Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 7 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Chesterton arrow G.K. Chesterton: Transformacja socjalizmu
Monday 23 September 2019 03:06:57.27.
W Y S Z U K I W A R K A
G.K. Chesterton: Transformacja socjalizmu Drukuj Email
Wpisał: G.K. Chesterton   
27.02.2012.

G.K. Chesterton: Transformacja socjalizmu

Lepiej jest być w złym niż w dobrym więzieniu. Z punktu widzenia więźnia nie jest to wcale paradoks, choćby dlatego, że ze złego więzienia łatwiej jest uciec. Poza tym stare, brudne i skorumpowane więzienie jest z wielu powodów lepsze także dlatego, że można przekupić strażników, by przynosili alkohol i pić go z innymi współwięźniami.

 

 

15 lutego 2012 http://www.dystrybucjonizm.pl/g-k-chesterton-transformacja-socjalizmu

Socjalizm jest jedną z najprostszych idei na świecie. Zawsze zastanawiało mnie, jak to się dzieje, że otacza go tyle zamieszania, nieporozumień i wzajemnych oszczerstw. Kiedyś zgadzałem się z socjalizmem, bo był prosty. Teraz nie zgadzam się z nim, bo jest zbyt prosty. Jednak większość jego przeciwników wciąż chyba traktuje go nie jako nieprawość, ale jako tajemnicę nieprawości, którą jeszcze mniej mogą pojąć niż ścierpieć. Może i nic w tym dziwnego, że antagoniści socjalizmu głowią się nad jego zagadką.

Dziwniejsze i ciekawsze może być to, że tak samo zaintrygowani są jego zwolennicy. Socjalizm był potępiany przez wrogów jako anarchia, chociaż jest jej przeciwieństwem. Przez sympatyków był uznawany za formę optymizmu, którego jest niemal przeciwieństwem. Jedni i drudzy mówili o nim, jakby zakładał pewną wiarę w idealną naturę ludzką – nigdy nie mogłem pojąć dlaczego. System socjalistyczny, bardziej niż inne, opiera się nie na optymizmie, ale na grzechu pierworodnym. Zakłada, że państwo, jako sumienie wspólnoty, powinno posiadać wszystkie podstawowe formy własności, ponieważ nie można ufać, że ludzie będą umieli bez szkody dla siebie posiadać własność, handlować, łączyć się albo rywalizować. Tak jak państwo może posiadać całą broń palną, żeby obywatele się nie pozabijali, tak państwo socjalistyczne chce posiadać całe złoto i ziemię, żeby obywatele wzajemnie się nie oszukiwali i wyzyskiwali. Wydaje się to niezwykle proste, a nawet oczywiste. I rzeczywiście: jest to zbyt oczywiste, by było prawdziwe. Trudno też uwierzyć, by ktoś mógł uznać to za optymistyczne.

Osobiście jestem przeciwnikiem socjalizmu, kolektywizmu lub bolszewizmu (jak zwał tak zwał) z pewnej podstawowej przyczyny – ideału własności. Nie mówię „idei”, ale „ideału” i w ten sposób wystrzegam się moralnego błędu. Pozbywam się wszystkich ponurych wątpliwości anty-socjalistów zmartwionych tym, że ludzie nie są jeszcze aniołami oraz wszystkich jeszcze bardziej ponurych nadziei socjalistów, że ludzie będą wkrótce nadludźmi. Nie uważam, że własność prywatna jest ustępstwem wobec podłości i samolubstwa; sądzę, że to punkt honoru. Sądzę, że to najbardziej powszechny ze wszystkich punktów honoru. Choć jednak ma to bardzo wiele wspólnego z moim apelem o godność domowego ogniska, to nie ma nic wspólnego z tym pobieżnym streszczeniem sytuacji socjalizmu. Chcę tylko nadmienić, że co bardziej prostacki, szydzący z ideałów kapitalista nie musi mi mówić, że aby zapanował socjalizm „trzeba zmienić naturę ludzką”. Odpowiem mu: „Tak. Trzeba zmienić ją na gorsze”.

Znaczenie socjalizmu stało się znacznie jaśniejsze dzięki fabianom z lat dziewięćdziesiątych, na przykład panu Bernardowi Shaw, który był typem antyromantycznego Don Kichota, atakującego rycerskość tak, jak rycerstwo atakowało wiatraki. Jego Sancho Pansą był Sidney Webb. Jeśli owi paladyni bronili jakiegoś zamku, to był nim urząd pocztowy. Czerwona skrzynka pocztowa była niewzruszoną twierdzą, która powstrzymała niszczycielską siłę kapitalistycznego indywidualizmu. Biznesmeni, którzy mówili, że państwo nie może niczemu podołać, byli zmuszeni przyznać, że powierzali państwu wszystkie swoje służbowe listy i telegramy.

Okazało się więc, że nie było konieczne, by jeden urząd pocztowy konkurował z innym, wysyłając bardziej różowe znaczki albo bardziej uroczych listonoszy. Nie było konieczne, z punktu widzenia efektywności, żeby pani naczelnik poczty kupowała jednopensowe znaczki za pół pensa i sprzedawała je za dwa pensy, żeby targowała się z klientami o cenę przekazu pocztowego albo żeby zawsze ogłaszała przetarg na telegramy. Państwo zaspokajało potrzeby obywateli; z pocztą radziło sobie co najmniej dobrze. Choć, rzecz jasna, nie zawsze było wzorowym pracodawcą, to podobnymi metodami można było to naprawić. Nic nie stało na przeszkodzie, by dyrektor generalny poczty i listonosz dostawali godziwą, a nawet jednakową pensję. Należało jedynie rozciągnąć tę zasadę odpowiedzialności publicznej, a bylibyśmy wolni od wszelkiej niepewności, która dręczy ludzkość ekonomiczną nierównością i niesprawiedliwością. Jak to ujął pan Shaw: „Człowiek musi najpierw obronić honor społeczeństwa, zanim będzie mógł obronić własny”.

Taki był argument jednej ze stron: uważano, że ta zmiana usunie nierówność. Druga strona miała jednak odpowiedź. Najlepiej można by ją wyrazić, zestawiając wraz z urzędem pocztowym inną wzorową instytucję, która nawet bardziej przypomina idealną republikę pozbawioną konkurencji i prywatnego zysku. Dostarcza ona swoim obywatelom nie tylko znaczki, ale ubranie, żywność, dach nad głową i wszystko, czego potrzebują. W tym wszystkim zachowuje w znacznym stopniu równość, zwłaszcza jeśli chodzi o ubranie. Nie tylko nadzoruje listy, ale wszystkie inne ludzkie formy komunikowania się, zwłaszcza te złe, które psują dobre obyczaje. Tę wzorową bliźniaczą instytucję poczty nazywamy więzieniem. Projekt wzorowego państwa był bowiem w dużej mierze postrzegany przez jego przeciwników jako projekt wzorowego więzienia, które było dobre, bo jednakowo wszystkich karmiło, ale złe, bo jednakowo wszystkich więziło.

Lepiej jest być w złym niż w dobrym więzieniu. Z punktu widzenia więźnia nie jest to wcale paradoks, choćby dlatego, że ze złego więzienia łatwiej jest uciec. Poza tym stare, brudne i skorumpowane więzienie jest z wielu powodów lepsze także dlatego, że można przekupić strażników, by przynosili alkohol i pić go z innymi współwięźniami.

Dokładnie na tym polega różnica między obecnym i proponowanym systemem. Nikt godny uwagi nie ocenia dobrze obecnego systemu. Kapitalizm jest skorumpowanym więzieniem. To najlepsze, co można powiedzieć na jego obronę. Jest to rzeczywiście pewna zaleta, bo w skorumpowanym więzieniu człowiek czuje się trochę bardziej wolny niż w kompletnym więzieniu. Istnieją bardziej i mniej pobłażliwi strażnicy, tak samo jak bardziej i mniej życzliwi pracodawcy; w przypadku tych drugich można przynajmniej dokonać wyboru między tyranami. W socjalizmie jednak spotykamy na każdym kroku tego samego tyrana. Pan Shaw i inni socjaliści przyznali, że w praktyce państwo ma być rządzone przez wąską grupę. Wszyscy niezależni ludzie, którzy nie będą lubić tej grupy znajdą na końcu każdej ulicy czekającego na nich wroga.

W skrócie można zatem powiedzieć o socjalizmie, że jego zwolennicy widzieli w nim coraz większą równość, a wrogowie coraz mniejszą wolność. Jedna strona mówiła, że państwo może zapewnić wszystkim domy i żywność; druga odpowiadała, że tylko poprzez urzędników państwowych, którzy będą przeprowadzać inspekcje domów i regulować posiłki. Osiągnięty ostatecznie kompromis był jednym z najciekawszych i najdziwniejszych przypadków w historii. Postanowiono wprowadzić wszystko to, co kiedykolwiek w socjalizmie krytykowano, a nic z tego, czego się po nim kiedykolwiek spodziewano.

Ponieważ socjalizm miał rzekomo wprowadzić równość kosztem wolności, przystąpiliśmy do udowadniania, że można poświęcić wolność, nie zyskując równości. Nie podjęto żadnej próby osiągnięcia równości, a najmniej ekonomicznej równości. Podjęto jednak bardzo energiczne wysiłki na rzecz wyeliminowania wolności za pomocą ingerencji i całkiem nowego zestawu prymitywnych przepisów. Ale to nie państwo socjalistyczne kontrolowało niczym dzieci albo nawet skazańców tych, których karmiło. To państwo kapitalistyczne nękało jak banitów i ludzi zrujnowanych tych, których podeptało i opuściło. Co mądrzejszym socjologom przyszło do głowy, że łatwiej będzie jednak przystąpić od razu do rzeczy, to znaczy do ciemiężenia społeczeństwa, bez uciążliwej potrzeby wcześniejszego utrzymywania go. W końcu przeprowadzenie inspekcji domu, którego się nie pomogło zbudować, nie było niczym trudnym. Przy dużym szczęściu można było nawet przeprowadzić inspekcję domu i nie dopuścić do jego zbudowania. Wszystko to jest opisane w dokumentach dotyczących problemów mieszkaniowych. Ludzie z tego okresu kochali bowiem problemy i nienawidzili rozwiązań. Łatwo było ograniczyć dietę, nie dając obiadu. Wszystko to można znaleźć w dokumentach dotyczących tak zwanych reform antyalkoholowych.

Krótko mówiąc, ludzie zdecydowali, że nie da się zrealizować żadnych dobrych założeń socjalizmu, ale pocieszyli się tym, że zrealizowali wszystkie złe. Całą tę oficjalną dyscyplinę, co do której nawet sami socjaliści odnosili się z rezerwą albo przynajmniej musieli jej bronić, przejęli w całości kapitaliści. Do dawnej plutokratycznej tyranii państwa kapitalistycznego dodali całą biurokratyczną tyranię państwa socjalistycznego. Najważniejszy jest fakt, że w najmniejszym stopniu nie zmniejszyła ona nierówności państwa kapitalistycznego. Zniszczyła jedynie osobiste swobody, które pozostawały jeszcze jego ofiarom. Nie umożliwiła każdemu obywatelowi zbudowania lepszego domu; ograniczyła jedynie domy, w których mógł mieszkać i sposób zdobycia utrzymania, zabraniając mu trzymać świnie i drób albo sprzedawać piwo i cydr. Nic nawet nie dodała do jego zarobków, za to część z nich zabrała - czy mu się to podobało, czy nie 1 i zamknęła w swego rodzaju skarbonce uważanej za apteczkę. Ludziom nie przysyła się do domów jedzenia dla dzieci; przysyła się im tylko inspektorów, by karali rodziców za to, że nie mają czym ich nakarmić. Nieważne, że mają kominek – będą ukarani za to, że nie mają ekranu kominkowego, którego nikt im jednak nie zapewni.

Prawdopodobnie ta nienormalna sytuacja ostatecznie przybierze postać państwa niewolniczego opisanego przez pana Belloca. Biedni zostaną zdegradowani do roli niewolników; równie dobrze można by powiedzieć, że awansują do roli niewolników. Oznacza to, że bardzo prawdopodobnie bogaci wcześniej czy później wezmą na siebie zarówno filantropijną, jak i tyrańską część umowy i będą karmić ludzi jak niewolników oraz polować na nich jak na banitów. Jednak dla celów mojego wywodu nie potrzeba się zagłębiać w ten proces aż tak daleko, ani w ogóle dalej, niż już zaszedł. Etap czysto negatywnej ingerencji, na którym się obecnie zatrzymaliśmy, sam w sobie sprzyja wszystkim tym eugenicznym eksperymentom. Kapitalista, którego na wpół uświadomiony sposób myślenia i postępowania uprościłem w przedstawionej w poprzednich rozdziałach historii, przekonuje się, że to niewystarczające rozwiązanie jest dla jego celów całkiem wystarczające. Od długiego czasu wydawało mu się, że musi powstrzymać lub zmienić niefrasobliwe podejście ubogich do prokreacji, która jednocześnie przewyższa jego potrzeby i ich nie spełnia. Ponieważ zdążył już przyzwyczaić się do ingerowania w różne rzeczy, zaczął też stosować negatywne ingerencje w sprawy płciowości, których dzisiaj mamy już bez liku. Dlatego zastanawiając się nad tą fazą socjalizmu wyciągamy ten sam wniosek, co w przypadku ideału wolności – oficjalnego hasła liberalizmu. Ideał wolności zagubiono, a ideał socjalizmu zmieniono, tak że stał się jedynie usprawiedliwieniem dla ucisku ubogich.

Wszystkie początkowe działania na rzecz ingerencji w najbardziej prywatne, domowe sprawy biednych miały wydźwięk negatywnej ingerencji. Ubogim matkom rozdawano na ulicach oficjalne pisma, w których całkowicie obcy człowiek zadawał tym przyzwoitym kobietom pytania, za które wśród dżentelmenów albo w krajach wolnych ludzi zostałby zabity. Były to pytania mające odnosić się do warunków macierzyństwa, ale rzecz w tym, że reformatorzy nie zaczęli od stworzenia tych ekonomicznych czy materialnych warunków. Nie próbowali w tym celu dawać ludziom pieniędzy ani własności. Oni nigdy nic nie dają – oprócz rozkazów. Inną, wspomnianą już, formą ingerencji jest porywanie dzieci pod najbardziej niewiarygodnymi pseudo-psychologicznymi pretekstami. Jacyś ludzie opracowali zbiór testów i podchwytliwych pytań, które mogłyby być zabawną grą przy rodzinnym kominku, ale które są raczej niewystarczającym powodem okaleczania i rozdzierania na kawałki rodziny.

Inni zainteresowali się beznadziejnym stanem moralnym dzieci urodzonych w warunkach ekonomicznych, których sami nie próbowali polepszyć. Bardzo dobrze rozumieli, że przestępczość jest chorobą, a swoje studia kryminologiczne prowadzili z takim zapałem, że otworzyli dom poprawczy dla małych chłopców, którzy chodzili na wagary; nie było jednak domu poprawczego dla owych naprawiaczy. Nie muszę chyba dodawać, że przestępczość nie jest chorobą. To kryminologia jest chorobą.

Na koniec można dodać coś, co przynajmniej jest jasne. Bez względu na to, czy zorganizowany industrializm wywrze pozytywny wpływ na eugeniczną rekonstrukcję rodziny, czy nie, to wiadomo, że już częściowo zniszczył rodzinę przez wspomniane ingerencje. Przybrał on formę kampanii na rzecz dostępności rozwodów, obliczonej przynajmniej na to, by przyzwyczaić masy do nowego pojęcia rozerwalności rodziny. Nie omawiam tu samego sedna problemu rozwodów, jak uczyniłem to gdzie indziej. Zauważam jedynie, że rozwód to jedynie jedna z tych negatywnych reform, którymi zastąpiono pozytywną ekonomiczną równość. Głoszono go z dziwaczną wesołością, jak gdyby to samobójstwo miłości było czymś nie tylko ludzkim, ale i radosnym. Nie trzeba jednak wyjaśniać ani z pewnością zaprzeczać, że dla udręczonych chorym industrializmem biednych utrzymanie małżeństwa było naprawdę trudne i nieraz poszczególni z nich znajdowali ulgę w rozwodzie. Industrializm unieszczęśliwia wiele małżeństw z tej prostej przyczyny, że unieszczęśliwia też wielu ludzi Wszystkie te reformy miały jednak na celu ratowanie raczej industrializmu niż szczęścia. Biedne małżeństwa musiały się rozwodzić, bo już wcześniej były podzielone.

Całym tym nowoczesnym zamętem rządzi ciekawa reguła, zgodnie z którą trzeba odrzucić dawny sposób używania danej rzeczy, jeśli nie pasuje do nowoczesnego sposobu jej nadużywania. Kiedy wśród pszenicy wyrośnie kąkol, największą bystrością i praktycznością okazuje się zawsze spalenie pszenicy i zwiezienie kąkolu do stodoły. A od kiedy wąż owinął się wokół kielicha i wpuścił truciznę do wina z Kany Galilejskiej, analitycy głowią się, jak zachować truciznę i wylać wino.

Gilbert Keith Chesterton  przekład: Maciej Reda

Powyższy fragment (Rozdział VII, str. 244-256) pochodzi z książki Eugenika i inne zło wydanej w 2011 r. nakładem Wydawnictwa Diecezjalnego i Dukarni w Sandomierzu. Zachęcamy do zakupu.

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.