Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 62 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow wspomnienia arrow Moje niezwykłe życie z Markiem
Monday 26 October 2020 07:57:42.30.
migawki
 

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”.

Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

 
W Y S Z U K I W A R K A
Moje niezwykłe życie z Markiem Drukuj Email
Wpisał: Cezary Dąbrowski   
26.07.2012.

Rozmowa z Danutą Grechutą

 

Pięć lat bez Marka Grechuty… Jak jest bez niego?

Dzięki jego wielbicielom, bo to oni mnie tak zdopingowali, ciągle żyję Markiem, jego piosenkami, chronię to, propaguję i MAREK ŻYJE. Marek ciągle żyje we mnie, ciągle jest. Wszystko to sprawia że jestem ciągle w takim nastroju jak wtedy kiedy on gdzieś wyjeżdżał na koncerty…

Jaki był Marek Grechuta?

Taki jak jego piosenki. Wrażliwy, czasem nadwrażliwy, bardzo wsłuchujący się w to co ludzie do niego mówią, kiedy go ktoś dotknął w jakiś sposób to bardzo to przeżywał, emocjonalnie podchodził do wszystkiego. Interesowało go wszystko. I chciał bardzo by wszyscy byli szczęśliwi…

Zmieniał się z latami?

Tak, jak każdy. Pojawiały się oczywiście pewne ograniczenia fizyczne które dotyczą nas wszystkich. Był chyba coraz mniej cierpliwy do niektórych spraw. Pewne opinie traktował bardziej radykalnie. Ale ogólnie rzecz biorąc pozostał człowiekiem z rozbudzoną wrażliwością.

Jakim był mężem?

Specyficznym… (uśmiech). Bo wiadomo, raz że artysta, dwa że właśnie był bardzo zajęty uprawiając ten zawód dość intensywnie, był bardzo znany. Od początku swoich występów był bardzo znany i popularny. Ludzie bardzo żywo na niego reagowali. I to też wpływało na nasze życie. Ale myśmy szczerze mówiąc starali się tego nie zauważać, żyliśmy normalnie, zachowywaliśmy się normalnie. Markowi nigdy woda sodowa nie uderzyła do głowy. Był artystą i było widać na scenie że ma takie poczucie, ale kiedy schodził ze sceny, żył normalnie; jadł jabłka, lubił ciastka, pochrupać orzechy.

Był religijny?

My – ja i on – zostaliśmy wychowani w duchu katolicyzmu. Przywiązywaliśmy wagę do Dekalogu, bo uważaliśmy że stosowanie się do 10 przykazań bardzo ułatwia życie, porządkuje je, człowiek wie zawsze jak postąpić. Kiedy tego brakuje popełnia się błędy. Przestrzeganie zasad Dekalogu jest w stanie człowieka uchronić od poważnych błędów w życiu, potrafiących zaważyć na tym życiu, jest w stanie uchronić człowieka od wejścia na drogi na które nigdy nie powinien wchodzić.

Był patriotą?

O, tak. Był wychowany w bardzo patriotycznym duchu. W ich domu zawsze panowała atmosfera miłości do Polski. Sama słuchałam opowieści babci Marka, której syn, a wujek Marka, akowiec, umierał pod koniec wojny na jej rękach, mówiąc przed śmiercią: „Już beze mnie będziecie Polskę budować…”. Marek był tym bardzo przejęty, nie pozwolił nigdy nic złego na Polskę powiedzieć, choć widział jak wiele złego się dzieje. Ustrój komunistyczny potępiał, a Polska i Polacy to były wartości niesłychanie ważne.

Co było dla niego najważniejsze?

Chyba przede wszystkim wolność, którą nam tak ograniczano, przez co nie mogliśmy emanować naszą osobowością tak jak byśmy chcieli. Marek jednak dzięki śpiewaniu, komponowaniu, pisaniu tekstów, był w stanie się z tego wyzwalać, a także, co obserwowaliśmy, zarażać tym ludzi. Sztuka była obszarem jego wolności, której pragnął.

W pani książce wyczytałem że wielkim wstrząsem było dla niego wprowadzenie stanu wojennego i strasznie to przeżył.

Tak. Jak każdego wrażliwego człowieka doprowadziło go to wręcz do lęków, to wszystko co się działo. Poczuł się niepewnie, tak jakby mu grunt spod nóg się usunął. Wszyscy to żeśmy przeżyli. Poranek kiedy wprowadzono stan wojenny, kiedy wyłączono nam telefony, w niektórych domach brakowało wody, prądu, dzieci nie miały „Teleranka”, to wszyscy pamiętamy… To było straszne uderzenie. Byliśmy bezradni jak dzieci…

Byliście razem 36 lat, to kawał czasu… Co dał w tym czasie Marek Grechuta pani, co pani jemu?

Niewątpliwie, dzięki temu że zostałam jego żoną moje życie nie było zwykłe tylko niezwykłe, uczestniczyłam w niezwykłych sprawach. Sama obecność przy tym jak on tworzył te piosenki, w co mnie często bardzo angażował, to było przeżycie ogromne, kiedy coś tak fantastycznego powstaje…

W jaki sposób panią angażował?

Musiałam stać przy fortepianie i śpiewać drugim głosem, a Pan Bóg obdarzył mnie głosem. A najgorzej pokazać że się coś umie… Wtedy staje się to natychmiast  obowiązkiem człowieka… Wybijałam więc rytm, grałam na przykład na zapałkach, które zastępowały jakieś instrumenty perkusyjne. Kiedyś Marek przywiózł z Kuby marakasy i na nich też dodawałam animuszu jego piosenkom, kiedy były to te pierwsze próbne nagrania w domu, kiedy próbował sobie wyobrazić jak to będzie kiedy zacznie je grać cały zespół. I co mogłam to robiłam…

Co jeszcze dawaliście sobie nawzajem?

Myśmy sobą przede wszystkim się wzajemnie opiekowali, bo każdy człowiek potrzebuje wsparcia drugiej osoby, bo tylko wspólnie można coś osiągnąć, jakiś spokój, poczucie bezpieczeństwa. A czujemy się dobrze i szczęśliwi kiedy komuś jesteśmy potrzebni.

Jak to się w ogóle stało że Marek Grechuta zaczął śpiewać?

Wszystko wzięło się z potrzeby zabawy, bo postanowił z kolegami zabawić się w kabaret. Studenci architektury mają w charakterze coś takiego że lubią emanować swoją osobowością, zajmować ludzi sobą, ludzi bawić, opowiadać dowcipy. Kiedy poznałam jego kolegów z architektury to oni wszyscy bez wyjątku byli bardzo inteligentni, bardzo dowcipni, bardzo przystojni (śmiech) i nadawali się tylko do tego by się w nich zakochać… Marek postanowił właśnie z tymi kolegami, z różnych lat zresztą, bo byli tam i starsi studenci, zrobić kabaret. A że kabaret bez piosenki nie istnieje, ktoś musiał w nim śpiewać. I tak się jakoś złożyło że najbardziej do tego nadawał się Marek. I zaczął zmagać się z tym wyzwaniem. A że od dziecka miał skłonności do komponowania, miał nawet już pewne rzeczy obmyślane, gotowe piosenki, także poszło mu to dość łatwo.

A więc nie był to taki zupełny przypadek?

Nie, tylko wcześniej nie miał okazji zaprezentować swoich pomysłów, bo próby robił od zawsze. Chciał się wyróżniać, brał na przykład udział w olimpiadzie matematycznej. Chyba w wieku 16 lat przyjechał na giełdę piosenki do Warszawy i na Myśliwieckiej nagrał swoją piosenkę, imitując chyba wtedy Franka Sinatrę. Była to piosenka „Buona serra siniorina”. To były jego pierwsze próby z piosenką.

Piosenka była dla Marka Grechuty?…

Bardzo ważną rzeczą w jego życiu. Przywiązywał do niej ogromną wagę i oddawał się jej.

Mówiła pani że wszystko jest w pani książce i powstała ona by już nie zadawano pani pytań… Nie lubi pani i nie chce odpowiadać na pytania dziennikarzy, rozmawiać na ten temat?

Nie, ja lubię rozmawiać z ludźmi, tylko czasem bywa przesyt czegoś, a poza tym nie wszyscy mają do mnie dostęp. A dzięki takiej książce wielu zainteresowanych może się dowiedzieć dużo, w tym przeczytać o rzeczach o które by mnie chętnie zapytali, a nie mają okazji.

Mówiła pani że w pani książce jest dużo o komunie, PRL-u, o tych złych czasach. Co było najgorsze w tych złych czasach?

To ograniczanie nas, brak wolności. To jest okropne dla ludzi. Mieliśmy poczucie krzywdy, pragnęliśmy czegoś innego. Mówiliśmy sobie że tak nie powinno być. Nie może być tak że człowiek nie może decydować o swoim życiu, by urzędnik mi mówił na ilu metrach kwadratowych mam mieszkać, co mi wolno a czego nie. Przecież nie można było nic wydać, a teraz mogę sobie wydać książkę. To jest wolność. Wtedy nie było o tym mowy, coś takiego groziło więzieniem. Nikt nie mógł dostać papieru do druku. To lata świetlne – tamte czasy i obecne. Teraz człowiek może się realizować, wtedy nie mógł, nikt nie mógł być sobą. Marek przedzierał się przez to jak przez chaszcze dzięki temu że uprawiał taki typ poezji który jakoś tam nie wadził tym na górze, i dzięki temu mógł te piosenki tworzyć. Bo śpiewał głównie o miłości. Ale wiadomo było że jakby tylko tknął innej tematyki, byłoby trudno. Zaraz pojawiłaby się cenzura i czepialiby się beznadziejnie głupich rzeczy.

Poznała pani Marka Grechutę jako architekta, a nie już jako piosenkarza. Potem to się zmieniło. I bardzo dobrze?

Kiedy Marek się szykował do profesji architekta to w ogóle nie miało sensu. Bo budowano wtedy tylko bloki z wielkiej płyty i architekt tam w ogóle nie miał co robić… Dlatego też pewnie Marek tak bez wielkiego bólu to porzucił. Teraz architektom jest lepiej. Ale trudno było przewidzieć że jego kariera tak się rozwinie, tak długo będzie trwać i Marek będzie mieć takie powodzenie, a architektura wszystkim imponowała, bo to był szanowany zawód. I architektura była jego miłością, zajmował się nią z wielką pasją i sukcesami. Miał stypendia naukowe i byłby dobrym architektem. Ale potoczyło się to inaczej.

Gdyby Marek Grechuta nie został piosenkarzem, zostałby malarzem?

Niewykluczone. Zależy jak byłoby przyjmowane jego malarstwo. Trudno było to sprawdzić. Oczywiście chętnie wszyscy przyjmowali od niego jego obrazy, ale to przecież dlatego że to Marka Grechuty. A trudno powiedzieć jak byłby oceniony przez gremia profesjonalne. Nie jest prosto przebić się w malarstwie.

Którą ze swych piosenek lubił albo cenił najbardziej?

Myślę że wszystkie na równi lubił i cenił. On je wszystkie traktował jak własne dzieci. Raz zauważyłam jak się wsłuchał – a w ogóle nie słuchał w domu swoich piosenek – i zachwycał wykonaniem z Opola „Hop szklankę piwa”, ale tylko dlatego że tam świetnie śpiewał chór. I ciągle tego słuchał bo ten chór mu się podobał, zachwycał się nimi.

Podobno bardzo chwalił Grzegorza Turnaua?

Kiedy Marek zobaczył i posłuchał jak Turnau śpiewa, powiedział że może już umierać bo jest jego następca…

Jak oceniał polską rzeczywistość po 1989 r.?

Bardzo krytycznie, bardzo to przeżywał. Odniósł się do tego na płycie „Dziesięć ważnych słów”. To był taki jego dekalog, o wszystkim co dla niego najważniejsze, między innymi o Solidarności, pracy i tak dalej. Chciał to napisać najprostszymi słowami, by dotrzeć do młodych ludzi.

rozm. Cezary Dąbrowski/www.zawszepolska.eu /20.XII.2011//z p. Danutą rozmawiałem z okazji premiery książki „Marek. Marek Grechuta we wspomnieniach żony Danuty”, wywiadu-rzeki z p. Danutą autorstwa Jakuba Barana/

Więcej: http://zawszepolska.eu/2012/07/spiewaj-grechute/

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.