Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 55 gości
S T A R T arrow Inne polityczne arrow Rosja - postępy arrow O Swierdłowsku - zatajnionym bio-Czarnobylu
Monday 16 July 2018 14:30:13.25.
migawki
Błyskawiczne zmiany ustawy o IPN ukazują, że nie mamy już Sejmu, lecz Knessejm. Nie mamy już Polski, lecz Polin. Powtórka Sejmu niemego [1717]

["Pilny wniosek premiera Mateusza Morawieckiego ws. zmiany ustawy o IPN i rezygnacji z zapisów penalizujących przypisywanie narodowi polskiemu zbrodni nazistowskich. Takich zmian domagały się środowiska żydowskie, a także USA i Izrael."]

Jeśli się mają tylko za masonów i sługi Żydów, to są zbrodniarzami. Ale jeśli się mają za Polaków, to są też zdrajcami.

Rachuby, by zrobić TO w czasie euforii piłką spowodowanej – zawiodły. Więcej ludzi widzi i rozumie, co się dzieje.

 
W Y S Z U K I W A R K A
O Swierdłowsku - zatajnionym bio-Czarnobylu Drukuj Email
Wpisał: Ken Alibek   
26.01.2012.

O Swierdłowsku - zatajnionym bio-Czarnobylu

 [z książki: Biohazard , Ken Alibek, współpr. Stephen Handelman 

Mrożąca krew w żyłach historia największego na świecie tajnego programu produkcji broni biologicznej, opowiedziana przez człowieka, który tym programem kierował. Mapy, dokumenty.

 Prószyński i S-ka Warszawa 2000. Przełożył Tomasz Lem.Książka stała się szybko niedostępna, a wbrew „prawom rynku” nie pokazały się dodruki... Liczni jej bohaterowie zginęli, to w Rosji, to w Anglii czy USA , dane na ten temat umieszczam w oddzielnym artykule. Obecny tekst radzę doczytać do KOŃCA, tam najciekawsze, aktualne..

Por.: A Career In Microbiology Can Be Harmful To Your Health czyli http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=5406&Itemid=47  MD] 

 

...w owym czasie pierwszym sekreta­rzem KPZR w Swierdłowsku był Borys Jelcyn 

 

...Opinia publiczna dowiedziała się o niektórych szczegółach tej historii w kil­ka miesięcy później. W listopadzie 1979 roku rosyjskie antyradzieckie pismo [Possiev, NTS, Frankfurt MD] : wydawane przez emigrantów w RFN zamieściło informację, że w zakładach usytuowanych na południowy zachód od Swierdłowska doszło do wybuchu, w wyniku którego w kwietniu ubiegłego roku nad miastem zawisła chmura śmiercionośnych bakterii, zabijając tysiąc osób. Zachodnie agencje informacyj­ne podchwyciły tę historię, cytując także przedstawicieli amerykańskiego wy­wiadu, którzy dowodzili, że wypadek stanowi oczywisty dowód pogwałcenia przez Związek Radziecki Konwencji o zakazie broni biologicznych z 1972 roku. Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła. Agencja TASS 12 czerwca 1980 roku opublikowała oficjalny komunikat, w którym stwierdzono, że w rejonie Swier­dłowska doszło jedynie do "naturalnego wystąpienia wąglika u zwierząt domo­wych"."Przypadki skórnej oraz jelitowej postaci wąglika wystąpiły także u ludzi, po­nieważ uboju zwierząt nie zawsze dokonywano zgodnie z przepisami weteryna­ryjnymi".- głosił komunikat, informujący ponadto, że wszyscy pacjenci powró­cili do zdrowia w miejscowych szpitalach.Naturalnie było to kłamstwo.  

    Niemiecki magazyn i amerykański wywiad miały rację, że wydarzył się wypa­dek, ale wiele szczegółów podano nieprecyzyjnie. Przed upływem roku każdy pracownik Biopreparatu wysokiego szczebla wiedział, że w Swierdłowsku stało się coś strasznego. Oficjalnie nie mówiło się o tym, jednak wieści rozchodziły się lotem błyskawicy. Dowiedziałem się o wszystkim od ludzi, którzy pracowali w za­kładzie w okresie, kiedy wydarzył się wypadek, oraz od oficerów odpowiedzial­nych za zatuszowanie sprawy. Moje zainteresowanie Swierdłowskiem nie wynikało z czystej ciekawości. Musieliśmy wiedzieć, co się stało, żeby zawczasu przygotować się na wypadek podobnej katastrofy. W miarę jak awansowałem w Systemie, w podległych mi jednostkach zastosowałem zabezpieczenia, których brak doprowadził do swier­dłowskiej tragedii.W owym czasie ani Oleg Pawłow, ani ja nie mogliśmy przypuszczać, że swier­dłowski wypadek przyspieszy mój awans. Nie tylko pchnął mnie w kierunku "poważnych badań", na których tak mi zależało, ale nakreślił nowe cele Biopre­paratu, ku którym podążaliśmy przez następną dekadę. 

W ostatni piątek marca 1979 roku w swierdłowskim zakładzie, produkują­cym broń biologiczną, technik z suszarni wąglika w kompleksie numer 19 przed wyjściem z pracy zostawił na kartce informację dla przełożonego: "Wyjąłem za­tkany filtr. Trzeba założyć nowy". Kompleks numer 19 był największym zakładem podległym Biopreparatowi. Pracowano tam przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, na trzy zmiany, wzbogacając radziecki arsenał o laseczki wąglika w formie sproszkowanej (su­chej). Sfermentowane kultury wąglika należało osuszyć przed przekształceniem w lotny pył wykorzystywany w aerozolach. W związku z tym w powietrzu zawsze unosiły się zarodniki. Pracowników regularnie szczepiono, ale przed wydosta­niem się wąglika na zewnątrz chroniły jedynie duże filtry, zamocowane na koń­cach przewodów wyciągowych.Po każdej zmianie zatrzymywano wielkie suszarki i dokonywano pobieżnego przeglądu maszyn. Zatkany filtr nie był rzeczą wyjątkową, jednak natychmiast należało go zastąpić nowym.

Podpułkownik Nikołaj Czernyszow, szef popołudniowej zmiany, pragnął równie szybko znaleźć się w domu jak robotnicy. Wojskowy regulamin wymagał, aby podpułkownik zapisał informację o niesprawnym filtrze w dzienniku, być może jednak nie uważał notatki laboranta za ważną albo po prostu był przemę­czony.Kiedy do pracy przyszedł jego zastępca, zajrzał do dziennika. Nie dostrzega­jąc niczego niepokojącego, polecił uruchomić maszyny. Przez przewody wycią­gowe w nocne powietrze zaczął wydostawać się drobny pył, zawierający pałecz­ki wąglika i środki chemiczne. Zanim któryś z robotników zauważył brak filtra, minęło kilka godzin. Szef zmiany polecił zatrzymać maszyny i nakazał założyć nowy filtr. Poinformowano o tym fakcie zwierzchników, nikt jednak nie zawiadomił władz miasta ani Mini­sterstwa Obrony w Moskwie.W ciągu następnych kilku dni zachorowali wszyscy pracownicy zakładów ce­ramicznych, znajdujących się po przeciwnej stronie ulicy, w którą to stronę feral­nej nocy wiał wiatr. W ciągu tygodnia niemal wszyscy umarli. W tym czasie szpitale przyjmowały dziesiątki pacjentów z innych rejonów miasta, którzy pracowali w pobliżu zakładu zbrojeniowego. Co dziwne, wśród ofiar było niewiele kobiet i dzieci. W wiele lat później zachodni specjaliści za­stanawiali się, czy w Związku Radzieckim przypadkiem nie wyprodukowano broni "rozróżniającej płeć" i atakującej jedynie dorosłych mężczyzn. Tymcza­sem prawda wyglądała tak, że kobiety rzadko pracowały na nocną zmianę, a w piątkową noc niewiele dzieci bawiło się na ulicach. Zachodni naukowcy, którzy dokonali analizy dostępnych danych, orzekli, że do wypadku doszło we wtorek, 3 kwietnia, lub w środę, 4 kwietnia, ponieważ pierwsze zachorowania wystąpiły dopiero w dwa lub trzy dni później, co odpo­wiadałoby zwyczajowemu okresowi inkubacji wąglika. Ta argumentacja dowo­dzi, jak znakomicie Związek Radziecki potrafił manipulować faktami i jak do­brze udało się ukryć prawdę.

Mój kolega naukowiec utrzymuje, że wypadek wydarzył się w piątek, 30 mar­ca 1979 roku. Był wówczas w Swierdłowsku i przypomina sobie, że o pierwszej śmiertelnej ofierze wąglika - robotniku o nazwisku Nikołajew - dowiedział się w poniedziałek. Fakt, iż wypadek wydarzył się w piątek, wyjaśnia, dlaczego ro­botnicy spieszyli się do domów i dlaczego tamtego wieczora tak wielu ludzi za­raziło się, idąc do pobliskiego baru. Niewykluczone, że KGB, tuszując całą spra­wę, dokonał zmiany dat w kartach chorobowych. pierwszych ofiar.Ostatni przypadek odnotowano 19 maja. Przywódcy Związku Radzieckiego utrzymywali później, że zaraziło się 96 osób, z czego 66 zmarło. Naukowcy pra­cujący w owym czasie w Swierdłowsku mówili mi, że zmarło 105 osób, prawdzi­wych danych jednak chyba nigdy nie poznamy. Pewne jest tylko, że było to naj­większe masowe zakażenie płucną postacią wąglika w tym stuleciu. 

Moskwa nie mogła mieć złudzeń co do przyczyn epidemii. O błędzie Czer­nyszowa doniesiono niezwłocznie po pojawieniu się pierwszych ofiar śmiertel­nych. Delegacja, na której czele stał generał Jefim Smirnow, szef XV Zarządu, tydzień po incydencie udała się do Swierdłowska specjalnym samolotem. W jej skład wchodził także Piotr Burgasow, zastępca ministra zdrowia i członek ra­dzieckiej Akademii Nauk. Burgasowowi towarzyszył zespół pięciu lekarzy - jed­nak metody działania w sytuacji kryzysowej określiła troska rządu o zachowanie ścisłej tajemnicy. Nie chciano wywołać paniki ani alarmować osób niewtajemniczonych. Mieszkańców Swierdłowska poinformowano, że zgony wywołane zostały spoży­ciem skażonego mięsa, sprzedawanego wprost z ciężarówki na nielegalnym tar­gu. Wydrukowano ulotki odradzające obywatelom korzystanie z "nieoficjal­nych" źródeł żywności. Schwytano i zabito ponad sto bezpańskich psów, które rzekomo zjadły resztki skażonego mięsa. Tymczasem wokół kompleksu przemy­słowego pojawili się wojskowi wartownicy, a oficerowie KGB, przebrani za le­karzy, odwiedzali domy ofiar i wystawiali fałszywe akty zgonu.Bez względu na to, czy mieszkańcy coś podejrzewali, wojsko i KGB uczyniły wszystko, żeby w mieście panował spokój.

Donald E. Ellis, profesor fizyki z North­western University, który w owym czasie przebywał w Swierdłowsku, donosił, że nie zauważył nic niezwykłego. "Nie wykluczam, że coś mogło się wydarzyć - po­wiedział w wywiadzie dla «New York Timesa» w rok później - jednak myślę, że ja albo moja żona dostrzeglibyśmy działania zmierzające do ochrony nas przed niebezpieczeństwem. Tymczasem... niczego takiego nie zauważyliśmy". 

Mieszkańcy od dziesięcioleci żyli za grubą kurtyną bezpieczeństwa, otacza­jącą całe miasto. Od zakończenia drugiej wojny światowej Swierdłowsk, nazwa­ny tak na cześć bolszewickiego przywódcy, stanowił serce radzieckiego przemy­słu zbrojeniowego. Produkowano tutaj czołgi, rakiety z głowicami jądrowymi i inne rodzaje broni, również biologicznych. W 1958 roku w pobliskich zakła­dach w Czelabińsku zdarzył się poważny wypadek jądrowy. [Kisztym, potem opisany szczgółowo md] . Szczegóły są nie­jasne, jednak zarówno źródła zachodnie, jak i komunistyczne wskazują, że do­szło do uszkodzenia reaktora, a radioaktywna chmura skaziła obszar wielu tysięcy kilometrów kwadratowych. Ewakuowano dwanaście wiosek. [a o wiele więcej - nie - np. Muslimowo, gdzie latami wodę czerpano ze skażonej plutonem rzeczki Tiecza – i dzieci się w niej kapały. MD]

Toteż determinacja, z jaką radzieckie władze przystąpiły do dementowania doniesień o swierdłowskim wypadku, nie powinna dziwić. Wyznanie prawdy po­stawiłoby przywódców w bardzo niezręcznej sytuacji i wywołałoby międzynaro­dowy kryzys, a wielu z nich przecież w ogóle nie wiedziało o istnieniu zakładów produkujących broń biologiczną. Początkowo nie było jasne, czy zatuszowanie tej sprawy się powiedzie. Dowódcy wojskowi obawiali się, że nie poradzą sobie z rozmiarami klęski.

- Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego ludzie wciąż umierali - zwierzył mi się po latach pewien generał. - Założyliśmy, że było to jednorazowe wystawienie na działanie wąglika, że w ciągu kilku dni będzie po wszystkim. Tymczasem lu­dzie umierali jeszcze w miesiąc później.Próba zatuszowania tej sprawy przyczyniła się do przekształcenia poważne­go wypadku w lokalną epidemię.

Miejscowy sekretarz KPZR, którego najwidoczniej poinformowano, że z fa­bryki wydostały się niebezpieczne substancje, polecił robotnikom polewać wo­dą drogi, dachy i drzewa. Działania te jeszcze bardziej rozprzestrzeniły zarod­niki wąglika, które zostały porwane przez prąd wody i powietrza. Pył z bakteriami roznosił się po mieście, w szpitalach pojawiły się nowe ofiary z czarnymi, wrzodziejącymi obrzękami na skórze.Skórna postać wąglika, którą zarazić się można poprzez zadrapanie lub prze­cięcie naskórka, występuje we wszystkich wiejskich regionach świata, zwłaszcza tam, gdzie hoduje się dużo bydła, owiec i kóz. Jest to najbardziej rozpowszech­niona postać, pod jaką występuje wąglik. Choroba rzadko kończy się śmiercią, jeśli w porę poda się antybiotyk, na przykład penicylinę. Rosjanie chorobę tę określają mianem "syberyjskiego wrzodu", ponieważ objawia się w postaci nie­dużych czarnych krost na skórze. Wybuch epidemii skórnej postaci wąglika nie był w tym regionie niemożliwy, jednak nie tłumaczył, dlaczego zachorowało i zmarło aż tylu robotników, którzy nie mieli kontaktu ze zwierzętami.Spory wąglika mogą przetrwać nawet wiele lat - dziesięciolecia - w uśpionym stanie. Zwierzęta zarażają się, spożywając skażoną żywność. Zarodniki ożywają i zaczynają się dzielić w ciągu kilku godzin od chwili dostania się do organizmu zwierzęcia, powracając do formy zarodnikowej po zetknięciu się z tlenem lub gdy zwierzę zdycha. Ludzie obojga płci stykający się ze zwierzętami - rzeźnicy, garba­rze, farmerzy, robotnicy w fabrykach przemysłu włókienniczego - zakażają się po­przez drobne zadrapania na skórze, wdychając spory, pijąc skażoną wodę albo, w rzadkich wypadkach, spożywając skażone mięso.

Związek Radziecki w oficjalnych komunikatach utrzymywał, że chorobę wy­wołało właśnie skażone mięso. Lekarze pokazywali zdjęcia ofiar, które miały świadczyć o tym, że zaatakowany został układ pokarmowy - czyli postać wągli­ka najrzadziej występująca (mniej niż jeden procent wszystkich zachorowań). Nie można było jednak zataić występowania postaci płucnej o najwyższej śmier­telności. Do zarażenia wąglikiem wystarczy od dziesięciu do dwudziestu tysięcy za­rodników, ilość mikroskopijna. Te same bakterie rozwijać się będą odmiennie w zależności od sposobu, w jaki przedostały się do organizmu. O wiele groźniej­sze niż poprzez skórę jest zarażenie się wąglikiem rozpylonym w powietrzu. Wziewna postać choroby po raz pierwszy została opisana na początku XIX wie­ku, kiedy robotnicy fabryki tekstyliów zarazili się nią w trakcie wdrażania nowe­go procesu produkcji wełny. Postać tę niekiedy określa się mianem "choroby sortowników wełny". Kiedy tylko zarodniki wąglika znajdą się w organizmie, uaktywniają się i za­czynają się rozmnażać. Mija kilka dni, zanim bakterie zaczną wytwarzać toksyny, które, mówiąc najprościej, "przyczepią się" do błony komórkowej i uniemożliwią białym krwinkom zwalczanie choroby. To toksyna, a nie sama bakteria, odpowia­da za wyniszczenie organizmu i śmierć. Jeśli ofiarę wąglika leczy się od siedmiu do dziesięciu dni wysokimi dawkami penicyliny, zazwyczaj podawanej dożylnie, szanse przeżycia sięgają niemal stu procent. Ale antybiotyki niewiele mogą zdziałać w walce z wytwarzaną przez wąglika toksyną. Próbowano stosować po­łączenie penicyliny i streptomycyny, jednak rokowania w takich przypadkach są na ogół niekorzystne. Najpoważniejszym konsekwencjom zakażenia wąglikiem można przeciw­działać, podając penicylinę jeszcze przed wystąpieniem pierwszych objawów chorobowych.

Powiedziano mi, że po swierdłowskim wypadku, kiedy tylko po­jawiły się pierwsze ofiary, tysiącom mieszkańców przepisano antybiotyki i szcze­pionki, lecz zazwyczaj było już zbyt późno - ludzie cierpieli na wysoką gorącz­kę, mieli płytki oddech i wyraźne ciemne obrzęki na piersiach i karku, świadczące o zakażeniu postacią płucną wąglika.  

Swierdłowski wąglik, należący do radzieckiego arsenału broni, był najsilniej­szym z kilkudziesięciu odmian opracowanych przez wojskowych naukowców. Był to tak zwany Wąglik 836. Na ironię zakrawa fakt, że uzyskano go bezpośred­nio po innym wypadku.W 1953 roku nieszczelność instalacji w zakładach bakteriologicznych w Ki­rowie spowodowała przedostanie się wąglika do miejskich ścieków. Władimir Sizow, wojskowy biolog, który odkrył ten szczep, w wiele lat później zaczął pra­cować w Biopreparacie i opowiedział mi tę historię. Według Sizowa nieznana ilość wąglika w płynnej postaci przypadkowo wydo­stała się z uszkodzonej kadzi w kirowskich zakładach. Kiedy zauważono wyciek, natychmiast przeprowadzono gruntowną dezynfekcję ścieków, wkrótce jednak okazało się, że nosicielami wąglika są gryzonie. Odtąd dezynfekcje przeprowa­dzano regularnie, choć choroba bezustannie "czaiła się" w podziemiu. W 1956 roku Sizow odkrył, że jeden ze schwytanych gryzoni jest nosicielem nowego szczepu, znacznie groźniejszego niż pierwotny. Wojsko natychmiast poleciło przeprowadzić badania nad nowym szczepem.

W końcu trafił on do głowic po­cisków SS-18, wycelowanych w stolice zachodnich państw.

Trudno dziś dokładnie zrekonstruować wydarzenia z gorączkowych tygodni kwietnia i maja 1979 roku w Swierdłowsku, między innymi dlatego, że KGB tak znakomicie wypełnił swoje zadanie. Od wojskowego personelu, który brał udział w zatuszowaniu tej sprawy, wiem, że zwłoki ofiar poddawano kąpieli w środkach dezynfekujących, a większość danych zniszczono, łącznie z kartami chorobowy­mi ze szpitali oraz dokumentami sporządzonymi przez patologów. Aby nadać ozory prawdopodobieństwa wersji oficjalnej, aresztowano wiele osób handlują­cych mięsem na czarnym rynku i postawiono im zarzut sprzedaży skażonych pro­duktów.

------------------

Często zastanawiałem się, czy miejscowy szef partii, który nakazał pospieszne sprzątanie, zdawał sobie sprawę, jak fatalne przyniosło to skutki. Z pewno­ścią ktoś powinien go o to zapytać, w owym bowiem czasie pierwszym sekreta­rzem KPZR w Swierdłowsku był Borys Jelcyn.Smirnow, dowódca XV Zarządu, w kryzysowym okresie spotykał się co­dziennie z Jelcynem, byłym kierownikiem budowy, który wspiął się po szcze­blach partyjnej kariery na stanowisko szefa regionu, co w USA odpowiada mniej więcej stanowisku gubernatora stanu. Jelcyn cieszył się opinią polityka bezceremonialnego, lubił wywyższać się w kontaktach z miejscowymi wojsko­wo-przemysłowymi aparatczykami. Był lojalny wobec systemu w równym stop­niu, jak inni biurokraci, i znakomicie zdawał sobie sprawę, że jego obowiązkiem jest utrzymanie w tajemnicy sekretów reżymu. Jako szef partii w Swierdłowsku. pilnie wypełniał polecenia Kremla, w wyniku czego buldożerami zniszczono dom, w którym w 1918 roku zamordowano cara Mikołaja II i jego rodzinę.Według wysokiego oficera, który przebywał w Swierdłowsku w owym czasie, Jelcyn był tak rozwścieczony odmową współpracy ze strony wojskowych, że wpadł do kompleksu 19 i zażądał, aby niezwłocznie wpuszczono go do środka. Na rozkaz ministra obrony Dmitrija Ustinowa, który przejął tekę po śmierci marszałka Greczki, odprawiono go z kwitkiem. Ustinow przybył na miejsce dwa tygodnie po wypadku. Jako członek politbiura rangą zdecydowanie przewyższał wszystkich prowincjonalnych szefów partii.Jelcyn wprawdzie zdążył już pokajać się za zniszczenie domu, w którym zgi­nął car, nie powiedział natomiast ani słowa o swierdłowskim wypadku. W swej autobiografii Wyznania [wydanej w Polsce w 1991 roku] wspomina mimocho­dem o "tragicznym" wybuchu epidemii i dopiero w przypisie znajduje się enig­matyczne zdanie informujące, że epidemię wywołał "wyciek z tajnej fabryki". Już dawno należałoby przedstawić tę historię ze wszystkimi szczegółami.W latach, jakie upłynęły od wypadku, obserwatorzy, a także sami Rosjanie, nazywali Swierdłowsk "biologicznym Czarnobylem". Nie mylili się. Liczby ofiar nie można wprawdzie porównać z czarnobylską tragedią z 1986 roku, kiedy to w elektrowni atomowej na Ukrainie nastąpił wybuch, jednak tak jak katastrofa w Czarnobylu zmieniła stosunek świata do naszych (wątpliwych) umiejętności ujarzmienia energii jądrowej, podobnie Swierdłowsk stanowił ponure przypo­mnienie o niebezpieczeństwach związanych z naszymi tajnymi badaniami.

 -------------------- 

Największym wyzwaniem dla biologiczno-wojskowego establishmentu po swierdłowskim wypadku była odpowiedź na pytanie, co zrobić z samym zakła­dem. Teraz, kiedy na Swierdłowsk zwrócone były oczy całego świata, nie moż­na było nadal produkować wąglika. Miasto zamknięto wprawdzie dla cudzo­ziemców, jednak mogliśmy się spodziewać baczniejszej obserwacji niż dotychczas.

Na wypadek wojny przygotowano trzy ośrodki produkcji wąglika: w Swier­dłowsku, Penzie oraz Kurganie. Swierdłowsk był jedynym czynnym zakładem. Po­zostałe utrzymywano w pogotowiu, laseczki wąglika przechowywano w oczekiwa­niu na rozkaz z Moskwy, żeby przystąpić do masowej produkcji. Wojsku bardzo zależało na ponownym uruchomieniu linii przemysłowej w Swierdłowsku i wywie­rano presję, by odwołać czasowe zawieszenie działalności zakładu, zarządzone po wypadku przez partyjnych zwierzchników. Naciski, aby zwiększyć produkcję broni biologicznych, narastały z miesiąca na miesiąc. Tymczasem niewielu wysoko postawionych funkcjonariuszy partyj­no-państwowych w pełni zdawało sobie sprawę, czym jest taka broń. Przeciętny dowódca wojskowy postrzegał broń biologiczną jako jeszcze jeden rodzaj uzbrojenia, być może nieco bardziej użyteczny niż dynamit, ale niezbyt groźny. Biurokraci partyjni wiedzieli, jak śmiercionośna potrafi być taka broń, nie rozu­mieli jednak niebezpieczeństw związanych z jej produkcją.Biopreparat wykorzystał tę sytuację do walki o własną sprawę. Już wcześniej wykazaliśmy, że nasza tularemia nadaje się do zastosowań bojowych, a my na równi z armią potrafimy rozwijać nowe bronie. Ponadto fakt, że byliśmy pozor­nie organizacją cywilną, sprawiał, że łatwiej przychodziło nam ukryć naszą dzia­łalność przed Zachodem. Armię, ku wielkiemu jej zdumieniu, podeszła niedu­ża instytucja, na którą wojsko jeszcze niedawno spoglądało z pogardą.

--------------------

W 1981 roku Breżniew podpisał tajny dekret, nakazujący przeniesienie wszyst­kich zakładów wytwarzających broń biologiczną ze Swierdłowska do Stepnogor­ska, niedużej placówki badawczej podległej Biopreparatowi, położonej w pustyn­nych rejonach północnego Kazachstanu.Decyzja ta dotyczyła mnie bezpośrednio. Dzięki osiągnięciom w pracy cie­szyłem się rosnącym zaufaniem. Od dawna już opuściły mnie wyrzuty sumienia związane z pytaniem o trafność obranej drogi życiowej i wątpliwości natury mo­ralnej.Wszyscy wkrótce dowiedzieliśmy się o planie przekształcenia stepnogorskiej placówki w zakład produkcji wąglika - plotki na ten temat krążyły już od mie­sięcy. Najambitniejsi z nas pragnęli wziąć udział w przedsięwzięciu, które pań­stwo będzie wspierało na każdym kroku, łożąc nieograniczone środki finanso­we. Dawno zapomniawszy o przestrodze Olega Pawłowa, dążyłem do objęcia stanowiska szefa nowej placówki. Wciąż byłem majorem, a niski stopień w zasadzie nie uprawniał mnie do zaj­mowania kierowniczych stanowisk, byłem jednak bardzo pewny siebie - być może bardziej, niż należało. Sukcesy związane z produkcją tularemii dały mi przewagę nad innymi kandydatami i sądziłem, że sprostam nowym wyzwaniom.

---------------------------

W kilka miesięcy później poznałem innego swierdłowskiego "weterana", podpułkownika Borysa Kożewnikowa. Podpułkownik opowiadał mi, że rok po wypadku robotnikom polecono przewieźć dwustupięćdziesięciolitrowe pojem­niki z suszoną postacią wąglika do magazynów w kompleksie 19. Kożewnikow nadzorował przewożenie pojemników ciężarówkami do oddalonego o kilkaset metrów bunkra. Któryś z samochodów podskoczył na wyboistej drodze i jeden z pojemników wypadł i otworzył się.- I co zrobiliście? - spytałem z przerażeniem.- Kazałem go zamknąć - wzruszył ramionami, po czym dodał szybko, że po­lecił rozlać wszędzie środki dezynfekujące. Nikt nie zachorował. I, oczywiście, o niczym nie poinformowano przełożonych.

----------------------------

W dziewięć lat po swierdłowskim wypadku grupa radzieckich ekspertów od medycyny przyjechała do Stanów Zjednoczonych, żeby ujawnić "prawdę" o tym, co wydarzyło się w 1979 roku. Przybywszy na zaproszenie doktora Ma­tthew Meseisona, znanego harwardzkiego profesora, odwiedzili Waszyngton, Baltimore i Cambridge ze stosem raportów i zdjęć, z których miało wynikać, że wszystkie ofiary zaraziły się jelitową albo skórną postacią wąglika. Na czele de­legacji stanął Piotr Burgasow, szef niegdysiejszego zespołu Ministerstwa Zdro­wia badającego swierdłowski wypadek.Burgasow był wówczas emerytowanym ministrem zdrowia i pełnił funk­cję rządowego doradcy. Ze smutnym uśmiechem na twarzy mówił, że sprawa ta od dawna wymagała publicznego wyjaśnienia. Opóźnienie tłumaczył nie­chęcią radzieckiego rządu do ujawnienia niedostatków służby zdrowia. Fa­scynacja Zachodu pierestrojką i głasnostią pozwoliły przekonać większość słuchaczy.W kwietniu 1988 roku poważne amerykańskie pismo "Science" donosiło: ,,«Swierdłowska epidemia» z 1979 roku straciła wiele ze swej tajemniczości. Przez osiem lat amerykańskie władze wyrażały podejrzenia w związku z bezpre­cedensowym wybuchem epidemii wąglika w kwietniu 1979 roku wśród miesz­kańców Swierdłowska. Tymczasem ludzie ci chorowali, ponieważ... spożywali skażone mięso kupowane u «prywatnych» rzeźników... Trzej przedstawiciele Związku Radzieckiego przybyli do waszyngtońskiej siedziby Narodowej Akade­mii Nauk i 11 kwietnia... przedstawili taką samą wersję biegu wypadków jak w 1980 roku, podając jednak znacznie więcej szczegółów i przekonując osoby do­tąd mające wątpliwości, że pierwotna relacja była prawdziwa".

Zmieniony ( 26.01.2012. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.