Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 106 gości
S T A R T arrow Kościół arrow Malachi Martin arrow Wtajemniczenie - w świat doskonałego ekumenizmu
Monday 10 December 2018 23:05:55.26.
migawki
Mosbacher Żorżeta – persona non grata dla Polaków i w Polsce. Dostałem wiadomość, że w mediach - przykro rzec – reżimowych - jest CAŁKOWITY ZAKAZ informowania o poniższej petycji do Białego Domu. Bardzo więc proszę by każdy z Was umieszczał ten adres w pro-polskich portalach. Musimy babsko wyrzucić! MAŁO CZASU. 10 grudnia jest jedynie 5 tysięcy podpisów !!
Immediate dismissal of US Ambassador to Republic of Poland, Georgette Mosbacher, from her function

https://petitions.whitehouse.gov/petition/immediate-dismissal-us-ambassador-republic-poland-georgette-moshbacher-her-function

====================

Jest już później, niż myślisz: Cztery tygodnie super- obniżki cen na moje książki - z okazji Bożego Narodzenia 

W obu książkach są m.inn. proste argumenty matematyczne, fizyczne, geofizyczne przeciw zorganizowanemu kłamstwu i gwałtowi
prezentowanemu bezczelnie w COP24 na temat „Człowiek - sprawca katastrofy klimatu. Bankrutujcie, a PŁAĆCIE NAM !!”.
Zmiany klimatu, efekt cieplarniany; czy udział człowieka jest istotny? I czy jest udokumentowany? Trump ocenił:  "Porozumienie paryskie jest bardzo wadliwe, ponieważ podnosi ceny energii dla odpowiedzialnych krajów, jednocześnie wybielając jednych z najgorszych trucicieli". A przecież COP24 – to duży krok dalej ku przepaści!
 
W Y S Z U K I W A R K A
Wtajemniczenie - w świat doskonałego ekumenizmu Drukuj Email
Wpisał: Malachi Martin   
06.03.2012.

Wtajemniczenie - w świat doskonałego ekumenizmu

 

z książki Malachi MartinaDom Smagany Wiatrem”, str. 317, Antyk, 2012

 

[Paul Thomas Gladstone to narzucony z GÓRY młody sekretarz generalny Wspólnoty Europejskiej, Amerykanin. Pozostali  -to  władcy]

 

Kiedy w piątek, krótko po dziewiątej wieczorem, Paul Gladstone zameldował się w jerozolimskim Hotelu Króla Dawida, znalazł na portierni wiado­mość pisaną ręką Benthoeka: "Jeśli nie jest Pan zbyt zmęczony po długim locie, proszę zjeść ze mną i doktorem Channingiem kolację w hotelowej jadal­ni" To nie było zaproszenie towarzyskie, lecz polecenie służbowe. Paul kazał zanieść bagaże do swojego apartamentu, a sam udał się do jadalni.

 

- Ja to miło widzieć cię w Jerozolimie, Paul! - Benthoek promieniał życz­liwością staruszka, a zarazem tryskał energią. - Doktor Channing płonie z nie­cierpliwości, by cię poznać.

 

- To prawda, mister Gladstone - uśmiech rozjaśnił twarz Ralpha Chan­ninga okoloną starannie wypielęgnowaną brodą, gdy uniósł kieliszek z izrael­skim winem. - Witam serdecznie w Jerozolimie - Królowej Miast.

 

Paul nie ukrywał zdziwienia, słysząc to powitanie. Nie bardzo rozumiał cel tej całej pielgrzymki, niemniej nie spodziewał się powitania słowami mo­dlitwy żydowskiej z czasów Dawida.

 

Zresztą Channing wydał mu się sympatycznym człowiekiem. Profesor lubował się w akademickich perorach, zarazem jednak zdradzał szersze hory­zonty myślowe, wolny od prostackich uprzedzeń i gruboskórnej stronniczości. W trakcie rozmowy na temat pracy Paula w Brukseli profesor Channing mówił o WE jako o "tej kontynentalnej organizacji", za jej cel uznawał "Wielką Euro­pę", a społeczność narodów nazywał "naszą rodziną ludzką". Było to niezwy­kle sympatyczne.

 

Podobnie otwarty był w kwestiach religijnych.

 

- Pańska tradycja, mister Gladstone - przyznał wielkodusznie - od dłuż­szego czasu jest uosobieniem globalizmu. Mimo pewnych jeszcze pozostałości po minionych idiosynkrazjach, tradycja rzymskokatolicka jest bez wątpienia naszym najlepszym sprzymierzeńcem w tej końcowej fazie globalizacji naszej cywilizacji. Zgadza się pan ze mną?

 

Nie zważając na nieznaczne kiwnięcie głową Benthoeka, Paul zachował rezerwę. Z łatwością przyszło połączyć prawdę z dwuznacznością:

- Wszelkie błędy w praktykowaniu przeze mnie katolicyzmu, panie pro­fesorze, wynikały właśnie z owych idiosynkrazji. Zwłaszcza w zakresie moral­ności.

 

Ale Channing nie dał się zbyć półsłówkami.

 

- Będę z panem szczery. Czas ucieka. Lecz jest wiele możliwości owoc­nej współpracy dla stworzenia lepszego świata. Wielu naszych przyjaciół w Rzymie sądzi, że już najwyższy czas na zmiany. I mają nadzieję znaleźć wła­ściwe rozwiązanie - mówił Channing, przyznając zarazem, że są pewne kom­plikacje. - Jeśli chodzi o Watykan, zawsze występują komplikacje. Co się jednak tyczy pańskiej roli, sprawa jest prosta.

 

Tu Paul przeżył drugie zaskoczenie, dowiadując się ze zdziwieniem, że ma do odegrania jakąś rolę w sprawach watykańskich.

 

Channing rozumiał jego zdziwienie. - A może słyszał pan coś o działalno­ści słynnego kardynała Cosima Maestroianniego, który ostatnio ustąpił ze sta­nowiska sekretarza stanu? - kontynuował...

 

- Nie? Nie szkodzi. Chodzi o to - wyjaśnił spokojnie - że Jego Eminencja jest nie tylko jednym z nieocenionych przyjaciół Cyrusa Benthoeka, ale także przyjacielem jego, Channinga. Ponadto co do Europy przyszłości Jego Emi­nencja jest dokładnie tego samego zdania, co trzej ludzie zgromadzeni przy tym stoliku. Jego Eminencja zamierza poświęcić czas na emeryturze walce o dobro i uświadomienie biskupów katolickich w sprawach Wielkiej Wspólnoty Europejskiej.

 

- Nie zawaham się powiedzieć, że to uświadomienie jest bardzo na czasie - wtrącił się do rozmowy Benthoek. - Biskupi katoliccy są pozbawieni ducha współpracy w dziele realizacji idei Europy większej niż kiedykolwiek w prze­szłości. Myślę, że sprawi panu przyjemność wiadomość, iż pański brat będzie pracował w tym kierunku w ścisłej współpracy z kardynałem Maestroiannim.

 

- Christian?

 

Paul nie krył zaskoczenia. O ile wiedział, Chris chce skończyć doktorat na temat Ołtarza w Isenheim i jak najszybciej opuścić Rzym. A obecnie powi­nien wykładać w Nowym Orleanie.

 

- Widzę, że pana zaskoczyliśmy, mister Gladstone - powiedział słodko Channing. - Ale zapewniam pana, że pański brat pracuje obecnie w Rzymie. Myślę, że będziecie panowie mieli teraz częściej okazję się spotykać.

 

Niespodzianka numer trzy do reszty zbiła Paula z tropu. Nadal jednak nie rozumiał, co ma z nim wspólnego współpraca starszego brata z kardynałem Maestroiannim w projekcie edukacji biskupów. Cieszył się, że Chris wylądo­wał tak wysoko w Watykanie, ale...

 

Channing chciał rozwiać wątpliwości Paula, lecz ostrzeżony ostrożnym uniesieniem brwi Benthoeka, porzucił temat. Mimo całej swej błyskotliwości biedny uczony był niezbyt taktowny. Benthoek, wytrawny znawca ludzi i mistrz w zaprzęganiu ich do realizacji własnych planów, zwrócił uśmiechniętą i łagodną twarz do zdezorientowanego podopiecznego:

 

- Wszyscy - tu grymas w kierunku Channinga - musimy o tym pa­miętać, że mamy do dyspozycji tylko dwa dni. Jutro zajmiemy się szczegółami, kiedy będziemy nieco bardziej wypoczęci. Na dziś niechaj nam wystarczy wskazówka, że ta nasza wspólna pielgrzymka wiedzie tropem przyszłych ście­żek historii.

 

Paul spędził niespokojną noc. Znów nawiedziły go zmory szepcące "nigdy więcej", tak jak wtedy, po pierwszej rozmowie z Benthoekiem w Londynie.

Ale sobotni poranek zastał go wypoczętym i ciekawym dalszej rozmowy na wczoraj­szy temat. Ku jego niezadowoleniu Benthoek i Channing mieli inne plany.

 

- Wynajęliśmy limuzynę, mister Gladstone - poinformował zdawkowo Channing, zajadając jajka i popijając kawę.

 

- To prawda - pobłogosławił entuzjastycznie ten plan Benthoek. - Obie­całem panu pielgrzymkę i oto ona się zaczyna. Zaplanowaliśmy na dziś zwie­dzanie archeologicznych ciekawostek Świętego Miasta.

 

* * *

 

I tak oto rozpoczęła się wycieczka, która, jak wszystko na to wskazywało, została drobiazgowo zaplanowana. Oczywiście wszystko to już widział, po­dróżując wcześniej po świecie, lecz dzięki profesjonalnemu komentarzowi Channinga, w który Benthoek włączał się w charakterze jednoosobowego chó­ru greckiego, zaczął patrzeć na wszystko z głębszym zrozumieniem.

 

W towarzystwie tych dwu nietuzinkowych ludzi Paul przeżył na nowo wyprawę Abrahama do góry Moria, gdzie Bóg dał mu obietnicę dwa tysiące lat przed Chrystusem. Pod ich przewodnictwem zaczął patrzeć na pozostałości Miasta Króla Dawida z wyzwalającą świeżością umysłu. Wraz z nimi stał pod murem starożytnej Świątyni; zwiedził słynny tunel wodny króla Ezechiasza wydrążony w skale Wzgórza Ofel; w Świątyni Księgi przeglądali rękopisy z Qumran nad Morzem Martwym; Na Starym Mieście podziwiał wraz z nimi tajemniczą litą Złotą Bramę, przez którą, jak niektórzy wierzą - wyjaśniał Channing - Mesjasz ma wejść do Jerozolimy w Dniach Ostatecznych.

 

- Jak pan widzi - rzekł do Paula profesor Channing, kiedy cała trójka skierowała się do czekającej limuzyny - ostatecznie może my wszyscy jeste­śmy świadkami narodzin nowego nieba i nowej ziemi.

 

- Czasów - wtórował mu Benthoek - gdy narody przekują miecze na lemiesze.

 

Mimo wielu takich uwag i mimo że otwierały one pole do wznowienia rozmowy z poprzedniego wieczora, Paul, zdumiony i rozczarowany, nie był w stanie nakłonić towarzyszy do podjęcia interesującego go tematu. Nawet wte­dy, gdy zasiedli w hotelu do spóźnionego lunchu, Benthoek i Channing ani na chwilę nie odrywali myśli od owej pielgrzymki.

 

- Żałuję - mówił Channing - że czas, jaki mamy do dyspozycji, nie po­zwoli nam zwiedzić innych, niesłychanie interesujących miejsc.

I tu, chcąc nadrobić brak czasu, profesor zaproponował im pielgrzymkę mentalną. Słuchając jego opowieści, Paul uspokoił się, a jego niezadowolenie zni­kło. Jego umysłem owładnął jakiś nowy rodzaj czci i respektu, niepodobny do po­bożności, jaką znał z dzieciństwa spędzonego w Domu Smaganym Wiatrem. Czuł, że ta ziemia jest święta z powodu czegoś więcej niż tylko jej świętej historii. Z powodu czegoś, co Benthoek i Channing starają się mu przybliżyć.

 

Ale Channing nie chciał być tylko przewodnikiem w tej pielgrzymce wyobraźni. Domagał się od Paula komentarzy, opinii, prowokował wspomnie­nia. Jednym słowem pragnął zawładnąć jego duszą.

 

- Choć nie jestem chrześcijaninem - zwrócił się w pewnej chwili do Chri­stiana - muszę przyznać, że Jezus historyczny był największym nauczycielem wszystkich czasów. Dosłownie obszedł całą ziemię, czyniąc dobro wszystkim bez wyjątku, jak o tym opowiada wasza Biblia. Bez wątpienia został on posła­ny przez Opatrzność. Każdy inteligentny człowiek musi to przyznać. Mając to na uwadze postanowiliśmy z Cyrusem odwiedzić jeszcze jedno miejsce w ra­mach dzisiejszej pielgrzymki. Miejsce to każdy z nas już widział, lecz winni­śmy zobaczyć je we trzech.

 

Paula nie zdziwiło wcale, gdy znalazł się wraz z dwoma towarzyszami w Kościele Grobu Pańskiego. Tam, w miejscu, gdzie zostało złożone Ciało Chry­stusa Ukrzyżowanego, uderzył go smutek w głosie Channinga, gdy ten mówił o niesnaskach między przedstawicielami różnych wyznań chrześcijańskich, którym powierzono opiekę nad Grobem Pańskim.

 

- Gorszące widowisko, prawda, mister Gladstone? Nawet w takim miej­scu katoliccy franciszkanie, prawosławni, mnisi koptyjscy i wszyscy inni rywa­lizują ze sobą, kto jest najgodniejszy, by strzec Grobu Chrystusa.

 

- Okropność - przyznał ze wstydem Benthoek - Naprawdę najwyższy to już czas, abyśmy się wszyscy zjednoczyli.

 

W drodze powrotnej do hotelu, gdy Channing zastanawiał się nad siłą tradycji i nad tym, że wszyscy ludzie religijni pragną przeżywać wciąż na no­wo to, co profesor nazwał "podstawowymi wydarzeniami tradycji", Paul miał poczucie prawdziwej przynależności, wybraństwa, poczucie koleżeństwa, dzie­lenia z towarzyszami ideałów i sympatii. Znikło gdzieś bezpowrotnie uczucie zaskoczenia i niepewności poprzedniego wieczora, w jego serce zstąpił błogo­sławiony, pełen zadumy spokój.

 

Kiedy tylko cała trójka wróciła do hotelu na kolację, rozmowa zeszła na właściwy cel, jaki dwaj towarzysze mieli wobec Paula Gladstone'a. Bo oto Channing zwrócił się do niego z władczym rzutem głowy:

 

- Mieliśmy nadzieję, że papież przeniesie uniwersalizm waszego Kościo­ła na prawdziwie globalny poziom. A co pan sądzi o obecnym papieżu?

 

- Mam mieszane uczucia. Z jednej strony wydaje się on ostatnim papie­żem dawnego typu. Ma jednak kilka cech takich, które chcielibyśmy widzieć o przyszłych papieży. Ogólnie rzecz biorąc postrzegam go jako zjawisko przej­ściowe.

 

- Bardzo interesująca opinia - przyznał Channing, przejeżdżając ręką po rzadkich włosach - podobnie i my myślimy. Ale proszę mi powiedzieć, młody człowieku: co z panem w tym względzie? Czy pan również stoi jeszcze jedną nogą w czasach minionych?

 

- Nie bardzo rozumiem.

 

Paul zdawał sobie sprawę, że rozmówca narzuca kierunek rozmowy, tak jak przedtem narzucał kierunek zwiedzania Jerozolimy. Nie przeszkadzało mu to, lecz jeszcze się w tym gubił.

 

- A zatem uściślę swoje pytanie - powiedział ochoczo Channing. - Obaj z Cyrusem stwierdziliśmy, że szybko opanował pan arkana swego nowego stanowiska. Cieszy się pan doskonałą opinią zarówno ministrów spraw zagranicznych, jak i komisarzy. Moje pytanie dotyczy tego, czy jest pan gotów przejść na inny poziom rozumienia spraw. Czy jest pan gotów podjąć konkretne zada­nia związane z naszymi wysiłkami na rzecz stworzenia globalnej cywilizacji. Oczywiście może pan doskonale wypełniać swoje brukselskie obowiązki bez tego przejścia. Wielu pańskich poprzedników tak czyniło, a w nagrodę otrzy­mywali bardziej zielone pastwiska. Zwyczajne, ale bardziej zielone.

 

W rzeczy samej Paulo tych właśnie zielonych pastwiskach myślał, ale wolał się do tego nie przyznać.

 

- Albo też - ciągnął Channing - może pan wybrać uprzywilejowany ob­szar wiedzy i kooperacji tych, którzy kierują tym globalnym procesem. Wyma­gałoby to pewnego obiektywizmu z pańskiej strony. Niezależności sądu. Cyrus i ja nie chcemy pana niepotrzebnie indoktrynować - to zawodowe kłamstwo przeszło mu gładko przez usta. - Z tego, co widzę, ma pan wszelkie dane po temu, żeby nie powiedzieć więcej.

 

- Zgadzam się w zupełności! - zawołał z uśmiechem Benthoek. - Ale mo­że czas już wyłuszczyć jasno sprawy naszemu młodemu współpracownikowi? - tu Benthoek zwrócił się do Paula niby dyrygent do orkiestry. - Otóż podobnie, jak w WE cenią wysoko pańskie zalety, tak też zalety pańskiego brata jako wy­kładowcy i duchownego są wysoko cenione przez jego watykańskich zwierzchników. I otóż tak się składa, że mój przyjaciel kardynał Maestroianni powierzył księdzu Gladstone'owi niezwykle delikatną i ważną misję. Misję, którą żywotnie zainteresowanych jest wiele wpływowych osób.

 

Nie było wątpliwości, że Benthoek zalicza do tych wpływowych osób siebie i Channinga. Co jednak dziwiło Pula, to to, że Benthoek zdawał się zali­czać do nich także jego samego i jego brata.

Świadom swojej przewagi - w rzeczy samej przybył do Jerozolimy po to, by ją utwierdzić - Cyrus pochylił się do przodu i tonem poufałym wyjaśnił, że pracując dla Europy ksiądz Christian Gladstone będzie potrzebował pomocy Paula w sprawie niektórych biskupów.

 

- Ułatwienia w pozyskiwaniu pożyczek bankowych i hipotecznych, konsul­tacje w sprawie własności gruntowej, ulg podatkowych i tak dalej. Pozwolę sobie nakreślić scenariusz pańskich działań, tak jak to sobie wyobrażam: pańskie bliskie kontakty z europejską Radą Ministrów pomogą księdzu Christianowi w zaspoka­janiu potrzeb biskupów. Wyobrażam sobie, że ci z kolei dzięki tym przysługom będą nastawieni przychylnie do ministrów i przychylnie do współpracy na rzecz naszego wielkiego ideału stworzenia Wielkie Wspólnoty Europejskiej. A także przychylnie nastawieni do idei przeprowadzenia Kościoła przez tę przejściową fazę, jak pan to słusznie określił, pod wodzą aktualnego papieża.

 

Paul słuchał uważnie. Choć w rozumowaniu Benthoeka było kilka luk i niejasności, ucieszyła go wiadomość, że Christian był najwidoczniej o wiele pozytywniej niż przypuszczał nastawiony do globalizacyjnych trendów świa­towych. Miał jednak wątpliwości. To, że europejscy ministrowie mieli o nim wysokie mniemanie jako o sekretarzu generalnym, to jedna sprawa. Ale wątpił, by ci wpływowi ludzie ot tak sobie oddawali przysługi opisane przez Bentho­eka takiemu jak on nowicjuszowi. W każdym razie nie w tak rutynowy sposób, jak to sobie wyobrażał Benthoek, a przede wszystkim nie na korzyść Rzymu. Takie drzwi nie otwierają się ot tak sobie, chcąc nie chcąc.

 

Dając wyraz tym właśnie rozważaniom, Paul chcąc nie chcąc otworzył drzwi do swego własnego ostatecznego uwiedzenia. Bo teraz nic już nie stało na przeszkodzie, by zaczął kultywować w sobie ducha podatnego do zrealizo­wania tych wyzwań, jakie dawało mu stanowisko sekretarza generalnego Wspólnoty Europejskiej.

 

Odbijając piłeczkę, Benthoek podjął pozornie nowy temat, który zasko­czył Paula równie jak fakt, że szef zaczął mówić mu po imieniu.

 

- Razem z profesorem Channingiem zaprosiliśmy cię tutaj, Paul, właśnie po to, by otworzyć przed tobą wiele drzwi. Drzwi wiodących do współpracy, zaufania i wspólnoty interesów. Chcieliśmy też spotkać się z tobą właśnie w tym czasie i w tej części świata, ponieważ właśnie tu i teraz odbywa się zgro­madzenie najbardziej prestiżowej Loży świata. Czy wiesz o tym, Paul, że wielu wysoko postawionych dostojników Kościoła należy do Loży?

 

Paul zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią.

 

- Tak. Ale utrzymuje się wciąż oficjalna niechęć Kościoła do masonerii.

 

Profesor Channing natychmiast skorygował jego wypowiedź:

- Jedynym liczącym się czynnikiem tej niechęci jest obecny Ojciec Święty. Ale - jak to słusznie zauważyłeś - jest on ostatnim z papieży dawnego typu.

 

Benthoek znów nachylił się do Paula z ojcowskim uśmiechem na twarzy.

- Wraz z profesorem Channingiem postanowiliśmy przyjąć cię do naszej małej wspólnoty. Bo przecież należysz teraz do rodziny, chłopcze. Dzisiaj stali­śmy się wszak członkami jednej rodziny.

 

Tymi słowami i całym potokiem innych gładkich sformułowań Benthoek pogratulował Paulowi niebywałego szczęścia bycia zaproszonym jako gość na posiedzenie Wielkiej Loży Izraela. Zaznaczył, że w najbliższych tygodniach Paul dowie się więcej na temat tego zgromadzenia. N a razie wystarczy powie­dzieć, że mimo iż jest to loża młoda - została założona w roku 1953 - należy do Wielkiego Wschodu i działa według rytu York pod Najwyższą Kapitułą Kró­lewskiego Sklepienia wraz z jego odpowiednimi stopniami, a także Najwyższą Radą Lóż Rytu Szkockiego AAA Perfekcji, Kapituły, Areopagu i Konsystorza.

 

Nazwy te nic nie mówiły Paulowi. Urzekł go jednak podtekst wypowie­dzi Benthoeka. W jego tak łatwo zapalnej duszy zaświtała myśl, że został we­zwany do tego starożytnego miasta nie po to, by przyglądać się zakurzonej przeszłości, ale po to, by zagłębić się bez reszty w całkowicie nowy sposób życia. Miał oto dołączyć do uprzywilejowanej grupy ludzi zaangażowanych w budowę Nowego Jeruzalem. Dołączy do wąskiej grupy osób, które w każdej chwili mogą i chcą otwierać dla siebie nawzajem drzwi, działając dla wyższych celów. Rozpocząć osobistą zawrotną karierę.

 

Benthoek mówił dalej, a każde jego słowo potwierdzało przeczucia Paula.

 

- Dzisiejszy dzień pokazał nam, Paul, jak ważna jest braterska miłość wszystkich ludzi dobrej woli. To jest dobra nowina z Betlejem, dobra nowina kal­waryjska. Lecz przekonaliśmy się u stóp Krzyża - w Kościele Grobu Pańskiego ­jak bardzo umyka współczesnemu zapracowanemu człowiekowi ta nowina.

 

Współpraca z tobą - ciągnął z emfazą - napawa mnie dumą (profesor Channing z pewnością jest tego samego zdania), a to z powodu twojego uni­wersalistycznego spojrzenia, jakie nam ukazałeś. Jest to bowiem istota naszej wizji, esencja naszego życia. Zaszedłeś daleko, mój młody przyjacielu. Zaled­wie miesiąc temu rozmawialiśmy w Londynie o tym, jak to jest, gdy opusz­czamy życie w dolinie i zaczynamy stąpać po szczytach gór. A tymczasem już dziś zostałeś wezwany na takie wyżyny, gdzie nie ma już rywalizacji różnych wyznań. Żadnych uroszczeń pierwszeństwa, specjalnych przywilejów czy reli­gijnego ekskluzywizmu. Jutro wraz z profesorem Channingiem zaprosimy cię na spotkanie, które będzie ukoronowaniem naszej pielgrzymki. Zabierzemy cię na tę najwyższą górę, gdzie wszyscy wyznają tę samą moc i autorytet pośród ludzi. Wprowadzimy cię w świat doskonałego ekumenizmu.

Tu Cyrus zamilkł na chwilę, pochylając się nad Paulem, tak jakby los te­go wspaniałego świata, który właśnie opisał, zależał od jego odpowiedzi.

 

- Czy zechcesz wejść z nami na sam szczyt?

 

W tej chwili Paul nie słyszał już zupełnie głosów demonów "nigdy wię­cej". Nie było też w jego duszy ani śladu paniki czy wyrzutów sumienia, jakie odczuwał jeszcze w Londynie. Miał ochotę głośno wykrzyczeć swoją zgodę. Nie zdawał sobie sprawy, że wyrażając zgodę, w rzeczywistości wyraził zgodę na współpracę z bratem w kwestii uzyskania Wspólnej Opinii Biskupów skie­rowanej przeciwko słowiańskiemu papieżowi.

 

- Pójdę z panem. Z największą ochotą.

 

***

 

Zaproszenie na szczyt okazało się nie tylko zwrotem retorycznym.

 

- Aminadab - wyrzekł Ralph Channing, gdy następnego ranka trzej Ame­rykanie opuszczali hotel - to jeden z najwyższych punktów okolic Jerozolimy.

 

- Szkoda, że pogoda się psuje - zauważył Benthoek, spoglądając w niebo. - Nie zobaczymy Synaju ani Jordanu, ani Morza Śródziemnego. Ale mamy za to doskonałego kierowcę, który zawiezie nas bezpiecznie na miejsce przezna­czenia i z powrotem do domu.

 

Ów doskonały kierowca dżipa z napędem na cztery koła - Izraelczyk, który mówił po angielsku z akcentem oksfordzkim i przedstawił się jako Hal ­przywitał pasażerów ostrzeżeniem:

 

- Proszę zapiąć pasy, panowie, gdyż przez cały czas będziemy jechać bardzo stromo pod górę.

 

Po łagodnym zboczu dostali się na stromą błotnistą drogę. Biorąc pod uwagę stan drogi i pogarszającą się pogodę, nie można się było spodziewać zbyt szybkiej jazdy. W spinali się coraz wyżej, droga ginęła w kłębach gęstej mgły. Paulowi wydawało się, że jakaś pierwotna siła wymodelowała skały i głazy na kształt ruin świątynnych, rozkraczonych mastodontów i dziwacznych skamieniałych potworów. Tylko czasem, gdy pasmo mgły przerywało się na­gle, widział daleko w dole żyzne doliny.

 

Kiedy dojeżdżali do Aminadab, burza rozszalała się na dobre. Ciężkie tumany mgły, suchy trzask piorunów, błyskawice rozświetlające czarno szare kontury otoczenia sprawiały wrażenie, jakby jakiś starożytny bóg gniewał się na ich przybycie, wrogi wszystkiemu, co ludzkie, przyjemne, uporządkowane. Nagle, gdy droga wyprowadziła ich na prawie płaski teren, w jednej chwili przez mgły i chmury przebiło się słońce, ozłacając niebo swym blaskiem.

 

- Widzicie! - Benthoek wpadł w doskonały humor. - Niebiosa uśmiechają się do nas w Aminadab. Wszystko będzie bardzo dobrze.

 

W tej promiennej chwili Hal skręcił swoim dżipem, objeżdżając wystają­cą skałę, zjechał kilkaset metrów łagodnie w dół, dowożąc ich bezpiecznie do małej osady drzemiącej spokojnie na szczycie wzniesienia.

 

Paul rozejrzał się rozczarowany. Po cudach Jerozolimy widok był mało zachęcający. Parę chałupek z pustaków zgrupowanych wokół kilku bardziej okazałych budynków. Miejscowość wydawała się opustoszała, z wyjątkiem kilkudziesięciu samochodów parkujących obok najokazalszego budynku.

 

Hal zatrzymał się przed frontem budynku. Paul wysiadł i ruszył za Chan­ningiem i Benthoekiem do wejścia, gdzie profesor wskazał na tablicę umiesz­czoną nad drzwiami.

 

- Jak widzisz - zwrócił się do Paula - Gwiazda Dawida, krzyż i półksię­życ są tu wpisane w masoński emblemat cyrkla i węgielnicy. Wejdź z nami do środka, by ujrzeć ten prawdziwie ludzki cud.

 

Channing poprowadził ich schodami na górę, gdzie otwierał się widok na obszerne, skąpo umeblowane pomieszczenie zajmujące całą szerokość budyn­ku. Pośrodku pokoju umieszczony był przedmiot przypominający miniaturową arkę, wysoką na jakieś dwie stopy, szeroką na dwie stopy i długą na trzy stopy, spoczywający na błękitnej poduszce. Wokół arki na podeście umieszczone były lichtarze z zapalonymi świeczkami. Ogromnych rozmiarów rozłożona Biblia zajmowała większą cześć pokrywy arki.

 

Przeciwległe węższe ściany pomieszczenia prawie na całej wysokości pokryte były czarnymi aksamitnymi zasłonami; po jednej stronie srebrny haft przedstawiał emblematy judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, po przeciwnej ­cyrkiel i węgielnicę. Wzdłuż dłuższych ścian umieszczono po trzy rzędy ławek kościelnych. Kiedy Paul wszedł do środka, mając po obu bokach Channinga i Benthoeka, mężczyźni siedzący w ławkach w milczeniu lustrowali nowo przy­byłych. W pewnej chwili do przodu wysunął się mężczyzna o łagodnej twarzy.

 

- Witajcie, bracia - rzekł otwierając szeroko ramiona zwracając się do Channinga, a następnie do Benthoeka.

- Zechciej, bracie, powitać także pana Paula Thomasa Gladstone'a - rzekł profesor Channing, spoglądając uroczyście na Paula. - Mister Gladstone, mam zaszczyt przedstawić panu Szloma Goszena -Gottsteina, Suwerennego Wielkie­go Komandora.

 

- Witamy pana serdecznie w naszym gronie, mister Gladstone - wyrzekł wielkodusznie Wielki Komandor. - Proszę was, zajmijcie miejsca pośród nas.

 

Usiadłszy na swoim miejscu pośrodku pokoju naprzeciwko arki, Wielki Komandor zwrócił się do Paula.

 

- Jak pan zapewne wie, nasza Loża została założona w roku 1953, pięć lat po utworzeniu państwa Izrael. Obecnie składa się ona z siedemdziesięciu pięciu lóż masońskich działających w trzech różnych rytach i ośmiu językach: hebrajskim, arabskim, angielskim, francuskim, niemieckim, rumuńskim, hisz­pańskim i tureckim. Mężczyzn siedzących tutaj łączą wysiłki na rzecz propa­gowania dobrej nowiny masońskiej. Są to hasła miłości braterskiej, pomocy i prawdy. W ten sposób budują mosty między sobą i swymi narodami.

 

Jeden po drugim, bez pośpiechu, wstawali przedstawiciele różnych tra­dycji, witając Paula uroczyście jako prawomocnie wprowadzonego brata.

 

- Ja jestem Lew Nataniahu - przedstawił się pierwszy. - Bóg Izraela jest Jedynym Bogiem. Przyjmij nasz braterski uścisk, Paulu Thomasie Glads­tone'ie.

 

Ja jestem Hasan EI-Obeidi - rzekł wstając drugi. - Bóg jest Jeden, a jego prorokiem jest Mahomet. Przyjmij nasz braterski uścisk, Paulu Thomasie Gla­dstone'ie.

 

- Ja jestem Michael Mannaux, ksiądz i mnich z zakonu benedyktynów ­pozdrowił neofitę trzeci mężczyzna. - Bóg tak ukochał świat, że posłał Swego Syna, by założył Kościół pośród ludzi. Przyjmij nasz braterski uścisk, Paulu Thomasie Gladstone'ie.

 

W tej chwili jakby łuski spadły z oczu duszy Paula. Doznał prawie za­wrotu głowy, kiedy, ogarnięty wewnętrznym pokojem, zrozumiał, że wszystkie religie stanowią jedno. Zrozumiał powody ich różnorodności, a nawet powody ich wzajemnej opozycji. W tym ostatecznym momencie swego uwiedzenia nie znajdował słów ani obrazów pozwalających wyrazić to nowe zrozumienie. Lecz był teraz tak samo wyniesiony ponad partykularyzmy katolików, prote­stantów, żydów i muzułmanów, jak Aminadab było wyniesione ponad Święte Miasto Jerozolimę. Nigdy dotąd nie czuł się tak bliski Bogu i bliźnim. I nigdy dotąd nie znał tak bezpiecznego portu dla swej duszy i istnienia.

 

Kiedy przebrzmiał głos ostatniego z witających go, Paul, przepełniony wewnętrznym szczęściem, powstając z miejsca obok swych dwu towarzyszy odrzekł pewnym głosem:

 

- Tak! Tak, przyjmuję wasze braterskie uściski!

 

Ta ceremonia oferowania i przyjęcia braterskiego uścisku została przy­pieczętowana krótkim rytuałem. Wielki Komandor zwrócił się do zgromadze­nia, by odpowiedziało na jedno jedyne pytanie:

 

- Czy jest jakikolwiek powód, by Paul Thomas Gladstone nie stał się jednym z nas?

 

- Nie - odrzekło jednym głosem zgromadzenie. - Nic nie przemawia przeciwko niemu.

 

- Mister Gladstone - tu Wielki Komandor skinął na Paula, by wystąpił do przodu. - W stosownym czasie i z zachowaniem właściwych rytuałów zostanie pan wprowadzony w bardziej formalny sposób. A na razie proszę wystąpić na­przód, uklęknąć, położyć rękę na Księdze Słowa i powtórzyć naszą prostą przysięgę.

 

Paul spostrzegł, że po jednej stronie arki wygrawerowana była pieczęć Wielkiej Loży Izraela. Lewa strona rozłożonej Biblii ukazywała pismo, pod­czas gdy prawa strona literę G wpisaną w masoński cyrkiel i węgielnicę. Kła­dąc jedną dłoń na każdej ze stron, Paul powtarzał za Wielkim Komandorem słowa przysięgi:

 

- Ja, Paul Thomas Gladstone, pomny, aby zawsze poczuwać się do po­krewieństwa z synami światłości, uroczyście potwierdzam akceptację tego za­proszenia. Tak mi dopomóż Bóg, Ojciec wszystkich ludzi.

 

- A Imię Jego Mądrość! - dokończył Wielki Komandor, pochylając głowę.

 

- Niech się tak stanie! - zabrzmiał chór zgromadzenia.

 

Teraz pozostawało tylko jedno. Oto Wielki Komandor potwierdził rolę, jaką młody sekretarz generalny przyjął na siebie w Jerozolimie i potwierdził także, iż te tak trudne do otwarcia drzwi, o których Paul mówił niecałe dwa­dzieścia cztery godziny wcześniej, nie będą już dla niego barierą.

- W tym dniu, bracie Gladstone, kiedy pył ziemi zdaje się osnuwać serca ludzi, ty będziesz kroczył w pokoju. Albowiem wkroczyłeś do Świątyni Poro­zumienia między wszystkimi ludźmi.

 

***

 

Znalazłszy się sam w swoim pokoju w Hotelu Króla Dawida, gdy jego bagaże czekały już w holu, Cyrus Benthoek poświęcił kilka minut, by zadzwo­nić do kardynała Maestroianniego na jego prywatny telefon w Collegio Minda­nao w Rzymie.

 

Jego Eminencja z zachwytem przyjął wiadomość o wspaniałym weeken­dzie, jaki jego stary przyjaciel spędził w Jerozolimie. Był zachwycony wiado­mością, że druga z jego amerykańskich strzał została nałożona na cięciwę.

 

==================

[doskonałe, łudzące podobieństwo między kardynałem Maestroiannim a Sekretarzem Stanu, Agostino kard. Casarolim, twórcą m. inn. polityki konwergencji Watykanu z Blokiem Wschodnim - czyż nie jest zaskakujące? Inne kto - jest kto - znajdzie Czytelnik osobno, pod adresem WHO'S WHO IN "WINDSWEPT HOUSE" czyli: http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=1822&Itemid=46 oraz na końcu książki Dom Smagany Wiatrem”. MD]

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.