem, teraz wszystko jem, doskonale się czuję, tak siły nabrałem. Szczególnie kobiety-matki, kiedy wyrównają jadłospis domowy, okazuje się, że dzieci w szkole zaczynają mieć zamiast dwójek - trójki, piątki, a ona zauważa, że włosy zaczynają odrastać, paznokcie sztywnieją, zęby przestają się ruszać. Cały organizm się regeneruje. Niech to będą potrawy proste, ale wartościowe, które niosą organizmowi to, co trzeba mu dać.
               Na kamienie wątrobowe - trzeba jadać przez całą zimę czarną rzodkiew
, która równocześnie zabezpiecza przed chorobą wątroby, przed grypą, kaszlem, katarem, a przy okazji, zapewnia nam piękną, gładką skórę. Jajkom z cukrem nie po drodze. Niedobrze jest, gdy w jadłospisie jest dużo cukru, konfitur, leguminek, dżemów, itp. - to wszystko musi z kuchni zniknąć.

JAJKA - SĄ LEKARSTWEM PRZECIW MIAŻDŻYCY, wbrew wszystkiemu, co się o jajkach mówi. Można zjadać 6 jajek na dzień i obniżyć jajkami miażdżycę i poziom cholesterolu. Ale jak do jajek dodamy łyżeczkę cukru - momentalnie rośnie cholesterol.

                Białko proste w jajkach daje człowiekowi ogromne siły, a żółtko zawiera w sobie ogromne stężenie wszystkich mikroelementów, biopierwiastków i witamin. Nie ma nic idealniejszego w sposobie odżywiania organizmu jak żółtko, bo w nim jest to, co rozwijające się z białka kurczątko musi zjeść, żeby mogło żyć i rosnąć. Jajko zawiera w sobie drogocenną substancją - lecytynę - zapobiegającą miażdżycy. Ale jajka nie można łączyć z dodatkowymi tłuszczami nasyconymi, nie można jajka smażyć na maśle i nie można do jajek dodawać cukru. Jajka można jadać zupełnie śmiało. Tylko w tym dniu, gdy mamy jajka np. na śniadanie czy na kolację, to powinna być do tego kawa zbożowa z mlekiem, albo herbata (herbaty na wieczór się nie pija) i bez cukru, zupełnie wtedy ten posiłek bez cukru. A jak będzie cukier, to już nie jajka. Młodym osobom, owszem, jajka nie grożą, można je sobie zjeść, bo tam jeszcze ta gospodarka jest jako taka. Ale już po trzydziestce trzeba się chronić od cholesterolu. Zresztą ostatnio było kilka wypadków, że dzieci 11-letnie miały miażdżycę i to taką miażdżycę zaawansowaną z cholesterolem powyżej 300 mg. To była tragedia. Miażdżyca w młodzieńczym wieku. Ale to, niestety, przekarmienie cukierkami i rosołkami.
JAK DOCENIĆ POCZCIWE ZIEMNIAKI, w czym i jak gotować potrawy, które przyprawy mają skutek zbawienny dla naszego organizmu, a których należy unikać.

               Placki ziemniaczane można nawet w lipcu upiec z zeszłorocznych ziemniaków. 2 jajka ubić porządnie, do tego wlać pół litra przegotowanego mleka, do tego wtarkować 2 duże główki cebuli, dobrze wymieszać. Jak ktoś chce miękkie placki, to wsypać troszeczkę proszku do pieczenia i w to wszystko wtarkować dopiero pięć ziemniaków (skrobia nigdy nie poczernieje w mleku), smażyć na oleju. Jajko też ma inną strukturę, jeśli jest najpierw rozbite z mlekiem. Wychodzą placki jasnożółte w odcieniu różowym jak z młodych ziemniaków. Takie placki są łatwo strawne. Jeśli zostaną na dzień następny, to wtedy robi się zupę pomidorową, zamiast ryżu dodaje się pokrojone w paseczki placki ziemniaczane. Idealna, smaczna zupa z doskonałymi flaczkami.
                Co wiedział Mojżesz? Ziemniaki - są błogosławieństwem dla nas w Europie, ale nie przesadzajmy z nimi. One nie mają być rano, wieczór i w południe. Gdybyśmy ziemniaki przyrządzali tak jak przyrządzają to Żydówki, to byśmy mieli z nich 10 pożytków więcej. Nie wiadomo skąd Mojżesz przed wiekami wiedział, że to, co siedzi w ziemi, choć nieczyste, jest bardzo bogate w życiodajne siły. I nakazał, że wszystko co rośnie w ziemi, przed przygotowaniem ma być doskonale wyszorowane i wymyte, i żeby Żydówka była najbrudniejszą, i żeby w domu wody nie miała, to ona nigdy nie będzie obierała ziemniaków tak, jak Polka. U nas przyniosą ziemniaki z piwnicy brudne, po których koty chodziły, ślimaki i inne... zanieczyszczenia. Przyniosą, obierają, połowę wyrzucą z łupinami i wytytłane, wybrudzone wrzucą do wody i teraz 5 razy to się myje, niektóre miejsca dociera, bo jeszcze są brudne, a przecież ziemniak jest bardzo porowaty, prawic jak gąbka. I w końcu te biedne, nieszczęśliwe resztki wrzuca się do garnka, wlewa wody do pełna, sypie sól, przykrywa pokrywką, a jak zaczyna gotować, zdejmuje się pokrywkę, bo chlapie na kuchni. W końcu jak już ugotowane, to się wylewa to co drogocenne do zlewu, a tę bezwartościową skrobię utłucze; niekiedy doda się trochę śmietany - i wszystkim brzuchy chcą popękać. 

    Żydówka jak przyniesie z piwnicy ziemniaki, to najpierw je porządnie wyszczotkuje, wymyje pod bieżąca woda, jak nie ma bieżącej wody, to 3 razy wymywa w nowej wodzić i te czyściutkie ziemniaki obiera tak cieniutko, że skórka jest przezroczysta. Nie wiadomo skąd to wiedzą.

7)             Okazuje się, że tuż pod naskórkiem ziemniaka są całe pokłady magnezu, kobaltu, żelaza, tych najcięższych biopierwiastków, których nam ciągle brakuje.  Obiera, w jednej wodzie przepłukuje, wrzuci do czystego „koszernego” garnka, tylko do ziemniaków przeznaczonego. Pół garnka tylko ziemniaków, ile osób w domu, tyle główek cebuli przekroi na 4 i włoży na wierzch, wsypie ździebełeczko kminku, włoży dużą łyżkę masła, wleje 2 szklanki mleka, doleje wrzącej wody. Bo u Żydówki jest jeszcze specjalny garnek na wodę. Nigdy brudną wodą „niekoszerną” nie zaleje żadnej potrawy. Duży specjalny garnek stoi na kuchni, w którym bez przerwy gotuje się woda. Wszystko co jest niepotrzebne wyparuje z parą, a żelazo i różne paskudztwa z rur osiada na ściankach, i woda jest miękka i czysta. I tą wodą zaleje ziemniaki, tylko też do połowy garnka, bo pół garnka musi być pary, i nie soli. Przykrywa pokrywką i to się na dobrym ogniu prędko gotuje. Stwierdzi, że miękkie, posoli, chwileczkę jeszcze się pogotuje. Przygotowuje czysty gliniany garnek, wyleje z niego ten wywar z ziemniaków. Ziemniaki wysypie na półmisek - już są z masłem, z kminkiem, z mlekiem, z cebulą - zapach niesamowity - posypie tylko zielonym posiekanym szczypiorkiem. I nie trzeba już niczym przyprawiać. Są wyśmienite, nawet bez mięsa się je zje.
            
Ziemniaki po żydowsku: na dno garnka lub rondla położyć kilka liści surowej kapusty, kilka marchwi posiekanych, na to nałożyć warstwę posiekanej w kostkę surowej wołowiny i też troszeczkę łoju, na to warstwę surowych ziemniaków, tylko już bez marchwi i bez kapusty, warstwa mięsa, warstwa ziemniaków i cebuli, posypać po wierzchu pieprzem, 2 listki bobkowe, wlać do tego ze 2-3 kubeczki wody i do piekarnika na godzinę. Oczywiście przykryte pokrywką.
             Takie ziemniaki są wspaniałą rzeczą, ale muszą być rzeczywiście bardzo umiejętnie i porządnie przygotowane. A do tego wywaru doleje 2/3 zimnego mleka, posieka rzeżuchę lub szczypiorek i ponalewa do kubków do picia, zamiast pomyjnego polskiego kompotu z rozbełtanego dżemu. To jest zdrowie. To są ważne rzeczy, ważne i wartościowe.
120 LAT BEZ LEKARZA Gdybyśmy zwrócili uwagę na to, co my jemy i jak my jemy, i ile powinniśmy jeść, to w naszych warunkach, tych teraźniejszych, nawet najgorszych i ekonomicznie, i psychicznie, moglibyśmy 120 lat żyć, bo na tyle mamy zakodowane w Europie nasze siły żywotne, bez znajomości słowa lekarz. W ziółkach też mamy: witaminy, mikroelementy, garbniki, biopierwiastki. Ziółka w części uzupełniają to, czego nam w organizmie zabrakło.

              Dlatego bardzo dużo ludzi pije zioła i doskonale się czuje. I kiedy przestaną pić, a nie poprawią sobie jadłospisu, to oczywiście po 2‑3 miesiącach rozklei się wszystko i znowu przyjeżdżają i znowu - proszę księdza, tak dobrze było, jak piłam ziółka - a gdy zapytam:
- A kiedy pani jadła fasolówkę?
- Ojej, ze 3 tygodnie temu.
- A grochówkę?
- Może ze dwa miesiące temu ‑ no, nie mogę, bo to wzdyma, później takie gazy są.
- A kakao, kiedy pani piła?
- Ojej, to na kamienie szkodzi.
I okazuje się, że dzisiaj wypiła 3 kawy, wypaliła papierosy. I ona chce być zdrowa?
Tak samo jest z młodzieżą. Jest bardzo nieregularnie odżywiana. Takie byle co, aby tylko ten żołądek czymś oszukać. To jest tragedia.            Dlatego mamy tyle raków przewodu pokarmowego i tragedii z systemem nerwowym. Przede wszystkim musimy pilnować systemu nerwowego, bo od niego zależy żołądek, jelita i wchłanianie. Bo jak jest wszystko znerwicowane, to nie ma wchłaniania.
               
GOTUJ POD PRZYKRYCIEM. Wszystko powinno być gotowane pod przykryciem, nie bez przykrycia. Dlatego powinniśmy mieć duże garnki, wykorzystane tylko do połowy. Nigdy nie można gotować w małym garnku. Ucieka witamina B1, ta, której my wszyscy mamy ciągły niedostatek, bo tej witaminy, tak jak witaminy C, organizm nie kumuluje. Nic na zapas nic składa. Jeżeli zabraknie witaminy B1, to wtedy mamy to samo - prawie podobne zmiany, jak z powodu braku magnezu, ale wtedy nawet i magnez o połowę lżej wytraca się z organizmu i ucieka - narasta taka nerwica, że nie możemy się pozbierać. Dlatego wszystkie garnki musza być przykryte pokrywką i maja się tak gotować, żeby z nich nic nie uciekało. Dlatego powinno być pół garnka objętości i pół garnka na parę. I jeszcze jedno.

             Trzeba zlikwidować wszelkie aluminium w kuchni - okropnie niszczy kości i śluzówki.
  Kuchenki mikrofalowe  najnowszy diabelski wymysł, czyli - toż to istne horrendum. Strumień drgających elektronów niszczy, druzgocze cząsteczki białka i potrawa z takiej kuchenki tylko wygląda jak pożywienie, ale pożywieniem nie jest. Ojciec Jan tym swoim pacjentom, którzy chwalą się, że zakupili właśnie za ciężkie pieniądze kuchenkę mikrofalową, mówi tak: "Wydaliście oszczędności na coś, co niszczy waszą rodzinę. Nasz rozmówca z satysfakcją powołuje się na jeden z ostatnich numerów miesięcznika "Żyjmy dłużej", gdzie znalazł bardzo niepochlebny artykuł o kuchni mikrofalowej. On te same wnioski sformułował już kilka lat temu.

 

 

                                                             O POŻYTKACH Z PRZYPRAW

           Wszystkie przyprawy są bardzo drogocennym lekarstwem.

Gdyby pieprz był szkodliwy, wszyscy Węgrzy wymarliby na pieprznicę. Tymczasem żaden z nich nic ma wrzodów żołądka.

Tak samo angielskie ziele - jest silnym lekiem żółciotwórczym i zapobiega chorobom trzustki.

Majeranek, tymianek - to zioła lecznicze, które zapobiegają zatrzymywaniu soków trawiennych i żółci w woreczku żółciowym.

Gałka muszkatołowa - ziółko porządnie żółciotwórcze, żółciopędne. W ciastach wyszukanych, w mazurkach na przykład dodaje się troszeczkę gałki muszkatołowej, aby nie były ciężko strawne.

Niech żyje kminek Kminek jest kopalnią żelaza; a poza tym całkowicie hamuje niepotrzebną nadgorliwość jelit i przy tym powstawanie nadmiaru gazów... Jeżeli z powodu dużej dawki fosforu zbierają się gazy, to łatwo wówczas odchodzą z organizmu i nie ma wzdęć. Osoby starsze lub znerwicowane, mające złe trawienie, powinny zażywać po obiedzie łyżeczkę zmielonego kminku i popić letnią wodą. Wtedy nie będzie wzdęcia, ani zaparcia, ani żadnych problemów z trawieniem. Na 20dag kminku dodać 3dag jałowca i to zemleć w młynku do kawy.

             Im więcej w kuchni przypraw, tym mniej kłopotów w żołądku. Nawet proste zupy nie mogą być zupełnie bez przypraw.

        Pieprz wszędzie musi być, jest bakteriobójczy. Natomiast ocet - uchowaj Boże, siódme nieszczęście.

8)   Cytryna jest błogosławieństwem, ale nie dla zębów, bo się rozlezą tak, że połamią się nawet na bułce. Nigdy nie można dopuścić do tego, żeby ktoś gryzł cytrynę. Okropność. Sok owszem, dodany do wszystkiego, ale tak żeby nie oddziaływał na szkliwo zębów, bo normalnie w ciągu 2 minut rozpuszcza szkliwo.

              Jeszcze raz wracam do cukru. Na Zachodzie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych - cukier zapisano już do księgi niebezpiecznych potraw, na drugim miejscu po narkotykach. Przyjął też nazwę "białej śmierci". Azjaci, którzy nie znają cukru, żyją 120-150 lat. Glukoza - odżywia tkankę nerwową. I jest obecna w cukrze. Ale mimo wszystko cukier jest trucizną. Glukoza jest składnikiem roślin i różnych innych substancji odżywczych i jak do niej dodamy łyżeczkę miodu (na dobę), to już wystarczy na dzienną dawkę energii. A cukier zanim zostanie przetrawiony, przechodzi w organizmie 4-krotną formę przeobrażenia i rozkładu chemicznego. W pierwszej wersji łączy się z solami tłuszczów nasyconych i produkuje ogromne kryształy cholesterolu - to jest pierwsza jego substancja. Druga - jest przyczyną powstawania kamicy nerkowej.

              Natomiast miód przechodzi w bezpośrednią formę przeobrażania i od razu łączy się w energię. Cukierki, podobnie jak cukier, raczej szkodzą. Sacharyna - bardzo wysusza śluzówkę, raczej nie należy jej używać. Nadkwasota - pozorna, nie zawsze jest nadkwasotą. 90 procent ludzi, którzy maja nadkwasotę przewodu pokarmowego, mają zgagi. I wyobrażają sobie, że to jest nadkwasota, bo piecze, bo to, bo tamto, odbija się. A okazuje się, że to jest stała niedokwasota - z powodu niedokwaszenia przewodu pokarmowego są nietypowe odbijania się. Na wzdęcia wpływają pokarmy, gdzie jest dużo fosforu – bardzo nam potrzebnego. Nasz system nerwowy składa się ze 180 km długiej, bardzo delikatnej niteczki, która w różny sposób pozwijana - wychodzi z komputera mózgowego aż w 1800 zwojach nerwowych i przechodzi przez cały kręgosłup aż do kości ogonowej. I poza kością ogonową zostaje zakończona delikatna miotełeczką, którą nazywają teraz korzonkami nerwowymi. I między każdym kręgiem rozgałęzia się opasując cały nasz organizm.

              System nerwowy składa się w 80 proc. z fosforu. Tego fosforu nieustannie dużo potrzebujemy. Jeżeli nieumiejętnie ten fosfor przygotowujemy, to w pierwszym rzędzie rozdymają się od niego jelita i trzeba to zneutralizować, podawać kminek i pić kwaśne mleko. Fosfor znajduje się w nasionach strączkowych, rybach, w serach, w mleku. Chora wątroba lub trzustka w pierwszym rzędzie uczula się na mleko. Mleko też jest przyczyną wzdęć i nawet biegunkowych stolców. Ludzie, którzy mają tendencję do wzdęć, powinni sobie aplikować kminek jako normalny dodatek do potrawy. Po obiedzie, l łyżeczkę kminku, popić letnią wodą.

              Żółte sery - owszem, można jeść, tylko nasze żółte sery są zbyt młode i są strasznie zakaźne, mają dużo bakterii gnilnych. Stąd nasz przewód pokarmowy musi wewnątrz stoczyć wielką walkę, aby zneutralizować nietypowe tło bakteryjne. Dlatego jeżeli w domu jest kefir, to nie ma problemu z żółtym serem. Jeżeli kefiru nie pijemy, to lepiej żółtego sera nie jadać. Natomiast bardzo zdrowe są sery topione, zgliwiałe sery topione z kminkiem, z dodatkiem odrobiny świeżego masła domowej roboty. Te kupne są bardzo zanieczyszczone bakteriami. Aby sprawdzić, czy mleko jest zanieczyszczone - trzeba je zakwasić grzybkami kefiru, bo tam, gdzie jest zanieczyszczone chemicznie, grzybki się nie rozwijają. Po prostu mleko zburzy się i ucieknie z garnka.

Kefir jest mlekiem czystym, dlatego, że grzybki wyniszczają bakterie, żywiąc się nimi.

                                                  CEBULA, MOJA MIŁOŚĆ.

Ludzie, którzy jadają czosnek i cebulę w większych ilościach, mają w swoim krwiobiegu detromycynę, stężoną nawet. Organizm produkuje antybiotyki własne, które są tak silnymi środkami bakteriobójczymi, że ludzie odżywiający się w ten sposób nie chorują. Bakterie nie mają do nich przystępu. Eteryczne olejki cebuli są zbawienne jeszcze pod jednym względem, nie tylko dlatego, że rozpuszczają krew, cebula dostarcza również siarki i te eteryczne olejki cebuli mają zbawienny wpływ na naszą śluzówkę.

               Jeśli u kogoś wypadłby jakiś nietypowy katar, czy stwierdzi, nie daj Boże, u kogoś zapalenie zatok, to poradzić można następująco:  Utrzeć na tarce do ziemniaków 2 duże cebule, wrzucić do wysokiej koktajlowej szklanki, owinąć jej brzeg wianuszkiem z waty, tak, aby je uszczelnić, by gaz nie wszedł do oczu, tylko do nosa i głęboko oddychać przez 20 minut. Taką inhalację przeprowadzać przez kilka dni. Wtedy nie mamy ani jednego gronkowca w zatokach, ani kataralnego, ani w oskrzelikach, ani w oskrzelach, ze względu na to, że wszystkie szczepy gronkowców i złocistych, i zieleniejących, i różne paciorkowce, odporne nawet na antybiotyki, nie opierają się eterycznym olejkom cebuli przesyconym siarką. I to ratuje organizm ludzki. Krojenie cebuli też jest zdrowe. Jeśli ktoś ma zapalenie spojówek na tle gronkowcowym, to jednego dnia ucierać chrzan na tarce, a drugiego dnia ucierać 2-3 główki cebuli i porządnie popłakać. Za tydzień wypłacze chorobę z siebie. I po kłopocie.
              Cebula - to jedyna substancja na świecie, która nie dopuszcza do zakrzepów krwi. Żebyśmy już nawet mieli w żyłach zakrzepy, to przy częstym zjadaniu cebuli, te zakrzepy z biegiem czasu rozpuszczają się, całkowicie zwalniają napięcia żylne. Cebula, a ściślej sok cebulowy, do tego stopnia potrafi rozrzedzić krew, że zagęszczona, zaślimaczona krew u ludzi, którzy mało korzystają ze świeżego powietrza, są niedotlenieni, lub mają miażdżycę typu cholesterolowego, gęstą krew, zagęszczoną lipidami - potrafi tę krew doprowadzić do substancji rzadkiej jak woda z kranu i w dodatku do koloru jasnoczerwonego. Można to zaobserwować czasem przy pobieraniu krwi do strzykawki. Krew powinna zaraz sama uciekać do strzykawki - jak tylko się wepchnie igłę - momentalnie wypierać tłok i być jasnoczerwona. Taka krew jest zdrowa.

              Natomiast krew ciemna, brązowawa, gęsta – wiadomo, jest zatłuszczona, krwinki są niedotlenione, organizm ma za mało wit. C, za mało żelaza. Trzeba zabrać się do jadania potraw bogatych w te substancje. Można zrobić doświadczenie po zabiciu np. kury – nakapać trochę świeżej krwi na spodeczek - ona łatwo się zetnie, zrobi się brązowa i na to pokropić 2-3 krople soku cebulowego. Momentalnie ta krew zacznie się robić jasnoczerwona, rozrzedzi się i jeszcze się zauważa, że prawie pulsuje, prawie robi się żywa. Jeżeli ktoś ma chorą wątrobę, zapalenie jelit itp. - jest rzeczywiście chory, to surowa cebula szkodzi. Ale cebula gotowana, smażona, duszona na oleju - nigdy nie zaszkodziła jeszcze nikomu.
Cebula w żadnej postaci nie traci wartości leczniczych, z wyjątkiem jednej tylko - smażenia na smalcu bez pokrywki. Na oleju, pod pokrywką - pełna duża patelnia, a nawet duży garnek - zalana olejem, posolona, uduszona na złoty kolor jest lekarstwem. Posiekana drobniutko i ugotowana w zupach - jest lekarstwem. U nas taka moda, że jak się cebule ugotuje w zupie, to się wyrzuca. A to nie trzeba wyrzucać tylko zjeść. Do jadłospisu trzeba wprowadzić dużo cebuli surowej - na żylaki, na wyrównanie krążenia.
 Cebulo! I ty, kapusto! Cebulę posiekać, posolić i ręką wygnieść, żeby ona zupełnie zmiękła. Wymieszać to z kwaśną kapustą. Broń Boże, kapusty nie prać. Jeżeli jest bardzo kwaśna i chcemy ją przyrządzić jako gotowaną, to musimy w drugim garnku ugotować 5-10

9)            dużych marchwi (bez soli), włożyć do kapuśniaku i za 15 minut mamy kapuśniak bezkwasowy, a marchew posiada doskonały winny smak. I do takiej posiekanej, zmiękczonej cebuli dodajemy kwaśną kapustę, wsypujemy garść cukru, wymieszamy, potarkujemy ze 4-5 jabłek, dolejemy z pól litra oleju, wymieszamy porządnie i niech to stoi na stole, aby każdy jadł. A dla tych, którzy zębów nie mają, to zmielić przez maszynkę do mięsa i jest bardzo smaczna papka, którą można jeść łyżeczką. Doskonale wyposaża organizm w ogromną ilość żelaza, działa silnie odkwaszająco na krwiobieg, zapobiega wrzodom żołądka i dwunastnicy oraz wszelkiego rodzaju stanom zapalnym żylakowatym, silnie wzmacnia krwinki czerwone. Jest lekarstwem nawet przeciw rakowi.
Biała kapusta również - 2 duże główki kapusty posiekać, posolić, wygnieść rękami - to aż chrzęści. Do tego dwie cebule, posiekać, posolić, wygnieść. Razem wymieszać ze śmietaną. Kapusta surowa biała, silnie działa przeciw wzdęciom, a my ciągle mówimy, że kapusta nas rozdyma. A kapusta surowa, biała, wcale nas nie rozdyma, jeżeli jest przyszykowana w surówce. Ale jeżeli ją ugotujemy na mięsie, nie dodamy tam kminku, albo, nie daj Boże, zrobimy bigos z kapusty...          

                Kapusta jest bardzo bogata w błonnik. Nigdy nie należy przecierać grochu i fasoli przez sito czy durszlak, bo skórki na fasoli i na grochu są czystym błonnikiem, które w jelicie grubym powoduje powstawanie specjalnego tła bakteryjnego, który pomaga trawić i jako balasty błonnika nierozkładanego, jednocześnie wydrapują z jelita wszystkie substancje i wynoszą na zewnątrz. I dlatego powinniśmy jadać dużo surówek.
               
Najgorsze trucizny w polskiej kuchni to: rosół, kotlet schabowy i bigos. Hindusowi dać bigosu do zjedzenia, to 3 lata będzie na kroplówce, a rosół polski jakby zjadł ktoś z podbiegunowego kraju, to chyba dwa lata miałby biegunkę..
Na rosole można gotować tylko dwie zupy: pomidorową, ogórkową. Inne najlepiej od razu wylać do zlewu. Żadna inna zupa nie nadaje się do jedzenia, jeżeli chcemy przedłużyć sobie życie. Nie wbrew nakazom Przedwiecznego, ale zgodnie z rozsądkiem. Żebyśmy do 90 lat mieli sprawne nogi i głowę, pamięć i wszystkie nasze arterie, to o to powinniśmy dbać już od młodości. Owszem, starość może być miła i sympatyczna, jeżeli my sami nie jesteśmy sobie trucizną i dla otoczenia nie jesteśmy trucizną - wtedy starość jest pełna mądrości, doświadczenia i nawet młode pokolenie ją szanuje. Ale żeby sobie zasłużyć na taką starość, nie możemy sobie dogadzać rosołkami i cukrem. Powinniśmy pić mleko, jadać sery i cebulę.

          Smażenie? - Owszem, można smażyć dużo rzeczy, ale zawsze na oleju. Nigdy natomiast na maśle, bo to tragedia. Na maśle i na margarynie nie można smażyć. Margaryna pochodzi właściwie z oleju, ale nie znosi temperatury wyższej jak 100-120 st. i już od razu się pali. Olej natomiast wytrzymuje temperaturę do 350 st. i nie pali się. Na smalcu można smażyć, bo smalec wytrzymuje temperaturę aż do 500 st. i dlatego kiedyś wszystkie placki smażono na smalcu.
Jeśli można, to tylko świeże masło. Masła można jeść bardzo dużo, podobnie jak jajek, bez zagrożenia miażdżycą i cholesterolem, jeżeli do masła dodamy czosnku. Kilka drobno roztartych ząbków czosnku z solą - wymieszać z masłem i smarować chleb czy bułkę. Pasuje ser do tego. Dżem nie. Jeżeli w Waszym jadłospisie nie będzie cukru naturalnego i rosołów, a będzie zwyżka wapna w postaci mleka i serów, to będzie błogosławieństwo nad Waszym domem. A jeśli dodacie do tego jeszcze groch, fasolę, grykę, czarną rzodkiew, dużo cebuli, marchwi, wspaniałej pietruszki, to i starości nie będzie. Nie wiadomo, gdzie się podziały obrzęki nóg na starsze lata - człowiek o 5 kg jest lżejszy.

           Marchew - na Wschodzie marchwią leczą nieżyt jelit, biegunki, wszelkiego rodzaju stany zapalne, ślepotę i przedwczesne zmarszczki. Gotuje się pół kg marchwi w wodzie lekko osolonej i dodaje łyżkę masła. Tak przyrządzone śniadanie zjadać na: wrzody żołądka, grubego jelita, inne problemy. Zauważono, że przy usilnym kurowaniu przewodu pokarmowego marchwią; ludzie tracili zmarszczki na buzi. I to w 90 proc. pokrywa się z prawdą. A u nas jak się ugotuje trzy marchwie w wielkim garnku rosołu, to dla oszczędności wyciąga się, aby potem dodać do sałatki. Po co to dawać do sałatki, jak można wziąć tyle marchwi, ile osób do posiłku, potarkować na grubej tarce i wrzucić tę marchew do zupy - niech się rozgotuje jak płatki marchwiane, niech też cebuli będzie tyle, ile talerzy na stole, też drobno posiekanej, rozgotowanej. A tam, gdzie już koniecznie musi być mięso w zupach, to niech będzie i kminek.
          Pietruszka - jest środkiem silnie moczopędnym, przeciwzapalnym, bardzo bogatym w żelazo i najbogatszym w wit. C. Jeżeli gotuje się zupę i ona koniecznie musi być na mięsie, to niech będzie w niej drobno posiekana pietruszka. Wszystkie warzywa powinno się właściwie tarkować na tarce od buraków, żeby wychodziły wiórki. Nigdy w kawałkach nie wrzucać i nigdy nie przechowywać na 3-4 dzień do sałatki. Sałatki nie są zdrowe i uważam, że sałatek nie powinno się robić - tych z gotowanych jarzyn z majonezem. Surówki tak. Majonez jest bardzo zdrowy, nawet ci, którzy maja ciężką miażdżycę, mogą smarować nim chleb. Majonez posiada tłuszcze nienasycone, posiada jajko, które w tych tłuszczach nienasyconych przestało zagrażać miażdżycą. Oprócz cebuli i pietruszki, trzeba zwrócić uwagę na rzodkiewki wiosną i na czarną rzodkiew w zimie. Są one kopalnią magnezu.
         Kasza jęczmienna. Jęczmień posiada w sobie substancje regenerujące, dostarcza bardzo dużo wit. B2 - zapobiega zajadom, chorobom skórnym, a przede wszystkim, klej z jęczmienia-regeneruje naszą śluzówkę okostną, nie trzeszczą stawy ani łokcie, ani kości w kolanach

         Chrzan - ma bardzo silne właściwości bakteriobójcze, jest środkiem żółciotwórczym, antyreumatycznym, przeciwgośćcowym, przeciw zapaleniu nerek, pęcherza, moczowodów. Reguluje także trawienie, usuwa z organizmu skutki odkładania się lipidów, tłuszczu. Dlatego robimy chrzan z buraczkami.

         Pochwała buraka Jeżeli, nie daj Boże, ma ktoś zapalenie jelit, utrudnione opróżnianie, nietypowe wzdęcia lub zaparcie - na to te pieczone buraki są bardzo dobrym lekarstwem. Potarkować buraka na drobnej tarce, dodać łyżeczkę mielonego kminku, łyżeczkę oleju, troszkę soli, wymieszać i na czczo jeść 10 łyżek. Po trzech, czterech dniach wyjdzie wszystko z burakami, że znaku nie będzie. Zapalenie grubego jelita można także likwidować.
Nerwica - jak żołądek się skurczy, wessie żółć do środka i żółć zaleje żołądek, a później do żołądka wpada potrawa, to żołądek nie jest zdolny jej rozetrzeć i nie przygotowaną zalaną żółcią papkę trawienną przetransportuje do jelit, a jelita poparzone żółcią nie trawią, więc   wypchną wszystko do grubego jelita i w grubym jelicie odbywa się wówczas proces gnilny. A człowiek ma podwyższoną temperaturę. I wtedy, przy tej podwyższonej temperaturze, po prostu wysysa się płyn, żeby jelito nie zastygło, nie zesztywniało i te masy są takie

10)       zatrzymane bardzo ciężko. To jest nerwica żołądka. Zaparcia są najczęściej spowodowane nerwicą żołądka, która z biegiem lat,  nieleczona, kończy się rakiem odbytu. Lekarstwem na takie kłopoty są pieczone buraki z kminkiem, z olejem, ździebełkiem soli i to

trzeba zjadać na czczo. Jeszcze poradzę, aby buraczków nigdy nie zmarnować w formie gotowanego barszczu, bo ten barszcz trzeba jeszcze przyprawić, itd. Raz w tygodniu upiec 10-20 lub więcej - wg potrzeby - buraków w piekarniku, tak jak się piecze jabłka. Umyć buraki i na polewanej blasze, nie na blaszanej, włożyć do piekarnika. I niech się upieką. Tak upieczone niech stoją sobie na misce w chłodnym miejscu. Trzeba zrobić barszcz - zdjąć skórkę z buraków, potarkować na grubej tarce, wrzucić do gotowanej zimnej wody, dodać kilka ząbków czosnku roztartego z solą, kwasu cytrynowego, cukru, 2-3 łyżki oleju, parę ziarnek rozbitego kminku. Wszystko wymieszać i jest wspaniały barszcz. Do tego gorące frytki, albo ugotowane pyrki.
          Co znajduje się w ziarnku grochu? Najzwyklejszy groch, byle nie specjalnie oczyszczony i niełuskany zawiera magnez, kobalt, żelazo, fosfor, błonnik, białko roślinne, przeciwciała antyreumatyczne, antymigrenowe, antycukrzycowe; jest kopalnią witaminy B-kompleks, witaminy A... I już mamy 12 składników z potrzebnych 68, o których wcześniej mówiłem... Do tego - jeśli gotujemy grochówkę - dochodzi cebula zasobna w witaminę C i siarkę, białko zwierzęce z kawałka wędzonki lub - lepiej - pół kilograma pokrojonej w kostkę kiełbasy, zawartość odżywcza wygotowanej marchwi, pietruszki, kartofli, dodatków w postaci majeranku, pieprzu, liścia bobkowego... Wystarczy policzyć, ile jest w samej grochówce elementów dających zatrudnienie naszym pracowitym krwinkom.
Mądra gospodyni nie wyrzuci wczorajszego chleba, ale pokroi go w plastry i przyrumieni na oleju duże, pachnące i chrupiące grzanki. Poda je dzieciom i mężowi do grochówki. A jeśli jeszcze chce zatrzymać starego w domu, żeby się nie wyrywał pójść z kumplami na piwo – to niech mu do tego wszystkiego po cichutku, dyskretnie, naleje do szklanki czystego piwa. Po takim obiedzie chłop już nigdzie nie będzie się szwendał.
               Mądrze prowadzona kuchnia jest błogosławieństwem dla domu. Tylko trzeba z niej powyrzucać zachodnie śmiecie, nadmiar chemii i przetwórstwo spożywcze. Polskie kobiety, przynajmniej te, które nie zdążyły jeszcze do cna zdurnieć, niech uważają szczególnie wtedy, kiedy jest nadzwyczaj piękne opakowanie i głośna reklama w telewizji. Chociażby te nieszczęsne rogaliki z nadzieniem czekoladowym - toż to paskudztwo nad paskudztwami, bez żadnej wartości odżywczej, a wciska się to dzieciom.
         Pomidor (prawie) na wszystko. Pomidory są szkodliwe tylko w przypadku, jeśli ktoś ma wrzody żołądka, poza tym w żadnym innym przypadku nie są szkodliwe. Jest w nich potas, zapobiegają kurczom w nogach, zmęczeniu i kurczeniu się mięśnia sercowego, migotaniu przedsionków. Także nad pomidor lekarstwa lepszego nie znajdziecie na serce, ani na mięśnie. Poza tym ostry sok pomidorowy potrafi pomagać trawić. Tam, gdzie jest bezsoczność żołądka, złe trawienie, to nawet przyrządzić sobie na ostro z surową cebulką, nawet dopuszczalna jest łyżeczka octu do tego. Na trawienie. Pomidor jest złośliwy, jeżeli u kogoś się rozwija, nie daj Boże, rak.
         Papryką jest błogosławieństwem dla organizmu. Żaden typ papryki nie jest szkodliwy. Do Serbii jeżdżę prawie co roku i tam nie ma dnia, jak się nie zjada w rodzinie półtora do dwóch kilogramów papryki. Jeżeli się nie znosi zapachu papryki, tzn. że organizm coś tam ma do niej, jakieś pretensje.

          Dynia - jest kopalnią cynku i soli mineralnych. Cynk zabezpiecza przed wszystkimi chorobami związanymi z niepłodnością ludzką, u kobiet przed rakami piersi i narządów kobiecych, u mężczyzn przed problemami z gruczołem krokowym, z wypadaniem włosów, krwawieniem dziąseł, zwiotczeniem skóry, wrzodami - to wszystko od dyni zależy. Młodym małżonkom zawsze zalecam dodawać ją do wszystkiego. A na zimę jest idealny dżemem z dyni pół na pół z jabłkami. Posiekać dynię i jabłka, wrzucić do przegotowanego syropu, nawet cukrzanego, z goździkami i smażyć na wolnym ogniu po godzinie przez 3 dni. I mamy idealny dżem. A kto zjada pestki z dyni. to 100 lat nic nie wie o starości.
         Ryż - jak najbardziej jest zdrowy, ale jest zasadotwórczy, odkwasza przewód pokarmowy. Nie powinniśmy szukać bardzo krystalicznego ryżu, żeby nie był bardzo wypolerowany, bo ten nie ma wartości odżywczych. Natomiast ryż taki prosty, zwykły, ma bardzo dużo witaminy B1 i B2, silnie działa przeciw zmęczeniu mięśni i przeciw wyczerpaniu nerwowemu. Jeżeli ktoś lubi ryż, to znaczy, że organizm go potrzebuje. Od ryżu piękna cera się robi, to już z góry wiadomo.
          Nie obierajcie jabłek! Właściwie nie powinno się jabłek obierać. A starsi ludzie powinni tak prowadzić sobie kuchnię, żeby codziennie miała każda starsza osoba 2 pieczone jabłka, bez względu na porę roku. I nie wolno wyrzucać skórki. Bo jak zaobserwowałem - wydrążą sobie to co miękkie, a resztę wyrzucają. Dlatego się piecze jabłko, żeby je zjeść razem z łupiną, bo łupina jest w jabłku najdrogocenniejsza. Nie samo jabłko, bo jabłko posiada bardzo mało witamin. Ale posiada pektynę drogocenną dla organizmu, a pektyny chronią nas przed zatruciami, przed złym trawieniem, przed zapaleniem przewodu pokarmowego. To jest drogocenna rzecz.
          Płukanie... ogórkiem. Ogórki – maja tylko sole mineralne. Ogórkami bardzo dobrze płukać nerki. W okresie zielonych ogórków, w każdym domu powinno się wziąć kilka ogórków codziennie, przepuścić przez sokowirówkę i ci, którzy mają kłopoty z nerkami, z pęcherzami, z oddawaniem moczu, to dwa razy dziennie wypić szklankę soku ogórkowego, niczym nie przyprawionego. Można dodać, w trakcie przepuszczania przez sokowirówkę, kilka ździebełek koperku. Osoby po czterdziestym roku życia nie powinny jeść świeżych ogórków. Bo już wtedy zgryz nie jest odpowiedni, aby to rozmielić porządnie, a żołądek jest już troszkę osłabiony, żeby to dobrze rozetrzeć. I następuje niestrawność ogórkowa. Ogórek jest bardzo ciężko strawny. Dlatego ogórki dla starszych ludzi powinno się na zwykłej tarce od ziemniaków rozcierać na miazgę i mieszać ze śmietaną z przyprawami, dużo jarzynek do tego, dużo szczypiorku, dużo koperku i to jest doskonała potrawa. Nawet najbardziej chory człowiek zje i nie będzie miał naruszonego systemu trawiennego.

             Natomiast drogocenne są ogórki małosolne i ogórki kwaśne, kiszone, tylko nie przesolone. Nigdy nie można ogórków kwasić solą jodową białą. Zawsze trzeba kupować sól czarną, albo z Kłodawy, tę z żelazem, wtedy ogórki są ciemne, twarde i nie pleśnieją. A po soli jodowej, białej, są jak stare papcie, pleśnieją prędko i są nic niewarte.
          Miód lepszy od cukru. Zamiast cukiernicy, radziłbym bardzo, by stała na stole miseczka z miodem. Miód nie jest dla naszego organizmu szkodliwą substancją - bardzo nas wzmacnia i bardzo poprawia samopoczucie. Nie może być jednak przedawkowany    - nie, może go być więcej, jak duża czubata łyżka na dobę. Ale musi być najmniej łyżeczka, bo kora mózgowa potrzebuje glukozy, żeby się mózg nie męczył. Lepiej miodu nie wkładać do gorącego płynu. Najlepiej herbatę zrobić z mlekiem - taką mocną i pić ją bez cukru, a 11)   chleb posmarować sobie masłem i miodem i na wierzch położyć kawałek sera. Teraz w sklepach nasz polski miód jest w 100 proc. dobry. I zamiast 5 kg cukru lepiej kupić l kg miodu - to będzie dwa razy więcej pożytku. Oczywiście, jak się piecze na święta jakieś ciasto, tort czy coś innego się robi, wiadomo, miodu tam nie damy, z wyjątkiem porządnego piernika. To z tego cukru nie będzie tragedii, ale żeby tego nie było na co dzień. Cukier dla 20-, 25-latków jest dopuszczalny z powodu ich ogromnego ruchu - bardzo szybko się spala. Do tego wszystkiego, co młodzież jada, trzeba dodać dużą dawkę powietrza i ruchu na świeżym powietrzu, a z drugiej strony dużo mleka. Bo to są organizmy, które kończą cykl budowy. Jeśli w pewnym okresie, nawet przy dobrej względnie kuchni, zabraknie dla intensywnego dokończenia budowy organizmu - budulca, podówczas te organizmy zaczynają raptem słabnąć, przede wszystkim wysiadają nerwowo.

Błogosławieństwem dla młodzieży jest, oprócz dużej dawki mleka i jarzyn, także kasza gryczana, groch, fasola, wszelkie wydania kapusty. Codziennie powinna stać na stole miska dobrej, takiej ukraińskiej kapusty.
            Selen, albo rzecz o śledziach. Śledzie są kopalnią selenu, jodu, cynku, fosforu - czterech dla nas najdrogocenniejszych, niezbędnych składników. Ryby mają fosfor, jod, cynk, ale nie mają selenu. Cebula rozrzedza krew a selen daje rozum. Selen hamuje starzenie się organizmu, daje całkowitą odporność na choroby, również na choroby zakaźne, zapobiega przemęczeniu. I dlatego selen jest nam bardzo potrzebny jako niezbędna substancja składowa. Mamy taki duży gruczoł, na który niewielu lekarzy nawet przy badaniu - zwraca uwagę. Nikt się nim nie przejmuje, a to jest jeden z najważniejszych gruczołów, wisi 3 cm od tarczycy, dwoma płatami kładzie się na serce z obu stron. Nazywa się grasica. I ta grasica wydziela hormon przeciw zmęczeniu, przeciw starzeniu się, przeciw spadkowi intelektu, zapobiegając wszelkim chorobom, nawet rakowi. Selen w 100 proc. blokuje raka. Tego selenu prawie w pożywieniu nie mamy. Bo gdybyśmy jedli kaszę jaglaną, gdybyśmy jedli mamałygę z kukurydzy, no to byłoby z tym selenem jeszcze jako tako. Ale że nie mamy ani kaszy jaglanej, ani kukurydzianej, to powinniśmy chociaż na te śledzie lecieć.

Śledzie z cebulką, z olejem, to mamy selen, jod, fosfor, cynk, z cebuli siarkę, w oleju wit. A i E, i biotynę, wit. H, która wszystkie drogi oddechowe leczy, łącznic ze strunami głosowymi. Jeżeli ktoś ma jakiś wstręt, bo czasami bywa tak, że ktoś ma wstręt do zapachu śledzia, to można je po mojżeszowemu zrobić. Tak samo jak po polsku, tylko zalać gorącym olejem. Zanim olej ostygnie, to struktura zapachowa i śledzi i cebuli zupełnie zmieni się. Delikatna forma konserwowa, zupełnie dla nas niespotykana, bardzo smaczna, apetyczna i mięso śledzi wtedy o wiele łatwiej od ości odchodzi, bo gorący olej je rozmiękczył.

          Skórka od chleba - jest bardzo zdrowa, drogocenna ‑ wszystkie witaminy, jakie tylko są w zbożu, są w skórkach od chleba. Poza tym radziłbym, chociaż co drugi dzień jadać na kolację płatki owsiane gotowane pół na pół z otrębami pszennymi i z mlekiem. To drogocenna substancja odżywcza. Płatki owsiane są kopalnią magnezu i selenu. A otręby, to cała kupa witaminy B kompleks i błonnik, który wydrapuje nam kiszki i oczyszcza. Można nawet dosypywać garść otrębów do ciasta makaronowego domowej roboty. Ciasto momentalnie odkleja się od rąk i stolnicy i pachnie pszenicą.
          Łój jest błogosławieństwem dla organizmu. Jest dobry przeciw miażdżycy. Placki ziemniaczane pieczone na łoju są najzdrowsze. Łój wołowy, żółty, ten gruby łój trzeba kupować w sklepach i na łoju ziemniaki robić - bardzo zdrowe.
          Grzyby- Poza pewną ilością selenu, wartość odżywcza właściwie żadna. Mają one głównie walory smakowo-zapachowe. Ale w dobrze zaopatrzonej kuchni domowej powinny być - dodają smaku i poprawiają apetyt.

          O margarynie Najlepiej wyrzucić to mazidło z kuchni i to natychmiast. Z tłuszczów używać tylko masła, oleju(najbardziej wartościowy wytwarzano kiedyś z konopi), smalcu czy czystego łoju. Margaryna, jako produkt o wysokim stopniu przetworzenia, robi szkody w ludzkim organizmie. Pomyślcie tylko, jaki proces technologiczny musi przejść olej naturalny, ile po drodze trzeba dodać do niego substancji chemicznych (w tym i rakotwórczych), sztucznie produkowanego kwasu masłowego (który prawdopodobnie niszczy śluzówkę), utrwalaczy i barwników (gdyby nie pomarańczowa farbka - margaryna byłaby trupio blada), aby uzyskać postać efektownie zapakowanej kostki. Nawiasem mówiąc, nie ma dotąd na świecie żadnej pracy naukowej, która uzasadniłaby i potwierdziła zdrowotność spożywania margaryny.

           KAWA - jeżeli się ją pije z ekspresu, albo kiedy ktoś umie taką kawę przyrządzić, aby do niej nie trafił węgiel ze zmielonej kawy.. Kawa, obniżając poziom magnezu, kwas solny wyprodukowany przez nią zakwasza przewód pokarmowy, zagęszcza osocze krwi i robi się ślimacze krążenie, na które pomóc może... kolejna porcja kofeiny. Kawa pozornie poprawia samopoczucie, zwiększając objętościowo zasób krwi (podobnie jak przedawkowany alkohol zwiększa ilość krwi z 6 litrów na 8), ale zarazem uzależnia, domagając się coraz to nowych porcji. Słowem - nic dobrego. Jeśli już ktoś nie może obejść się bez tej używki, to niech nie przekracza dwóch filiżanek dziennie. Natomiast młodzież, ale i dzieci, i dorośli, i staruszkowie powinni pić naturalne soki owocowe, nie słodzone, przygotowane w prosty sposób w warunkach domowych.

Kawa sama zawiera czystą kofeinę i ta kofeina rozszerza naczynia krwionośne. Najpierw rozrzedza trochę krwiobieg, pobudza do życia, podnosi ciśnienie i zapobiega zmęczeniu. Oczywiście na dwie godziny. Po dwóch godzinach przez nerki 14 razy krwiobieg przeszedł i oczyścił się. Wszystko się wysiusiało i po kofeinie znaku nie ma i trucizny w organizmie też nie ma. Ale jak my po polsku kawę pijemy, sypiąc do szklanki, zalewamy wodą, mieszamy, to ten węgiel bez przerwy się unosi - ten najdrobniejszy miałki węgiel. Gdy to wypijemy, to porowata śluzówka żołądka jest podrażniona zmielonymi mikronami węgla, on się wżera coraz głębiej w śluzówkę. A śluzówka pęcznieje, broni się przeciw jego obecności i wydziela ogromną ilość kwasów trawiennych o przewadze kwasu solnego. I ten kwas solny nie może być z organizmu inaczej usunięty, tylko przez użycie całego magnezu, jaki mamy w krwiobiegu. Ucieczka magnezu do odkwaszania krwi powoduje zastój w wydzielaniu adrenaliny. I wtedy, kiedy brakuje adrenaliny, to mało, że na kredyt żyjemy z rana, ale mamy niskie ciśnienie do południa, napadowe bóle głowy, mroczki przed oczami, jak się schylimy, mrowienie w nogach jak dłużej siedzimy, jesteśmy nerwowi, niecierpliwi, rozklekotani, nie wiemy po co przyszliśmy, gdzie klucze leżą, co mamy załatwić, trzeba notes przy sobie nosić! Dlatego zamiast kawy - radziłbym popijać bardzo mocną esencję z herbaty przegotowanej, rano przy śniadaniu.        

          SOKI -soki bardzo znanej renomowanej krajowej firmy, które można nabyć prawie w każdym sklepie.

12)  Okazuje się, że ojciec Grande ostrzega przed napitkami, które oferuje nasz rynek. W najlepszych z nich znajduje się co najwyżej 30 procent naturalnego owocu, natomiast reszta to sprowadzane z Zachodu i rozcieńczane ekstrakty chemiczne. Gdyby było inaczej, gdybyśmy mieli do czynienia z uczciwą produkcją z naturalnego owocu, to przecież przy zakładach wytwórczych musiałyby się znajdować olbrzymie hałdy resztek owocowych, wytłoków, zużytkowanych później jako - na przykład - nawóz organiczny. Jakoś nie widać w naszym kraju ani tych składowisk, ani też śladów gospodarowania wyciśniętym owocem.

Ojciec Grande radzi przed zimą przygotować w domu własny stuprocentowy sok owocowy, który należy pasteryzować w następujący sposób: przez trzy dni zagotowujemy, trzymając na niewielkim ogniu po pół godziny bez przykrycia, tak żeby parował i zostawiamy do ostudzenia. W procesie odparowywania giną grzybki i bakterie. Po  trzech dniach wlewamy sok do czystych, wyjałowionych naczyń. I nic nie słodzimy. Owoce zawierają glukozę naturalną, najwspanialszą pod słońcem słodycz. Formułuje też ostrzeżenie do rodziców, aby nie podawali dzieciom napojów typu pepsi-cola, czy coca-cola. Wszystko, co ma w swojej nazwie dodatek "cola", zawiera narkotyk.

         KWAS CHLEBOWY- napój, który powojenne pokolenia Polaków znają wyłącznie z książek?

- Wyparły go przywleczone z Zachodu sztuczne, farbowane lemoniady, oranżady, pepsi i cole. W Rosji czy na Ukrainie kwas chlebowy nadal jest bardzo popularny i można go dostać niemal na każdym rogu ulicy. Nie znam bardziej wartościowego napoju - wspaniale gasi pragnienie, likwiduje zmęczenie, posiada ogromne stężenie witaminy B, dużo selenu i cynku, a przy tym leczy likwidując nadkwasotę, wzdęcia, wszelkie zaburzenia trawienne.

              Napój ten można robić w warunkach domowych, a kosztuje grosze.

Na potrzeby domowe wystarczą trzy kilogramy sucharów z ciemnego razowego chleba, pół kilograma miodu, dwa kilogramy cukru oraz drożdże winne. Wszystko to zalewamy wodą w dużym kamiennym garnku, przykrywamy lnianym ręcznikiem, stawiamy na dwa, trzy dni w ciepłym miejscu. Gdy zacznie fermentować, przelewamy do butelek, szczelnie zamykamy i przez kilka dni przetrzymujemy gdzieś w chłodzie. Na lato jest to znakomity, orzeźwiający i zarazem leczący napój. Smutno się robi na myśl, ile wszelakiego dobra zawartego w najprostszych, tanich produktach, leży odłogiem.

          Magnez solo i w duecie. Magnez jest bardzo ważnym składnikiem naszego systemu nerwowego, nie bezpośrednio jednak, tylko w powiązaniu. Na bazie magnezu pracuje kora nadnercza - wydzielając adrenalinę - hormon działający przeciwko zmęczeniu, pilnujący właściwego poziomu ciśnienia, zapobiegający naszemu rannemu zmęczeniu, wieczornemu ożywianiu się. Jeżeli mamy odpowiedni poziom magnezu, to normalnie między 5-6 rano ten hormon zostaje wstrzykiwany przez korę nadnercza do naszego 5,5 litra krwi. Budzimy się chętnie, niecierpliwie leżymy w łóżku, wstajemy prędko, czujemy się doskonale.

               Natomiast, jeśli zabraknie magnezu z powodu braku szacunku dla kakao, a przede wszystkim dla rzodkiewek i dla ciemnozielonych jarzyn, to wtedy zaczyna się dziwadło. Coraz częściej stwierdzamy, że pod wieczór napada na nas chęć do życia, coś mamy jeszcze do zrobienia, do przeczytania, do przekładania, chodzenia, kręcenia się, mamy ciągle napięcie takie, byśmy Panu Bogu jeszcze radośnie 5 psalmów odśpiewali. A rano tragedia. Do południa człowiek na kredyt żyje. Trzy kawy pije i po kawie, po dwóch godzinach, czujemy się, jak po ćwiartce wódki.
          Potrawy smażone są niezdrowe? Wszystko będzie zdrowe, jeżeli w tym czasie, kiedy jecie takie wieprzowe boczki, kiedy w kuchni pokazują się lepsze potrawy, to w tym dniu wypijecie więcej kwaśnego kefiru. Proszę pierwszy kefir kupić w sklepie, tak ze 2‑3 litry (na ok. 8 osób). Przetrzymać go przez 12 godzin w domu, tak żeby grzybki kefiru dobrze się rozwinęły i później już do zwykłego, chudego, przegotowanego mleka wlać szklankę i niech to przez 24 godziny stoi w ciepłym miejscu, aż skiśnie i się zetnie. Potem to trzeba wytrzepać porządnie. Wczorajszym kefirem już jutrzejszy można zakwaszać. Sproszkowane mleko jest bardzo drogocenne do gotowania wszelkich zup, do picia kawy zbożowej z mlekiem, ale nic więcej z tego nie można robić.
               
Cukrzyce wszelkiego rodzaju są wynikiem wadliwego odżywiania i przeciążenia trzustki (rosoły przede wszystkim, cukier naturalny, a poza tym nieregularne jedzenie). Człowiek powinien jadać regularnie. Znerwicowany człowiek nie powinien pozostawiać możliwości do odkładania się tłuszczów. Nie powinien jadać nadmiernie.

Kiedy rośniemy, powinniśmy jadać dużo, ale już po 23 roku życia, jak skończy się okres rozwojowy u dziewcząt, a po 25 u mężczyzn, to człowiek powinien jadać o 1/3 mniej.

                 Żeby nie być cukrzykiem na przyszłość, trzeba jadać często, a po trochu. Wtedy nie ma skłonności do tycia. Nie można zostawić znerwicowanego żołądka pustym, bo jak on się zasysa i wysysa żółć z woreczka żółciowego, to tym bardziej drażni trzustkę. Bo woreczek żółciowy jest tu przyrośnięty do opuszki dwunastnicy takim twardym kablem, a sam leży aż 13 cm dalej. A do opuszki dwunastnicy jest bezpośrednio przyrośnięta taka mała kijanka, 12-dekagramowa trzustka i przewód jej podłączony jest do brodawki watera, w tym miejscu, gdzie przewód żółciowy. Jak następuje ssanie, to opróżnia woreczek żółciowy i wątrobie właściwie szkody nie przynosi, bo tylko woreczek żółciowy opróżnia i wysysa z niego wszystko. Ale to ssanie jest tak silne, że wysysa na zewnątrz położony bardzo delikatny przewód trzustkowy. Trzustka musi wydzielać do organizmu sok, który „rozmydla” tłuszcze. Bez soku trzustkowego tłuszcze są zupełnie niestrawne, zlepiają jelita. Natomiast sok trzustkowy zachowuje się w jelitach tak jak „Ludwik” do zmywania naczyń. Rozmydla zupełnie tłuszcze, które my zjadamy. I jak żołądek wypycha przerobioną gęstą papkę trawienną, to wtedy znamionko, które nazywa się brodawką, rozsuwa się leciutko i w naturalny sposób ścieka żółć, sok trzustkowy i przepływa do jelit. A w cienkich jelitach wymieszane, rozbełtane zupełnie rozmydlają tłuszcze na neutralną substancję, z domieszką żółci. I ten tłuszcz w dalszej drodze jest trawiony. To jest bardzo ważne. Jeżeli natomiast jemy dużo rosołów, pieczone mięsa, a szczególnie te polskie kotlety schabowe (uchowaj Boże), to wtedy trzustka nie nadąża wydzielać tyle co trzeba soku, albo jeżeli jest narażona na to ssanie, wpada w stan zapalny, bo jej przewód jest nadszarpnięty. Wtedy trzustka traci równowagę wytwarzania hormonów i zaczyna coraz mniej produkować insuliny. I wtedy zaczyna się skłonność do złej przemiany cukru.

                 Atakuje przeważnie ludzi tęgich. Wszystkie kotlety z każdego mięsa, trzeba ubić na stolnicy, aby się rozlatywały, nawet kury nie powinno się inaczej przyrządzać. Miękkie kawałki kury ubić porządnie na stolnicy młotkiem metalowym (nie drewnianym), utytłać w

gruboziarnistej mące, później dopiero w ubitym jajku i usmażyć na oleju tak, jak kartoflane placki na złoty, piękny kolor, który się nawet nie da rady przypalić i na talerzu dopiero posypać pieprzem i solą, i położyć na to dwie łyżki uduszonej na oleju cebuli.

13)      Kotlety schabowe należy najpierw obtaczać w bułce, później w jajku i smażyć na tłuszczu wieprzowym. Albo np. mięso wołowe duszone, najpierw opiec po wierzchu na oleju, potem przełożyć do rondla, nasypać dużo jarzyn i niech mięso się tak podusi.
Sosy - posiekać drobno mięso, lub nawet jeden kawałek większy, usmażyć na różowo, tak porządnie na różowo, żeby było przypieczone i do już usmażonego mięsa wiać gorącej wody. Zrobi się z tego naturalny kolor. Rozrobić na mleku mąkę i wlać do sosu. Taki sos jest pachnący i smaczny.
           Zasmażka tragiczna Wszystkie zasmażki są tragiczne dla organizmu. Wymagają wielokrotnie więcej sił trawiennych niż zwykła potrawa. Bo nie spala się i zamienia się w taką samą substancję zakwaszającą przewód pokarmowy jak mielona kawa. Jak ten węgiel z kawy. Nie można spalonego jadać.
           Co z solą? Mycie, płukanie i warzenie soli to jest zbrodnia przeciw naturze. Sól kopalniana niesie ze sobą ogromne bogactwo selenu, żelaza i kobaltu, które są wypłukiwane do Wisły, a stamtąd do morza, na dodatek trując po drodze pół życia w rzekach. Co dalej robi nasz przemysł żywieniowy? Otóż, kupuje się za granicą za ciężkie dolary jod, joduje nim wypłukaną sól, miele ją, bieli, i sprzedaje bezwartościową substancję, z której jod - po otwarciu torebki - bardzo szybko ulatuje.

                 Szukajmy soli kopalnianej, jak najmniej oczyszczonej, szarej, „brzydkiej" z wyglądu.
Przy okazji zwracani uwagę na to, by nie dać się nabrać na jakieś wymyślne, próżniowe - niepróżniowe, opakowania artykułów spożywczych. Na przykład, taką zdrowotną kaszę gryczaną pakuje się ostatnio do jednorazowych torebek - z grubego plastiku, bardzo wulgarnych, nieestetycznie podziurawionych i w tym się gotuje. Kasza z tego plastiku nie nadaje się do jedzenia, ponieważ są w niej wygotowane z opakowania substancje chemiczne. Poza tym, nie przypomina swoją konsystencją puszystości potrawy gotowanej właściwie. I naturalnie produkt jest droższy, ktoś przecież na tych opakowaniach zarabia. Polskie społeczeństwo powinno bronić się przed raptowną zmianą tanich substancji w drogie, przez przesypywanie ich z jednego opakowania do drugiego.

           Domowy smalec?! Bez obaw - byle ów smalec nie spotkał się z białym pieczywem i cukrem, to możemy go z pożytkiem dla zdrowia spożywać. Przez całe wieki był w powszechnym użytku; smarowano nim chleb, wypiekano placki. Ludzie dożywali siedemdziesiątki, zachowując jasność umysłu. Choroba Alzheimera, którą słusznie czy niesłusznie przepisuje się spożywaniu tłuszczów nienasyconych, to niestety, specyfika naszych czasów.
           Słonina, jeśli dobrze przyrządzona, to nie zaszkodzi. Bierzemy dość grube plastry zwykłej surowej słoniny (rzecz jasna, smaczniejsza będzie ta z wiejskiego uboju, opalona ogniem, o specyficznej strukturze) i nacieramy ją solidnie czosnkiem roztartym z solą. Następnie kładziemy do glinianego garnka, przyciskamy czymś ciężkim. Po paru dniach, kiedy słonina nieco się spracuje, przewracamy ją. Robimy to kilka razy, mniej więcej przez dwa tygodnie. Kiedy zauważymy, że słonina wchłonęła wcześniej wydzielony płyn i naciągnęła czosnkiem, wyjmujemy ją, oskrobujmy z nadmiaru soli i wieszamy na haczykach w przewiewnym miejscu. Podsuszoną przechowujemy w lodówce, a wieczorami kroimy do razowego chleba z kwaszonym ogórkiem i zbożowej kawy. Zamiast kiełbasy. Jest także bardzo smaczna do piwa.
           Co z vegetą, która podbiła polskie kuchnie? W vegecie znajduje się całe mnóstwo zdrowych, suszonych warzyw, niestety zniszczonych przez sodę - glutamin i mozyman sodu. Podnoszą one znakomicie smak potrawy, zmiękczają, przyspieszają gotowanie, ale zarazem likwidują 30 do 60 proc. wartości przygotowywanych produktów. Soda niszczy też śluzówkę przewodu pokarmowego i żołądka. Radzę wycofać ją z kuchni, albo przynajmniej radykalnie ograniczyć.
           Maggi, musztarda, chrzan. Brunatna maggi jest wywarem z roślin o tej samej nazwie, zakonserwowanym chemicznie. Można ją dodawać dla polepszenia smaku, ale też - bardzo ostrożnie. Musztarda, w które) skład wchodzi biała i czarna gorczyca, sól, cukier, kwas cytrynowy, jak również utarty chrzan są przyprawami naturalnymi i można spożywać je bez obaw

           Zacznij od gęstego. Bardzo zdrowe jest picie po obiedzie. Ale my bardzo źle jemy i mamy taki jakiś nietypowy zwyczaj żywieniowy, że jemy najpierw zupę. Powinno się jeść najpierw to, co jest gęste. Jadać wszystkie drugie dania, jadać wszystkie suche desery, a na koniec jeść zupę. A po zupie wypić kompot. Bo mamy spłukiwać to wszystko i tam rozcieńczyć. Tymczasem my nalejemy do żołądka wody, a później w to chlup, kawałki wpadają. „Betoniarka”.
     Szkodliwy wpływ na młody organizm wczesne rozpoczynanie życia płciowego Związek norm moralnych, sformułowanych w chrześcijańskim kręgu kulturowym, z naszym zdrowiem i życiem jest oczywisty.  Kościół poczytuje za grzech ciężki różne formy wyżywania seksualnego, poza sakramentalnym związkiem małżeńskim. Wystarczy przypomnieć tragedię końca XX wieku, czyli chorobę AIDS... Otóż, dzisiejsza młodzież dojrzewa płciowo nadzwyczaj wcześnie. Problemy związane z pokwitaniem i pierwszą menstruacją przeżywają już jedenasto- i dwunastoletnie dziewczynki. Również u chłopców przedwcześnie rozwijają się organy męskie. A czym to jest spowodowane? Naturalnie, sposobem odżywiania. W naszych organizmach kumuluje się chemia i farmakologia spożywana razem z żywnością. Na przykład, kurczaki, które tak nam wszystkim smakują, nie rozwijają się w naturalny sposób. Przyrost wagi osiągany jest przez podpędzanie hormonami. Nie mówiąc już o tym, że hoduje się je gorzej jak rośliny, bez światła dziennego i bez dostępu świeżego powietrza. A ponieważ łatwo się je przyrządza - pojawiają się na naszych stołach bardzo często. Hormony z kurzego mięsa nie są obojętne dla ludzkiego organizmu, no i mamy to, co mamy - przedwcześnie rozwiniętą i nadmiernie zorientowaną na seksualność młodzież. A współżycie w okresie pokwitania jest dla organizmu zgubne, traci on siły rozwojowe i odpornościowe; ucieka energia, białko jest spalane w wielkich ilościach i młodzież słabnie. Bowiem w

okresie pierwszej młodości, kiedy jest czas budowania, następuje gubienie energii, pustoszenie sił żywotnych. Wystarczy powiedzieć, że seks zużywa trzykrotnie więcej energii od tej, jaką potrzebuje organizm na swój rozwój.

14)      PAN BÓG JUŻ TAK NAS ZŁOŻYŁ DOSKONALE, że jak byśmy rozłożyli siebie na czynniki pierwsze, to patrząc na nasze organy wewnętrzne bylibyśmy „porażeni” doskonałością mądrości Przedwiecznego. Na ich sprawność, na ich formę współpracy ze sobą, bo tam przecież bez żadnych inżynierów, bez żadnych form nakazowych i kontroli, to wszystko jest tak ze sobą zsynchronizowane, że pracuje lepiej jak mrówki w swoim mrowisku. A ten komputer mózgowy, który Przedwieczny ożywił swoją własną formą tchnienia, w który jeszcze wpoił rozsądek i sumienie, którego żadnemu innemu stworzeniu nie podarował tylko człowiekowi, to już wprawia nas w zdumieni tak wielkie, że niepotrzebna nam wtedy żadna księga wielkie uczoności o Przedwiecznej mądrości. Nawet już kwiatów nie musimy oglądać przez szkło powiększające, tych najcudniejszych kwiatów, którymi są kwiatuszki wrzosu. Okazuje się, że są dziesięciokrotnie piękniejsze od najpiękniejszej lilii. Ale trzeba przez dużą lupę patrzeć na to. I tak dopiero Przedwiecznego na dnie tego wrzosowego kwiatuszka znaleźć. To jest piękna rzecz. Ale jakbyśmy też i sami siebie w anatomiczny sposób rozłożywszy na czynniki pierwsze obejrzeli, no to już geniusz Przedwiecznego jest tak wielki, że żadna mądrość starobiblijnych uczonych w Piśmie nie potrafi tego Geniuszu nam wyłożyć.

                                 NA WSZYSTKO JEST RADA.
Zawroty głowy -
to już jest niedobrze, bo to są zaczopowane naczynia krwionośne w mózgu, gdzieś w jakichś miejscach wapnem. Wapnem kradzionym przez serce. Koniecznie używać wtedy wit. B1 w tabletkach. Czosnek jest drogocenny, ale nie można przekraczać 2 ząbków na dobę, bo rozdyma bardzo kanały wątrobowe. Jest silnie bakteriobójczy, zapobiega sklerotyzacji, uszczelnia naczynia krwionośne, ale tak rozdyma wątrobę, że człowiek tchu nie może złapać. Niektóre organizmy są przyzwyczajone, to mogą sobie pozwolić na luksus.
SEN- w epoce ciągłych napięć psychicznych potrzeba człowiekowi co najmniej 8 godzin snu. Zasypiamy obowiązkowo przed godziną 23.,kiedy to organizm w sposób naturalny wycisza się, serce zwalnia swoją akcję, kora nadnerczy przestaje produkować adrenalinę. Należy w tym czasie skłonić głowę na poduszkę. Jeśli przegapimy tę  godzinę biologicznego spokoju i nadal będziemy aktywni, to wymusimy na korze nadnerczy dalszą pracę. Będzie ona wstrzykiwała do krwiobiegu odrobinki adrenaliny już do samego rana i nie da nam spokojnie zasnąć. Sen będzie przerywany, a początek dnia naznaczony zmęczeniem. My, mnisi, budzimy się o piątej rano, bez budzika. Całkiem inaczej zagospodarowuje się czas do południa, można bardzo dużo zrobić. Po południu, niestety, czas jest już krótki.

 Czy można sobie pozwalać na poobiednią drzemkę?

 Jest to kompletnie zabronione. Po posiłku należy odbyć dość intensywny spacer. A ta przemożna potrzeba snu po obiedzie wywodzi się ze zwykłego obżarstwa. Żołądek podnosi przeponę, serce o nią zawadza, mamy wrażenie, że jest za ciężkie, i człowiek - taki niedźwiedziowaty - kładzie się spać, przesypiając najciekawszy czas w życiu. Potem wieczorem ma problemy z zaśnięciem.

Na żylaki - 3 x w tygodniu kasza gryczana i tabletki wencscin – z gryki i z kasztanowca.
Stopy palą - to już jest miażdżyca tętnic podkolanowych - trzeba się bronić: nie palić papierosów, nie jeść cukru, nie jeść rosołów i zacząć rozcierać sobie pod kolanami nogi spirytusem kamforowym. Żeby udrożnić delikatne naczynia krwionośne, które już nie dostarczają tak dokładnie krwi do stóp, jak to potrzebne jest. Moczenie w szałwii nic nie pomoże, lepiej moczyć nogi w zwykłej sodzie do picia.
Na odciski - zwykła cebula. Dużą główka cebuli przeciąć wzdłuż, położyć na kuchni żeby się upiekła jak do rosołu się przypieka, wystudzić. Nogi wymoczyć w ciepłej wodzie z sodą do picia. Wziąć jeden płatek cebuli upieczonej, wsypać ździebełko cukru pudru, położyć na odcisk i przybandażować tę maseczkę. Zmieniać co 8 godzin, przez 3 dni. I tak pięknie rozmiękczymy odcisk, że można momentalnie nałożyć najciaśniejszy but i iść nawet na bal i już się nie czuje, że odcisk jest na nodze. Ale po trzech dniach swędzenia nie da wytrzymać i trzeba znowu wymoczyć w ciepłej wodzie z sodą nogi i odcisk odejdzie od zdrowego ciała i tkanki nie naruszy. Jeżeli bywa odcisk stary i duży, kurację powtórzyć.
Reumatyzm - jeśli chcemy leczyć, to przede wszystkim grochem, bo posiada tyle działań antyreumatycznych, że na poligonie właśnie chroni chłopców od zmęczenia, od pocenia się, od choroby przemęczeniowej kostnej. Groch gotuje się z kminkiem, na sucho i później dodaje się do każdej zupy 2-3 łyżki grochu z kminkiem i z masłem.
Wzrok się pogarsza? Przemywać oczy esencją herbacianą i brać wit. A + E, i wzrok poprawia się sam. Przemywać esencją, ale można na wieczór robić okłady na 20-30 minut. Przy zapaleniu spojówek też robić okłady z esencji herbacianej, a poza tym brać wit. A + E w kapsułkach, albo 3 duże gotowane marchwie codziennie zjeść, z masłem.
          - Czym jeszcze wzbogacić dietę naszych okularników?

- Mnóstwo substancji odżywczych, w tym złoża lecytyny zawiera wątroba. Na Syberii - wspomina zakonnik - kiedy ktoś zapadał na kurzą ślepotę (marchewki, jak wiadomo, tam nie było), łapano wrony, z ich wątróbek gotowano wywar i tym się wzmacniano.

          - Ale wątroba zbiera wszelkie toksyny z organizmu- To jest, niestety, ta druga strona medalu -  którą musimy uwzględniać. W zwierzęcych wątrobach mamy antybiotyki, hormony i wszelkie chemiczne brudy. Dodam, że i my sami powinniśmy raz na kwartał płukać nasze własne wątroby z toksyn. Polecam w tym celu przed zaśnięciem przez 2-3 tygodnie pić herbatę ziołową naparzoną z dziurawca, mięty i melisy, osłodzoną łyżeczką miodu.

15)     Łamanie w kościach - trzeba pić dużo mleka i dużo herbaty z mlekiem. Rano jedną szklankę, w południe drugą szklankę i co drugi dzień po śniadaniu szklankę mocnej herbaty bez mleka z łyżka spirytusu, który rozrzedza krew do najwyższych granic, a esencja herbaciana zawiera kofeinę i delikatną teinę - rozszerza naczynia krwionośne i po nocnym zastoju - momentalnie to serce zmuszone jest do silnej pracy, nogi zaczynają się robić ciepłe..

Gruźlica jelit - może być leczona z bardzo dobrym skutkiem piołunem, który jest także bardzo dobry na bezsoczność żołądka.
- Piołun jest lekiem tylko w minimalnych, kropelkowych, dokładnie odmierzonych dawkach. Przedawkowany staje się śmiertelną trucizną

Antybiotyki – przecież nierzadko trzeba się po nich "leczyć"... Ojciec Jan również uważa je za niebezpieczne. Po kuracji antybiotykami trzeba odtruć organizm, usunąć toksyny z wątroby i nerek, oczyścić śluzówkę z grzybicy, jeśli taka się pojawi, wreszcie - przywrócić właściwe wydzielanie soków trawiennych. Czasami, po przeholowaniu kuracją antybiotykami, oczyszczanie organizmu jest dłuższe niż samo leczenie. Należy pamiętać, aby przy zażywaniu antybiotyków każdego dnia wypić szklankę kefiru oraz wziąć trzy razy dziennie witaminę B-kompleks. Jeżeli zaczyna się grzybica w śluzówce - trzeba podawać bardzo duże ilości cebuli. Jeśli jednak jest już i wątroba poszkodowana i nie chce przyjmować cebuli, należy zastąpić ją kombinacją ziół goryczkowych, przeciwzapalnych, powlekających oraz oczyszczających układ moczowy.

Nerwica Z naturalnych środków antynerwicowych i antydepresyjnych, w jakie nas zaopatrzył Przedwieczny na tej ziemi, istnieje tylko jeden - stare, dobrze nam znane ziele świętojańskie, zwane dziurawcem. Niemcy produkują z niego drogocenne kapsułki przeciwko depresji. Tak więc zaleca wyłącznie dziurawiec i kakao, które jest nosicielem magnezu.

IMPOTENCJA- Czy impotencja może mieć związek z wcześniejszym nadużywaniem seksualności? - stawiamy kwestię.

- Naturalnie - potwierdza ojciec Jan - nadużywanie powoduje nerwice seksualne, bardzo trudne do wyleczenia. Podłożem impotencji może być także brak fosforu, cynku, selenu i białka w organizmie. Powoduje to rozstroje hormonalne, wstrzymanie wzrostu komórek rozrodczych i mężczyzna, mimo że młody czy w średnim wieku - czuje się jak stara babcia. Jeżeli jednak uzupełnimy braki poprzez odpowiednie żywienie, dodając do tego witaminy z grupy B - to człowiek stanie na nogi i będzie inaczej na wszystko reagował. Są to jednak sprawy zbyt poważne, by leczyć je na łamach gazet, czy odwołując się do rad przyjaciół. Zaburzenia seksualne leczymy wyłącznie u dobrego specjalisty.

- Czy to prawda, że w diecie osoby mającej kłopoty seksualne, powinny się znaleźć pestki dyni? sprawdzamy zasłyszaną receptę.

- Tak, ze względu na dużą zawartość pierwiastków, o których wcześniej mówiliśmy. Polecam też ryby morskie w miejsce dań mięsnych.

Miesiączka- Co stosować na bolesne miesiączkowanie?

- Zaparzamy łyżeczkę nasion najzwyklejszej marchwi w szklance wody i pijemy dwa, trzy razy dziennie w dniach poprzedzających okres i podczas krwawienia. Marchew działa rozkurczowo, bóle mijają lub są znacznie słabsze.

JAK BRONIĆ SIĘ PRZED RAKIEM? Rak jest zakodowany w każdym człowieku. Uśpiony i przyczajony czeka na sposobny moment. A ten moment następuje wtedy, kiedy organizm jest bardzo wyczerpany. Ośmielam się twierdzić, że jeżeli przez dłuższy czas obniży się w ludzkim ustroju poziom cynku, witaminy A i magnezu - to otwiera się brama dla raka. Dlatego kładę tak wielki nacisk na prawidłowy jadłospis, który dostarczyć ma tych wszystkich regenerujących materiałów.

                Przedwieczny tak nas skonstruował, że potrafimy sami siebie obronić, również przed rakiem. Warto zwrócić uwag na fakt, że rak w pierwszym rzędzie atakuje ludzi o usposobieniu cholerycznym. Z obserwacji wynika, że wszelkie narastające stresy wytracają z równowagi cały układ nerwowy, a to powoduje złe wchłanianie i „gubienie” wielkich ilości selenu, cynku, magnezu, jodu itd. W osłabionym organizmie rozwija się tkanka rakowata.
                
Żeby tak jeszcze tylko współczesne kobiety zechciały pojąć ile od nich zależy! Przemądrzałe to to, zarozumiałe, w dodatku nierzadko złośliwe. Co ja się z nimi nadenerwuję! Przychodzi taka jedna z drugą, i oczywiście, one wiedza najlepiej. Jak ja mam je leczyć?! Żeby się to jeszcze chociaż ogarnęło i zamiast chemii i masy kosmetyków, które aż z nich spływają, umyły się porządnie szarym mydłem, to i zdrowsze by były. Dzięki Ci Dobry Boże, że ja nie żonaty. Ale może lepiej tego nie pisać.
Otóż, niechby te nasze kobiety, każda jedna, umalowana czy nie, wzięły sobie do serca, że dla swojej rodziny znaczą tyle, co minister zdrowia, a ich kuchnie są zakładami leczniczo - farmaceutycznymi, w których przygotowuje się życiodajne potrawy.

                To trzeba podkreślić trzy razy: Niech produkcja w tych naszych domowych polskich kuchniach będzie życiodajna.
Darujmy sobie w trudnych czasach kulinarne wydziwiania. Potrawy - podawane na ładnych talerzach - mają być proste i tak dobrane, by dostarczały domownikom 68 niezbędnych składników żywieniowych.

                Dlaczego 68? Bo mniej więcej na tyle wyspecjalizowanych grup jest podzielona liczba krwinek gospodarujących w ludzkim organizmie i odpowiadających za funkcjonowanie jego składowych. Krwinki, te małe budowlane mrówki, musza mieć stałe zatrudnienie, a obowiązkiem nas - ludzi myślących - jest dostarczyć im odpowiedniego materiału.

                Agresywność chemii spożywczej pojawia się również w naszych domach pod postacią wybielonych cukrów i soli. Do końca zeszłego wieku cukier był rarytasem zaszczycającym szlacheckie stoły, przez pospólstwo prawie nie używanym. Jedynie w czasie świąt pojawiała się „głowa" cukru - krystalicznego, gruboziarnistego, którą rozbijało się wydzielając domownikom po kawałeczku. Ciasto natomiast słodziło się miodem. O ileż to zdrowsza forma żywienia!
                Dziś używamy cukru bez ograniczeń, a ten oczyszczony cukier jest najzwyklejszą chemią, która zwiększa niepomiernie ilość kalorii, a nie daje spodziewanej energii. Przechodząc w organizmie kilkakrotną przemianę, produkuje „po drodze” mnóstwo substancji złośliwych. W dodatku bardzo gorliwie szuka towarzystwa tłuszczów nasyconych i wiąże się z nimi, tworząc masę cholesterolu.
Co, jeżeli ktoś bardzo lubi cukier? To weź sobie, jegomość, ogórka kwaszonego, tak na przekór, a do herbaty - łyżeczkę miodu. Miód wytwarzany przez te - jak je nazywał Zagłoba - „muchy Boże”, jest naturalnym środkiem słodzącym, zawierającym czystą glukozę, bogatym w życiodajne substancje, przechodzącym do krwiobiegu z przewodu pokarmowego prawie bez żadnej przemiany i zamieniającym
16)      się tam w energię życiową...
Czy ojciec Grande, w habicie czy po cywilnemu, przekroczył kiedykolwiek próg restauracji McDonalda? NIE!

             Już same nazwy McDonald, Coca-cola; Pepsi-cola, hamburger, hot-dog przyprawiają mnie o drgawki. To jest skandal, że mając taki zasób własnych możliwości żywieniowych, sprzedaliśmy przemysł spożywczo-żywieniowy amerykańskim biznesmenom.

             Jako stary mnich, mimo całego mojego życiowego optymizmu przepowiadam, iż za kilka już lat Polacy będą na terenie swojego własnego kraju murzyńskimi wyrobnikami. Będą przejeżdżać przez Polskę transkontynentalne pociągi, będą migać po autostradach zagraniczne samochody, a większość tubylców spadnie do roli czyścicieli z miotłami w rękach. Dziękuje Bogu, że jestem już stary, niedługo umrę i nie będę tego wszystkiego oglądał. Po prostu, zwyczajnie i po ludzku, nie lubię (wybacz mi Panie Boże)głupoty współrodaków? Ich zdolności do małpiego naśladownictwa? Jak również nie mogę się pogodzić z samobójczymi inklinacjami całej ludzkości?
             
Wszystkie te sprawy budzą moje obawy o przyszłość narodu polskiego i naszej pięknej ziemi. Lękam się, by np. przeszczep amerykanizmu nie wyrządził nam więcej szkody aniżeli komunizm, który jednak liczył się z jakimiś regułami. Na przykład, nie wystawiano w kioskach obok zdjęcia papieża pornograficznego obrazka. I naprawdę nie chodzi mi o fałszywą dewocję, ale takich rzeczy nie robi się z powodu zwykłego szacunku dla ludzkich przekonań.

          Uważam, że Polacy, po tej pierwszej fazie durnoty już powinni się opamiętać i wprowadzać prywatyzację, ale nie taką, która rozdaje Polskę obcym. Zachowajmy ją dla siebie i dla następnych pokoleń.
         Czym grozi styl amerykańskiego żywienia? Sklerotyzacją organizmu oraz zanikiem pamięci z powodu choroby Alzheimera. Jeśli ludzkość się nie opamięta i nie przestanie produkować fałszywej żywności, to do 2100 roku nie dożyje nas ani 10 proc. populacji. Przestańmy więc wydziwiać i zacznijmy produkować w prosty, sprawdzony przez tysiące lat sposób, zdrową żywność. ZGODNIE Z NATURĄ. NATURY NIE WOLNO POPRAWIAĆ, BO TO SIĘ ZAWSZE ZEMŚCI. Przedwieczny tak ją ukształtował, że jakiekolwiek poprawianie zawsze coś w niej kategorycznie zepsuje.
         Czy istnieją polskie wzorce żywieniowo kulinarne? Naturalnie. Takim wzorcem, dostarczającym nam drogocennych wskazówek, jest polska kuchnia przedrozbiorowa, zbierająca ciąg wielowiekowych doświadczeń. Później wszystko się urwało. Przyszła nędza okresu rozbiorowego, pierwsza wojna światowa i związany z nią głód: potem ten króciutki czas niepodległości, zbyt krótki, by matki mogły przekazać swoje doświadczenie córkom; druga wojna światowa i degeneracja pojęć o żywieniu (co złapię to zjem, aby tylko jako tako przetrwać), a po wojnie - wiadomo jak było. Kobiety zaangażowane w pracę zawodową szukały sposobów na jak najszybsze przygotowanie posiłków i uciekały od tradycyjnych potraw bogatych w biopierwiastki, mikroelementy, witaminy, substancje, które kiedyś niosły ze sobą zdrowie i życie. Przedrozbiorowa kuchnia słowiańska była tak pożywna, że można było ściany rozwalać z nadmiaru energii. Chleb był własny, pieczony we własnym piecu, wielki na pół stołu, położony na liściu łopuchowym, posypany czarnuszką albo kminkiem. Jak się takiego chleba odkroiło nożem jak kosą - to on aż błyszczał w środku, tak był dobrze wykwaszony.
               
Inteligencja na talerzu. Dawno, dawno temu... Wydaje się, że o kuchni staropolskiej i rozmaitych, zamierzchłych kulinariach można dziś mówić tak, jakby opowiadało się bajki. Jeśli cofniemy się myślą het, het - jakieś kilkaset lat, do Polski jeszcze przedjagiellońskiej, to zobaczymy, że istniejące wtedy typowe gospodarstwa wiejskie były w 100 procentach samowystarczalne. Wszystko wytwarzano na miejscu: od jajka poprzez płótno, które się tkało, przędło i farbowało, aż do własnego garnka. I ta samowystarczalność - fakt, że rzadko kiedy wybierano się po coś do większych ośrodków - wytworzyła normę prostego i wartościowego żywienia ze składników przez siebie wyprodukowanych.

              Przede wszystkim, jadano dużo mięsa, nie gotowanego, ale opiekanego nad ogniem. Tłuszcz wytapiał się, spływał, skwierczał w palenisku, pieczyste pachniało na kilometr. Takie mięso przedstawiało sobą bardzo bogatą wartość białkowo-odżywczą. Co ważne, pozbawione było tłuszczów nasyconych, które znajdują się w wywarach naszych współczesnych zup oraz pieczonym w tłuszczu mięsie, będąc przyczyną sklerozy.

               Dalej - wędzenie. Była cała procedura naturalnego wędzenia: moczono mięso w specjalnej zaprawie, po czym - nie parzone - wędzono przy użyciu gałązek jałowca i buczyny. Wędzonkę zawieszano w kominie. Przewiew kominowy podsuszał i jednocześnie zabezpieczał przed owadami. Jak się odkroiło płat takiego ciemnoczerwonego mięsa, położyło go na chleb razowy domowego wypieku, do tego przyniosło z piwnicy ukiszoną w dębowej beczce kapustę i skropiło ją aromatycznym olejem z konopi, które rosły za oknem, to lepiej to smakowało niż współczesny hamburger, a na pewno było o niebo zdrowsze.
               A dziś taka wędzonka jest moczona w roztworze saletry, żeby nabrała wilgoci i odpowiedniej wagi, następnie „wędzi" się ją przy pomocy preparatu, który w sposób sztuczny zabarwia i nadaje smak. Kiedy człowiek kroi „to" potem na stolnicy, to mu spod noża woda wycieka i drży to wszystko tak, jakby – uchowaj Boże – jakiś kawał czegoś dopiero co z prosektorium przywlekli.

               Uniwersytet domowy życia w rodzinie i budowania więzi rodzinnych zaczyna się w kuchni. Niechże taka matka nie pozwala, by córka nastolatka uwaliła się w fotelu przed telewizorem, podczas kiedy ona nie wie, w co najpierw ręce włożyć. Wszystkie kobiety w rodzinie, poczynając od siedmio- czy ośmioletnich dziewczynek, powinny mieć nawyk kręcenia się po kuchni. Kiedy natka kroi chleb, to już stoi przy niej córka i podstawia talerz, myje jajka pod bieżącą wodą, żeby nie było salmonelli, podaje je starszej siostrze do rozbicia na patelni...

               Niech te dziewczynki obserwują własną matkę, a nie jakąś obcą panią, która w telewizji uprawia „gotowanie na ekranie” - nie mając w dodatku pojęcia o tym co robi, nie tłumacząc telewidzom, dlaczego dobiera takie a nie inne składniki i jaka jest ich wartość żywieniowa.
    Czasem mówią do mnie, no dobrze ojcze, wyrzuciłam już w mojej kuchni margarynę, zrezygnowałam z rosołów, zawiesistych zup i bigosów, z trudem utrzymał się w jadłospisie kotlet schabowy, choć i na niego przyjdzie pora. Domownicy - póki co - nic nie mówią. Jeśli jednak przestanę od jutra kupować wędliny...?
             Mówię wtedy, że można je zastąpić tańszą i dużo zdrowszą potrawą mięsną, np. taka karkówka pieczona w jarzynach i    
17)  krojona na zimno do chleba, będzie na pewno wszystkim lepiej smakować niż najlepsze wędliny. A oto przepis. Wlewamy na dno brytfanny dwie łyżki oleju, kładziemy kilka cienkich plastrów słoniny, na niesparzone liście kapusty i dużą karkówkę w całości. Obkładamy ją pociętymi w plastry warzywami: marchwią, cebulą, ziemniakami. Można dodać jabłka obrane z łupiny, pocięte na ćwiartki. Wszystko to posypać pieprzem i cynamonem, dodać jagody jałowca, wstawić pod przykrywką do piekarnika. W trakcie pieczenia wlać szklankę białego wina. Zapach rozniesie się taki po bloku, że z ostatniego piętra sąsiedzi poczują. Na kolację zjecie sobie po kawałku gorącego mięsa z warzywami, a w następne dni - można je kroić zimne do chleba. Że niby nie pasuje cynamon do mięsa? Jest to przyprawa niesłusznie u nas zapomniana, a posiadająca wielkie walory zdrowotne. Sproszkowany cynamon stosowany jest na Wschodzie, jako lek na biegunkę. Należy spożyć łyżeczkę popijając wodą. Znakomicie podkreśla smak pieczystego, ale także ciast. Można posypywać nim ryż na słodko, czy kaszkę mannę na mleku.                  O CHOROBIE ALKOHOLOWEJ.
                                         Z góry protestuję przeciwko takiej kwalifikacji. Alkoholizm nie jest chorobą, lecz psychiczną rozpustą, podobnie jak każdy inny nałóg. Mówiąc o chorobie, usprawiedliwiamy zwyczajnych przestępców obyczajowych.

             Przede wszystkim, człowiek musi znać wagę czasu, który przeżywa i nie marnować go na przesadne rozrywki. Trzeba być zawsze czymś zajętym. Ja nawet jak siedzę przed telewizorem, biorę druty do ręki i robię sweter dla któregoś z braci. Nie ma się z czego śmiać. Nauczyłem się tego na Syberii. Tam gdzie mróz sięga 40 – 50 st. Celsjusza, była to konieczność pozwalająca przeżyć. Tak więc, nie usprawiedliwiajmy za bardzo pijaków.

             Powiem przy okazji, że - moim zdaniem - pijak w domu stanowi produkt niedbałości kuchennej żony. Kobiety same produkują pijaków. Jakim sposobem? Otóż stosują złe “nowoczesne” odżywianie i źle traktują męża.
Po kilku, kilkunastu latach małżeństwa, kobiety całkowicie przekierowują swoja uwagę na dzieci, a potem na ich rodziny. Męża zauważają tylko wtedy, kiedy przynosi pieniądze, i czasem mają do niego pretensje za to samo, że istnieje. Cóż dziwnego, że ten szuka zrozumienia pomiędzy podobnymi mu - trochę sponiewieranymi, niedomytymi kumplami. Po szklance piwa świat zdaje im się lepszy. I tak to się toczy - od szklanki piwa do szklanki denaturatu.

             Chodzi o to, by kobieta uświadomiła sobie, że ma wobec męża obowiązki opiekuńcze, Darujmy już sobie - na określonym etapie - zbliżenia seksualne, ale należy pamiętać, że mężczyzna jest przez całe życie dużym dzieckiem, trochę nieporadnym i safandułowatym, który potrzebuje opieki, potrzebuje czasem czułości...
              A kiedy już się stało i ktoś jest w tzw. „szponach”, „w otchłani”, „w sidłach” nałogu, jak to obrazowo się nazywa, to co wtedy robić? Należy pomaleńku wyciągać go z pijackiego rowu odpowiednim żywieniem, wzmacniać organizm przez dostawę selenu, cynku, jodu, a przede wszystkim magnezu, który jest katastroficznie niszczony przez alkohol. Ustrój człowieka, nasączony tymi substancjami, przestanie się męczyć i nie będzie domagał się przepędzenia kaca tzw. klinem.
              Alkohol przy tym odwadnia i wyziębia organizm(dlatego pijak może leżeć na mrozie i nie zamarznie).(???) Zresztą, wystarczy przyjrzeć się sylwetce alkoholika - jest to ktoś bardzo szczupły, skulony z zimna nawet w upalny dzień, chowający, głowę w ramionach. Dopiero łyk alkoholu, zwiększając objętość krwi i przyśpieszając krążenie, trochę go rozgrzewa. Szczupłość i wystudzenie ciała u pijaka spowodowane jest odparowaniem płynów. Tak zwane suszenie czują przecież również ci, którzy nie piją nałogowo, a czasem zdarza im się przeholować.
CO NA KACA? Jeśli już coś takiego się przydarzy, trzeba na drugi dzień wypić szklaneczkę soku z kiszonej kapusty, zjeść dwa jajka na miękko, następnie wypić duży kubek kakao i nie ma kaca. To dla tych, którzy czasem „ruszają w Polskę”. Tym, co popadli już w nałóg też można pomóc, trzeba tylko bardzo chcieć, odpowiednio się odżywiać, przyjmować stosowne leki i wyeliminować wpływ niewłaściwego środowiska. W cięższych przypadkach należy przeprowadzać kuracje w zakładach zamkniętych.

                Nic nie ma prawdy w tym, że pijak pozbawiony wódki, a narkoman swojej używki, umierają. Absolutnie nie zgadzam się z takim nowomodnym, przewrażliwionym stawianiem sprawy. Wstrząs głodowy u alkoholika czy narkomana jest do przeżycia. Należy w trakcie takiego napadu podać dużą dawkę miodu z cytryną i organizm wytrzyma. Energia z naturalnej glukozy wraz z witaminą C przejdzie do krwiobiegu podtrzymując siły żywotne. Dziwię się, że świat medyczny mówi o „chorobie” - jak gdyby nie była to sprawa wolnej woli, zwykłego widzimisie i dobrowolnego wyboru dokonanego przez „pacjenta"... No, a później, kiedy minie kryzys, trzeba delikwenta wzmacniać odpowiednim żywieniem, tzn. podawać dużo nasion strączkowych - fasolę, groch, soczewicę (lekko ją sparzyć, ugotować na miękko, posypać drobnymi skraweczkami z boczku), kawałek wołowiny, sporo nabiału i mleka, codziennie kubek kakao. No i wzbogacić tę dietę odrobiną czułości.
Żywienie się w punktach zbiorowego żywienia typu McDonalda, Burger Kinga, KFC, czy barach z hot-dogami i hamburgerami jest moim zdaniem szkodliwe, nie tyle pod względem chemicznym, co pod względem przerabiania posiłku przez przewód pokarmowy. Szybkie, pospieszne jedzenie, zwłaszcza na stojąco lub na ulicy, uniemożliwia poprawne przeżucie posiłku. Jeżeli pokarm jest dobrze przetarty zębami, wymieszany językiem z enzymami ślinowymi, to wówczas nasz żołądek ma o połowę mniej problemów.   Jemy zbyt pochopnie, prawie nie żując, popijając wszystko colą. Taki posiłek, dostając się do przewodu pokarmowego, wywołuje w nim proces gnilny. Nieprawidłowym jest np. popijanie napojów w trakcie jedzenia. Należy popijać raczej po zakończeniu jedzenia, aby spłukać przewód pokarmowy. Nawet samotny człowiek, pracujący w biurze więcej niż osiem godzin, powinien znaleźć czas na zjedzenie w spokoju pożywnego posiłku. Szybkie, nerwowe jedzenie, to katorga dla naszego żołądka. Przez długie lata byłem samotnym człowiekiem. Zawsze jednak miałem czas na ugotowanie posiłku. Uważam, że nie ma możliwości, żeby człowiek był aż tak

leniwy, by nie przygotował sobie chociaż jednego porządnego posiłku. Dziś żyjemy szybko i śpieszymy się również jedząc, ale zróbmy rachunek, czy lepiej jest prawidłowo się odżywiać i być zdrowym, czy jeść byle jak i byle co i w efekcie wysiadywać w

kolejkach do lekarzy.       Znam rodzinę, w której mąż, chory na wrzody żołądka, pracuje od rana do wieczora, a żona, wychowująca troje dzieci, siedzi w domu. Zamiast gotować tradycyjne zupy, woli zupy Knorra. Tak jest szybciej, ale skąd jej mąż ma nabrać fizycznej energii do dalszej pracy i wyleczyć się z wrzodów. Chyba nie z chemikaliów, zawartych w tego rodzaju gotowych zupach. Nie występują przeciwko Knorrowi, chcę jednak udowodnić, że najlepsze dla zdrowia są posiłki przygotowywane w tradycyjny i znany od wieków sposób.
               Wiele współczesnych kuchni opiera się na mieszaninie różnych, egzotycznych czasem komponentów, w tym jednak rzecz,
18)     że nie można mieszać wszystkiego bezkarnie. Nie można, na przykład, w jednym posiłku łączyć surowych owoców z nabiałem; tak jak karygodne jest łączenie cukru z mięsem. Nie można więc popijać mięsnego obiadu słodzonym kompotem. Gdy na śniadanie jemy razowy chleb, twaróg czy jajka na miękko, to najlepszym do tego napojem jest kawa zbożowa bez cukru. Sok owocowy można wypić dwadzieścia minut przed posiłkiem lub godzinę po jego zakończeniu.
              Czy są jakieś zdrowe narodowe kuchnie? Na pewno nie znam żadnych zdrowych, zachodnich kuchni. Kuchnie Dalekiego Wschodu są dla nas, Europejczyków, zbyt obce. Biorąc pod uwagę przygotowywanie posiłków, produkty i estetykę najzdrowsza jest kuchnia żydowska. Dopiero teraz okazuje się, że wprowadzone przez Mojżesza koszerne zakazy i nakazy są bardzo mądre i maja głęboki sens. Gdy w średniowieczu choroby niszczyły ludność Europy, to koszerność okazała się być dla Żydów najlepszym zabezpieczeniem.
               Jeśli chodzi o kuchnie Środkowego i Dalekiego Wschodu, to Ludy Wschodu żyją bliżej natury. W swoich genach mają zakodowany określony sposób życia, który nie zawsze przystaje do naszych europejskich wzorców. Nie zawsze możemy przenosić to do naszego kraju. W ostatnich latach obserwujemy w Polsce niezwykle szybką zmianę stylu życia. Podobne procesy miały miejsce tuż po wojnie w Japonii, w Niemczech czy innych krajach Europy Zachodniej. Niestety po okresie wyzwolenia, postępująca w Polsce amerykanizacja w krótszym czasie wyrządzi nam więcej krzywdy niż zrobił to komunizm. Oczywiście, jeśli chodzi o sposób odżywiania się, a nie sprawy wolności i demokracji. Wszystko to powoduje zanikanie rodzinnych więzi. Dziś na Zachodzie już nikt nie spotyka się przy wspólnym siole. W Polsce dzieje się podobnie. Pośpiech i zagubienie są to coraz większe problemy naszego współczesnego pokolenia.
               Współczesna medycyna zna odpowiedzi na tak wiele pytań, a człowiek coraz bardziej zdaje sobie sprawę z konsekwencji nieodpowiedniej diety. Dziwnym więc jest, dlaczego tak mało lekarzy specjalistów i odpowiednich instytucji zajmuje się tym problemem. Jest tu wielkie pole działania dla środków masowego przekazu, zwłaszcza dla telewizji publicznej. Powinno się uczyć ludzi jak jeść i co jeść. Niedawno jednym z moich pacjentów był uczeń gastronomii, który zielonego pojęcia nie miał o należytym doborze posiłków. Nie spotkałem jeszcze pacjenta, który powiedziałby, że jakiś lekarz ułożył mu harmonogram tygodniowego jedzenia. Często korzystam ze stołówki szpitala, w którym pracują dietetycy. Niektóre posiłki trzeba by było bardzo mocno skrytykować. Mamy więc przed sobą bardzo dużo pracy.

MOJA SIOSTRA – ŚMIERĆ dla człowieka wierzącego jest częścią życia jego.

Śmierć dla człowieka jest sprawą ważną i wspaniałą. Wszystko, co chcemy o niej wiedzieć, wyjaśnia nasza katolicka wiara. Przygotowanie do śmierci... Praktycznie, trzeba to robić przez całe życie, pamiętając, że każdy dzień witający nas słońcem, zarazem przybliża do kresu. Taka perspektywa pozwala człowiekowi żyć lepiej, mądrzej, w większej wolności. Na przykład - świat rzeczy, czy politycznych stanowisk nie zwiąże mu rąk.

                   - Co począć z lękiem przed śmiercią?

- Powiem coś bulwersującego - stwierdza mistrz.

- Jeżeli człowiek pamięta o śmierci, przygotowuje się do niej, traktuje jako naturalne prawo - to, kiedy już wejdzie w lata i śmierć zaczyna się przybliżać - może temu wszystkiemu towarzyszyć nawet radosne oczekiwanie. Zwłaszcza w naszej katolickiej wierze.

- Moja siostra śmierć - mawiał święty Franciszek. Proszę ojca, tak się troszczymy o naszych bliskich, a w tej ostatecznej próbie oddajemy ich w obce ręce...  - Uważam, że polskie społeczeństwo powinno pomału zmieniać obyczaj transportowania swoich umierających do szpitali. Odchodzenie w domu, nawet w najgorszych warunkach, lepsze jest od zimnej, służbowej obojętności szpitala. A i rodzina konsoliduje się wokół śmierci i wzbogaca wewnętrznie.

                  - A hospicja? -

- Hospicja przeznaczone są dla bezdomnych i samotnych. Natomiast rodziny mają naturalny obowiązek - mimo wszystkich niedogodności - towarzyszyć swoim bliskim do końca, trzymać w tej ostatniej chwili za rękę. Nikt ich w tym nie zastąpi. Przypomina mi się pewne zdarzenie z młodości. Umierał na gruźlicę 25-letni młodzieniec, mój rówieśnik, taki życiowy dziwak - trochę filozof, trochę histeryk, ateista. Był to chłopak z domu dziecka, ktoś absolutnie samotny, kto nie zaznał w życiu odrobiny ciepła. I do końca nie pogodził się ze śmiercią. Klęczałem przy jego łóżku, trzymałem go za ręce, próbowałem wesprzeć modlitwą. Nic, żadnego uspokojenia, miotał się tylko i spazmował. A kiedy przyszedł ten ostatni moment, wbił się paznokciami w moje ręce z taką determinacją, że nie szło nas potem długi czas rozerwać. Noszę to zdarzenie w pamięci przez całe życie.

                    - A co może przynieść ulgę umierającemu?

        Przygotowanie do śmierci to przedewszystkim rachunek sumienia według dekalogu, spowiedź, która daje wewnętrzny spokój i nawet ból fizyczny łagodzi. BEZ TEGO   Człowiek, - umiera rozpaczliwie

Jeśli swoim życiem zrobiliśmy jakieś dobro innym, to lżej umieramy. Ważne jest także, aby przed śmiercią uporządkować doczesne sprawy. Pogodzić się z kim trzeba, kogo trzeba - przeprosić, uregulować sprawy finansowe. Jest to ważne zarówno dla wierzących, jak i niewierzących.

 

 O. Jan Grande przyjmuje w klasztorze w Legnicy przy ul. Lindego 6 od poniedziałku do piątku, w godz. 8-15  pod tym samym adresem działa też apteka z ziołami bonifratrów, (76) 850-10-20

 Wybrał i oprac. graficznie Jerzy Poleszczuk

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.