Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 9 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Kultura II arrow "Kultura, głupcy! Przede wszystkim opanować kulturę"
Tuesday 02 June 2020 03:59:34.29.
W Y S Z U K I W A R K A
"Kultura, głupcy! Przede wszystkim opanować kulturę" Drukuj Email
Wpisał: Rafał Ziemkiewicz   
10.04.2012.

„Kultura, głupcy! Przede wszystkim opanować kulturę”

Czytać każdy może (jeśli tylko ma co)

Rafał Ziemkiewicz 07-04-2012, http://www.rp.pl/artykul/856120.html?p=1

Jak głosi historyczna anegdota, Antonio Gramsci, odwiedzany w więzieniu przez partyjnych towarzyszy, którzy informowali go o organizowanych tajnych strukturach, przygotowywanych strajkach etc., miał krzyczeć na nich: „Kultura, głupcy! Przede wszystkim musimy opanować kulturę, tylko przez kulturę zmienimy cały świat". I dziedzictwo Gramsciego okazało się trwalsze niż wszystkich innych komunistów. „Ojczyzna proletariatu" dawno zdechła, diabli wzięli Komintern, a rozmnożone potomstwo włoskiego komunisty nadal okupuje opiniotwórcze salony, dbając, aby kultura służyła lewicowej inżynierii dusz, i eliminując z niej twórców oraz dzieła, które temu celowi przeszkadzają.

Rozmawialiśmy o tym ostatnio w zacnym i wcale niejednomyślnym gronie, na panelu organizowanym przez Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczpospolitej i Stację Nowa Gdynia (które to ciekawe miejsce, jak sama nazwa wskazuje, znajduje się w Łodzi), o pisarzach, o których „nie trzeba głośno mówić" – zamilczanych, szkalowanych, rugowanych z głównego obiegu z uwagi na swą polityczną niepoprawność. Pojawił się w tej dyskusji ciekawy wątek poboczny. Im bardziej literatura, bo do niej się ograniczaliśmy, kolonizowana przez wnuczęta Gramsciego, poświęca się „pierekowce dusz", zamiast być tym, czym powinna – tym bardziej jest odrzucana przez czytelnika. By w końcu, jak widzimy to w naszym kraju, stać się literaturą bez czytelników, literaturą tworzoną i wydawaną za granty i stypendia fundowane przez podatnika (w III RP, mówiąc nawiasem, głównie przez podatnika niemieckiego) i wciskaną za pomocą nachalnej reklamy salonowych mediów.

Zwracałem tu uwagę na dwie charakterystyczne sprawy. Pierwszą jest niezwykle powszechny u pisarzy III RP syndrom „pierwsza książka jako taka, a potem już tylko gorzej". Proszę porównać „Gnój" Kuczoka z „Sennością" tegoż, „Lubiewo" Witkowskiego z „Drwalem", „Jest" Bieńkowskiego z „Biało-czerwonym", „Opowieści galicyjskie" Stasiuka z „Dziennikiem pisanym później" albo „Żydówek nie obsługujemy" Sieniewicza z fragmentem jego nowej, już otrąbionej jako wydarzenie książki, opublikowanym w „Krytyce Politycznej". Jeśli jeden czy drugi pisarz po obiecującym debiucie dołuje, to normalne, ale jeśli staje się to prawidłowością, sprawdzającą się w kolejnych wchodzących na scenę pokoleniach, to znak, że – mówiąc sławnym dialogiem Behemota i Korowiowa z „Mistrza i Małgorzaty" – do literackiej cieplarni dostała się jakaś zaraza. Zwłaszcza że widać wyraźnie, jak pisarze gubią talenty (i czytelników) w pogoni za narzuconą przez salon poprawnością, w chęci spełnienia oczekiwań recenzenta i mecenasa. I spełniają je, i dostają za to nagrody i kolejne stypendia, dotacje na tłumaczenia, obsypywani są zachwytami – ale nie da się ukryć, że to, co wychodzi im spod ręki, to coraz gorsze, coraz bardziej beznadziejne drewno.

Drugi charakterystyczny syndrom to zanik promocyjnej siły Nagrody Nike. U swego zarania pomysł wydawał się działać doskonale. Ogromne, jak na świat literacki, pieniądze i wsparcie medialnej potęgi Agory pozwoliły w oczach publiczności zrobić z tej nagrody wyrocznię, co należy czytać, aby uchodzić za inteligenta i człowieka na poziomie. Dla umocnienia „brandu" nagrodzono Miłosza za bodaj najsłabszą książczynę, jaka mu się trafiła w życiu, ale jury bało się widocznie, że następnej okazji już nie będzie – i niepolityczne wiersze Rymkiewicza, by pokazać (obłudnie – bo popatrzmy na coroczne listy nominacji), że jury nie operuje tylko w wąskim kręgu „swoich".

I z początku to działało. Książka nagrodzona Nike, nawet jeśli była tak nudna jak „Widnokrąg" Myśliwskiego albo tak słaba jak „Pod mocnym aniołem" Pilcha, sprzedawała się w stu tysiącach egzemplarzy. Raz, drugi, trzeci – i koniec. Obecnie Nagroda Nike praktycznie sprzedaży nie podnosi. Ludzie stracili ciekawość, co też jury uznało za najważniejsze i najlepsze. Znając większość  nagrodzonych dzieł, trudno się nie dziwić – przeciętny nabywca po zapoznaniu się z nimi musiał albo stracić wiarę w patronów oraz jury nagrody i to, czy aby na pewno wybrało ono z minionego roku dzieło najlepsze, albo, chcąc w sobie tę wiarę ocalić, stwierdzić – no cóż, jeśli to jest najlepsze, a do mnie ani trochę nie trafia, to po te gorsze na pewno nie mam co sięgać.

Polacy nie czytają, polska powieść współczesna nie trafia do nikogo. W Niemczech, Francji, w innych zachodnich krajach głośne powieści schodzą nierzadko w stu, dwustu, trzystu tysiącach. A u nas dziesiątki pozytywnych recenzji w wiodących mediach, rekomendacje, nagrody – i trzy, pięć tysięcy... Ten naród po prostu nie potrzebuje literatury, nie czyta". Tak się mówi i tak się słyszy.

Hm... Pamiętam, przed laty, gdy jeszcze zajmowałem się intensywnie fantastyką, z tą samą pewnością mówiło się, że literatura dla młodzieży umarła definitywnie i ostatecznie. Nie będzie już następców Bahdaja, Ożogowskiej czy Musierowicz, bo współczesna młodzież nie czyta, no, najwyżej esemesy. Szkoda fatygi, szkoda prób pisania dla nieistniejącego targetu. Tak twierdzili najwybitniejsi znawcy przedmiotu, nie tylko u nas, ale i na świecie. A potem pani Rowling napisała książkę o młodym czarodzieju, i młodzież na całym świecie zwariowała na jego punkcie – u nas sprzedaż każdego tomu sięgnęła bodaj czterystu tysięcy. [Ale ta pani też „tresowała” – w magii, bezkarności kłamania, szerzej - równoważności dobra i zła – tylko robiła to trochę lepiej, może mniej namolnie, niż wymienieni przez p. RAZ pisarkowie... MD]. A wkrótce potem do Andrzeja Pilipiuka na targach książki zaczęły się ustawiać ogromne, wielokrotnie poskładane kolejki nastolatków.

Okazało się, że młodzież będzie czytać, jeśli dostanie coś, co ją zaciekawi. Myślę, że z dorosłymi Polakami nie jest wcale inaczej. To, że nie chcą czytać dzieł wciskanych im przez salon, dzieł pisanych z intencją, by ich wytresować na jakichś eurokundli, to nie znaczy wcale, że nigdy nie sięgną po literaturę. Niech tylko ta literatura zaproponuje im coś, w czym będą się mogli przejrzeć, coś, co odpowie na ich potrzeby, co postawi pytania, jakie Polacy sami sobie zadają, co dotknie czułych strun w ich duszach. Jakoś wierzę, że w końcu się takiej doczekamy.

Zmieniony ( 10.04.2012. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.