Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 13 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow SMOLEŃSK po 10.IV.11 arrow BIAŁE PALMY u mgr. inż. Millera Jerzego
Wednesday 20 January 2021 03:45:35.31.
migawki
 

My obecnie zachowujemy się często jak w ariergardzie pobitej armii, a przecież to Awangarda Zwycięstwa, kiedy nastąpi ten przełom - zależy od nas.

To całe aj-waj o szczepieniach celebrytów celowe: By ludziki poczuły zazdrość i zaczęły się pchać do szczepień.

Ja mam zamiar się zaszczepić. Ale tylko przez telefon. Tak, jak mnie leczą, tak będę się szczepił.

Yes! Yes! Yes! Polska ma pierwszą kobietę GMO! POLSKA WIELKI PROJEKT rozpoczęty!  

Była "pomroczność jasna", teraz jest "dobrowolność obowiązkowa"

Skuteczność penicyliny nie została udowodniona w kontrolowanych badaniach klinicznych, lecz w praktycznym jej stosowaniu w leczeniu rannych żołnierzy podczas II wojny światowej.

 
W Y S Z U K I W A R K A
BIAŁE PALMY u mgr. inż. Millera Jerzego Drukuj Email
Wpisał: Marek Pyza   
17.08.2011.

BIAŁE PALMY

 

http://uwazamrze.pl/2011/08/biale-plamy  15.08.2011r

 

  Raport komisji Millera nie odniósł się do wielu ważnych pytań. Czy wreszcie doczekamy się odpowiedzi, czy będziemy przekonywani, że sprawa jest zakończona?

 

Marek Pyza

 

Minister obrony odwołany, 36. pułk rozformowany, czyszczenie w armii trwa. Czy na tym władza zakończy wyciąganie konsekwencji po katastrofie smoleńskiej i jej wyjaśnianie? Najwyraźniej tak, bo retoryka, jaką stosują politycy Platformy, brzmi: Zrobiliśmy, co do nas należy, zdaliśmy egzamin, zamykamy temat, bo idą wybory.

To jednak nie takie łatwe. Po 10 kwietnia zmiany personalne wśród osób decydujących o funkcjonowaniu państwa – poza stanowiskami zajmowanymi przez ofiary – objęły jedynie ministra obrony i kilkunastu oficerów. Wciąż obowiązuje wersja, że w BOR, MSZ, MSWiA, KPRM wszyscy działali, jak należy. Dowodzi to, że jedynymi winnymi katastrofy uczyniono pilotów i ich przełożonych. Wśród cywilów nie dopatrzono się niedopełniających obowiązków. Może ich wskazać prokuratura, ale czy śledczy odważą się tym samym podważyć tezy raportu, który przez wszystkie organa władzy został uznany za dokument doskonały i niejako kończący sprawę? Czy zaryzykują podsumowaniem śledztwa przed planowanym na późną jesień raportem NIK?

 

Wielu pytań nie da się uniknąć. Zwłaszcza tych o organizację wizyty i jej zabezpieczenie. Ze strony Jerzego Millera padło już wiele słów obrończych pod adresem gen. Mariana Janickiego. I minister, i szef BOR od miesięcy twierdzą, że biuro nie ma w swoich obowiązkach sprawdzenia lotniska za granicą, na które lecą VIP-y.

Jak w takim razie rozumieć opisywane na 81 stronie raportu komisji zdarzenie: „W czasie obecności grupy przygotowawczej w Smoleńsku, która (…) miała nadzorować bezpośrednio przygotowania do wizyty, w dniu 6.04.2010 r. podjęta była próba rekonesansu na lotnisku SMOLEŃSK PÓŁNOCNY przez funkcjonariuszy BOR. Ambasada RP w  Moskwie nie została powiadomiona o zamiarze wizytowania lotniska, nie mogła więc wystąpić do strony rosyjskiej o zgodę na wejście na teren lotniska, tym samym funkcjonariusze BOR nie zostali wpuszczeni przez ochronę na teren lotniska”. W przypisie czytamy jeszcze: „Celem rekonesansu miała być ocena przygotowania lotniska pod kątem ochrony (security)”. Co w takim razie BOR chciało robić na lotnisku 6 kwietnia? Może jednak to, co powinno? Tyle że nie pozwolono na to, więc strona polska rekonesans odpuściła. Nie wyegzekwowała nawet, czy dokonali go Rosjanie, do czego podobno się zobowiązali.

Nie można się dziwić wszelkim sondażom przeprowadzonym po opublikowaniu polskiego raportu, które pokazują, że dla ok. połowy Polaków jest on niepełny, że nie wyjaśnia przyczyn tragedii. Niezależnie od tego, komu wierzymy – komisji czy zespołowi parlamentarnemu – można mieć poczucie niedosytu, bo wiele kwestii pozostaje nierozstrzygniętych. Zarówno dotyczących ciągu zdarzeń przed katastrofą, jak i po niej, gdy co chwilę boleśnie przekonywaliśmy się, co znaczy oddanie śledztwa Rosjanom, jak bardzo byliśmy i jesteśmy zależni od tego, co zechcą nam przekazać, do jakich badań dopuścić.

Jedna z głównych przyczyn katastrofy sformułowanych przez komisję Millera zakłada, że załoga próbowała odejść od lądowania w automacie, ale nie wiedziała, że będzie to niemożliwe na lotnisku bez systemu ILS. Tyle że – jak przyznały i komisja, i prokuratura – nie ma materialnego dowodu na próbę odejścia w automacie. To tylko hipoteza. Czy więc piloci popełnili ten szkolny błąd, czy nie?

Miał on spowodować niebezpieczne zbliżenie się do ziemi oraz uderzenie w brzozę, na której maszyna straciła część skrzydła. I znowu brakuje tu pewności. W raporcie Millera drzewo, które zapoczątkowało defragmentację samolotu, ma nieokreśloną grubość 30–40 cm. Ta niedokładność dowodzi, że żadne badanie wytrzymałości konstrukcji Tu-154M przy zderzeniu z taką przeszkodą nie było przeprowadzone. Z dokumentu, na który tak długo czekaliśmy, trudno też dowiedzieć się, na jakiej wysokości doszło do feralnego zderzenia z brzozą. W jednym miejscu raportu jest to 5,1 m, w innym – 6,2. To spora różnica.

W raporcie opisywane są uszkodzenia samolotu na podstawie oględzin wraku, ale nie widać efektów żadnych badań specjalistycznych. Tak, jakby pozwolono nam jedynie obejrzeć szczątki i sfotografować je. Bez żadnych badań laboratoryjnych.

Można zapytać, gdzie niby mielibyśmy je przeprowadzić? W Polsce nie ma ośrodka do tego przeznaczonego. Sam Edmund Klich mówił, że jego marzeniem jest stworzenie takowego. Ale dlaczego w kwietniu nie podjęto próby poproszenia o pomoc NATO? Jeśli wierzyć gen. Sławomirowi Petelickiemu, w Sojuszu dziwiono się, że Polacy nie chcą jego wsparcia. Twórca GROM twierdzi również, że Amerykanie mają bardzo dokładną wiedzę o przebiegu katastrofy, że dysponują zdjęciami klatka po klatce. Jednak komisja i prokuratura zachowują się tak, jakby ich posiadanie było jedną z największych i najpilniej strzeżonych tajemnic. Nigdy nie udało się uzyskać informacji, jakimi zapisami z satelitów dysponujemy i kiedy zostały wykonane.

Oczywistym jest, że takie zdjęcia – jeśli istnieją – powinny być jednym z podstawowych dowodów. Spośród pozostałych większość była i wciąż jest w Rosji.

Dlatego trzeba pytać, kto i dlaczego pozwolił na ich oddanie? Czym Rosja przekonała nasze władze, a może nawet zastraszyła? Bo jeśli nie bojaźnią, to czym wytłumaczyć taką pokorę, a wręcz nadskakiwanie Moskwie w czasie długich miesięcy dezinformacji i gier wokół śledztwa?

Nie drażnić Moskwy

 

Mogliśmy zwrócić się o pomoc międzynarodową zarówno tuż po tragedii, jak i później. Był do tego mandat społeczny – ponad 300 tys. zebranych podpisów pod wnioskiem o powołanie komisji z udziałem ekspertów z zagranicy. Zachodniej granicy. Rząd twierdzi, że nie pozwalał na to załącznik do konwencji, na który musieliśmy się zgodzić. Już nie trzeba się oszukiwać, bo wiemy, że ta konwencja po pierwsze nie miała zastosowania do tej katastrofy, a po drugie – działała tylko wtedy, gdy chcieli tego Rosjanie. Kiedy nie życzyli sobie obecności Polaka w czasie oblotu lotniska po katastrofie, kiedy nie przekazywali wymaganych dokumentów – konwencja ich nie interesowała. My trzymaliśmy się jej aż nazbyt mocno. Niespecjalnie nawet próbowaliśmy dochodzić swoich praw. I grzecznie godziliśmy się na liczne skandale. Od niszczenia, a później niezabezpieczenia wraku samolotu na długie miesiące, po bulwersującą sprawę dokumentacji sekcji zwłok – jak już wiemy – częściowo sfałszowanej. Jak na jej podstawie można było przeprowadzić – wspomnianą w polskim raporcie – analizę obrażeń załogi? Jaka jest wiarygodność takich ekspertyz?

Raport mówi też o wykonanej ocenie statusu lotniska pod względem bezpieczeństwa lotów. Na jakiej podstawie? Oblotu, do którego nas nie dopuszczono, czy protokołu z tej czynności, którego nie mamy? Wygląda na to, że ktoś po prostu uwierzył Rosjanom na słowo.

Niewyjaśniona jest cała tzw. akcja ratunkowa. W raporcie Millera czytamy: „Jedynym dokumentem opisującym przebieg akcji gaśniczej, do którego Komisja miała dostęp, jest Raport  MAK. Materiały, którymi dysponowała Komisja, nie pozwoliły: szczegółowo ocenić przebiegu działań ratowniczych; ustalić zakresu przedsięwzięć podnoszących skuteczność akcji ratowniczo-gaśniczej; ustalić stopnia wykorzystania sprzętu ratowniczego użytego podczas akcji ratowniczo-gaśniczej; ocenić organizacji akcji ratowniczo-gaśniczej”. Raport Millera dowodzi, że kontrolerzy nie postawili służb ratunkowych w gotowości bojowej, a powinni, gdy tylko warunki atmosferyczne obniżyły się do minimalnych. I co z tego? Ano nic. Zdaje się, że jedyne konsekwencje, jakie spotkały panów ze smoleńskiej wieży, to awans dla jednego (Krasnokutski), emerytura dla drugiego (Plusnin) i kontynuowanie kariery dla trzeciego (Ryżenko).

Ciekawe, jak teraz wyglądają kontakty Polski i Rosji w sprawie Smoleńska (poza oczywiście „znakomitą” współpracą obu prokuratur). Premier zdążył już chyba porzucić naiwne przekonanie, że Rosjanie usiądą do jakichkolwiek rozmów nad wspólną wersją przyczyn katastrofy. Co więc z zapowiadanymi w styczniu odwołaniami do instytucji międzynarodowych? Jak premier wytłumaczy się z tego, że ich nie będzie, bo nie zapewniliśmy sobie takiej możliwości? I dlaczego tak długo próbował wmówić nam coś innego?

Prezydencki minister Sławomir Nowak podzielił się w „Rzeczpospolitej” nietuzinkową opinią: „Nie powinniśmy na podstawie tego raportu generalizować i oceniać całego państwa. Raport pokazał jednak obraz pewnego fragmentu, to znaczy Sił Powietrznych i, szerzej, armii. Ale byłbym daleki od wniosku, że państwo zawiodło. Przeciwnie, katastrofa pokazała, że państwo zdało egzamin”. [szczere! Gratuluję, panie Nowak! MD]

Unikanie odpowiedzialności

 

Jak długo będziemy słyszeć tak kuriozalne wypowiedzi, tak długo i coraz głośniej trzeba pytać o stan państwa i odpowiedzialność urzędników. Choć trzeba przyznać, że w jednym prezydencki minister ma rację – nie można na podstawie raportu oceniać całego państwa, bo komisja Millera opuściła ważne wątki organizacyjne.

W raporcie czytamy co prawda, że przeprowadzono „analizę działań organów administracyjnych związanych z organizacją uroczystości”. Wniosków z niej jednak nie ma.

Z dokumentów wiemy, że Rosjanie już w 2009 r. dawali sygnały o próbie rozgrywania polskich władz przy okazji rocznicy Katynia. Od lutego obserwowaliśmy grę dyskredytującą i umniejszającą rangę wizyty prezydenta w Katyniu. Prowadzili ją zarówno Rosjanie (tu dobrze spisał się ich ambasador w Warszawie), jak i polskie władze.

Wiemy też, że samoloty z polskim premierem i prezydentem w ogóle nie powinny do Smoleńska polecieć. Nie wiedzieliśmy, jak jest przygotowane lotnisko, które przez wiele miesięcy było nieczynne i została z niego zabrana część sprzętu. Nie wiedzieliśmy, jak polskie VIP-y będą ochraniane po wylądowaniu. Nie wiedzieliśmy nawet, czy mamy aktualne dane nawigacyjne miejsca, w którym lądować mają samoloty.  

Choćby za te trzy kwestie nie odpowiadało wojsko, ale resorty spraw zagranicznych, spraw wewnętrznych, kancelaria premiera i podlegające bezpośrednio szefowi rządu służby specjalne. W tych instytucjach nikomu nie spadł z głowy włos.

Ale pewnych pytań nie da się odsunąć, niezależnie od tego, czy trwa kampania wyborcza, czy nie.

Zmieniony ( 17.08.2011. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.