www.mamboteam.com
Strona Mirosława Dakowskiego Advertisement
Odwiedza nas 9 gości
S T A R T arrow Społeczeństwo arrow kultura arrow Mackiewicz w złych rękach
21.09.2014.
 
 
migawki

Odebranie Polakom możliwości cieszenia się grą siatkarzy, grą tenisistów (ISI !) , chronienie się za procedury i tłumaczenie intrygami świadczy nie tylko o piekielnej złośliwości (nie chcę małp obrażać porównaniami), ale i skrajnej krótkowzroczności kliki rządzącej Polską. Używając ich języka: „Chleb wam podpierdoliliśmy no to i igrzysk nie damy!”. Choć – czy któryś z nich wie, co znaczy circenses? Może pikuś Braun, ale ten od lat zapiekły w antypolskich konwulsjach.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Mackiewicz w złych rękach Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
30.09.2008.

Mackiewicz w złych rękach

Kazimierz Orłoś 27-09-2008,http://www.rp.pl/artykul/196568.html 

Nina Karsov uczyniła z Józefa Mackiewicza osobę nienormalną, twórcę, który nie chciałby, aby jego książki były czytane w Polsce demokratycznej i wolnej.

Sąd Apelacyjny w Warszawie zakończył 20 sierpnia trwający czternaście lat proces o prawa autorskie do książek Józefa Mackiewicza, odrzucając apelację córki Józefa Mackiewicza Haliny Mackiewicz. Apelacja złożona została od postanowienia sądu rejonowego z 17 lipca 2006 roku, uznającego, że prawa dziedziczy Barbara Toporska, wieloletnia partnerka Mackiewicza, co skutkuje przyznaniem ich Ninie Karsov, właścicielce wydawnictwa Kontra w Londynie.

Ponieważ od początku, jako bliski krewny Haliny Mackiewicz (moja matka, Seweryna z Mackiewiczów Orłosiowa, była siostrą Stanisława i Józefa Mackiewiczów), pomagałem kuzynce w prowadzeniu sprawy, czuję się w obowiązku opisania, pokrótce, chronologii wydarzeń. Sprawa, choć nie jest jeszcze przesądzona ostatecznie, wymaga komentarza. Z kilku powodów. Po pierwsze dotyczy sporu istotnego nie tylko dla rodziny, ale przede wszystkim dla kultury polskiej: kto będzie spadkobiercą praw do książek jednego z najwybitniejszych prozaików polskich żyjących w XX wieku? Czy prawa te pozostaną w rękach córki mieszkającej w kraju, czy staną się własnością osoby niespokrewnionej z pisarzem, mieszkającej za granicą? Ten komentarz jest także istotny, jak myślę, dla licznych znawców twórczości Mackiewicza i entuzjastów jego pisarstwa, którzy mogą widzieć w dotychczasowych staraniach rodziny błędy i kwestionować sposób prowadzenia procesu. Czy można było zatem uzyskać inny wyrok?

Dwa testamenty

Geneza sprawy, jak wiadomo, ma miejsce z końcem lat 60., kiedy przy Mackiewiczach mieszkających w Monachium pojawia się pani Nina Karsov i proponuje wydawanie książek Józefa Mackiewicza w swoim „rękodzielniczym” wydawnictwie w Londynie. Zaufanie, jakie wzbudziła wtedy, było zrozumiałe z racji choćby jej historii: osoby wyrzuconej z PRL w latach 60. po procesie politycznym. Sądzę również, że do roku 1989 rola Niny Karsov była pozytywna. Książki Józefa Mackiewicza ukazywały się, trafiały do księgarni emigracyjnych, a także były przemycane do kraju. Przemilczany i atakowany z różnych stron pisarz był przypominany. Istniał. To zaufanie było też zasadniczym powodem, dla którego Barbara Toporska uczyniła swoją spadkobierczynią Ninę Karsov. Uczyniła, dodam, niedługo przed śmiercią, w klinice onkologicznej w Bad Trissl, w której w czerwcu 1985 roku zmarła. W testamencie tym obok praw do swoich książek przekazała również prawa do książek Józefa Mackiewicza, jako upoważniona do tego na podstawie testamentu pisarza.

W tym momencie dotykamy sedna sporu: Józef Mackiewicz istotnie, na podstawie testamentu napisanego w 1969 roku, potwierdzonego w 1975, przekazał Barbarze Toporskiej prawa do swoich książek. Jednakże w liście do przyjaciółki Haliny Mackiewicz, pani Marii Marczak, która wracała do kraju w roku 1982, przekazał prawa córce Halinie.

Istnienie tego listu, niestety, zniszczonego w czasie stanu wojennego, a także przekazanie w nim praw córce nie powinny budzić wątpliwości, ponieważ liczni świadkowie widzieli dokument, a kilku zeznawało przed sądem.

O liście wiedziała także właścicielka wydawnictwa Kontra. W zimie w roku 1985, będąc w Monachium po śmierci ojca (zmarł w styczniu 85), Halina Mackiewicz w czasie rozmowy z Barbarą Toporską i Niną Karsov powiedziała o tym. Powiedziała również, że list został zniszczony ze względu na bezpieczeństwo osób, które tam były wymienione. Co w warunkach stanu wojennego (w mieszkaniu mojej kuzynki był magazyn wydawnictw drugiego obiegu) było uzasadnione, chociaż – jak okazało się po latach – wysoce nieroztropne.

Porozumienia nie będzie

Dalszy ciąg wydarzeń można przenieść już w lata 90., kiedy nasz kraj odzyskuje wolność. Zainteresowanie literaturą zakazaną w czasach PRL – a więc tą z drugiego obiegu i emigracyjną – jest ogromne. Bardzo wielu wydawców, wiedząc, że córka Mackiewicza dysponuje prawami, zwraca się teraz do niej z propozycjami wydawniczymi. Moja kuzynka jednak, z przyczyn, które nazwałbym zbyt daleko posuniętą lojalnością – mówi o Ninie Karsov. Chce realizować swoje prawa w uzgodnieniu z wydawcą londyńskim. Dokonać podziału: ona wydaje książki w kraju – Nina Karsov za granicą.

W 1990 roku Halina Mackiewicz wysyła list do Londynu, w którym pisze m.in.: „Ostatnio zaistniały możliwości legalnego wydawania książek Ojca. Zwlekałam ze zgodą, mając ciągle jakieś zastrzeżenia do naszej rzeczywistości. Teraz jednak postanowiłam szybko załatwić związane z tym formalności. Informuję Panią o tym, bo bardzo chciałabym uniknąć wszelkich niejasności w sprawie rozdziału Pani i moich uprawnień”.

Na list ten otrzymuje odpowiedź w języku angielskim. Adwokat Niny Karsov, Mr Matthew Kielanowski, pisze: „We heve been instructed, as you probably know…” i dalej (już w tłumaczeniu): „przez panią Ninę Karsov, o wszystkich sprawach dotyczących jej praw do prac pani ojca, zawarowanych naszej klientce wolą ojca. Nie ma wątpliwości z prawnego punktu widzenia tej sprawy, że te prawa są nieodwracalnie przyznane naszej klientce, w rezultacie czego tylko ona może decydować, które książki, prace i sztuki mogą być legalnie publikowane…” itd.

Myślę, że z tą właśnie chwilą staje się jasne, że żadnego porozumienia nie będzie. Polubowne załatwienie sprawy jest wykluczone, a żadne względy – powiedziałbym ludzkie i oczywiste – nie będą brane pod uwagę. Ani fakt, że żyją dwie córki pisarza (do roku 1998 żyła jeszcze Natalia Żyłowska, córka Wandy Żyłowskiej, z którą Józef Mackiewicz był krótko związany w latach 30.). Ani fakt, że los tych córek nie był obojętny pisarskiej parze – przeciwnie: świadczy o tym obfita korespondencja, a także dedykacje: Mackiewicz dwie książki dedykował „córce Haluni” („Bunt rojstów” i „Sprawę pułkownika Miasojedowa”) – Barbara Toporska jedną – „Idalii” („Siostry”). Nie miał, oczywiście, znaczenia fakt, że testament pisarza z 1969 roku powstał w innym świecie. W innych warunkach i okolicznościach: w okresie apogeum sowieckiej dominacji, kiedy nikt się nie spodziewał, że ten system zawali się wkrótce, a „Drogę donikąd” lub „Nie trzeba głośno mówić” będzie można wydawać w Wilnie i Warszawie.

Wobec takiej postawy właścicielki wydawnictwa Kontra córki decydują się na wystąpienie na drogę prawną. Pierwszym krokiem jest wysłanie, na adres londyński pani Karsov, pytania, na jakiej podstawie prawnej publikuje książki Józefa Mackiewicza. Pytanie to wysyła listem poleconym we wrześniu 1993 roku adwokat Ewa Szelchauz, która podejmuje się prowadzenia sprawy. Później, od roku 2005, prowadzili ją: mecenas Ernest Bejda, pani mecenas Barbara Kierepka, a od chwili gdy była już w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, mecenas Maciej Bednarkiewicz. Wszyscy pełnomocnicy Haliny Mackiewicz występowali w tej trudnej sprawie bezinteresownie – honorowo.

Pytanie nie było bezzasadne. W roku 1993 nie wiedzieliśmy, czy testamenty Barbary Toporskiej i Józefa Mackiewicza zostały otwarte przez sądy niemieckie, jaka była procedura – czy zostały zalegalizowane na terenie Polski i czy pani Karsov istotnie może się uważać za właścicielkę praw.

Ponieważ na list nie było odpowiedzi, mecenas Szelchauz złożyła w Sądzie Rejonowym w Warszawie w grudniu 1993 roku wniosek o stwierdzenie praw spadkowych po Józefie Mackiewiczu i przyznanie ich jego córkom na podstawie dziedziczenia ustawowego. Przedtem jednak wiele miesięcy zajęło jej ustalenie, jakie obywatelstwo posiadał Mackiewicz w chwili śmierci. Jedynie bowiem obywatelstwo polskie, którego – jak się okazało – nigdy się nie zrzekł, pozwalało dochodzić praw przed sądem polskim. I dopiero wówczas – po kilku miesiącach: we wrześniu 1994 adwokat pani Niny Karsov złożył w sądzie odpowiedź na wniosek oraz kopie testamentów: Barbary Toporskiej z 1985 roku i Józefa Mackiewicza z roku 1969. Wcześniej, jak się okazało, Nina Karsov wystąpiła do Sądu Wojewódzkiego (Wydział VII Cywilny) w Warszawie o legalizację testamentu Barbary Toporskiej na terenie Polski. Znamienne, że nie został o tym powiadomiony sąd spadkowy, który już prowadził sprawę z powództwa córek, ani też same córki Józefa Mackiewicza. Legalizację testamentu Barbary Toporskiej uzyskała zatem Nina Karsov po cichu, z naruszeniem zasady udziału wszystkich, których testament dotyczy.

 

Można by powiedzieć, że sąd spadkowy ma teraz jedno zadanie: musi rozstrzygnąć, który z testamentów należy uznać. Ten z 1969 roku czy ten z listu z roku 1982 (jako późniejszy byłby decydujący). Jest jednak wątek uboczny (który wstrzymuje na wiele lat rozstrzygnięcie zasadniczego sporu). Chodzi o ustalenie, czy Barbara Toporska była formalnie żoną Józefa Mackiewicza. Wszyscy – rodzina i przyjaciele – uważali ich za małżeństwo. Józef i Barbara przeżyli ze sobą blisko 50 lat. Barbara Toporska była dobrym duchem Mackiewicza – zapewne dzięki niej napisał swoje wielkie powieści. Jednakże formalnie żoną Józefa pozostawała, do chwili śmierci w roku 1973, matka Haliny Mackiewicz – Antonina Mackiewiczowa mieszkająca w Warszawie. Józef Mackiewicz nie przeprowadził przed wojną rozwodu. Nie mógł więc wziąć ślubu z Barbarą.

Rozstrzygnięcie tej formalnej kwestii było dla sądu istotne. Wymagało tego sprostowanie niemieckiego aktu zgonu Mackiewicza, w którym Barbara Toporska figurowała jako żona. Poza tym nie było dla sądu bez znaczenia, kim jest osoba, która została spadkobierczynią. Jest to także istotne choćby ze względu na tzw. zachowek dla osób z najbliższej rodziny pominiętych w testamencie. Dlatego sprawę o stwierdzenie praw sąd zawiesił w roku 1995 do czasu rozstrzygnięcia problemu.

Spór na ten temat wywołał wielkie emocje wśród żyjących przyjaciół Mackiewiczów. Przesłuchano wielu świadków. Pani Karsov złożyła plik dokumentów z angielskiego biura emigracyjnego. Nie natrafiono jednak na żaden ślad rozwodu ani zawartego ślubu. Ostatecznie – na podstawie informacji z Państwowego Archiwum Litewskiego – sąd w tej oddzielnej sprawie orzekł, że Józef i Barbara nie byli formalnie małżeństwem.

Dopiero po odrzuceniu kasacji, którą adwokaci Niny Karsov złożyli w Sądzie Najwyższym, sąd spadkowy mógł w roku 2005 powrócić do zasadniczej sprawy. Oczywiście w innym już wydziale i pod inną sygnaturą, z innymi sędziami. Nb. jak ustaliłem, w ciągu trwania procesu sprawę prowadziło pięciu sędziów lub asesorów. Oczywiście każdy z nich musiał poświęcić wiele dni, jeśli nie tygodni, aby solidnie poznać wszystkie szczegóły skomplikowanego sporu.

Decydująca waga szczegółów technicznych

Pierwsza rozprawa, po wieloletniej przerwie, miała miejsce w zimie 2005 roku. Sąd powrócił do pytania, który z testamentów można uznać.

Wbrew sprzeciwom adwokatów pani Karsov – mecenasa Andrzeja Laguta i pani mecenas Elżbiety Rydzewskiej – którzy w ogóle kwestionowali istnienie listu z 1982 roku, sąd zgodził się na przesłuchanie świadków.

Na następnych rozprawach przesłuchani zostali kolejno: niżej podpisany, Mirosław Kowalski (wydawca książek podziemnych, z którym Halina Mackiewicz miała częsty kontakt w latach 80.) oraz Marek Nowakowski. Wszystkie te osoby widziały i czytały list. Sąd przesłuchał również profesora Jacka Trznadla, który o liście wiedział i który słyszał, że córka Mackiewicza dysponuje prawami do książek ojca. Wystąpił również jako świadek Włodzimierz Odojewski, który przyjaźnił się z Józefem Mackiewiczem w Monachium i któremu Mackiewicz mówił, że prawa do wydawania swoich książek w kraju przekazał listownie córce.

O przekazanych przez ojca prawach zeznawała, oczywiście, Halina Mackiewicz. Istniało także złożone w aktach „Oświadczenie” Marii Marczak mieszkającej w Kanadzie, adresatki listu – w którym to – poświadczonym notarialnie dokumencie – pisała m.in.: „We wrześniu 1982 r. otrzymałam na mój adres nigeryjski listowną odpowiedź od pana Józefa Mackiewicza, w której wyraził on zgodę na wydawanie swoich książek w Polsce i przekazał wszystkie swoje prawa autorskie do wydań krajowych córce Halinie”.

Można dziś powiedzieć, na podstawie wywodów obu sądów – rejonowego i apelacyjnego – że ten właśnie etap podjętego na nowo postępowania (po dziesięciu latach!) był decydujący. I próby szczegółowego ustalenia: czy list był pisany ręcznie czy na maszynie (córka powiedziała, że na maszynie, co wykluczałoby uznanie dokumentu za testament – ja i inni świadkowie pamiętaliśmy, że był pisany ręcznie), czy był na jednej stronie czy na dwóch stronach kartki, jakie odstępy były między linijkami, jak Józef Mackiewicz zwracał się do pani Marczak, gdzie postawił datę, jaki był margines, jak zakończył list itp., itp. Zdaniem sądów te wszystkie „techniczne szczegóły” powinny być zgodne – przynajmniej w dużej mierze zgodne. Tymczasem, oczywiście, nie były. Wszyscy natomiast – córka, pani Marczak w swoim „Oświadczeniu” i świadkowie – mówili to samo, jeśli chodzi o treść. Cytując ich wypowiedzi w swoim uzasadnieniu, pani sędzia – asesor sądu rejonowego – mimo woli potwierdziła to, co było najważniejsze: „Wnioskodawczyni podała, że w liście tym Józef Mackiewicz pozostawił do jej decyzji sprawy związane z wydawaniem jego książek w kraju za jego życia, jak i po jego śmierci”; „W liście tym Józef Mackiewicz oddał decyzje wydawnicze w ręce córki Haliny Mackiewicz” (Marek Nowakowski); „… list, w którym przekazał Halinie Mackiewicz prawo do zaopiekowania się jego dziełami i ich wydawania” (Mirosław Kowalski); „Od spadkodawcy również wiedział, że prawa autorskie w Polsce miały być dla wnioskodawczyni” (Włodzimierz Odojewski).

Dla obu sądów jednakże bardziej istotne były szczegóły techniczne.

Tak się składa, że pisałem pracę magisterską pod kierunkiem profesora Pawła Horoszowskiego, kierownika Katedry Kryminalistyki, na temat wiarygodności zeznań świadków (w roku 1960 ukończyłem Wydział Prawa na UW). Zeznania świadków, nawet bezpośrednio po zdarzeniu, mogą się zasadniczo różnić – a cóż dopiero po upływie 20 lat? List był pisany w 1982 roku, świadkowie zeznawali w 2005!

Niechby sąd przeprowadził taki eksperyment: wszyscy, którzy pamiętają 13 grudnia 1981 roku, widzieli na ekranie telewizora gen. Jaruzelskiego, który mówił o wprowadzeniu stanu wojennego. Jak wyglądał? W jakich był okularach? Czytał z kartki czy patrzył przed siebie? Jak trzymał ręce – złożone czy wyciągnięte? Czy miał baretki odznaczeń na mundurze? Z której strony? Jaki krawat? Itd., itp. Otóż jestem przekonany, że w gronie kilku pamiętających wystąpienie osób zeznania różniłyby się zasadniczo. Czy z tego powodu należałoby uznać, że generał Jaruzelski nie ogłosił stanu wojennego?

Okazuje się, że ważniejsze dla sądu są marginesy, odstępy, kształt liter. To, o czym w czasie rozprawy świadkowie mówili zgodnie i co pamiętali – a więc przyznanie przez Józefa Mackiewicza praw córce – okazało się wątpliwe. A wszyscy ci świadkowie, dodajmy, należeli do osób znanych, przynajmniej części opinii publicznej – cieszyli się zaufaniem i uznaniem w swoich środowiskach (byli pisarzami, publicystami, profesorami i wydawcami). Dla sądu jednak nie byli wiarygodni. Czy oznacza to, że wszyscy kłamali?

Rozstrzygając w sprawach trudnych, jakimi z reguły są te dotyczące szczególnych testamentów, sądy spadkowe są związane przepisami. Prawo wymaga zgodnych zeznań, ale ludzie nigdy nie pamiętają tak samo. To dlatego fakt przekazania przez Mackiewicza praw córce mógł być przez sąd zakwestionowany.

Osławiona nalepka

Chciałbym jeszcze kilka słów poświęcić sprawie korzystania z praw autorskich, jakie pani Karsov uzurpowała sobie, nie czekając – oczywiście – na wynik postępowania spadkowego. Wielu autorów zwracało już uwagę na sposób traktowania przez nią tych uprawnień: jakby uważała twórczość Mackiewicza za swoją prywatną własność. Od której wara wszystkim! Nie ma znaczenia, że ta twórczość jest częścią kultury polskiej. Że jego powieści o czasach „choroby”, za jaką uważał komunizm, powinny być szeroko dostępne nie tylko w kraju, ale wszędzie na świecie. A już zwłaszcza w krajach kiedyś przez komunizm dławionych.

Tymczasem liczne odmowy tłumaczeń – m.in. w Rosji, na Litwie, także w krajach zachodnich, np. we Francji, w Szwajcarii, w Niemczech, nie wspominając o tych, jakich udzielała wydawcom w Polsce na początku lat 90. – świadczą o blokowaniu dostępu do twórczości Józefa Mackiewicza. Jeśli nie świadomym blokowaniu i nie ze złej woli, to przynajmniej z chęci zademonstrowania swego wyłącznego prawa własności!

Przejawem takiej demonstracji jest na przykład osławiona nalepka (pojawiła się w roku 1993, kiedy Halina Mackiewicz upomniała się o swoje prawa) – później nadruk na wszystkich egzemplarzach książek Mackiewicza wydawanych przez Kontrę. Dodajmy, nalepka czyniąca z pisarza osobę nienormalną – twórcę, który nie chce, aby jego książki były czytane we własnym kraju! Warto przypomnieć tę „inskrypcję”, wyjątkowo pasującą do czarnych okładek serii wydawniczej: „Decyduję się na sprzedawanie w Polsce publikowanych przez londyńskie wydawnictwo KONTRA dzieł Józefa Mackiewicza wbrew woli zmarłego pisarza i wbrew własnym przekonaniom. Józef Mackiewicz wierzył, że nigdy nie zrobię niczego, co byłoby niezgodne z jego wolą – dlatego zostałam jedyną spadkobierczynią praw autorskich. Dziś podejmuję taką decyzję, bo nie mam innych możliwości chronienia tych praw, a zachowanie ich uważam za swój najważniejszy obowiązek. Londyn, kwiecień 1993 – Nina Karsov”.

Co to znaczy „wbrew woli zmarłego pisarza”? Skąd pani Karsov o tym wie? W imię czego Mackiewicz nie chciałby być czytany w Polsce bez cenzury – we własnym kraju, demokratycznym i wolnym? Jak można było okaleczać w ten sposób każdą książkę Mackiewicza?

Ale pani Karsov, przypomnę, uniemożliwiała również dostęp do książek o Mackiewiczu. Nadruki „Nie do sprzedaży w Polsce” pojawiły się na książkach Wacława Lewandowskiego „Józef Mackiewicz – Artyzm, biografia, recepcja” i Michała Bąkowskiego „Votum separatum”, wydanych w roku 2000 przez Kontrę.

Szczególną jednak „inicjatywą blokującą” było uzyskanie sądowego zakazu rozpowszechniania wydanej w roku 1997 w kraju przez krajowe wydawnictwo – za zgodą córki pisarza i przy wsparciu Fundacji Katyńskiej – książki opracowanej przez prof. Jacka Trznadla „Katyń – zbrodnia bez sądu i kary”.

Pani Karsov wytoczyła wówczas proces wydawcy tej książki – zawierającej pierwsze polskie wydanie pracy Mackiewicza „Mordercy z lasu katyńskiego”, napisanej po wojnie i tłumaczonej na wiele języków, oraz druki rozproszone – żądając kilkudziesięciotysięcznych odszkodowań od wydawnictwa Antyk, od córki pisarza, prof. Jacka Trznadla i Fundacji Katyńskiej! Sąd wstrzymał rozpowszechnianie w chwili, gdy w Rosji zaczęły odżywać głosy kwestionujące winę NKWD i kiedy w Polsce wiedza na temat tej zbrodni, zwłaszcza wśród młodzieży, jest właściwie żadna.

Nie dla Amerykanów

Zastanawiając się dziś nad naszym sporem z panią Karsov, dochodzę do wniosku, że ta metoda zawłaszczania – traktowania jak prywatnej własności praw do książek brata mojej matki, uniemożliwiania z niewiadomych przyczyn przedruków, blokowanie tłumaczeń z bliżej nieznanych powodów – jest realizowana od początku. Jeszcze za życia pisarza miało miejsce wydarzenie, które przekreśliło wejście Mackiewicza na rynek czytelniczy amerykański. Pisze o tym pan Edward Dusza w „Oświadczeniu” przeznaczonym dla sądu. Autor – publicysta i wydawca emigracyjny (wydał dwie książki Józefa Mackiewicza) – przyjaźnił się z moim wujem w latach 70. i bywał w Monachium. Pisze w „Oświadczeniu” tak:

„Na przełomie lat 1983/84 prowadziłem z Mackiewiczami pertraktacje w imieniu amerykańskiej firmy wydawniczej Wiide Publications Group Inc. (Chicago, stan Illinois), w sprawie publikacji „Dzieł wszystkich” Józefa Mackiewicza w wersji dwujęzycznej i edycji luksusowej, tzw. hard cover z obwolutą. Propozycję tę, trzeba podkreślić, bardzo dla Mackiewiczów intratną finansowo, przedstawił wydawca – inwestor amerykański, Graham R. Core, który był również właścicielem polskiego tygodnika »Gwiazda Polarna« oraz kilku innych periodyków anglojęzycznych.

Józef Mackiewicz wyraził zgodę na propozycję Grahama Core’a i praktycznie rozpoczęto prace graficzno-redaktorskie, które zostały przerwane histerycznym telefonem Barbary Toporskiej, w którym zleciła mi ona, jako redaktorowi merytorycznemu, abym natychmiast skontaktował się z Niną Karsov-Szechter w Londynie.

W rozmowie ze mną Nina Karsov-Szechter oświadczyła, że posiada wszystkie pełnomocnictwa Józefa Mackiewicza i odwołuje jego zgodę na druk »Dzieł wszystkich« w Wiide Publications. Zaproponowała natomiast, co wydało mi się niesmacznym żartem, iż wykona ona ten projekt sama, a my po prostu będziemy mogli u niej kupić całe nakłady interesujących nas pozycji.

Oczywiście Graham R. Core, który był poważnym wydawcą i właścicielem największej i najnowocześniejszej w Wisconsin drukarni, uznał propozycję Karsov za wysoce nieprofesjonalną i, jak sam powiedział, wręcz bezczelną. Nie od rzeczy będzie tu nadmienić, że Graham R. Core i jego firma ponieśli w planach wydania pism Mackiewicza wielkie straty finansowe. Prace edytorskie były już daleko zaawansowane, ukończono kosztowne sondaże marketingowe rynku księgarskiego, (...). Co najgorsze, zaawansowane były już prace translatorskie. Cała rzesza ludzi została zaangażowana do pracy i wszystko to zostało nagle zatrzymane. Jedna z nielicznych wielkich szans wydawniczych, jaka kiedykolwiek spotkała Józefa Mackiewicza, została przez Karsov bezpowrotnie zniweczona”.

Ta sprawa, przypomniana przez świadka z Ameryki, uzasadnia najgorsze obawy co do dalszych losów praw autorskich do twórczości Mackiewicza, jeśli pozostaną w rękach Niny Karsov.

„Spadkobierca niegodny”

Chciałbym na koniec na jeszcze jedno zwrócić uwagę. Swoją niezachwianą wiarę, że jest jedyną spadkobierczynią tych praw, zawdzięcza Barbarze Toporskiej. To dzięki testamentowi autorki „Sióstr” Nina Karsov mogła procesować się z córkami pisarza, odmawiać tłumaczeń i podawać do sądu tych wszystkich, którzy – w jej mniemaniu – jej prawa naruszyli. Jednocześnie, zaledwie rok po śmierci pisarki wydała książkę Icchaka Henryka Rubina „Żydzi w ?odzi pod okupacją niemiecką – 1939 – 1945”. Jej autor w „Liście do wydawcy”, zamieszczonym zamiast wstępu, tak pisze o Barbarze Toporskiej (komentując fragment jej artykułu): „Czy pani Toporska przeliczyła Żydów robiących przewrót bolszewicki w Rosji, jak ustaliła, że byli większością, jak w ogóle ustaliła, kto z rewolucjonistów był Żydem? Może skontrolowała, czy byli obrzezani? Bo tak właśnie robili podczas okupacji w Polsce duchowi wychowankowie Studnickich, Mackiewiczów et tutti quanti antysemitów – szmalcownicy”. Natomiast, komentując poglądy Mackiewicza, który był: „w latach trzydziestych podrzędnym pisarzem i dziennikarzem w antysemickiej gazecie redagowanej przez jego brata, Stanisława Cata…”, tak pisze: „Wystarczy w tej tyradzie zastąpić słowo »komunizm« słowem »Żydzi« i będziemy mieli antysemicki bełkot Hitlera, ale i bez tego jest to niemal identyczne z ideami i leksykonem Führera”.

Można by zapytać: Czy pani Karsov zamieściłaby taki „wstęp”, gdyby Mackiewiczowie żyli? Istnieje w prawie spadkowym pojęcie „spadkobiercy niegodnego”. Tylko to przychodzi mi na myśl.

Ale przychodzi mi na myśl jeszcze jedno: że od początku ulegaliśmy złudzeniom. Moja kuzynka, gdy wysyłała w roku 1990 list do Niny Karsov z propozycją ugody, nie powinna była oczekiwać innej odpowiedzi. Później zaś, gdy córki Mackiewicza złożyły wniosek w sądzie spadkowym, powinniśmy przewidzieć wynik.

Sądy nasze są bezradne w sytuacjach, gdy trzeba brać pod uwagę historyczne zmiany. Przez bez mała pół wieku żyliśmy w kraju zniewolonym – w podzielonej Europie. Ludzie nie mogli decydować swobodnie w bardzo wielu kwestiach życiowych – także w sprawach spadkowych. To chyba jasne. Nie mogli nawet swobodnie pisać listów ani swobodnie rozmawiać przez telefon.

Ale sędziów to nie obchodzi. Decydują względy formalne – artykuły, przepisy, kodeksy z czasów PRL. Jakby tej zasadniczej zmiany – przełomu w roku 1990 – nie było. Ileż to razy w naszym wolnym kraju, przyjmując do wiadomości wynik procesów, w których ocenie podlegały zachowania ludzi odpowiedzialnych za akty przemocy w PRL, mieliśmy poczucie, że sprawiedliwość przegrała? Nasz proces, jak sądzę, wpisuje się w ten scenariusz.

Autor jest pisarzem i publicystą     Rzeczpospolita

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
Top! Top!