Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 92 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow Historia - odkłamywanie arrow ...A kogo jest więcej, głupich czy mą­drych?
Tuesday 26 January 2021 23:03:11.31.
migawki
 

My obecnie zachowujemy się często jak w ariergardzie pobitej armii, a przecież to Awangarda Zwycięstwa, kiedy nastąpi ten przełom - zależy od nas.

To całe aj-waj o szczepieniach celebrytów celowe: By ludziki poczuły zazdrość i zaczęły się pchać do szczepień.

rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz: "mówimy o pewnym zbiegu czasowym zgonu i szczepienia".

Ja mam zamiar się zaszczepić. Ale tylko przez telefon. Tak, jak mnie leczą, tak będę się szczepił.

                                                               Yes! Yes! Yes! Polska ma pierwszą kobietę GMO! POLSKA WIELKI PROJEKT rozpoczęty!

Była "pomroczność jasna", teraz jest "dobrowolność obowiązkowa"

Skuteczność penicyliny nie została udowodniona w kontrolowanych badaniach klinicznych, lecz w praktycznym jej stosowaniu w leczeniu rannych żołnierzy podczas II wojny światowej.

 
W Y S Z U K I W A R K A
...A kogo jest więcej, głupich czy mą­drych? Drukuj Email
Wpisał: EWA POLAK-PAŁKIEWICZ   
12.06.2012.

...A kogo jest więcej, głupich czy mą­drych?

 

„Ciemięzcy” i „poddani”, czyli "jaśniepaństwo" i ich powiernicy

 

Dzisiejszy obraz szlachty i ziemiaństwa jest podwójnie zmistyfikowany. mieszkańcy dawnych polskich dworów kojarzą się najczęściej z klasą ludzi oderwanych od rzeczywistości. żyjących w luksusie i dla luksusu.

 

EWA POLAK-PAŁKIEWICZ, „Zawsze wierni”, nr. 6 (157), czerwiec 2012

 

W obrazie ich życia dominuje bal, polo­wanie i "kuchnia szlachecka". Ten mit prze­trwał w wielu umysłach nie­mal nienaruszony od cza­sów, gdy wyobrażenie o życiu ziemian kształtowa­ła propaganda. A przecież tworzyli ją ci, którzy domy szlacheckie ograbili, mająt­ki rozkradli, a właścicieli zamordowali albo pozbawili prawa zamieszkania nie tyl­ko we własnych domach, ale nawet w obrębie powiatów, na terenie których domy te się znajdowały.

Oprócz propagandy istnieją jednak na szczęście także wspo­mnienia tych, którzy na własne oczy oglądali kontynent zagi­niony pod wodami czerwonego potopu, świat minionego spo­łecznego ładu. Ksiądz Walerian Meysztowicz, przedwojenny radca Ambasady Polskiej przy Stolicy Apostolskiej, w swojej książce poświęca wiele miej­sca ojcu, Aleksandrowi Meysz­towiczowi. Był to jeden z wiel­kich panów litewskich, spad­kobierca dawnej senatorskiej warstwy Rzeczypospolitej, poli­tyków, dygnitarzy, przywódców stronnictwa konserwatywne­go, których przed wojną okre­ślano mianem "Żubrów kreso­wych". Aleksander Meysztowicz był nade wszystko wspaniałym gospodarzem rozległych dóbr na Wileńszczyźnie. W jego sto­sunku do ludzi uderzała życzli­wość i szacunek wobec przed­stawicieli różnych stanów. ,,(...) wyrabiało ją życie w otoczeniu tych, którymi należało się opie­kować. (...) Znał wszystkich lu­dzi w okolicznych wioskach, gotów do pomocy - trady­cyjnej, z pańszczyźnianych czasów, w każdej biedzie". Rodzinnego lekarza, dr. Wi­torta, wysyłał do wiejskich chałup, odbudowywał spa­lone wsie z własnego drew­na. Pracował - przy udzia­le Piotra Stołypina, które­go znał z czasów petersbur­skich. gdy zasiadał w rosyj­skiej Radzie Państwa - nad komasacją gruntów chłop­skich, bo w tym widział szansę na realną poprawę sytuacji włościan.

Wspomnienia bywają za­skakujące. Polonistka mo­jej siostry odmalowała kiedyś swoim uczniom zapamiętaną z własnej biografii sugestyw­ną scenę dorocznego objazdu wiosek przez hrabiego Alfre­da Potockiego z Łańcuta. Oczy dziecka ujrzały obraz bajkowy: Kareta była biała. ze złotym herbem; przez uchylone okno powozu wysuwała się miaro­wo ręka w białej rękawiczce i rzucała na rozmokłą, błotni­stą ziemię cukierki o niebiań­skim smaku. I choć obraz był mocno kiczowaty. a nauczyciel­ka, członkini panującej wów­czas partii, mieszkająca przed wojną w dworskich czwora­kach, zawsze głośno narzekała na "dolę chłopa ciemiężonego przez pana", to gdy o tym opo­wiadała, nagle ubywało jej lat, głos piękniał, a w oczach zapa­lały się błyski.

Jak różne mogą być wspo­mnienia związane z "nierów­nością klasową"! Oto ks. Meysz­towicz opisuje z własnego dzie­cięcego doświadczenia odmien­ne relacje między "państwem" a wsią, tuż przed I wojną świa­tową na Litwie. "(...) w wieczor­nym śniegu, z pierwszą gwiaz­dą zaczyna się napływ ludzi do oświetlonej kolumnowej sieni. Przychodzą wszyscy, ktokol­wiek nie ma we dworze własnej gospodarki, własnej «kuci» dla siebie i najbliższych: starzy ro­botnicy, panowie z administra­cji, dziewczęta z pralni i piekar­ni, parobcy, kowale, stolarze. Pan i Pani witają wszystkich w sieni, przełamując opłatek, ściskając; «prosim dalej» - do sali jadalnej. (...) Sala jadalna w świetle wiszących lamp, złote ramy portretów. Pod nimi tłocz­no wokół w podkowę ustawio­nych stołów, siano pod obru­sami. Pan i Pani usadzają przy stołach - sześć, siedem dzie­siątków ludzi. Dymią wazy czerwonego barszczu. Ryba. A potem - kucia; właśnie ku­cia! Pszenica i groch, rozgoto­wane z migdałami i makiem, w osłodzonej miodem wodzie. (...) Rozwiązały się mowy (...) w stołowym coraz gwarniej. Wybuchają śpiewy, po polsku, po litewsku...".

Dawniej nie wstydzono się oczywistej prawdy, że każdy znajdujący się w niższej war­stwie społecznej może wiele zyskać przez kontakt z osoba­mi z warstwy wyższej, z natu­ry rzeczy wzorcotwórczej. Ten kontakt wewnętrznie udoskona­la, budzi nadzieję, otwiera nowe przestrzenie duchowe. W cza­sach PRL negowano i wyśmie­wano tę oczywistość, zgodnie z zasadami myślenia rewolucyj­nego. Dziś ukazuje się drukiem wiele pamiętników ziemian, które wcześniej znane były tyl­ko wąskiemu kręgowi emi­grantów lub przetrwały gdzieś na strychu. Wcale niepośled­nie miejsce przypada w nich lu­dziom, którzy żyli w najściślej­szej symbiozie z dworem, choć należeli do najniższego stanu.

Ksiądz Meysztowicz już w pierwszym rozdziale przy­wołuje postać litewskiego chło­pa nazwiskiem Szukis, który przez całe życie związany był z majątkiem Meysztowiczów w Pojościu nad Niewiażą. Po uwłaszczeniu wiosek w 1864 roku został na własną prośbę przy dworze. Niezwykle religij­ny, był zarazem kopalnią wia­domości o przeszłości majątku i dworu i jedną z najbliższych osób Waleriana Meysztowicza z dzieciństwa. ,,(...) był inte­gralną częścią tego dworu; ra­zem z tYmi kilkoma setkami ro­dzin z Orzel, Chorążyszek, Węc­lawiszek, Karszynówki, Pakalni i razem z mieszkańcami czwo­raków w Kurhanowie, Dębowie, Trakiszkach, Staruszkach, Pod­gaja, z całą ludnością tych kil­kudziesięciu kilometrów kwa­dratowych dorzecza Josty, któ­rym z woli wielkich książąt przewodzili panowie, był - jak oni wszyscy - związany z tymi panami w jedną całość, solidar­ną i zwartą. (...) w Pojościu pa­mięć ludzka nie przechowa­ła żadnej krzywdy, wyrządza­nej przez panów włości, ani od­wrotnie: włość nigdy panów nie skrzywdziła ani nie zawiodła. Zmiany, uwłaszczenie wiosek, potem dalsze rozluźnienie wię­zi między dworem a wsią, mor­dercza dla dworu reforma rol­na Republiki Litewskiej, dalsze rozproszkowanie wszystkiego pod okupacją sowiecką, wygna­nie panów, a zaraz potem wy­wożenie ludności, osadzanie nie wiedzieć skąd wyrwanych «kau­kazów», kolonizacja rosyjska­ to wszystko przyszło później, z zewnątrz, wbrew woli dworu i wbrew woli włości".

Inny przyjaciel dworu w Po­jościu, chłop nazwiskiem Jo­kajtis, udzielił kiedyś zwięzłej lekcji zdrowego rozsądku mło­demu Walerianowi, gdy ten roz­gorączkowany nastrojami an­ty-carskiego wrzenia zapalał się do demokracji. "Zasada ulega­nia większości, długo tłumaczo­na, poszła w drzazgi pod jego uwagą: «Przepraszam, a kogo jest więcej, głupich czy mą­drych?» (...) Moją diatrybę prze­ciw monarchii, po długim mil­czeniu, zamknął twierdzeniem, iż «trzeba, żeby był pan nad pa­nami». A potrzebę istnienia pa­nów uzasadniał tym, co byśmy dziś nazwali obawą przed biu­rokracją w socjalizmie pań­stwowym: «jak panów nie bę­dzie, to kto ludzi przed czynow­nikami wybroni?»".

 

Baty za Procenkę

 

Jakże często stosunek do służby ziemian i szlachty dale­ki był w Polsce od wielkopań­skiej wyższości, jaką próbowało się lansować w popularnych ro­mansach z życia wyższych sfer, w rozmaitych brukow­cach czy w podręcznikach tzw. naukowych, opracowywa­nych na potrzeby komunistycz­nej władzy.

Familiarność w stosunkach z pracownikami majątków była typowym dla nas, ciepłym, wy­nikającym z katolicyzmu i pol­skości, rysem kultury i obycza­ju. Katolicki klimat wychowa­nia w domach ziemiańskich de­cydował, że wiele młodych zie­mianek, ledwo wprowadzonych w tzw. świat, zamiast błyszczeć na balach i rautach, zaciągało się jako sanitariuszki w przy­frontowych szpitalach (w okre­sach wojen i powstań), a w cza­sie pokoju z entuzjazmem or­ganizowało opiekę nad dzieć­mi włościan. Gdy wychodziły za mąż i zostawały paniami domu, niemal natychmiast zakłada­ły ochronki i szkoły we włas­nych majątkach, punkty pomo­cy medycznej, nierzadko małe szpitaliki - i osobiście służyły potrzebującym. Pracownikom ze wsi należała się opieka i co­dzienna troska, to były rzeczy powszechnie rozumiane i prze­strzegane. Także opieka mo­ralna, dbanie o życie religijne. Służbie - szacunek, który był surowo egzekwowany od dzieci w polskich rodzinach.

Eustachy Sapieha (1916-­2001) wspomina swoje dzieciń­stwo w majątku Spusza (dzisiej­sza Białoruś): "Mieliśmy zupeł­ną swobodę, nikomu nie mu­sieliśmy się meldować, wyma­gano tylko dobrego zachowa­nia w domu, czystości rąk, uszu i nóg, prawdomówności, usza­nowania dla starszych i służ­by. U szanowanie dla starszych było nam tłumaczone i przez Miskę (nauczycielkę domową, Angielkę - przypis E.P.P.) bar­dzo przestrzegane, ale usza­nowanie i grzeczność dla służ­by były nam wbijane nawet pasem". Sapieha, syn arysto­kratycznej rodziny, pomawia­nej niejednokrotnie o wiel­kopańskie zepsucie, wspomina po sześćdziesięciu z górą latach, jak jego starszy brat Lew "kiedyś niegrzecznie odezwał się do stajennego Pro­cenki i oberwał za to baty, i to szpicrutą". "Ostatnie lanie do­stałem już po moich pierwszych wakacjach szkolnych" - nie omieszkał zaznaczyć. Była to kara za straszenie przyjeżdża­jących chłopów i interesantów, w przebraniu, w balowej ma­sce matki i z wiatrówką w ręce, okrzykiem: "stać, bo będę strze­lał!". Prawdziwe, nie przenoś­ne, lanie "na goły tyłek", jak zaznacza autor wspomnień, wlepił mu osobiście ukochany nauczyciel, Wacław Iwanow­ski. "Dziewczynki nigdy pasa nie dostawały, więc ich rzadkie kary były bardziej wyrafinowa­ne. Izia za to, że była niegrzecz­na dla Michała, musiała przy Mamci, przepraszając, pocało­wać go w rękę; biedny służący Michał po tej scenie upadł na kolana i rozpłakał się".

 

Domek starego kucharza

 

"Pamiętam z dzieciństwa ro­dzinę Sochów - wspomina Sta­nisław Wielowieyski. - Socho­wie od setek lat byli związani z naszym rodzinnym majątkiem w Lubczy (kieleckie). Gdy przy­jeżdżaliśmy do Lubczy, pierw­sze kroki kierowaliśmy do sta­rego kucharza Sochy. W poło­wie lat trzydziestych był to już człowiek po osiemdziesiątce. Razem z moim pradziadkiem, Adamem, brał udział w powsta­niu styczniowym. Uratował pradziadkowi życie. Szliśmy do niego - mieszkał z żoną, staruszką - i witając się cało­waliśmy kucharza i jego żonę w rękę. Takie były zasady i ta­kie reguły. (...) Kucharz So­cha miał własny domek i ktoś z pracowników majątku mu po­magał. Był, by tak rzec, hono­rowym mieszkańcem majątku, całkowicie na utrzymaniu Lub­czy. Inny przykład dotyczy or­dynansa (wojskowego służące­go ojca, w latach 1919-1920), Marcina Kani. Walczył z ojcem w bitwie z bolszewikami pod Naczą, którą ojciec dowodził. Gdy wrócili z wojny, został ka­merdynerem ojca.

Mieszkali ­Marcin Kania i jego żona, która była klucznicą i szefem kuch­ni - razem z nami we dworze. Jego córka, Teresa, była rówieś­nicą mojej siostry. Wychowywa­liśmy się wspólnie, we czwór­kę. Kiedy zostaliśmy wyrzuce­ni z Chełma, Teresa Kania za­mieszkała z nami w Radomsku, a potem w Krakowie. Chodziła na uczelnię razem z moją sio­strą. Tak się traktowało służbę. To były stosunki bardzo bliskie, ciepłe, rodzinne".

"Moja matka, Katarzyna z Kurnatowskich Wielowiey­ska, założyła w parafii Akcję Katolicką Kobiet oraz organi­zację Młode Polki. Istniała też w naszym majątku ochronka dla dzieci, dla której wzorem było dzieło Edmunda Bojanow­skiego - dziś błogosławionego - naszego krewnego z Wielko­polski. Takie ochronki istnia­ły w wielu majątkach, opieko­wano się nie tylko dziećmi pra­cowników folwarcznych, ale także rolników ze wsi. Było to zarazem miejsce przygotowa­nia dzieci ze wsi do życia ka­tolickiego. Prowadzącą naszą ochronkę osobę starannie wy­brano, była członkinią III zako­nu franciszkańskiego. Wszyst­kie święta kościelne obchodzo­no we dworze w powiązaniu z ochronką. (...) Nie było u nas lekarza (pojawił się dopiero w czasie wojny). Do tego cza­su matka prowadziła w domu aptekę. Przyjeżdżali do niej lu­dzie często z bardzo daleka. Udzielała pomocy we wszyst­kich nagłych wypadkach, za­każeniach, zatruciach, oparze­niach... Oczywiście bez żadnej gratyfikacji".

Chłopi i służba odwdzięcza­li się jak mogli. Zwłaszcza, gdy przyszły czasy zagłady dwo­rów. "Kiedy w marcu 1945 roku matkę wyrzucano z majątku - wspomina Stanisław Wielo­wieyski - jej dawni podopiecz­ni specjalnie przejeżdżali, by ją osłonić, pomóc jej. Próbowali nawet jakoś ją ratować przed tym - oczywistym w ich prze­konaniu - gwałtem. Z własnej inicjatywy zorganizowali wozy, by wywieźć do Radomska nasze meble. Pamiętam, jak serdecz­nie się do nas odnosili. Wielu z tych ludzi było kolegami mo­jego starszego brata z party­zantki AK-owskiej".

Podobne więzi łączyły ze wsią Aleksandra Meysztowicza, gospodarza wielkiego mająt­ku w Pojościu na Litwie Środ­kowej. "Nie był chłopomanem, widział dobre i złe cechy ludzi (...). Dobroczynność wobec ubo­gich jednała mu sympatię w tej licznej w Wilnie grupie ludzi. Pijak-epileptyk z rogu Zygmun­towskiej ostrzegał go w czasie okupacji bolszewickiej".

"Rząd Litewskiej Republi­ki ogłosił konfiskatę Pojościa. Tylko teraz widzę, z jaką pogo­dą i siłą ducha zniósł mój ojciec ostateczną klęskę próby odbu­dowy Wielkiego Księstwa, po­łączoną z utratą Pojościa (...) tylko głęboka wiara dała mu możność pogodzenia się z wolą Bożą".

Gdy 17 września 1939 roku Maria ze Zdziechowskich Sapie­żyna próbowała opuścić swój dom w Różanie, wraz z całą ro­dziną, służącymi i ich rodzina­mi, których zamierzała wziąć pod opiekę - tak samo jak własne dzieci i krewnych ­w realiach przymusowej wo­jennej tułaczki, nagle przed do­mem pojawiła się grupa nie­znanych cywili. "Kątem oka zo­baczyłam wymierzone w nas pistolety! Kilku uzbrojonych ludzi szło ku nam aleją". Naj­pierw zaczęła krzyczeć: "Cokol­wiek zrobicie, zostawcie dzieci w spokoju!... Nie rozstrzeliwuje się dzieci!".

Nieznośną ciszę, która nastąpiła potem, prze­rwał nieoczekiwanie ciepły, spo­kojny głos. To był stary sługa, kucharz Cydzik, ubrany w wy­krochmalony, biały fartuch i kucharską czapkę. Zaprosił tych ludzi do domu, ofiarowu­jąc im wino i wódkę, jedzenie, ubrania, strzelby - wszystko, co chcieli i mogli zabrać". Słu­chali go przez chwilę w milcze­niu i następnie - z jakichś nie­pojętych powodów - ci, którzy przyjechali zabić na oczach wsi gospodynię tego domu, i w ten sposób ustanowić tu nowy bol­szewicki porządek, pozwolili jej, wraz z bliskimi, bezpiecznie opuścić Różanę.

 

"Jaśniepaństwo" i ich powiernicy

 

"Z moich wspomnień i roz­myślań wynika - pisała w swo­ich Wspomnieniach Maria z Czetwertyńskich Tarnowska - że ludzie byli wtedy szczęś­liwsi, nie marnowali życia na szukanie odmiany. Wieśnia­cy byli świadomi swej ogrom­nej roli w majątku, a z właści­cielami łączyły ich przyjazne, niemal rodzinne więzy. Podob­nie służba. Każdy z tych ludzi na swój sposób przyczynił się do tego, że miałam szczęśliwe dzieciństwo" .

Jeden z najbardziej dyskret­nych ludzi pracujących w domu rodzinnym Marii Tarnowskiej w Milanowie na Lubelszczyźnie, Karol Parchimowicz, strzelec i osobisty służący ojca autorki, był zarazem uważnym obserwa­torem ludzkich zachowań. Dzię­ki kulturze, taktowi i bystrości, jakimi się odznaczał, stał się powiernikiem małej Marii w jej kłopotach z pierwszą, niefor­tunnie dobraną nauczycielką i zapobiegł rodzinnej katastro­fie pedagogicznej.

"Mama wszędzie zabierała mnie ze sobą. Osobiście zarzą­dzała majątkiem (...). Chodzi­łyśmy we dwie po kurnikach i stajniach, objeżdżałyśmy naj­dalsze folwarki. Czerwcowe słońce jaśniało nad szerokimi łanami zbóż, które kołysały się poruszane łagodnym wiatrem, a dojrzewające kłosy z cichym szelestem chyliły się pod włas­nym ciężarem. Trudno opisać urok i spokój tej rozległej rów­niny, którą otaczała granato­wa wstęga lasu. Mama raz po raz nakazywała stangretowi, by się zatrzymał, bo chciała coś sprawdzić. Gdy nie była pew­na, do kogo należy koń stojący na drodze, albo gdzie przebie­ga granica pól, zwracała się do stangreta lub parobka.

«Czyje to?» - pytała, a oni jej nie mówili, że «księżnej pani» albo «milanowskie», tyl­ko za każdym razem odpowiadali: «Nasze»".

W domu rodzinnym Ma­rii, oprócz rodziców i pięcior­ga rodzeństwa, mieszkało na stałe grono przyjaciół domu. Do stołu wraz z gospodarzami i dziećmi siadała m. in. wycho­wawczyni Marii, pan Józef Ra­doszewski, znany zbieracz sta­rożytności, i książę Kalikst, oj­ciec pana domu, powstaniec z 1831 roku.

Harmonia obcowania w ro­dzinnym środowisku z ludźmi różnych stanów była czymś, co nie mogło pozostać bez wpływu na kształtującą się osobowość Marii. Ten niedoceniany przez współczesnych, zafascynowa­nych zewnętrznymi atrybutami życia ziemian, tak istotny ele­ment życia we dworze utwier­dzał prawdę o istnieniu porząd­ku świata opartego na miłości.

Rodzinny Milanów to rów­nież kościół fundacji prababki Marii Tarnowskiej i szpital dla pracowników majątku i miesz­kańców okolicznych wsi. Fun­dacja miała wartość 30 tysięcy rubli. Szpital prowadziły sio­stry szarytki, a dwa razy w ty­godniu z miasteczka przyjeż­dżał lekarz. Koszty leczenia po­krywały dochody z gruntów i kapitału oddanych na funda­cję. W owych odległych cza­sach był to typowy styl postę­powania "krwiopijców i wyzy­skiwaczy', jak uczono przez czterdzieści z górą lat dzieci w peerelowskich szkołach. Bab­ka Marii Tarnowskiej, Julianna Wanda Uruska, znana w swoim środowisku z szerokiej działal­ności dobroczynnej, była damą wielce przewidującą; w testa­mencie umieściła klauzulę, że w razie usunięcia ze szpita­la kapelana i sióstr zakonnych cały majątek fundacji zostaje zwrócony właścicielom mająt­ku. Katolicki kościół wybudo­wano tu w okolicy zamieszka­nej w dużej mierze przez uni­tów i prawosławnych. Rodzi­ce Marii Tarnowskiej niejedno­krotnie bronili grekokatolików, którzy dawali przykład odwa­gi w obronie wiary, przed ok­rutnymi prześladowaniami za­borców. Dzięki interwencji ojca Marii, Włodzimierza księcia Świętopełk -Czetwertyńskiego, powstańca styczniowego i Sy­biraka, obywało się bez prze­lewu krwi, choć Rosjanie pró­bowali zainstalować w mila­nowskim szpitalu prawosław­ny ośrodek.

O przyjaznych i zażyłych sto­sunkach łączących rodziców (właścicieli ogromnych dóbr na Litwie) oraz włościan pisze tak­że Mieczysław Pieriejesławski­ -Jałowiecki, ziemianin i pierw­szy pełnomocnik rządu polskie­go w Wolnym Mieście Gdańsku:

"Co niedzielę po nabożeń­stwie spieszyłem się, by zoba­czyć się z moją chrzestną. Cze­kała na mnie przy swojej do­brze okutej i pięknie wymalo­wanej nietyczance, zaprzęgnię­tej w parę okrągłych jak ogór­ki mierzynków. W rodzinie mo­jej przestrzegano tradycji, aby jednym z rodziców chrzestnych był wieśniak z sąsiednich wsi. Chłopca trzymała do chrztu go­spodyni, a dziewczynkę gospo­darz. Moją chrzestną była wdo­wa Weronika Pełedas, zamoż­na gospodyni z wsi Pełedy. Zja­wiała się w kościele przybra­na w całej krasie litewskich sa­modziałów, z jedwabną chust­ką na głowie i z ciężkim sznu­rem korali. Miała włosy jasne jak len, niebieskie oczy i pięk­ną twarz. Mateusz, nasz sta­ry stangret, zazwyczaj patrzą­cy z wysokości swego kozła z dużą pobłażliwością na zgro­madzonych przed kościołem pa­rafian, względem mojej chrzest­nej zachowywał wielki szacu­nek i zwykł był mówić:

- Chrzestna panicza to aku­ratna i sławna gospodyni na całą parafię kukuciską, a kie­dy przystroi się na odpust do kościoła, to paniczu... wprost alleluja.

Lubiłem bardzo moją chrzest­ną, gdyż była pogodna, miła i nieraz służyła mojej matce radą w różnych drobnych kło­potach gospodarstwa domo­wego. Uciekałem również do chrzestnej, kiedy chciano mnie ukarać. (...) Chrzestna nazywa­ła mnie zawsze z litewska po imieniu w trzeciej osobie. Słu­chała moich skarg uważnie, ale nigdy nie brała mojej stro­ny i często dawała mi takie po­uczenie, które bardziej ukształ­towało moją katolicką postawę, niż zrobiłby to jakikolwiek ka­techeta.

- Czy to Pan Bóg dał czło­wiekowi wolę, aby go każdy za nos wodził? - pytała, gdy zro­biłem coś złego. - Szczupak w naszej Zejmianie, tak on pły­nie swobodny w jedną i drugą stronę, a za przeproszeniem, słoma czy kawał drzewa płynie tam, gdzie prąd poniesie".

Wileńska gazeta "Słowo" za­mieściła w październiku 1938 roku informację o śmierci prof. Mariana Zdziechowskiego, uro­dzonego w Nowosiólkach w po­wiecie mińskim, potomka sta­rego szlacheckiego rodu, rek­tora Uniwersytetu Wileńskiego, uczonego znanego w świecie ze swoich antykomunistycznych poglądów oraz głębokiego reli­gijnego i filozoficznego spojrze­nia na problem Rosji.

"W podwórku domu Zdzie­chowskich na ceglanej podło­dze suteryny klęczał mężczyzna. Zdaje się, że się modlił, a z szeroko otwartych oczu pły­nęły łzY. Stary stangret, który 25 lat służył u profesora, opła­kiwał zgon pana".

 

Zabawa w odwracanie ról

 

Juliusz Kaden-Bandrowski opisuje moment, gdy jego oj­ciec, szacowny krakowski le­karz, z powodu pragnienia, by na co dzień przebywać w ele­ganckim świecie, w ciągu jed­nego dnia wyzwolił się raz na zawsze ze swoich obowiązków. Przyjął posadę dyrektora tea­tru. Żeby zerwać z dawnym ży­ciem, musiał uciec się do psy­chodramy.

"Rano, po śniadaniu, kazał ojciec wyjść Tomaszowi [sta­remu służącemu] do sieni i za­dzwonić w charakterze chore­go. Musieliśmy być przy tym wszyscy w przedpokoju.

Cóż miał Tomasz robić? Za­dzwonił i jak mu kazano, spytał w drzwiach:

         - Czy zastałem pana konsy­liarza?

         Ojciec ukłonił mu się nisko i odpowiedział:

- Przepraszam pana dobro­dzieja, ale pan doktór wyjechał i nigdy już nie wróci.

Wybuchnęliśmy śmiechem. Tomasz się zaczerwienił, ojciec dobył z pularesu papierek dwu­dziestokoronowy i wręczył go uniżenie pacjentowi:

- Służę panu dobrodziejo­wi i bardzo przepraszam za za­wód. Pan będzie łaskaw powie­dzieć chorym pana konsyliarza, że każdemu chętnie zapłaci, by­leby ich już nigdy w życiu nie oglądać".

Tomasz się nie śmiał, bo całą tę maskaradę, zabawę w od­wracanie ról, uznawał za rzecz gorszącą. Jako człowiek myślą­cy logicznie uważał hierarchię za fundament budowy świata. Świat z zakłóconą hierarchią (zawód dyrektora teatru stał w ówczesnej hierarchii daleko niżej niż czcigodne powołanie lekarza) był mu obcy z natury rzeczy. Ten sam sługa wymó­wił zresztą służbę w dniu, gdy jego pan, przejęty socjalistycz­ną modą, posadził za stołem w jadalni chłopską parę z pod­krakowskiej wsi, a on musiał im usługiwać. Wtedy uznał, że system logicznie porządkują­cy świat według odwiecznych zasad został w tym domu na­ruszony. On może, a nawet po­winien usługiwać - ale tylko tym, którzy stoją wyżej od nie­go w hierarchii. Tę prawidło­wość wszyscy rozumieli bez

słów. Dlatego "państwo" za­chowywali się taktownie i de­likatnie i nigdy nie stawiali służby w dwuznacznych sytua­cjach. (Jacek Jerzy Nieżychow­ski wspomina, że jego dziad­kowie, którzy traktowali służ­bę w sposób wyjątkowo przyja­zny, w swoim domu w Granów­ku zawsze osobiście uczestni­czyli w Wigilii dla służby do­mowej i pracowników mająt­ku, a młodziutkie panienki, ich córki, w białych koronkowych fartuszkach podawały służbie do stołu).

Profesor Paweł Stępień z UW przypomniał podczas jednego z wykładów [Wykład został wygłoszony w Gimnazjum i Liceum im. Św. Toma­sza z Akwinu w Józefowie] zasady rządzące dziełem stworzenia, jakie od­krywała średniowieczna teolo­gia i filozofia. Znajdowały one odzwierciedlenie w sztuce i ar­chitekturze tego czasu. Archi­tektura i geometria stwórcze­go dzieła Boga tworzy wzorzec najdoskonalszej budowli i naj­doskonalszego poematu, za­uważył prof. Stępień. Człowiek żąda tego, co piękne. Dlatego zwraca się ku Bogu. Piękno ro­dzi miłość. Ludzie średniowie­cza wiedzieli, że świat musi być doskonały - ze względu na Stwórcę i cel. I w sztuce po­sługiwali się zasadą harmonii, główną zasadą tworzenia świa­ta przez Boga. Istotą harmonii jest hierarchia.

Harmonią opartą o hierar­chiczny ład odznaczał się też w średniowieczu porządek spo­łeczny i prawny. Krzyż powi­nien znajdować się w samym środku Wszechświata, uważano w epoce, w której królował nad­przyrodzony ład. Symetria, pro­porcja - niezbędne cechy dzie­ła stworzenia musi uwzględ­niać każda twórczość. Organi­zacja społeczeństwa w Średnio­wieczu także uwzględniała ten wzorzec: skierowana była ku górze, ku Bogu, by Go chwa­lić. Społeczeństwo było hierar­chiczne.

Średniowiecze było epoką żelaznej logiki. Odkrywało po­rządek świata stworzonego we­dle miary, liczby i wagi. Kul­tura średniowiecza ukazywała grzech pierworodny jako wy­wrócenie porządku, odwrócenie hierarchii. Grzech był narusze­niem zasady doskonałego, ma­tematycznego uporządkowania wszechświata (wąż góruje nad kobietą Ewą, mężczyzna Adam jest w upadku). Przeciwień­stwem harmonii, przeciwień­stwem porządku jest chaos, jaki wprowadza grzech. Grzech od­wrócenia się od Boga wprowa­dza ciemność, chaos i śmierć.

Rodzina Potockich nadawa­ła życiu towarzyskiemu Krako­wa XIX wieku arystokratycz­ny rozmach, jej specjalnością były oryginalne bale, które wy­dawano dla całego miasta. By­wali na nich mieszczanie, kup­cy, ludzie, których kultury oso­bistej gospodarze byli pewni. W 1913 roku wydano karnawa­łowy bal w pałacu na rogu ul. Brackiej i Rynku, własności Po­tockich z Peczary. Goście przy­byli w strojach z czasów Ludwi­ka XVI i Marii Antoniny. Gospo­darz, Franciszek Potocki, wy­stąpił, niczym postać z opery, w białej peruczce z czarną ko­kardą i "fraku beżowym Direc­toire". Stosowne kostiumy do­stała także służba. Kiedy roz­bawiona Zofia Zamoyska z Wy­socka zwróciła się na tym balu do jednego ze służących z po­rozumiewawczym uśmiechem i słowami: "A to z nas małpy zrobili, prawda Wojciechu?", ten odpowiedział z całą powa­gą: "Ze mnie nie, proszę pani hrabiny".

A Eugeniusz Melchior de Vo­güe dodaje: ,,(...) zawsze gdy ja­kieś społeczeństwo porzuca sta­re dystynkcje, stare moce du­chowe i doczesne, pozostaje je­den pan niezachwiany, najbar­dziej drobiazgowy i najtwar­dszy z panów, a jest nim pie­niądz. Wznosi się on na najwyż­sze z opróżnionych stanowisk, przywłaszcza autorytet wyrwa­ny swoim rywalom, ustanawia ponownie na swoją korzyść, pod inną postacią, wyróżnie­nia i przywileje. Wszyscy mu są posłuszni".

Ksiądz Delassus, odnotowu­jący trwające we Francji od po­nad dwustu lat (a pisał te słowa w pierwszej dekadzie XX wie­ku) skłócenie klas społecznych, żywiących wobec siebie uprze­dzenia i nienawiść, konkludu­ję: "Narodowi może przyda­rzyć się coś gorszego niż utra­ta wojska i okrętów, niż ban­kructwo finansowe czy też na­pad na jego terytorium. To po­rzucenie tradycji i utrata idea­łu. Historia wszystkich ludów to potwierdza".

Dziś w Polsce widać ogrom­ną tęsknotę za nadprzyrodzo­nym ładem. Rzadko wypowia­dana jest ona wprost. Zmie­szanie ludzi różnych kondy­cji w jeden nieuporządkowany twór to mieszanka wybucho­wa, to źródło nigdy niezaspo­kojonych ambicji, niepokojów, wiecznych pretensji i frustracji. To coś sztucznego, nienatural­nego. Miejsca zajmowane przez ludzi w każdym społeczeństwie nie mogą być takie same. Rów­ność jest mitem.

Prawdziwa hierarchia, wy­nik uznania nadprzyrodzone­go ładu, panowania nad świa­tem Boga, porządkuje społe­czeństwo, zapewnia mu spo­kój i szczęście. Daje szansę mi­łości - miłości do siebie ludzi, którzy potrzebują siebie na­wzajem. Więzi między nimi są trwałe, mają racjonalną podsta­wę. Taka miłość nie jest jedynie emocją ani sentymentem zwią­zanym z doraźnym poszukiwa­niem bezpieczeństwa czy przy­jemności, lecz wynika z ugrun­towanego poczucia wzajemnych obowiązków.

A te mogą mieć źródło wy­łącznie w uznaniu Boga za jedy­nego Pana.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.