Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 55 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Bartyzel arrow Protestantyzm politycznych partyzantów
Wednesday 13 November 2019 10:50:21.28.
migawki

Na ekrany polskich kin wszedł film "Nieplanowane" i rozległo się... wycie

W głównym wyd. Wiadomości TVP ani słowa o wielkiej manifestacji patriotycznej - Marszu Niepodległości. Wstyd, Prezesie. Mały przywódca. Więc i mali ludzie.

Próbują już POPiSu w „parlamencie”… brrrr… Kochajcie się.

======================

Diabeł do Rybaka z Watykanu: Teraz już tylko pachamamy, bałwany łowić będziesz

==========

13.11.2019 Wałbrzych – comiesięczna Adoracja Najświętszego Sakramentu i Msza Święta za Ojczyznę
 
W Y S Z U K I W A R K A
Protestantyzm politycznych partyzantów Drukuj Email
Wpisał: Jacek Bartyzel   
11.05.2012.

„Protestantyzm” politycznych partyzantów

 

Prof. Jacek Bartyzel http://www.pch24.pl/protestantyzm-politycznych-partyzantow,2443,i.html  2012-05-10

Żyjemy w czasach totalnego subiektywizmu aksjologicznego, gdzie każdy czuje się upoważniony do dokonywania stanowczych rozstrzygnięć w dowolnej kwestii, nie będąc zarazem zobowiązanym do podawania jakichkolwiek uzasadnień mających chociażby pozór zakotwiczenia w intersubiektywnych kryteriach metafizycznych, epistemologicznych, aretologicznych czy jurydycznych. Historia zna już oczywiście takie epoki – pierwszą z nich był dominacja sofistyki w starożytnych Atenach – ale obecnie nie tylko, że zjawisko to nabrało cech pandemicznych, to brak jakiejś wyraźnej, stanowczej na nie reakcji, takiej chociażby jaką we wspomnianych Atenach była filozofia Sokratesa, Platona i Arystotelesa.

 Najciemniejszym „królestwem” tego subiektywizmu jest oczywiście świat polityki (czy raczej tego, co z niej pozostało, bo samo używanie tego szlachetnego pojęcia zdaje się być dzisiaj nadużyciem). Oto, co i rusz powraca w tym samym klimacie frywolnej paplaniny temat zdrady – ostatnio przy okazji składania kwiatów przez różne organizacje, w tym także delegację rządzącej PO, pod pomnikiem Zygmunta Berlinga. Jak widzę, ci sami ludzie, którzy nie mają najmniejszej wątpliwości, że płk Ryszard Kukliński był zdrajcą, bo złamał przysięgę wojskową oraz nawiązał współpracę wywiadowczą ze służbami obcego mocarstwa, natychmiast zapominają o ultymatywności owej przysięgi oraz o niestosowności agenturalnej współpracy z obcymi potencjami, gdy chodzi o ich bohatera. Fakt, że ppłk dypl. WP Zygmunt Berling zdezerterował z Polskich Sił Zbrojnych w ZSSR, w których pełnił funkcję szefa sztabu 5 Dywizji Piechoty, a jeszcze wcześniej, bo już w obozie jenieckim w Starobielsku dał się zwerbować służbom (NKWD) obcego mocarstwa, które na domiar akurat okupowało ponad połowę terytorium państwa polskiego oraz mordowało i wywoziło jego obywateli, nie ma dla nich najmniejszego, obciążającego, znaczenia. To ponoć ppłka Berlinga nie obciąża, bo on miał „inną koncepcję” polityczną niż ówczesny rząd polski i dowództwo polskiej armii.

 I tu dochodzimy do sedna sprawy. Źródłem raka arbitralności rozstrzygnięć podług własnego „widzimisię” jest kładące się ogromnym cieniem na współczesnej polityce zjawisko „partyzanta politycznego”. Chodzi tu oczywiście nie tyle o partyzanta tellurycznego – by posłużyć się słynną dystynkcją teoretyczną Carla Schmitta – czyli bojownika swojego kraju, swojej ziemi przed obcym najeźdźcą – co o wiele szerszy i stricte polityczny fenomen partyzanta kosmopolitycznego, czyli internacjonalnego i działającego w każdym kraju bojownika walczącego o abstrakcyjnie określony cel. Ten cel może być motywowany różnie: jakąkolwiek ideologią, społecznie, religijnie, kulturowo, także „patriotycznie”. Partyzant może być – właściwie zawsze jest, bo inaczej brakłoby mu motywacji działania, a jest przecież albo aktywistą albo nikim – szczerze przekonany, że służy dobrej sprawie, że dokonał wyboru drogi postępowania najlepiej służącej obranemu celowi. Zawsze jednak to on (lub ci, którym z własnej woli się podporządkował) dokonuje kardynalnie politycznego rozstrzygnięcia, kto jest wrogiem publicznym (hostis) a kto przyjacielem. W konsekwencji: kto jest „zdrajcą”, a kto „wiernym” i „lojalnym”.

 Jakiekolwiek pobudki kierują politycznym partyzantem, zawsze, nawet nie chcąc tego, uderza on w sam rdzeń polityki, niszczy metafizyczny, aksjologiczny i moralny fundament wszelkiego zobowiązania politycznego, wszelkiej lojalności i wierności. To bowiem rozstrzygnięcie: kto jest przyjacielem a kto wrogiem, kto dochowuje fidelitas, a kto dopuścił się proditio, jest wyłącznym przywilejem ustanowionej, prawowitej i zwierzchniej władzy. Kiedyś, w epoce monarchicznej, sprawa była prosta: wiernym poddanym jest ten, kto stoi przy królu, zdrajcą ten, kto występuje przeciwko niemu. Ale przecież nawet, gdy zabraknie tego widzialnego suwerena, pozostają instytucje mające oczywiste uprawnienia obligujące do posłuszeństwa, bo reprezentujące najwyższą jedność polityczną narodu, czyli państwo, a najbardziej jednoznaczną z tych instytucji jest właśnie wojsko. Ten, któremu składałeś przysięgę, jest podmiotem twojej lojalności, dopóki cię z niej nie zwolni albo nie przestanie istnieć. Tu nie ma żadnego wyjątku ani absolucji.

 Obiektywnym kryterium wierności i zdrady jest więc wyłącznie to państwowo-polityczne. Dramatem naszych czasów, zaludnionych przez czeredy partyzantów wszelkich możliwych opcji, jest natomiast powszechne zastąpienie go przez kryteria partyjno-polityczne. Stąd też powszechny zamęt co do rozpoznawania wrogów i przyjaciół, zdrajców i wiernych, przywołujący na myśl smutne słowa Szekspira: podłe to czasy, w których człek jest zdrajcą, nie wiedząc o tym. Aby móc wyjść z tego zaklętego kręgu, trzeba umieć rozpoznać źródła owego zamętu. Największą zbrodnią tych, którzy zniszczyli obiektywne fundamenty lojalności: rewolucyjnych królobójców – angielskich purytanów i francuskich jakobinów, nie był sam prosty fakt zabicia swoich władców. Historia jest przecież ogromnym cmentarzyskiem cesarzy, królów, książąt pomordowanych, otrutych, uduszonych czy zgładzonych w jakikolwiek inny sposób, a co więcej – wielu z nich niepodobna żałować. Tą zbrodnią największą było to, że poddani ośmielili się osądzić swoich władców, zanim ich zabili. Odwrócili tym samym naturalny porządek rzeczy, podług którego każdy władca jest w swoim państwie tym, czym papież w Kościele, to znaczy tym, który (jak pisał de Maistre) SAM OSĄDZA WSZYSTKICH, PRZEZ NIKOGO NIE BĘDĄC SĄDZONYM. Rewolucjoniści – ci pierwsi partyzanci polityczni – poszli natomiast szlakiem wytyczonym przez pierwszego partyzanta religijnego: Lutra, który osąd swojego własnego ja postawił ponad osądem Księcia Apostołów. Są więc politycznymi protestantami, w pysze swoich indywidualnych rozumów rozstrzygającymi kto przyjaciel, a kto wróg, kto lojalny, a kto zdrajca. Nie wyjdziemy nigdy z tego zamętu, dopokąd nie przezwyciężymy tego politycznego protestantyzmu.

 Jacek Bartyzel

Czytaj więcej: http://www.pch24.pl/protestantyzm-politycznych-partyzantow,2443,i.html#ixzz1uXumkAih

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.