Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 61 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Zofia KOSSAK arrow LEGENDA O ŚWIĘTYM MIKOŁAJU Z PIERŚCA
Monday 26 October 2020 07:45:59.30.
migawki
 

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”.

Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

 
W Y S Z U K I W A R K A
LEGENDA O ŚWIĘTYM MIKOŁAJU Z PIERŚCA Drukuj Email
Wpisał: Zofia Kossak   
12.05.2012.

LEGENDA O ŚWIĘTYM MIKOŁAJU Z PIERŚCA

 

Zofia Kossak, „Ognisty wóz”.

 

Jan Wojnar z Małych Górek przyszedł po sąsiedzku w odwie­dziny. Z kieszeni wydobył od niechcenia czarną książczynę pasz­portowego formatu.

- Na samym dnie skrzyni leżała - objaśnił. - Starzyk to pisali. Może kogo zaciekawi. . .

Wojnary, Skrzypki, Płonki - to stare rody góreckie, autochtony doliny rzeki Brennicy z prawieka. Na ich domach, sprzętach i obyczaju narosła pleśń swoistej kultury, a w trówłach (skrzynie) i olmaryjach (szafy) można znaleźć nie lada zabytki. Wśród tych rodów Wojna­rowie wyróżniali się zawsze szczerym bibliofilstwem. Buzowała w nich charakterystyczna dla Śląska Cieszyńskiego tęsknota intelektualna i miłość książki. Rosła na przekór usiłowaniom austriackim i ciężkim warunkom chłopskiego bytu.

Czarna książeczka o paszportowym formacie przeznaczona była niegdyś dla użytku c.k. policjanta c.k. habsburskiej monarchii. Połowę jej zajmowały dwujęzyczne instrukcje oraz rubryki służ­bowe; drugą połowę, wolną od napisów, starzyk - czyli dziad Jana Wojnara, także Jan -zużył na swoje zapiski. Kaligraficznie notował wszystko, co mu się zdało godnym uwagi w okresie między rokiem 1835 a 1856. Stary gazda lubił snadź ład zarówno w życiu, jak w myślach. Nieświadomie dążył do napisania monografii swojej gminy, dzieląc treść zapisków na odrębne rozdziały: "Z kroniki góreckiej", "Kiedy się rodzili", "Kiedy pomarli", "O figurach", "O kościołach", ,,O faroszach". . .

W rozdziale ,,O figurach" zamieścił opis dziejów cudownego posągu świętego Mikołaja z Pierśca, po dziś dzień powszechną czcią otaczanego:

 

". .. Pasterz jeden wyrzezał tę figurę z lipowego drzewa, kiere wiatr obalił na paszunku. . ." - zaczął swoją narrację Jan Wojnar.

 

Działo się to w księstwie cieszyńskim, w okolicy, gdzie Wisła wyrwawszy się górom wpływa na nizinę, z bystrego potoku przeo­brażając się w stateczną rzekę. Niedaleko już stąd było do "żabiego kraju". Strzeliste bory, pokrywające zbocza gór beskidzkich, ustępowały miejsca zagajom, mokrym olszynom, brzeźniakom, w których lubowały sobie szkodne dziki. Pod wsią Strumień grunt był podmokły, wiosną i jesienią grząski. Kto nie znał drogi, łatwo mógł utonąć w bagnie. Nieraz też takie wypadki bywały.

Między żabim krajem a górami szedł gościniec książęcy, wiodący z Cieszyna do Bielska, z Bielska do Krakowa. U brodu na Wiśle strzegł tej drogi zamek skoczowski. Na gościńcu od wiosny do mrozów panował ruch. Tętniły poczty rycerskie, poselstwa od jednego księcia piastowskiego do drugiego. Sunęły pomału wozy kupieckie czeskie, węgierskie, śląskie, dążąc do Polski lub wracając z Krakowa, by przez przełęcz jabłonkowską dostać się na Morawy. Włóczyły się drogą różne obieżyświaty, waganty, rybałty, kuglarze, żebracy, Cyganie. Tylko najliczniejszej w kraju ludności wiejskiej nie ujrzałeś na gościńcu. Siedlacy woleli swoje steczki wydeptane w lesie, nie kwapiąc się do spotkania z panami.

Ten świat inny, tamten inny. . . Ten niski, pokorny jak trawa ­tamten orężny, klejnotny, hardy, niecierpliwy.

Lud ani lubił panów, ani ich nie lubił. Znosił, jak się znosi konieczność, usuwając się im, o ile możności, z drogi. Żyli jedni sobie i drudzy sobie. Najwięcej obaw wzbudzał kasztelan z Grodź­ca, czyli, jak mówiono, z Grojca - bo sprawował w imieniu księcia pana sądy nad całą dziedziną. Sądy były bardzo srogie, aż weszło w przysłowie: "Chodzić do Grojca po mores". Dziś nie ma już sądów na zamku grodzieckim, ale przysłowie zostało. Dobrze mu­siała się kasztelańska sprawiedliwość wbić ludziom w pamięć.

Pastuch rzeźbiarz żył trzysta lat wcześniej, nim gazda górecki pisał swą kronikę. Pastucha wołano Mikoła, po ojcu był Wałach. Nazwisko świadczyło, że pochodził z pasterzy wołoskich, co dawnymi czasy, wędrując po szczytach karpackich ze swymi stadami, zaszli aż na, Śląsk i tu pozostali. Ten szczegół jednak nie posiadał dla nikogo znaczenia, bo Wałachów było dużo w oko­licy. Gorzej, iż ów Mikoła był niezdarzony, jąkała i miał na szyi gulę czyli wole. Z racji tego wola głowę krzywił na lewą stronę, jakby nasłuchiwał. Służył gospodarzom za sam wikt, jużci - ani obfity, ani przesadnie kraszony. Gmina obowiązana była sprawić pastuchowi co trzy lata galaty (galoty= portki) i kabot co cztery. Nowego przyo­dziewku nie było w zwyczaju dawać: siedlacy odkładali dlań własne stare łachy. Innej odzieży Mikoła nie miewał, zresztą na co by jej potrzebował? Do kościoła skoczowskiego pójdzie w niedzielę na sumę, a może na odpust? Piątek czy świątek ­żywiny trzeba pilnować, żeby w szkodę nie polazła, a zimą, choć bydło w oborach, też nie brak innej roboty.     .

Choć Mikoła służył u dólskiego siedlaka w Pierścu, skąd blisko do żabiego kraju - rodem był aż z Brennej spod Ko­tarza. Pasąc bydło patrzył zawsze na te swoje grónie i wzdychał, bo mu się cniło za nimi.

Jedną miał chłop rozrywkę i jedną zmyślność niezwyczajną: przednio umiał strugać drzewo. Kozikiem wyrobił jak nikt łyżkę, kopystkę, kłótkę do mieszania jaj, faskę do sera, ujęcie do sierpa, osadę do topora. Dzięki tej umiejętności odżywiał się nieco lepiej niż z łaski gminnej, bo gospodynie w zamian za statki obdarzały go chlebem, kawałkiem sera, a nieraz i kęsem szperki.

Surowca na Mikołowe wyroby dostarczała owa lipa, zwalona burzą przed laty. Choć stara, drzewo miała zdrowe, poddające się woli strugacza, gładkie w dotknięciu jak skóra małego dziecka. Pomału Mikoła przerobił wszystkie mniejsze konary, potem grubsze, aż nareszcie pozostał sam pień, piękny, duży kloc.

Pastuch obchodził go wkoło, dumał, drapał się w zawszone kudły i myślał, co z niego uczyni, ale wydumać nie mógł.

Najbliższe Pierśca kościoły stały w Skoczowie, Górkach j Rudzicy, gdzie zakonnice miały kamienny klasztorek. Dzwony kościelne słychać było w Pierścu, szczególnie gdy się miało na deszcz. Wtedy Mikoła zrzucał z głowy kłobuk, odkładał kozik, klękał i bił się mocno w piersi. Jedyna to była forma modlitwy, jaką znał.     .

Raz w czasie tego pacierza naszła go ochota wyrzeźbić figurę swojego patrona.

Kiedyś, jeszcze za życia rodziców, Mikoła był z nimi w Cieszy­nie w kościele przy zamku. W głównym ołtarzu stał święty Mikołaj jak żywy. Chłopiec zapamiętał sobie jego strój i postać. Przymkną­wszy oczy widział posąg, jakby go oglądał wczora. I takiego samiu­teńkiego zapragnął wyrzeźbić swym starym kozikiem w tym lipowym klocu.

         Nie chciał, by ktokolwiek wiedział o zamyśle. Dopieroż by wydziwiano! Zachciało się przygłupkowi świętego Mikołaja!

Acz z wielkim trudem, zatoczył pień do pustej szopy stojącej na skraju pastwiska, pchnął pod stojący tam żłób, mierzwą przy­sypał i czekał miesięcznych nocy, by zacząć robotę.

 

Niesporo ona szła, bo mniej jest w roku nocy jasnych niźli ciemnych, ale kto by się troskał o czas? Pośpiech to sprawa nieznana. Czasu każdy ma dość, szczególnie pastuch. W bezmie­sięczne tygodnie czekał nowej pełni i ciągle myślał o figurze. W pomyśleniu gładził ją dłońmi, obejmował ramionami i tak ukochał, jakby żywego człowieka. Gdy nareszcie miesiąc wzrósł i nocą stawało się jasno jak w dzień, tyle że nie złociście, a srebr­nie - odgarniał mierzwę z takim niepokojem, jakby się bał, że mu święty uszedł. Ale święty nie odchodził. Leżał spokojnie i czekał.

Z szacunkiem Mikoła wytaczał go na środek szopy i do świtu obdziabywał toporkiem. Dopiero gdy dniało, ukrywał swój skarb i szedł po bydło gromadzkie. Dzień dłużył mu się nieznośnie, nie mógł doczekać wieczora. Spanie odkładał do czasu, kiedy miesiączek się skryje.

Odkąd wszystkie jego myśli pochłonęła zamierzona figura, przestał strugać cokolwiek innego i gospodynie darmo prosiły o nowe łyżki. Zagniewane przestały dawać mu chleba i szperki. Skoro taki nieużyty, niech się zadowolni wiktem gminnym!

Mikoła wychudł i sczerniał. Może z głodu, a może z niespania. Chodził jak kołowaty, zaniedbywał się w obowiązku. Kilka razy gospodarze spuścili mu cięgi, bo w biały dzień wilcy zarznęli dwie owce. Coraz częściej gadano o tym, że trzeba darmozjada przepędzić na cztery wiatry, a innego pastucha poszukać. Na szczęście dla Mikoły nie znalazł się nikt, co by rad służyć na takich warunkach - i na pogróżkach stanęło.

Cztery lata z okładem trwała Mikołowa praca wokół posągu patrona. Z każdym rokiem pień lipowy upodabniał się więcej do postaci ludzkiej.

Aż nadszedł dzień - gdzieś wczesną jesienią - że Mikoła skończył rzeźbę. Choćby nie wiem jak chciał, już by nic do niej dodać nie umiał. Postawił posąg na środku szopy w pełni mie­sięcznej poświaty i patrzył nań, patrzył. . .

Prawy biskup, w biskupiej czapce i biskupiej szacie. Z twarzy widział się podobny do pastucha Mikoły, nawet głowę podobnie pochylał na lewo, niby czujnie nasłuchując. Mikoła nie miał w sercu ni krzty złości, bydlęcia nigdy nie uderzył i może dlatego świątek miał również wyraz cierpliwej dobroci... Cztery lata spoglądali na siebie, to nie dziw, że się stali podobni.

Z patrzenia zdjął Mikołę nieokreślony niepokój. Jakby stała przed nim nie figura, którą sam latami ciosał, strugał, dłubał, gładził - lecz nieznana dostojna osoba. Zostawił posąg pośrodku szopy, nie śmiejąc wtaczać go pod żłób. Wrota zawarł i poszedł spać na dworze.

 

         Zbudziły go ze snu wrzaski. Porwał się na równe nogi, myśląc, że wilki podchodzą.

         - Nicponiu! Próżniaku! Łazęgo! - krzyczy gospodarz i rznie pastucha palicą przez grzbiet. - Śpisz, chacharze, a chlew gore!

- Gore! Gore! - krzyczą zewsząd. Ludzie biegną z osękami, widłami. Miesiąc dawno zaszedł, ciemna noc, a z szopy na polu jasność bije przez szpary. Gospodarz z innymi już dopadli, szarpnęli wrota, aż z biegunów wypadły. Oniemieli, rymnęli na klepisko w dziwie, w przerażeniu. Bo ognia żadnego nie ma. Żywina leży spokojnie. Krowy żują i stękają, jak to krowy. Owce krzępią, jak to owce. Pomiędzy nimi stoi ludzka postać z drzewa i z niej taka jasność idzie.

- Cud! Cud! - wołają, płaczą, w piersi się biją. Od wsi lecą baby, dzieci. Mikoła klęczy pospołu z innymi. Oczu nie śmie podnieść. Nie mówi nikomu, że on figurę wyrzeźbił, bo po co? Nie uwierzą - i słusznie. Wszak nie on tę jasność sprawił.

Teraz gospodarze radzą, gdzie przenieść posąg, cudownie z nieba zesłany. Ten radzi tak, ten inaczej. Nareszcie przyszli do zgody, żeby postawić świętego na rozstaju w olszynie.

 

Był tam pagóreczek, a wokoło bagna. Z pagórka po suchszych kępach szły liczne dróżki. Jedne dzicze, wiodące prosto w grzęza­wę - inne ludzkie, prowadzące do sąsiednich siół i do gościńca. Po ćmaku trudno się było w ich plątaninie rozpoznać i niejeden się tam utopił w barzynie. Przeklęty, mylny rozstaj. Niechże go teraz cudowna figura rozświeci.

Na przenosiny zeszło się luda z całej okolicy, nawet księża z Cieszyna i rękodzielnicy cechowi ze Skoczowa. Sam dziekan życzył właścicielowi wsławionej cudem szopy błogosławieństwa Bożego. Wójt i najstarsi gospodarze nieśli ostrożnie figurę. Durczeli gniewnie na Mikołę: "Co się tu pchasz, obdar­tusie ?!"

Stał święty Mikołaj na spiłowanym równo pniu dębowym i gdy mrok zapadał, rozświecał się z wolna, błyszcząc jak zorza do świtu. Mylny rozstaj stał się teraz najbezpieczniejszym miejscem w całej dziedzinie. Sława przysiółka Pierściec i cudownego posągu rozchodziła się daleko. Ludzie ciągnęli tłumnie oglądać, zazdrościć i dziwować się.    .

Tylko pastuchowi Mikole nie wyszła ta sprawa na dobre. Jakby go figura urzekła - ciągle pod nią siedział i na swojego Patrona patrzył. W robocie zaniedbał się całkiem, tak że go w końcu przegnano. Nie poszedł za inną pracą, tylko nadal na rozstaju sterczał, rankiem po chatach chodził po prośbie. Zrazu gospodynie dawały mu nieco strawy, pomne na owe łyżki, ko­pystki, dzieżeczki, czerpaki, które niegdyś pięknie strugał lecz chłopy zabroniły karmić próżniaka. Niech- się najmie do roboty. Nie taki znów stary przecie!

Któregoś dnia, a była już tęga zima, znaleziono pastucha nie­żywego pod figurą. Tamże go nie opodal pochowano, zmarzniętą ziemią płytko przyrzucono i jeszcze kopidół nie zdążył wrócić do wsi, kiedy już nikt nie pamiętał, że Mikoła z krzywą szyją  pasł kiedyś bydło gromadzkie. Ślad zatarł się po człowieku i już  go nie znajdziesz, jak nie odszukasz śladu, kędy ptak przeleci, ryba przepłynie albo wiatr przewieje.

 

Minęło sto, może więcej lat. W życiu przysiółka Pierściec nic się nie zmieniło. Jedni ludzie umierali, drudzy się rodzili. Życie tych, co nastawali, wchodziło wiernie w starą koleinę i szło jednakowym trybem, nie różniąc się od życia poprzednich pokoleń, jak jedna wiosna nie różni się od drugiej, a zeszła jesień od tegorocznej jesieni.

Za to w górnym świecie panów, w świecie możnych i gwał­townych, działy się rzeczy, jakich dotąd nie widziano. Święta wiara, strażniczka człowieka od narodzin aż do śmierci, odmieniła się, a raczej odeszła. Na jej miejsce przyszła nowa wiara. Spro­wadziła wiele nieszczęść, wojny okrutniejsze niż dotychczas, zabójstwa i grabieże.

O tych zmianach Jan Wojnar tak pisał w swojej kronice: "Przyszły kacerze od Lutra i książę im przał. . ."

Jakoż by nie przał (sprzyjał) , skoro długów miał co niemiara, a pierwszą korzyścią z nowej wiary było zagarnięcie majątków kościelnych?

W Pierścu lżej przeszła zawierucha niż gdzie indziej, bo ko­ścioła w przysiółku nie było. Nowowiercy nie mieli co burzyć i palić, jak burzyli w Górkach Wielkich, Lipowcu czy Skoczowie. Tyle że przyjeżdżał kilkakrotnie powiernik książęcy, ogłaszając, że wolno żyć odtąd i modlić się tylko według nowej wiary. A kto by nie usłuchał, srogim sądem będzie ukarany.

 

Ludzie słuchali w milczeniu. Rozchodzili się milcząc. Nie mieli nic do mówienia. Od tego jest książę, żeby rozkazywał ­od tego oni, poddani, żeby słuchać. Takie jest prawo. Tylko w serce i głowę - tam, gdzie się myśli rodzą - książę nie zagląda, tam już nie ma prawa. Myśl może być nieposłuszna, byle nic nie gadać. Z gadania, jak wiadomo, samo złe wychodzi.

Dzięki tej rozumnej powściągliwości wolno było oczekiwać, że nowa wiara książęca niewiele dokuczy. Aliści wdarła się ona mocno w życie przysiółka, i to za czyją sprawą? - Patrona okolicy świętego Mikołaja.

Świątek siejący nocami poświatę nie był w smak nowo nawró­conym. Polali kiedyś słup smołą, podpalili i nie odeszli, aż dębowy pień zagorzał.

Alić następnej nocy blask znów niesie się po gaju. Świątek po dawnemu stoi, nawet nie sczerniały. Tyle że nie na słupie stoi, a prosto na darni, pod nawisłymi brzozowymi gałązkami.

Rozeźlili się przeciwnicy Świętego, wrzucili cichcem figurę na wóz i powieźli do Rudzicy. Tam jeszcze owe mniszki siedziały, bo od krakowskiej prowincji były zależne. Polski prymas za nimi stał, za prymasem polski król, więc nie lza ich było przeganiać. Przed furtą klasztorną zrzucono świątka. Już go tu papieżnickie służki upilnują.

A Pierśczanie obaczywszy stratę płaczą, wyciągają ręce... Ro­zumieją, że święty Mikołaj już nigdy do nich nie wróci. Toć milej mu będzie stać w wirydarzyku klasztornym niż na bag­nistym rozstaju. Będą mu tam śpiewać uczone panny, gdy tu fukały dziki lub jeleń tarł rogi o pień. Jużci, co nie zechce wrócić.

Komu płacz, komu radość. Ucieszyły się zakonnice niespodzie­wanym darem, aż w dłonie klaskały. Ustawiono posąg na po­stumencie pośrodku dziedzińczyka i ksieni wraz z siostrami nie­cierpliwie czekały wieczoru. Pilno im było obaczyć dziwo, o którym tyle słyszały.

Lecz wieczór nadszedł, noc zaszła, a światłości nie ma. Zawiedzione siostrzyczki idą patrzeć, skąd ta niełaska? Dla­czego?

Oho - świętego Mikołaja ani śladu na kamiennym cokole. Znikł.

A tego samego wieczoru Pierśczanie z niewypowiedzianą ucie­chą zobaczyli go u siebie. Wolał swoją dziedzinę niźli honory klasztorne. Stał po dawnemu u rozstajnych dróg, głowę na bok kłonił i świecił.

Kiedy się wykryło, że święty Mikołaj wrócił i swoje czyni jak przedtem, zapalili się jego wrogowie straszną nienawiścią. Zrąba­liby figurę co rychlej, ale sprawa już nabrała rozgłosu i bali się działać bez zezwolenia księcia. Książę zaś był spokojny człowiek z rodu Piastów, dobrych szafarzy i rządców. Dość mu było, że się długów pozbył dzięki reformacji. A świątek nic mu nie wadził i ruszać go zabronił.

Dopiero w kilka lat później, kiedy stary książę umarł, a na tron cieszyński wstąpił jego syn, bardziej podatny na wpływy doradców, jęto znowu przedkładać, że hańbą i wstydem jest tolero­wanie podobnego zabobonu. Usunąć trzeba posąg, skryć w miejscu nie znanym nikomu. Zuchwałe chłopstwo wykupiło snadź od mniszek rudzickich swojego patrona i nocą przywiozło z powrotem. Teraz im się to nie uda!

Najgorzej przeciw świątkowi nastawali dwaj możni panowie: Marklowski z Górek Wielkich i Pięćlat z Ogrodzonej. Póty gadali, aż książę przystał dla świętego spokoju.

 

Dopieroż sądny dzień w Pierścu, dopieroż lament, płacz, krzyki, zawodzenia, kiedy pan Pięćlat, o którym mówiono, że nie boi się Boga ni diabła, przyjechał jawnie z wozem i pocztem halabardników zabierać świętą figurę. Ludzie tłoczą się, szlochają, nie odstępują wozu, choć żołnierze napierają na nich końmi i tłuką pałkami. Nie zważając na razy towarzyszą orszakowi, aż gdy ujrzeli, że wóz wykręca na Grodziec kasztelański, dokąd chodzono po mores, przelękli się i zostali z tyłu. Pan Pięćlat jechał tam, by figurę zawrzeć w lochach zamkowych, lecz kasztelan się nie zgodził. Lochy przeznaczone są dla żywych, nie dla drew­nianej kłody - powiadał. - Ludzie posłyszą, naśmiewać się zaczną. Przy tym od lochu do lochu przebite są okienka dla po­dawania strawy. Jeśli figura pocznie błyszczeć, więźniom prze­stanie się cnić, choć utrapiać się powinni.

Zawiedziony pan Pięćlat pojechał do Świętoszówki. Był tam w lesie stromy parów o zboczach porośniętych tar­niną, głogiem, świerczyną, leszczyną, kaliną, a wszystko razem jeżyny i chmiel spinały w gąszcz nieprzebyty. Na samym dnie ciurkał potoczek, niewidoczny dla niczyjego oka - chyba lisów czy borsuków, co tam miały swoje chody.

         W ten jar zrzucono posąg.

         Gdy legł kędyś w dole, a ciernie i krze zamknęły nad nim swoje zielone sklepienie, pan Pięćlat poczuł się zadowolony. Ulżyło mu, że świątka już nikt nie odnajdzie, chociażby najsilniej świecił. Zimą zasypie go śnieg, jesienią nakryją opadłe liście, latem zasłoni listowie. Będzie leżał, aż spróchnieje.

Pierścieccy ludzie wracali spod Grojca spłakani i mówili między sobą: Jak im będzie się teraz żyć bez opiekuna? Mrok zaszedł, gdy szli przez mokre olszyny, więc gadali o bagnach dotychczas niestrasznych, bo Święty ciemność odganiał - i żałość wzbierała w nich coraz cięższa.

Aż nagle idący przodem jęli krzyczeć wniebogłosy, nie z trwogi, ale z radości. Pomiędzy liśćmi zamajaczyło im światło. Pobiegli pędem, oczom nie wierzący: Święty stał na swoim miejscu. Suła się z niego jasność jak zawsze. Wrócił!

         Niedługo trwała uciecha, bo choć trzymano pilnie języki za zębami, ktoś z dworskich nocą przejeżdżał tamtędy, zobaczył, rozgadał. Wściekli się wrogowie świątka i dalejże do Cieszyna do księcia miłościwego.

         Jesienny dzień. Wicher świszcze wokół wież. Na baszcie zegarowej żelazna chorągiewka skrzypi. Zebrała się rada na zamku.

         - Nie wolno tego zostawić - powiadają panowie - bo się może zacząć bunt...

         - Ogień się nie ima tego przeklętego drewna. Przez powietrze przenosi je Złe. .. Co z nim począć?

         - Zezwólcie jeno, miłościwy panie - prosi pan Jakub Pięćlat – i  porąbię figurę na drzazgi toporem. . .

         Książę się waha.

         - Jeżeli - powiada - topór wam z ręki wyskoczy albo sa­mego uderzy, co wtedy?

Śmieje się pan z Ogrodzonej. Słusznie o nim w dziedzinach gadają, że nie boi się Boga ni diabła.

Książę milczeniem przyzwolił. Pan Pięćlat co duchu z pocztem i wozem popędził do Pierśca. Parskał złością jak Szaweł, nim się w Pawła zmienił. Figurę kazał załadować i pognał dalej, tak jak gdyby go szatan gonił.

Dojechali aż tam, gdzie Soła wpada do Wisły i obie razem tworzą wielką rzekę. Popłynie teraz świątek daleko, daleko. Dla pewności pan Pięćlat kazał go przedtem porąbać.

Rąbią żołdaki stare lipowe drzewo. Nagle odskoczą, opuszczą toporzyska ze strachem: z odrąbanych ramion, nóg - krew płynie niby z żywego człowieka.

- Ciskaj w wodę! - krzyknął rycerz gniewnie.

Rzucono prędko odrąbane szczapy ramion, nóg, na koniec tułów. Kołysze się pień na wodzie, zawadza o dno, bo Wisła tu jeszcze płyciutka. Za nim na wodzie ciemne smugi. .. Krew! Przerazili się drabanci. Pan Pięćlat stał na brzegu, rad, że skończył wreszcie z tą sprawą.

"Zgiń, przepadnij! - myśli. - Darmo krwawisz! Nie wrócisz tu nigdy, katolicki zabobonie, śmieszna wiaro, co uczłowieczasz Boga, a ubóstwiasz i równasz z nim byle stworzenie! Wiaro dobra dla kobiet i dzieci, spragnionych cudów i bajek! Obrzydła, prze­sądna maro!"

Woda zabrała pień. Spłynęła krew. Drobne fale pluszczą o brzeg. Niezbyt oddalone góry zdają się w cieniu fiołkowe, a w świetle zachodu czerwone, bo buki płoną koralem jesieni. Pan z Ogrodzonej stał i patrzył na rzekę. Za długo stał - zmierzch pochwycił ich w drodze.

Zastanowił się zuchwały pan, czy nie lepiej przenocować w Bielsku, bo do Ogrodzonej jeszcze kawał drogi, lecz że noc zapowiadała się pogodna, ruszył wprost do domu.

Jadą, jadą - rycerz przodem, konni za nim, a z tyłu kołacze wóz. Dojechali do wsi Strumień, kiedy ogarnęła ich mgła. Nie wiedzieć, skąd się wzięła - wszak zachód był jasny. Spłynęła z gór czy wstała z mokradeł? Oćma, że własnej ręki nie widać, oblepiła wszystko wkoło, wpycha się w usta, w oczy, jak chusta śmiertelna. Nie daj Boże jechać w taką porę!

         - Który tam ma łuczywo, niech zaświeci - woła pan ­ bo zdaje mi się, że zeszliśmy z drogi!

Lecz łuczywa nie ma. Cały pęczek smolaków miał w zanadrzu Jónek Sikora, ale wpadły do wody, gdy świętego Mikołaja strącali z brzegu do rzeki. Suchego chrustu też nie znajdziesz. Od tej mgły wszystko nasiąkło wilgocią. Darmo pachołcy gmerają omackiem po ziemi, odgrzebują mech, krzeszą ognia, dmuchają.

         Nie chce się zatlić a nie chce. Już wiedzą, że zabłądzili. Już ledwo konie z bagna wyrwali, bo się po brzuchy zapadły. Zawracają, obierając inną dróżkę.

         Ta ich na pewno do celu dowiedzie.

         I znów chlupot bajora pod kopytami, konie chrapią przerażone. Obrócili się parę razy, stracili ze wszystkim kierunek. Pojezdki już ustają, jezdni sądzą, że ujechali kawał drogi. Bogać tam! depczą po swoich własnych śladach.

Mgła gęstnieje, mrok ciemnieje, noc zimna, nie można stanąć, bo się konie schwacą. Tylko patrzeć, kiedy wilki zwęszą zgubiony poczet. W tej ćmie ani się opatrzysz, jak bestia skoczy do gardła.

I pan Pięćlat czuje po raz pierwszy w życiu, że włosy mu stają na głowie z niepojętej trwogi. Zda mu się, że błądzi tak od wieku i błądzić będzie przez wieczność, że ciemność już nie ustąpi, a z nią nie ustąpi lęk.

- Wasza Miłość! Światło! - woła za nim jezdny. Szczęsna nowina! Z tą wieścią siła wraca w truchlejące członki.

Przed światłem pierzcha trwoga. Daleko, daleko - a może blisko, bo mgła zmienia odległości - smuży się nikły blask. Oświetlone okno chaty, ognisko lub piec smolarski. Ktokolwiek zatlił ten ogień, niech będzie błogosławiony!

Konie jakby ożyły, przedzierają się raźno wskroś lasu. Zbawcze światło płonie coraz bliżej, szerzej, rzekłbyś - zorze powstają wśród boru. Zabłąkani dojeżdżają pod pagórek na rozstaju, skąd rozchodzą się dróżki i ścieżki. N a pagórku stoi stary świątek. Pomniejszony, bo bez nóg, uszczuplony, bo bez ramion - głowę na bok pochylił i świeci.

Wrzasnął okropnie pan Pięćlat, bodnął zmęczonego konia ostrogami i nie oparł się aż w domu. Zawarł drzwi komnaty i nie gadał do nikogo. Potem uradzili z księciem: niby o niczym nie wiedzieć, drogą na Pierściec nie jeździć i drugim jeździć za­bronić.

Tak też uczyniono. Święty Mikołaj stał już odtąd nie ruszany.

Skoro ucichły niepokoje, wzniecone przyjęciem nowej wiary, zbudowano w Pierścu na pagórku kościół. Świątek stał nie na murawie, a wysoko na ołtarzu. Ramiona mu dorobiono; nóg nie, bo po co? Wszak nigdzie stąd nie odejdzie. Ludziom boleśnie było patrzeć na skaleczoną figurę, więc przyodziano świątka

w aksamitną kapę. Liczne pielgrzymki schodziły się na to miejsce i przychodzą po dziś dzień.

 

". .. a to - kończy Jan Wojnar, autor kroniki - prawili mi mój starzyk w roku 1831. Tylko kiedy się ten dziw dział, nie prawili, bo sami nie wiedzieli. A że ja mam też już cmentarne kwiatki na głowie, więc wam przed śmiercią chciałem opowie­dzieć. . ."

 

Odkąd Świętego obudowano murami - przestał świecić, czemu się nikt nie dziwi. Pan Bóg jest hojny, ale nie rozrzutny, ­nie lubi zbytku dla zbytku. Przed świętym Mikołajem palą się świece, teraz jeszcze i lampki elektryczne - to na co miałby sam świecić? Gdyby przyszła znów zła pora, że Śląsk zalegną ciemności, począłby świecić na nowo, bo moc Boża nie wietrzeje..

 

Górki Wielkie 1938

 

 

[„A że ja mam też już cmentarne kwiatki na głowie, więc wam przed śmiercią chciałem opowie­dzieć..” . Zajrzyjcie do kościoła w Pierścu na pagórku, może już świeci?  "  md]

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.