Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 117 gości
S T A R T arrow Kościół arrow Lustracja, ujawnić PRAWDĘ arrow Podziały inne niż zwykle?
Thursday 03 December 2020 17:08:22.31.
migawki
 

12.12.2020 Dzień wielkiej modlitw różańcowej za Polskę – procesje różańcowe w naszych parafiach.

Wezwanie do postu i modlitwy w czasie Adwentu 2020 roku

Ci niby-rządzący - prezes, premier [nie liczmy dokooptowanych urzędników, jak Niedzielski itp.] w panice miotają się, zachowują się jak przerażeni idioci czy wariaci podczas pożaru na strychu, gdy schody już się spaliły. Piszą o tym nawet ich sojusznicy. Kto wie, co - czy kto - ich tak przeraża? [proszę o krótkie sugestie, ale bez sloganów].

=================

Połajanki w łże-prawicy: - W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, "miękiszonem", trzeba być twardym, trzeba potrafić dbać o interesy własnego kraju, Polski - mówił Ziobro w kontekście prowadzonych przez premiera Morawieckiego negocjacji wokół budżetu UE i mechanizmu praworządności.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Podziały inne niż zwykle? Drukuj Email
Wpisał: Konrad Turzyński   
12.03.2007.

Konrad Turzyński

Podziały inne niż zwykle?

17 stycznia 2007 r
<http://swkatowice.mojeforum.net/viewtopic.php?p=1577#1577 >

Dziewięciu dawnych działaczy "Solidarności" (Bogdan Lis, Władysław Frasyniuk, Konrad Bieliński, Ewa Milewicz, Mirosław Chojecki, Tadeusz Jedynak, Jerzy Borowczak, Andrzej Wielowieyski i Antoni Pietkiewicz) odznaczonych przez prez. Kaczyńskiego z okazji 26 rocznicy podpisania porozumień sierpniowych, wkrótce potem skierowało list do prezydenta, w którym wyrazili swoje zaniepokojenie tym, że "dokumenty tajnych służb PRL, stanowiące obecnie tzw. zasób archiwalny IPN, stały się przedmiotem szczególnie obrzydliwych manipulacji", a jako przykład podali "insynuacje pod adresem takich osób jak Zbigniew Herbert, Jacek Kuroń". W tym samym czasie arcybiskup lubelski ks. prof. Józef Życiński w kazaniu wygłoszonym w archikatedrze sprzeciwił się sugestiom, że "w przemianach lat osiemdziesiątych brali udział zdrajcy i kolaboranci", niepokoił się tym, że "zapiski SB traktowane i przedstawiane są jako prawda o polskich dziejach," zaś "zakompleksieni ludzie usiłują posługiwać się pomówieniami".

Po niespełna czterech miesiącach, gdy publicznie rozważano, czy ks. Wielgus był konfidentem bezpieki, ks. arcybiskup Życiński powiedział, że to "nie są oskarżenia, tylko pomówienia" i sugerował, że "reakcją na takie zachowanie powinien być bojkot niektórych mediów". W obronie dobrego imienia ks. prof. Wielgusa wystąpili bardzo różni ludzie, na przykład dwaj czołowi przywódcy polonii latynoamerykańskiej Jan Kobylański i Marek Lubiński. Pisali, że "za cel ataku wybrano kapłana-Polaka". Argumentacja bardzo osobliwa! Nie śmiem odmawiać Stanisławowi Wielgusowi przynależności do narodu polskiego. Jest na pewno Polakiem w tym sensie, że urodził się w polskiej rodzinie, na terenie Polski, a jego ojczystym językiem jest polszczyzna. Dobór tej akurat osoby jako przykładu Polaka (atakowanego jakoby właśnie dlatego, że jest Polakiem) jest jednak ― najdelikatniej mówiąc ― niefortunny. Ktoś, kto zaplątał się w kolaborację z antypolską władzą, naprawdę nie nadaje się do tego, aby go przedstawiać jako Polaka nie tylko w sensie beznamiętnie opisowym, ale także ― w sensie pozytywnie wartościującym! Autorzy owego oświadczenia nie dbają jednak o to: "nie chodzi o to, że abp. Wielgus podpisał dokument współpracy z SB". Skoro nie o to chodzi, to o co? Jeśli to jest nieważne, to nie ma przed czym bronić księdza arcybiskupa. Zaślepienie owych dwóch polonusów sięga tak daleko, że niejako mimochodem spostponowali właśnie... arcybiskupa Życińskiego: "abp Życiński [...] nie wstydzi się pisywać w jawnie antypolskiej i antykatolickiej »Gazecie Wyborczej«". Broniąc tego samego ks. Wielgusa jednocześnie strzelają do chwilowego sojusznika Życińskiego (zapewne ks. abp. Życiński również nie chciałby widzieć w tych dwóch ludziach sojuszników...).

Służba Bezpieczeństwa miała specjalne struktury zajmujące się zwalczaniem religii w ogóle, ale katolickiej ― w szczególności. Wobec tego człowiek, który jawnie służył Kościołowi, a potajemnie jego wrogowi, zasługuje na bardzo małe zaufanie, a nie na awans w Kościele. Zaś gdy chodzi o polskość Stanisława Wielgusa ― należy mieć na uwadze, że SB 2 razy w miesiącu wysyłała do Moskwy sprawozdania przeznaczone dla Połączonego Systemu Ewidencji Danych o Przeciwniku, w tym były także dane osobowe ludzi, których inwigilowała. Gdyby któregoś dnia Armia Czerwona udzieliła Polsce Ludowej tzw. "bratniej pomocy", to polowanie na "przeciwników" przez sowieckich łapaczy byłoby jeszcze łatwiejsze niż podczas tzw. "wyzwolenia", gdy enkawudziści aresztowali polskich patriotów, których adresy znali dzięki szpiegowskiej działalności PPR i Gwardii Ludowej. Jeśli zatem ktoś pracował w SB albo współpracował z nią, to działał przeciw Polsce, nawet gdyby w swej naiwności wierzył, że ― przeciwnie ― jego działanie jest "patriotyczne". Czy ks. Wielgus wiele zaszkodził? Nie sposób tego wiedzieć. Także on sam nie miał możliwości oceniać rozmiaru swojego szkodnictwa. Pamiętajmy, że ten konfident, którego informacje przed 30 laty przyczyniły się do pobicia ze skutkiem śmiertelnym Stanisława Pyjasa, zapewne przekazał tylko informację, że obserwowany obiekt wyszedł z tego a tego budynku i idzie po tej a tej ulicy. Mało prawdopodobne, aby esbek "od bicia" zwierzał się donosicielowi, jaki użytek za chwilę zrobi z jego donosu ― a nuż kapusia w ostatniej chwili ruszyłoby sumienie? Jednak skoro słynny TW "Bolek" w Stoczni Gdańskiej był w ewidencji konfidentów tylko pięć lat i pół roku, a TW "Adam" prawie cztery razy dłużej, to wniosek nasuwa się sam...

Bardzo nieprzekonująco wypadły kolejne sposoby reagowania ks. bp. Wielgusa na informacje o jego współpracy z bezpieką. Zachował się nie jak dojrzały mężczyzna, poważny człowiek i osoba światła, lecz jak uczniak, który nie przewidział, iż jego figiel wyjdzie na jaw, a skoro wydało się, to musi jakoś wyłgać się z tego. Nie tylko zupełnie niedyskutowalna "argumentacja" owych dwóch Polaków z Ameryki ?acińskiej, ale również to, co na swoją obronę powiedział sam zainteresowany, i co w pamiętnym kazaniu podczas niedoszłego ingresu wypowiedział ks. prymas Józef Glemp, nie brzmi przekonująco. Takim samym naciskom i pokusom byli poddawani różni ludzie ― w tym toruński prawnik, Jan ?opuski, obecnie emerytowany profesor UMK, który swoje przeżycia z tej dziedziny skomentował następująco: "Wyrażenie pod przymusem (najczęściej zresztą psychicznym) zgody na tajną współpracę z aparatem UB przez myślącego członka społeczeństwa o przeciętnej wrażliwości moralnej i w pełni świadomego roli tego aparatu, musiało być przez niego odczute jako poniżenie. [...] Zawsze podziwiałem dobre samopoczucie ludzi, co do których mogłem mieć przypuszczenie (graniczące z pewnością), że taki cyrograf podpisali. Niewątpliwie wynikało to trochę z ich przeświadczenia o trwałości sowieckiego imperium, którego częścią składową była PRL, co oznaczało, że za życia nie będą się musieli rozliczać z konfidenckiej przeszłości. [...] Moim zdaniem, jeżeli ktoś obecnie utrzymuje, że w okresie rządów stalinowskiego UB był zmuszony do podpisania zobowiązania współpracy z UB, to ― poza zupełnie wyjątkowymi przypadkami ― mija się z prawdą. [...] podpisanie zobowiązania do współpracy z kontrwywiadem czy wywiadem, to nie pogardzane »kablowanie« na kolegów w zakładzie pracy, ale zajęcie, które może być nawet nobilitujące, Można by się z tym nawet zgodzić, gdyby chodziło o współpracę z wywiadem lub kontrwywiadem własnego, suwerennego państwa, ale nie ze służbami specjalnymi, ściśle powiązanymi i podporządkowanymi służbom specjalnym obcego mocarstwa, które nasz kraj zniewala. Przyjęcie takiego zobowiązania było więc wyrażeniem zgody na działanie sprzeczne z narodowym interesem Polski, [...] Jeżeli więc dzisiaj próbuje się lekceważyć podpisanie SB »jakiegoś świstka« lub paru bliżej nieokreślonych »świstków«, to takiemu rozmydlaniu sprawy należy się kategorycznie sprzeciwić. Dorosły człowiek wie chyba, co podpisuje, a ważna była treść tego świstka." ("Nie byłem konfidentem", "Tygodnik Solidarność" nr 35 i 36 z 1992 r.)

Żale nad "kamienowaniem" albo wręcz "krzyżowaniem" ks. prof. Wielgusa, wypowiadane przez duchownych i świeckich katolików sympatyzujących z jego poglądami, brzmią podobnie mało przekonująco (dla mnie) jak słowo "nienawiść", bardzo często używane przez przeciwników lustracji "Macierewiczowskiej" (mam na myśli także ― ale nie tylko ― słynny wiersz Wisławy Szymborskiej wydrukowany w "Gazecie Wyborczej" w czerwcu 1992 roku).

Smutny rekord niekonsekwencji w związku z tą sprawą należy jednak chyba do świeckich katolików ― tych, którzy na uroczystość niedoszłego ingresu przybyli z nastawieniem bronienia ks. bp. Wielgusa bez względu na wszystko. Ich okrzyki "chcemy biskupa Polaka!", świadczyły o tym, że zupełnie nie uważali na czytania mszalne podczas owej Niedzieli Chrztu Pańskiego, a w każdym razie ― na czytanie drugie, które zaczyna się od słów: "Wtedy Piotr przemówił w dłuższym wywodzie: »Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.«" (Dz. Ap. 10:34-35). Zresztą, aby ich okrzyk usprawiedliwić, nie wystarczyłoby zatkać uszy na te słowa pierwszego papieża zawarte w "Dziejach apostolskich" ― trzeba by jeszcze ponadto założyć, że Kościół jest instytucją demokratyczną (a nie hierarchiczną), w której na urząd arcybiskupi w Warszawie kandyduje pewien Polak ― przeciwko pewnemu nie-Polakowi albo pewnym nie-Polakom. Jednak oczekiwanie demokratyzmu od Kościoła nie przystoi katolikom, zwłaszcza zaś ― tym konserwatywnie nastawionym...

Owi dzielni zamorscy obrońcy ks. prof. Wielgusa zapewne nabrali(by) wody w usta, gdy(by) chodziło o ks. prof. Czajkowskiego, który, owszem, reprezentuje odmienne, "postępowe" skrzydło w Kościele. Kiedy noga powinęła się "postępowemu" księdzu, to można być cicho, albo nawet sugerować, iż on właśnie dlatego taki postępowy, że "oficer prowadzący" ku temu go skłaniał. Jasne, że gdy się jest ze skrzydła "postępowego" w Kościele, można mieć "równie dobre" (albo raczej ― "równie złe") powody, aby zachować się tak samo, lecz na odwrót: milcząco albo głośno wyrażać satysfakcję z kompromitacji duchownego, który jest znany jako "zachowawczy". Cóż jednak znaczy, gdy ktoś, sam będąc duchownym, unika tej satysfakcji w obu sytuacjach? Czy to szlachetność serca, która nie jest wrażliwa na barwę ideologiczną współbrata w kapłaństwie, czy tylko zwyczajne stanie "ponad podziałami", czy zaledwie pryncypialna antylustracyjność? Coś z tego zapewne ma miejsce w wypadku ks. prof. Józefa Życińskiego, arcybiskupa lubelskiego, który nie tylko oskarżeniami pod adresem ks. prof. Stanisława Wielgusa, ale także spostponowaniem pamięci (nie będącego człowiekiem religijnym) Jacka Kuronia przejął się podobnie mocno. Czas pokaże, co będzie dalej.

Zmieniony ( 31.03.2007. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.