Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 35 gości
S T A R T arrow Inne polityczne arrow UE - pogrzebowe... arrow Projekt pod tytułem Unia Europejska zbankrutował
Sunday 09 August 2020 01:04:37.30.
W Y S Z U K I W A R K A
Projekt pod tytułem Unia Europejska zbankrutował Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
14.12.2011.

Projekt pod tytułem Unia Europejska zbankrutował

 

Jaka piękna katastrofa

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111214&typ=my&id=my03.txt

Marek Łangalis ekspert gospodarczy Instytutu Globalizacji

Dług całej Unii Europejskiej przekroczył 10 bilionów euro, same roczne odsetki od tego to ok. 300 miliardów euro



Czas się przyznać, że projekt pod tytułem Unia Europejska, jak wiele innych takich sztucznych tworów, pod wpływem szerzącego się socjalizmu zbankrutował.
Szczyt Unii Europejskiej pokazał pustkę, jaka trawi europejskie elity. Wiara w to, że dalej można podtrzymywać europejski socjalizm, znów wygrała ze zdrowym rozsądkiem. Zamiast przeprowadzić odważne reformy, z porzuceniem euro na czele, mamy próbę wyciągnięcia pieniędzy z kieszeni podatnika.

Umowa zamiast traktatu


Dobra wiadomość po szczycie jest taka, że część państw z Wielką Brytanią na czele porzuciła już wiarę w europejski projekt. David Cameron, premier Wielkiej Brytanii, nie zgodził się na zmianę traktatu lizbońskiego zezwalającą na kontrolowanie przez Komisję Europejską budżetów narodowych. Trzy inne państwa Unii: Szwecja, Węgry oraz Czechy, postanowiły najpierw przeprowadzić debatę w swoich parlamentach nad brukselskimi propozycjami. Jeżeli ktoś łudził się, że Donald Tusk jest zdolny w jakiejkolwiek sprawie sprzeciwić się osi Berlin - Paryż - Bruksela, to się rozczarował. Nasz premier w ciemno przyjmuje wszystko, o co go poprosi Angela Merkel, nawet jeśli, jak to było w przypadku traktatu lizbońskiego, nie miał okazji przeczytać, co podpisuje.
Przygotowana umowa międzyrządowa zakłada wpłatę przez 23 państwa ok. 200 miliardów euro do Międzynarodowego Funduszu Walutowego w celu ratowania bankrutujących państw strefy euro. Drugi ważny punkt to poddanie budżetów narodowych kontroli Komisji Europejskiej, jeśli deficyt budżetowy przekroczy 3 procent produktu krajowego brutto. W takim przypadku Komisja miałaby możliwość opiniowania, a nawet zatwierdzania budżetów narodowych. Na chwilę obecną tylko trzy państwa, które zadeklarowały podpisanie tych umów międzyrządowych, mają (za 2010 rok) deficyty niższe niż 3 procent PKB: Estonia, Finlandia i Szwecja. Wszystkie pozostałe nie radzą sobie z szybko rosnącym zadłużeniem. Polska miała 7,9 procent deficytu, co odpowiada 110 miliardom złotych. By uzmysłowić sobie, jak wielka to liczba, można przyjąć, że starczyłoby dla 110 tysięcy Polaków, by stali się milionerami. W następnym roku (jeśli deficyt się nie zmniejszy) kolejne 110 tysięcy mogłoby zostać milionerami.

Euro i tak zbankrutuje
Umowy międzyrządowe mają być podpisywane na wiosnę przyszłego roku, jest więc wystarczająco dużo czasu na przeprowadzenie w Polsce debaty publicznej, tak by wywrzeć nacisk na premiera, żeby jednak wycofał się z tych ustaleń. Po pierwsze, jeśli 23 państwa mają wpłacić około 200 miliardów euro do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, to - jak łatwo policzyć - na Polskę (której gospodarka stanowi około jednej dwudziestej wszystkich państw deklarujących podpisanie tych umów) przypadnie około 10 miliardów euro.

Jakim prawem Polacy mają zapłacić ok. 45 miliardów złotych za to, by ratować o wiele bogatsze od siebie Włochy czy Grecję? Na każdego pracującego (ok. 16 milionów Polaków) przypadnie rocznie 3 tysiące złotych. Jak premier Tusk z ministrem Rostowskim wytłumaczą, że miesięcznie każdy pracujący Polak ma zapłacić 250 złotych w podatkach na ratowanie europejskiego socjalizmu? Czy dlatego przygotowywane jest podniesienie wieku emerytalnego do 67. roku życia, byśmy pracowali dłużej na wylegującego się w słoneczku sześćdziesięcioletniego emeryta greckiego pobierającego czterokrotnie wyższą emeryturę niż polski emeryt? To są pytania, które warto w najbliższym czasie zadać panu premierowi. Tym bardziej że te 200 miliardów euro niczego nie rozwiąże. Warto to zestawić z zadłużeniem europejskich bankrutów: Włochy - 2 biliony euro długu, Francja - 1,5 biliona euro, Hiszpania - 650 miliardów euro. Te 200 miliardów może co najwyżej odrobinę pomóc Grecji - 350 miliardów euro długu, Portugalii - 160 miliardów euro czy Irlandii - 150 miliardów euro długu. 200 miliardów euro, na które mamy się zrzucić, starczy co najwyżej na zapłatę odsetek, i to zaledwie w ciągu jednego roku.
Jednak groźniejsze od składki na ratowanie bankrutów jest oddanie budżetu krajowego pod kontrolę Brukseli. Resztki suwerenności, jakie Polska miała po podpisaniu traktatu lizbońskiego, mogą zostać utracone bezpowrotnie. Nic nie wskazuje na to, poza niewiele wartymi zapewnieniami ministra finansów Jana Vincenta -Rostowskiego, żeby Polska w najbliższym czasie miała mieć budżet z deficytem poniżej 3 procent PKB. W końcu "Polska w budowie" kosztuje, a nasz premier, niczym pierwszy sekretarz Edward Gierek, postanowił wykorzystać zagraniczne kredyty na realizowanie swoich inwestycyjnych planów. Już raz skończyło się to bankructwem kraju, dlaczego te same działania miałyby tym razem przynieść inny skutek? Podpisując taką umowę międzyrządową, premier Tusk wyprze się możliwości ustalania budżetu kraju. To już nie debata parlamentarna będzie decydować o tym, w którą stronę przesuwać pieniądze zebrane od podatników, ale debata na szczeblu rząd - Komisja Europejska. Jest to jawne zaprzeczenie demokracji oraz suwerenności. Jeżeli o naszych wydatkach ma decydować niewybrane w żadnych demokratycznych wyborach urzędnicze ciało z Brukseli, to oczywiste jest, że Polska i pośrednio Polacy tracą możliwości decydowania o sobie samych we własnym kraju. Jeżeli brukselski urzędnik uzna jakieś wydatki za nieważne, to po prostu każe je skasować. Jeżeli z kolei stwierdzi, że brakuje czegoś w budżecie (np. większej promocji dobrodziejstw unijnych), to nakaże przesunąć środki z jednej puli do drugiej.
Te pseudo-reformy niewiele pomogą. Euro i tak zbankrutuje, choćby dlatego że powstało wbrew naturze ludzkiej. Nie da się prowadzić z Frankfurtu (siedziba Europejskiego Banku Centralnego) jednej polityki pieniężnej dla siedemnastu różnych narodów o różnym stopniu rozwoju gospodarczego oraz różnej kulturze. To, co w danej chwili może być dobre dla Niemiec, nie musi być dobre dla Grecji (tani kredyt) czy Portugalii. Im szybciej europejskie elity to zrozumieją, tym lepiej. W przeciwnym razie może się okazać, że niedługo nie będzie już co ratować.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.