Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 29 gości
S T A R T arrow Inne polityczne arrow Rosja - postępy arrow KOSMICZNE KŁAMSTWO: GAGARIN
Sunday 21 July 2019 14:44:52.27.
migawki

W młodzieżowych mistrzostwach … Europy - biegł Murzyn, Hassan, jako reprezentant kraiku azjatyckiego. Pewnie również wiek ma sfałszowany, ale to można by poznać po zębach, jak u konia.

                  21.07.19 Poznań, Zamość – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

21.07.19 Białystok – Pokutny Marsz Różańcowy „Marsz w obronie rodziny”

 
W Y S Z U K I W A R K A
KOSMICZNE KŁAMSTWO: GAGARIN Drukuj Email
Wpisał: István Nemere   
24.05.2011.

­ KOSMICZNE KŁAMSTWO: GAGARIN

 

[ Na półwiecze „podboju Kosmosu” przypominam kawałki książki:

 GAGARIN =­KOSMICZNE KŁAMSTWO? Przekład: Camilla Mondral Wyd. KLEKS Bielsko Biała 1990

O wcześniejszym locie Iljuszina i jego strasznym połamaniu słyszałem w Dubnej od rosyjskich fizyków. Ostatnio ktoś przypomniał tę historię na NE. MD]

 

Jak się to dla mnie zaczęło

 

Podobno dnia 12 kwietnia 1961 wystrzelono Gagarina w przestrzeń kosmiczną. Z kilku powodów dzień ten jest dla mnie pamiętny, i każdy z tych powodów dotyczy owej podróży w Kosmos.

W mieście, w którym wówczas mieszkałem - sporym  mieście będącym siedzibą władz komitetu - poprzedniego wieczoru w większym towarzystwie byliśmy w teatrze. 12 kwietnia przypadł na środę, a zatem był to wieczór wtorkowy, 11 kwietnia. Granej wówczas sztuki nie pamię­tam, natomiast wryło mi się w pamięć, że wszyscy to spostrzegli i wiadomość rozniosła się lotem błyskawicy: podczas przerwy wezwano do telefonu obecnego na spek­taklu sekretarza komitetu. Wrócił po kilku minutach i. szeptem coś powiedział najbliższemu swemu otoczeniu. Już podczas drugiego aktu wieść się rozeszła. Komitet centralny partii w Budapeszcie powiadomił sekretarza komitetu, że Sowieci wystrzelili w Kosmos człowieka!

Powtarzam: było to 11 kwietnia 1961 roku, we wtorek. W ówczesnym państwie monopartyjnym panował zwyczaj, by towarzyszy na kierowniczych stanowiskach w porę informować zawsze o wszystkim, żeby nie byli zaskoczeni, albo . też nie dowiadywali się o jakichś wydarzeniach skądinąd (broń Boże z Radia Wolna Europa). Świadczyło­ by to, że Budapeszt podał dalej wiadomość otrzymaną. z Moskwy: Mogę sobie wyobrazić, że tegoż wieczoru rzecz rozegrała się podobnie nie tylko w naszym mieście i nie tylko na Węgrzech. Moskwa zawiadomiła najpierw partyj­nych przywódców państw satelickich, ci swoich ludzi w stolicach i z kolei wieść poszła do województw, regio­nów, podwładnych "republik" i tak dalej. Oczywiście wszędzie przekazano wiadomość tylko kierownikom, lecz podobnie jak to się stało u nas, ci, chełpiąc się posiadaniem dobrych informacji, podali je swemu bliskiemu otoczeniu. Nic więc dziwnego, że w ciągu kilku godzin wieści rozeszły się po całym mieście.

Tak samo mogło się stać w Bułgarii, Czechosłowacji, Niemieckiej Republice Demokratycznej, w Polsce, Mon­golii, Rumunii itd.

Nie tego dnia, lecz dopiero nazajutrz sprawa wydała się podejrzana. Jak Moskwa mogła podać tę wiadomość? Przecież Gagarin został wystrzelony dopiero nazajutrz w Kosmos? Kto mógł poprzedniego wieczoru wziąć na siebie odpowiedzialność za to, że następnego dnia lot w Kosmos przebiegnie pomyślnie? A w ogóle dlaczego wiadomość została poprzedniego wieczoru podana w cza­sie przeszłym?

Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, co jeszcze wówczas się stało. Od połowy lat sześćdziesiątych w na­stępstwie zawartego małżeństwa zamieszkałem w Polsce, w swoim miejscu pracy, w wielkiej bibliotece uniwersyte­ckiej, poprosiłem o roczniki polskich pism codziennych z roku 1961. Ze zdumieniem stwierdziłem, że na stronach tytułowych gazet z 12 kwietnia ogromne tytuły głoszą: Człowiek radziecki w Kosmosie! Poza tym dość mgliste artykuły o oficerze sowieckim, lotniku, jeszcze bez nazwi­ska, który wedle krążących po Moskwie informacji, właśnie odbył lot w przestrzeń kosmiczną i że wkrótce oczekiwany jest komunikat na ten temat.

Powtarzam, że była to gazeta z 12 kwietnia, którą - jak wszędzie na świecie - redagowano i składano poprzedniego wieczoru, aby ją w nocy wydrukować, żeby o świcie znalazła się w sprzedaży we wszystkich miastach tego dużego kraju - mowa o głównym organie praso­wym polskiej partii. Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, temu szczegółowo wyjaśnię powód mego zdumienia: gaze­ta została wydrukowana, rozprowadzona i sprzedawana jeszcze zanim Gagarin został wystrzelony w pojeździe kosmicznym Wostok! Inne pisma na świecie, z wyjątkiem wydań popołudniowych, dopiero dzień później, a więc rano 13 kwietnia, mogły podać sensacyjną wiadomość. Inaczej mówiąc trzydzieści sześć godzin po warszawskiej gazecie partyjnej (wliczając w to czas potrzebny" na druk itd.).

 

Sowiecka technika rakietowa

całkowicie (to przyznawa­no) oparta była o osiągnięcia niemieckie. W roku 1945 w Peenemünde (doświadczalny poligon rakietowy Hitlera) ujęci zostali tamtejsi naukowcy i na bazie znalezionych tam rakiet powstał program produkcji zbrojeniowej, który doprowadził do dzisiejszej techniki kosmicznej. Ówczesne rakiety A-4 (inaczej zwane V-2) były punktem wyjścia doświadczeń w 1946 roku, w miejscowości Podlipki w po­bliżu Moskwy. Pierwszą rakietę balistyczną dalekiego za­sięgu wystrzelono 18 października 1947 roku, nie było w niej nic sowieckiego. Niemieckie V-2 nazwano bronią sowiecką. Następną równie groźną rakietę, zbudowaną podobno w większości z elementów konstrukcji sowieckiej, wystrzelono 10 października 1948 roku. Tu chcę zaznaczyć: powyższe dane opublikowano w so­wieckim czasopiśmie ("Trud”) pod koniec 1989 roku. Przedtem nigdy i nigdzie nie można było tego podać

 

Kim mógł być prawdziwy pierwszy kosmonauta?

 

W plotkach padały nawet nazwiska; większość wymie­niała Iljuszina juniora, syna konstruktora samolotowego IIjuszina, twórcy sławnych samolotów IŁ. Ciekawe, że zachodni korespondenci, którzy później starali się to wyja­śnić, natrafiali zawsze na mur milczenia. Przez bardzo długi czas nikomu nie udało się dotrzeć do młodego Iljuszina. Kiedyś, w roku 1963, czy 1964, jakiś węgierski tygodnik [...] - przedruko­wał z prasy sowieckiej krótki wywiad, podobno przeprowadzony właśnie wtedy z Iljuszinem juniorem. Wynikały z niego następujące fakty: przeklęta prasa kapitalistyczna bezpodstawnie podejrzewała tego nienagannego radziec­kiego obywatela o to, że był kiedykolwiek kosmonautą. Jest to czysty wymysł. Towarzysz Iljuszin junior w roku 1961 uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu - twierdził autor wywiadu - w następstwie którego przez dwa lata leczył się w Chinach!

I ta właśnie wzmianka o Chinach jest podejrzana. Kto się chociaż trochę intere­sował w polityce światowej antagonizmem chińsko-sowie­ckim, ten dobrze wie, że te dwa ogromne państwa na początku lat sześćdziesiątych poważnie się poróżniły i taki stan trwał do lat siedemdziesiątych. Czyżby sowiecka wiedza lekarska była aż tak zła, że nie potrafiła wyleczyć syna tak znakomitego człowieka? Trzeba go było wysłać na leczenie do nieprzyjaznych wtedy Chin? Przy roze­znaniu ówczesnych stosunków wydaje się to całkowitym absurdem.

Te twierdzenia same w sobie są dowodem, że wokół lotu Gagarina coś nie jest w porządku. Tak więc według krążących po Moskwie informacji, Iljuszyn junior siedział w statku kosmicznym Wostok dnia 8-go, 9-go lub 10 kwietnia. On miał być pierwszym kosmonautą sowieckim na znak szczególnego uznania i wdzięczności partii dla zasług jego ojca. Nie wiadomo, w jakim stopniu pilot IIjuszin był przygotowywany do tego lotu. Tym niemniej według krążących po Moskwie wieści lot był fiaskiem, IIjuszinowi nie udało się okrążyć Ziemi, coś się stało już w pierwszej fazie lotu, tak że trzeba było Wostok ściągnąć na Ziemię. To przymusowe lądowanie nie odbyło się gładko, a młodego IIjuszina - podobno w tragicznym stanie wydobyto z kabiny i nie mogło być mowy o tym, by go pokazać światu jako kosmonautę po szczęśliwym locie. Gdyż taka możliwość była prawdopodobnie też rozważana. Jako że nie liczyła się prawda, lecz to, czy uda się wmówić światu, że wyprzedzili Amerykanów. Jednak IIjuszin był w takim stanie, że wiedziano, iż lepiej go nikomu nie pokazywać i odciąć od świata, na całe lata albo nawet na całe życie...

Trzeba było rozejrzeć się za innym kosmonautą, lecz kłopot" w tym, że eksperymentu nie można było powtórzyć. Nie było innego statku kosmicznego Wostok, a że wiadomość jakoś przeciekła, nie można było czekać tygodniami na przygotowanie następnego lotu. Tym bardziej, że Amery­kanie już deptali po piętach... Tak więc według jednej wersji Sowieci byli zmuszeni do podstawienia kogoś innego zamiast IIjuszina i wmówienia światu, że dopiero 12 kwietnia wyruszył w Kosmos pierwszy człowiek, który zdrowo powrócił na Ziemię i że nazywa się Gagarin.

Byłoby ciekawe odnaleźć w dzisiejszym Związku Ra­dzieckim młodego IIjuszina. Chociaż jeśli to rzeczywiście on został wystrzelony w przestrzeń kosmiczną w kwietniu 1961 roku, należy wątpić, czy da się go odnaleźć i czy w ogóle jeszcze żyje.

 

Lądowanie. Dalsze kłamstwa

            Statek kosmiczny Wostok został wypróbowany pod­czas poprzednich lotów ze zwierzętami, i ten typ statku  kilkakrotnie odbywał loty w Kosmos. To była pierwsza podróż z człowiekiem mi pokładzie. Wg wiadomości oficjalnych: „Wostok składał się z dwóch części: kulistej kabiny (w której znajdował się pilot) i stożkowatego pomieszczenia dla urządzeń technicz­nych. Obie części były połączone kablami. Waga wynosiła ok. 4,7 tony, długość wraz z ostatnim członem rakiety nośnej 7,35 m. Przekrój kulistej kabiny w najszerszym miejscu mógł wynosić 2-3 m. (Do dnia dzisiejszego nie posiadamy dokładnych danych!). W kabinie kosmonauta siedział, a właściwie na półleżał przez cały czas lotu na fotelu z urządzeniem umożliwiającym katapultowanie się. (Z uwagi na stan nieważkości trochę się unosił, nie za bardzo, gdyż kabina była ciasna). W razie awarii statek mógł przez dziesięć dni krążyć w przestrzeni kosmicznej. Kierowanie nim, a szczególnie lądowanie mogło się od­bywać drogą radiową z ziemi, lecz podobno pilot mógł także sterować nim samodzielnie. Kabina miała trzy okna, dużo aparatury itd.

W późniejszym stadium lądowania pilot miał dwie możliwości, mógł wybrać jeden z dwóch technicznych wariantów: pozostać w kabinie, która wówczas na rozkaz radiowy z ziemi oddzielona zostaje od reszty statku i na wielkich spadochronach "łagodnie" spływa na ziemię. Dru­gi wariant umożliwia kosmonaucie - na wzór uszkodzo­nych samolotów myśliwskich ~ katapultowanie się z kabi­ny, która ląduje na własnym spadochronie. Decyzja musi zapaść najpóźniej na wysokości 7000 metrów. Jeżeli do tej wysokości kosmonauta nie zastosuje katapulty, może dole­cieć na ziemię tylko w kabinie.

Wydaje się podejrzane, że Gagarin podobno wybrał wariant lądowania w kabinie, a więc wewnątrz kabiny dosięgnął ziemi. Co prawda z jego wspomnień nie wynika, by zbytnio się wahał, ani czy jemu powierzono wybór. Być może zadecydowali o tym ci na ziemi: W każdym: razie pominięcie takich zasadniczych kwestii w podstawowym dziele budzi podejrzliwość. I jeszcze coś: a jeżeli Iljuszin (albo, jeśli to nie był on, to ów do dziś nieznany "to­warzysz X") pozostał w kabinie i to spowodowało tra­gedię? We wzmiankowanych wspomnieniach, ci przynaj­mniej w ich pierwszym wydaniu - jeśli je uważnie przeczy­tamy - Gagarin niepostrzeżenie przechodzi nad tą kwestią i nie pisze ani słowa o dwóch możliwych wariantach lądowania. Kilkoma zaledwie zdaniami załatwia ostatni odcinek lotu (jest tego mniej niż pół strony, a na niej głównie opowiada, jaką piosenkę sobie śpiewał z niepoha­mowanej radości!) wspomina natomiast, że w pewnej chwili statek niespodziewanie zaczął wirować, lecz udało się to zlikwidować.  

Chciałbym zapytać jak to było, jeśli kilka dni wcześniej, gdy leciał "towarzysz X", właśnie tego wirowania nie zdołano zatrzymać i to spowodowało katastrofalne lądo­wanie? Przecież nie możemy wykluczyć, że "Iljuszin" albo "towarzysz X" okrążył co prawda Ziemię na statku ko­smicznym typu Wostok, lecz przy końcu lotu nastąpiła katastrofa, wobec czego propaganda sowiecka już nie miała czym się chwalić,

Nader podejrzane jest bowiem to, czego się dowiedzieli­śmy w kręgach specjalistów. Na statkach kosmicznych typu Wostok latało w Kosmosie sześciu kosmonautów, to znaczy po Gagarinie jeszcze pięciu: Wostok 2 - H. Titow, _ 6 sierpnia 1961; Wostok 3 - A. Nikołajew, 11 sierpnia 1962; Wostok 4 - Popowicz, 12 sierpnia 1962; Wo­stok 5 - W. Bykowski, 14 czerwca 1963; Wostok 6 - W. Tierieszkowa, 16 czerwca 1963. Otóż wszyscy - z wyjątkiem Gagarina - wybrali katapultowanie się jako metodę lądowania! Ani jeden nie pozostał w kabinie i w kabinie nie lądował!

Oczywiście bardziej 'prawdopodobne jest to, że nie oni o tym decydowali, lecz w obawie o jakiś błąd konstrukcyj­ny tak im nakazano. Powtarzam więc, że powstaje podej­rzenie, iż katastrofę "IIjuszina" czy też "towarzysza X" spowodowało lądowanie w kabinie, dlatego w następnych lotach unikano takiego rozwiązania.

Przyjrzyjmy się jednak dalszym dziwom związanym z lądowaniem. Według sprawozdań prasowych Gagarin powrócił na naszą kochaną starą planetę w okolicy Sarato­wa (inne źródła wymieniają miasto Engels), w pobliżu wsi Smiełowka i dotknął ziemi na polach tamtejszego kołchozu "Droga Lenina" - Gakże by mógł nazywać się inaczej !

I tu zaczynają się kłopoty. Prasa podała (np. "Sowiet­skaja Rosija" z dnia następnego), że Gagarin lądując na ziemi miał na sobie niebieski kombinezon. Natomiast major Ga­garin w swoich wspomnieniach wspomina skafander koloru pomarańczowego, a tych dwóch barw raczej nie można pomylić: W kabinie statku kosmicznego (jeżeli w ogóle nim leciał) nie było możliwości przebrania się. A zatem pomył­ka, znowu pomyłka reżyserów, pośpiech. Według wspom­nianego artykułu w Sowietskiej Rosiji najpierw spotkał prostych mechaników rolniczych, którzy prawdopodobnie na polu naprawiali traktory.

Tymczasem w pierwszych dwóch dniach możemy zna­leźć inną wersję w prasie sowieckiej; a za nią w prasie w innych językach. 13 i 14 kwietnia w jednej wersji kabina Gagarina osiadła na ziemi na łące, a kosmonauta bez niczyjej pomocy wysiadł z niej. Wielkie pytanie, czy technicznie było to w ogóle możliwe. Przecież zewnętrzna powłoka kabiny, podczas przelotu przez atmosferę, mimo warstw izolacyjnych, zostaje niezgorzej spalona. Wystarczy pomyśleć: latający obiekt rozgrzewa się wtedy do 10 000 stopni Celsjusza! Jakoś nigdzie nie ma o tym mowy, i to także jest podejrzane. Sam towarzysz major w sposób elegancki pomija ten problem. Z jego książki nie wynika także, jak przebiegało lądowanie, kiedy kabina stuknęła o ziemię, co się działo z olbrzymimi spadochronami, jak on sam opuścił kabinę. Nagle znajduje się na łące i spotyka... kogo? W jednej wersji "mechaników kołchozowych". We­dług drugiej wersji, począwszy od 15 kwietnia możemy wyczytać w prasie: w środku. wsi Smiełowka stara wieś­niaczka spojrzała w niebo i - cytuję - "zauważyła coś niezwykłego". Wybiegła na drogę (gdzie jest łąka?) i "zoba­czyła dziwnie ubranego mężczyznę, który machał do niej ręką Sowietskaja Rosija: Równolegle inne pismo, w związku z lądowaniem, dość mgliście napomyka o jakiejś "ekspedycji spadochro­niarzy", a więc o grupie wyszkolonych ludzi, którzy samo­lotem zostają dostarczeni na miejsce lądowania, tam są zrzuceni, i oni pomagają kosmonaucie wydobyć się z kabi­ny. (Na późniejszych filmach sowieckich pokazujących lądowanie statków kosmicznych widzieliśmy coś podob­nego). Jeszcze później o tych "pomocnikach" już nie było mowy.

Gagarin natomiast w swojej książce znowu inaczej opisuje, z kim się najpierw spotkał. Jedno jest pewne: byłoby dziwne, gdyby sowiecki kosmonauta spotkał najpierw ortodoksyjnego popa, albo... jakiegoś inteligenta. Przepojona ideologią propaganda wymagała, by prosty syn

ludu spotkał się w tej historycznej chwili z prostymi synami tego ludu. Może właśnie dlatego powstało tyle sprzecz­nych z sobą wariantów. Reżyserom znowu potrzebny byłby czas na uzgodnienie tych szczegółów, a czasu mieli właśnie do dyspozycji najmniej. "Kiedy stanąłem na twardym gruncie (Skąd? Z czego? W jaki sposób? - I. N.) rozej­rzałem się i ujrzałem kobietę z małą dziewczynką; stały obok łaciatego cielaka i ciekawie mi się przyglądały. Ruszyłem w ich stronę, one zaś postąpiły w moim kierun­ku. Ale im były bliżej, tym wolniej się posuwały. Nic dziwnego, miałem wciąż na sobie jaskrawy skafander astronauty i ten dziwny widok mógł je przestraszyć. Nigdy kogoś takiego nie widziały.

- Jestem swój... towarzysze... stąd pochodzę! - krzyknąłem zdejmując hełm, ale ze zdenerwowania i mnie po plecach przechodziły ciarki. (Nie przyczepiajmy się do takiego szczegółu, że do kobiety i dziecka woła "towarzysze" - I. N.).

Tą kobietą była Anna Akimowna Tachtarowa, żona leśniczego, a dziewczynką jej sześcioletnia wnuczka Rita. - Czy może z Kosmosu? - zapytała trochę niepewnie. -... Wyobraźcie sobie, że stamtąd! - odpowiedziałem.

            - Jurij 'Gagarin ! Jurij Gagarin! - wykrzyknęły... (. ..)

One były pierwszymi ludźmi, których spotkałem po po­wrocie z Kosmosu na Ziemię. Prości, sowieccy ludzie, uprawiający kołchozową ziemię.:."       

 

No i proszę, to wygląda trochę na zły dowcip. Otóż reżyserzy, którzy w pierwszych dniach przekazali prasie to opowiadanie, tylko z innymi aktorami, zapomnieli o jed­nym drobiazgu: czemu dzielni kołchoźnicy wykrzykiwali imię i nazwisko Gagarina? Przecież o locie towarzysza majora komunikat został nadany dopiero 35 minut po lądowaniu, do tej pory cała sprawa była absolutną tajem­nicą tak dla mieszkańców Związku Sowieckiego jak i dla zagranicy! Straszliwym błędem było pozostawienie tego fragmentu (Wpisanie? Dopisanie?) do wspomnień towarzysza sza majora.

W swojej książce Gagarin tak przedstawia sprawy, jakby się rozgrywały całkiem publicznie. Dzieło było na­stawione przede wszystkim dla zagranicy, zostało prze­tłumaczone na wiele języków, autor zaś (autorzy. . .) usiłował stworzyć pozory całkowitej jawności i demokracji. Jakby oczywiście wszyscy. wiedzieli, że obywatel sowiecki znalazł się .w Kosmosie, nawet pasąca krowy żona leśniczego gdzieś w dalekiej wiosce. Podejrzewam, że gdyby wiado­mość o locie Gagarina podano piętnaście lub dwadzieścia minut przed jego "lądowaniem", pasąca krowy na łące kobieta w żaden sposób, albo z minimalnym prawdopodo­bieństwem wiedziała by o tym. W Związku Radzieckim jeszcze nie było tranzystorowych aparatów radiowych.

Powtarzam jeszcze raz: sowiecka propaganda, zgodnie z dotychczasowymi i późniejszymi tradycjami, zawsze in­formowała tylko o rzekomo udanych eksperymentach kosmicznych. W trakcie prac, aż do drugiej połowy lat siedemdziesiątych, nigdy nie ogłaszano komunikatów o krótkotrwałych eksperymentach kosmicznych. Także i w tym wypadku.

Nie jest zatem wykluczone, że takie wydarzenie się rozegrało, tylko nie w ten sposób. Gagarin nie z przestrzeni kosmicznej zjawił się, lecz - jeśli faktycznie tego dnia tam się znalazł! - to go po prostu zrzucono na spadochronie z samolotu w pobliżu wioski Smiełowka, i załatwione. Być może zawieziono tam także nadpaloną kabinę, dla większej wiarygodności. Lecz nie jest wykluczone, że całą historię lądowania (i inne warianty) wyssano po prostu z palca.

Różne wersje lądowania też się różnią w szczegółach. Raz pojawiają się kołchoźnicy, raz znowu żołnierze, którzy zabierają Gagarina. Dowodzi to wielkiego niezdyscyplino­wania, gdyż to jest minimum, by kosmonauta poczekał, aż fachowcy dotrą do kabiny i do niego. Reżyserzy sami to spostrzegli, toteż później w książce błąd został poprawiony i towarzysz major czeka na helikopter z komisją powitalną. Potem zostaje zawieziony do najbliższego dowództwa wojskowego, aby stamtąd złożyć raport Moskwie.

 

Socjalizm jest lepszy od kapitalizmu

Wszyscy muszą zrozumieć, że to, co się stało; dowodzi tylko jednego: że socjalizm jest lepszy od kapitalizmu. Dla trzeciego świata, z punktu widzenia późniejszych planów Związku Sowieckiego opanowania tych krajów, znaczenie tego faktu mogło być olbrzymie.

"Chwała Komunistycznej Partii Związku Radziec­kiego, jej leninowskiemu Komitetowi Centralnemu z Nikitą Sergiejewiczem Chruszczowem na czele!" - powiedział Jurij Gagarin 14 kwietnia 1961 na , Placu Czerwonym, podczas uroczystego powitania go w Moskwie.

Dla nas jest to może zdumiewające, ale tam i wtedy nikt się temu nie dziwił: pod koniec swojej książki Gagarin cytuje szczegółowo niektóre przemówienia Chruszczowa. Nic dziwnego, że za panowania Breżniewa z następnych wydań zniknęły właśnie te fragmenty. Ogólnie znany jest los zdjęcia, które przedstawia Gagarina i Chruszczowa obejmujących się i całujących, w sekundę przedtem, nim padli sobie w objęcia. W swoim czasie zdjęcie to obleciało całą prasę światową i było rozpowszechniane szczególnie na Wschodzie. Za czasów Breżniewa to zdjęcie także się ukazywało, tyle że... zniknął z niego drogą retuszu Nikita Sergiejewicz; od tego czasu na reprodukcjach Gagarin obejmował tylko powietrze.

 

W stanie nieważkości

Przyjrzyjmy się jednak konferencji prasowej. Tu miało miejsce pamiętne wydarzenie, o którym wspomniałem we wstępie do tej książki: Gagarin wstał i przeczytał o tym, co widział w Kosmosie... Dopiero potem dziennikarze mogli zadawać pytania. Młody major o otwartej fizjonomii, robiący sympatyczne wrażenie, chętnie odpowiadał. Jestem przekonany, że reżyserzy za ścianą gryźli sobie palce ze zdenerwowania. Ich podopieczny mógł w każdej chwili popełnić jakąś gafę.

I tak się stało.

"W stanie nieważkości jadłem i piłem, i wszystko przebiegało tak, jak na ziemi" (Gagarin)  - Nieważkość nie ma żadnego wpływu na zdolność do wykonywania pracy” oświadczył także. Na inne pytanie jeszcze raz potwierdził: "Stan nieważkości nie ma wpływu na funkcje fizjologiczne".

No, to był pierwszy błąd. Ponieważ Gagarin był pierw­szy, ale w rzeczywistości nie przebywał w przestrzeni kosmicznej (podejrzewamy też, że od "Iljuszina" względnie "Towarzysza X" przedtem, z powodu stanu po katastrofie, niczego nie można się było dowiedzieć) i nie było auten­tycznych informacji, musiał zatem bluffować. Reżyserzy wybrali naj prostsze rozwiązanie: nakazali mu zlekceważyć stan nieważkości i opowiadać, że wszystko dzieje się tak samo, jak na Ziemi. Sądzili, że w ten sposób nie można będzie przyłapać Gagarina na żadnej sprzeczności i nie zmuszą go do opisywania, co przeżywał w czasie lotu. Cała bieda w tym, że późniejsi kosmonauci - także sowieccy! - wystarczająco zaprzeczyli tym twierdzeniom.

Z innych źródeł na przykład wiemy, że Titow - który naprawdę latał w Kosmos! - podczas przechodzenia w stan nieważkości stracił poczucie równowagi i miał zaburzenia wzroku. Potem przez całe godziny źle się czuł, miał mdłości i zawroty głowy, a podczas obniżania lotu i lądowania jakby "szara mgła" zasnuła mu oczy, co odczuwali także inni kosmonauci. Późniejsi sowieccy i amerykańscy kosmonauci też nie lekko przeżywali stan nieważkości, ponieważ jednak spędzali w przestrzeni kos­micznej po kilkanaście godzin a nawet dni i tygodni, jakoś się przyzwyczajali do związanych z tym nieprzyjemnych wrażeń. W każdym razie nie jest prawdą, że w stanie nieważności wszystko jest takie, jak na Ziemi.

 

Sprawa Południowej Ameryki

 

Gagarin dał się ponieść fantazji i aż dziw, że wtedy mało kto zwrócił na to uwagę. Kiedy oznajmił: "Lecąc nad Związkiem Radzieckim mogłem odróżnić ziemie uprawne od łąk" - uwierzono mu. Mógł to rzeczywiście widzieć, chociaż z wysokości dwustu, czy trzystu kilometrów - to wcale nie jest takie pewne. Dzisiaj mniej więcej z takiej samej wysokości robione są zdjęcia z satelitów, muszą one jednak być spreparowane za pomocą metody "sztucznego barwienia", żeby można było na nich wyraźnie odróżnić pola uprawne i łąki.

            O wiele ciekawsze było drugie zdanie Gagarina: "Wi­działem Amerykę Południową, to było bardzo piękne!"

I to była bomba. Może za kulisami reżyserzy syknęli... albo nie. Mieli chyba nadzieję, że nikt nie zwróci na. to uwagi. .

Wyobraźmy sobie kulę ziemską. Kulę, która co 24 godziny robi obrót dokoła swej osi. Oczywiście nasza centralna życiodajna gwiazda oświetla tylko tę część kuli ziemskiej, na którą pada światło tej gwiazdy, Słońca. Po' drugiej stronie Jest wtedy noc. Jasność i czarna plama w miarę obracania się naszej planety przesuwają się po jej powierzchni, tak, że w ciągu 24 godzin wszędzie kolejno jest raz dzień, a raz noc. Do tego punktu sprawa jest prosta. A teraz wyobraźmy sobie: kiedy w zachodniej części Związku Radzieckiego, w strefie moskiewskiej, jest na przykład południe, godzina dwunasta, to na kontynencie południowo-amerykańskim, na zachód od Moskwy, jest o 6-7-8 godzin wcześniej (wymieniamy tu kilka liczb, ponieważ Ameryka Południo­wa dzieli się na kilka stref). Jeśli więc w Moskwie zegary wskazują drugą w nocy, to w Ameryce Południowej jest dopiero ósma wieczór. Kiedy zaś w Moskwie jest ósma rano, to w Ameryce Południowej panują jeszcze ciemności, bowiem zegary wskazują pierwszą w nocy! Chyba czytelnik domyśla się, do czego zmierzam.

W czasie "lotu" Gagarina w Związku Radzieckim był ranek; według miejscowego czasu statek kosmiczny wystar­tował z Bajkonuru kilka minut po dziewiątej ze strefy moskiewskiej. Według ogłoszonych danych start odbył się o 907, a o 922 statek szybował nad Południową Ameryką. A zatem w porze, kiedy w tej części świata wszyscy spali snem sprawiedliwych. We wschodniej części Brazylii była czwarta rano, trochę bardziej na zachód trzecia raną, a nad Chile druga w nocy!

Ta część świata była więc spowita w nocne ciemności i lecący nad nią człowiek nie mógł niczego zobaczyć. A zatem: Gagarin skłamał. Toteż odezwały się głosy (oczy­wiście w rozgłośniach radiowych na Zachodzie), że w Ame­ryce Południowej owo oświadczenie "bohaterskiego sowie­ckiego kosmonauty" wzbudziło niezgorszą wesołość.

 

Kto wiedział wcześniej o locie Gagarina?

 

To także ważne pytanie. W rzekomo przeprowadzonej rozmowie z Chruszczowem 12 kwietnia koło południa, towarzysz pierwszy sekretarz zapytał Gagarina, czy jego żona wiedziała o zaplanowanym locie w Kosmos. (Tu znowu uwaga w nawiasie: w społeczeństwie demokratycz­nym takiego pytania nikt by nie zadał, byłoby wręcz niezrozumiałe. Tam bowiem wszyscy znają wcześniej ko­smonautów, wiedzą o zaplanowanych startach, wiedzą jakim statkiem kosmicznym mają lecieć i z jakimi zadania­mi. Ta, więc i żona kosmonauty wie o tym, podobnie jak miliony współobywateli).

Takie pytanie mogło być postawione tylko w Związku Radzieckim. Tam bowiem lot w kosmos to zagadnienie  wojskowe i tajemnica. O locie Gagarina nikt nie mógł wiedzieć wcześniej. Nie jest prawdą, że tak wielu- o tym wiedziało, jak później twierdzili reżyserzy. Pokutuje i takie twierdzenie - które ukazało się w wielu pismach - że podczas lotu dziennikarze dobijali się do żony Gagarina, podsłuchiwali, co mówi, robili zdjęcia i śledzili, jak przeży­wa to wydarzenie. A przecież ani całemu krajowi, ani prasie, ani pani Gagarinowej nie powiedziano ani słowa i nie podano w radio czy telewizji, gdzie się w tej chwili znajduje Gagarin i co robi. Komsomolska Prawda z wielkiej, gorliwości doniosła wprost, że w czasie trwania lotu dziennikarze byli u żony Gagarina i "razem śledzili wiadomości w radio i telewizji". Kto zna przebieg wydarzeń musi wiedzieć, że mogło to mieć miejsce dopiero po fakcie. O ile w ogóle taki lot byłby się odbył z udziałem Gagarina. W czasie rzekomego wydarzenia, jak już pisaliśmy, nie było żadnej transmisji radiowej, czy telewizyjnej.

Mimo że z początku narzekano na. brak energii (p. wyżej o połączeniach radiowych), to 24 kwietnia z ,dumą oświadczono, że przez cały czas lotu w kabinie działała kompletna aparatura telewizyjna, np. jedna kamera wprost, a druga z profilu filmowała Gagarina.

Nasuwa się jedno pytanie: dlaczego nigdy nie ujrzeliśmy tych zdjęć? Może dlatego, że nie ma w tym ani słowa prawdy? W materiałach fachowych dostępnych dzisiaj na Wę­grzech - np. w encyklopedii lotów kosmicznych – na wielu stronach figurują techniczne opisy statków kosmicz­nych Wostok oraz ich urządzeń i aparatury. Nie potrzebuję chyba podkreślać, że nigdzie nie ma mowy o rzekomo wbudowanych kamerach telewizyjnych.

"Lot w Kosmos odmładza"

Było jeszcze jedno wydarzenie bardzo charakterystycz­ne dla ówczesnego ducha czasu, dla nastrojów euforii. Ogarnęły one ludzi, których. wręcz olśnił i oślepił ten wspaniały sukces, Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe, bo przecież wielu prostych, wprowadzonych w błąd obywa­teli sowieckich było przekonanych, ze lot Gagarina dowo­dzi wyższości sowieckiej nauki i systemu. Lecz mówiąc delikatnie wydaje się dziwnym, kiedy naukowiec występuje z jakimś piramidalnym idiotyzmem. W gagarinowej gorączce i to się zdarzyło.

            Kilka dni po "locie" Gagarina prasa światowa podała tę wypowiedź. Kto nie wierzy, niech ją odszuka (...). "Lot w Kosmos odmładza"; pod takim tytułem sowiecki uczony, członek Akademii Nauk (!) oświadczył, że jego zdaniem czas w przestrzeni kosmicznej przemija znacznie wolniej niż na Ziemi, więc tam nie grozi niebezpieczeństwo szyb­kiego starzenia się. Tak więc przyszły kandydat do nagrody Nobla proponuje, by w przestrzeni kosmicznej pobudować sanatoria, do których będą kierowani zmęczeni pracą robotnicy, a powrócą odmłodzeni...     .

Nasuwa się pytanie: czy lekarz, członek Akademii Nauk, mógł być w 1961 roku w Związku Radzieckim aż taki głupi? Wiedzieliśmy naturalnie, ze lekarze sowieccy na podstawie programu nauki i zdobytej wiedzy mogliby u nas odpowiadać najwyżej felczerom (nie uczyli się nigdy łaciny ani innych obcych języków, a więc automatycznie byli odcięci od światowej medycyny i jej postępów), lecz tego nie przypuszczaliśmy. Jeśli z takimi tezami występo­wali poważni uczeni, to czego można oczekiwać od tzw. zwykłych ludzi? Jasne, że uwierzyli w bajkę o Gagarinie, albowiem marzyli o nowoczesnym bohaterze i tęsknili do jakiegoś wydarzenia~ które by wreszcie udowodniło, ze są lepsi od tych przeklętych amerykańskich kapitalistów...

 

Sonda kosmiczna Wenus

Była już mowa o Włodzimierzu Iljuszinie, który uległ wypadkowi samochodowemu. Co by było, gdyby się go odnalazło, gdyby go zapytano? Czy i dzisiaj zeznałby, że to był . wypadek samochodowy? Może - akredytowani w Moskwie korespondenci zagranicznych pism, a także krążące po mieście plotki mogły mieć jakieś podstawy.

W artykule jest powiedziane, że Sowieci "kilka dni wcześniej", to znaczy przed lotem Gagarina 12 kwietnia, wystrzelili w Bajkonurze sondę kosmiczną Wenus, która z powodu awarii zboczyła z orbity... No i proszę, piśmien­nictwo fachowe nic o tym nie wie! W międzynarodowych almanachach eksperymentów kosmicznych wymienione są wszystkie pomyślne i nieudane próby (tym się różnią od list sowieckich, że w tych ostatnich podane są tylko udane próby.. W spisie eksperymentów Wenus figurują sondy kosmiczne wystrzelone w kierunku planety Wenus, a było ich dwanaście pozytywnie przeprowadzonych, gdyż rzeczy­wiście dotarły w przestrzeń międzyplanetarną. Jedno jest pewne: między l a 12 kwietnia 1961, to znaczy w okresie, na który powołuje się cykl artykułów Izwiestii, z Baj­konuru nie wystrzelono sondy Wenus. Można sobie bez trudu .wyobrazić, że mimo wszystko twierdzenie prasy zachodniej jest prawdziwe: na początku kwietnia przep­rowadzono próbę kosmiczną zakończoną katastrofą, i zamiast niej "wyrzucono" w Kosmos Gagarina, który nigdy w Kosmosie nie był. Czy tamtego prawdziwego kosmo­nautę zwą pechowym Bondarenko czy też IIjuszinem,

dzisiaj jeszcze nie jest jasne.

 

Gdzie były wtedy satelity? Wywiady i szpiedzy?

Przecież zwykli ludzie widzieli to na własne oczy i przeczuwali, co się szykuje, tak samo i w roku 1961, moim zdaniem, świat chyba powinien był wiedzieć, co się dzieje za kulisami dworu Chruszczowa. Może nawet znano niektórych "reży­serów".

A czemu dzisiaj milczą? Może dlatego, żeby nie utrud­niać życia reformatorom w sowieckim kierownictwie, któ­rzy i tak mają ogromne kłopoty? Większość zaś ludzi czytających prasę i piszących ma w głowie zakodowane, że "Gagarin = pierwszy człowiek w Kosmosie", że nikt się nad tym nie zastanawia i naturalnie nie ma wątpliwości. Zdarza się, że w popularnych zachodnich pismach, w małej notce podają: (1934-1968) - dziś jest dzień urodzin Jurija Gagarina.

Byłoby dobrze, gdyby wszyscy się wypowiedzieli, na Wschodzie i Zachodzie, co wiedzą o tamtych tygodniach, co się stało tego (lub nie tego) dnia, gdzie był i co robił Gagarin, kiedy rzekomo latał - i kim był ów prawdziwy kosmonauta, o którym do dnia dzisiejszego nie padło ani słowo? Sprawa wcale nie jest jasna, wiele w niej mglistych niedomówień.

Końcowy wniosek jest tylko taki: wokół rzekomego lotu Gagarina wyłoniły się poważne wątpliwości. Kto je rozproszy? Liczne stwierdzenia podane w tej książce zo­staną w Związku Sowieckim, a może nie tylko tam, zaprzeczone. Nie będą sprostowane - nie należy mylić znaczenia tych dwóch wyrazów. Sprostować, to znaczy przedstawić dowody, że jakieś twierdzenie jest niepraw­dziwe. Oni będą zaprzeczać, będą zaprzeczać do utraty tchu, i prawdopodobnie będą zmieszani i mimo woli wypłyną nowe dane. Ta książka jest tylko małą próbą odsunięcia zasłony po niemal trzydziestu latach. Potrzebne są jeszcze o wiele dokładniejsze dowody.

 

"Lot Gagarina: światowy triumf ludu radzieckiego!"

            (Prasa sowiecka, kwiecień 1961 r.)

Jedna z wypowiedzi Gagarina nie była pozbawiona elementów humorystycznych, choć był to humor nie zamie­rzony. Mówił on:

"Dobrze wiedziałem, że moi przyjaciele i cały lud radziecki bacznie śledzą mój lot w Kosmos. Głęboko wierzyłem, że partia i rząd są gotowi w każdej chwili mi pomóc, gdybym znalazł się w trudnym położeniu".

No pewnie! Niemal widzimy, jak "partia i rząd", to znaczy sam Nikita Sergiejewicz Chruszczow i jeszcze bar­dziej bohaterski Leonid Breżniew lecą za nim innym statkiem kosmicznym, aby ratować dzielnego syna ludu radzieckiego...! Nie mówiąc już o tym, że w pierwszym zdaniu Gagarin też odbiega od prawdy. W jaki sposób lud radziecki mógł bacznie obserwować jego lot w Kosmos, kiedy dopiero po wylądowaniu podano wiadomość o tym fakcie? .

"Lot statku kosmicznego z człowiekiem na pokładzie to wspaniały sukces nauki socjalistycznej".  (Prasa sowiecka, 1961)

Zmieniony ( 24.05.2011. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.