Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 23 gości
S T A R T arrow Kościół arrow ISLAM braminizm... arrow Czy islam jest autentyczny?
Saturday 21 September 2019 15:12:42.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Czy islam jest autentyczny? Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
01.10.2008.

[poniższy artykuł wzięty z dwumiesięcznika Zawsze Wierni, nr. 31, 1999. Tam też zobacz piękne ilustracje, których nie potrafię kopiować. MD]

Czy islam jest autentyczny?

Poniższy artykuł jest opracowaniem z dziedziny krytyki historycznej. W swoich zasadniczych tezach podważa on autentyczność islamskiej tra­dycji, stanowiąc nowe, inspirujące spojrzenie na fenomen rzekomej "reli­gii Mahometa". Autor niniejszego studium, tradycyjny katolik i uczony, pragnął zachować anonimowość z powodów osobistych

Wprowadzenie

           Czy islam jest autentyczny? ?atwo po­stawić podobne pytanie, lecz odpo­wiedź na nie jest daleko trudniejsza i to nie tylko dlatego, że zależy od osoby, która jej udziela. Będzie to rzecz jasna uderzające dla czytelnika, gdyż problem wydaje się analogiczny do tych doty­czących judaizmu i katolicyzmu i jako taki zdaje się wykraczać poza sferę za­sadniczo subiektywnych odpowiedzi.

                        Jednakże pytanie o autentyczność isla­mu nie doczeka się obiektywnej odpo­wiedzi w poniższym artykule. Powo­dem takiego stanu rzeczy jest fakt, że islam jest jednocześnie rzeczywistością i iluzją – sprzecznością, która w trak­cie niniejszego studium ukaże swój pa­radoksalny charakter o olbrzymich kon­sekwencjach nie tylko dla Kościoła ka­tolickiego, lecz również dla każdego co szóstego mieszkańca ziemi nazywają­cego siebie muzułmaninem.

            W ubiegłych wiekach niektórzy żydow­scy teologowie uważali islam za juda­istyczną herezję, podobnie jak wiarę w Jezusa Chrystusa. Trzeba jednak po­wiedzieć, że niejednokrotnie żydostwo uważało za możliwą współpracę z mu­zułmanami, nie dopuszczając jednocze­śnie możliwości współpracy z chrześci­jaństwem. Pozostaje kwestią do dysku­sji, czy wynikało to z historycznych okoliczności i wyobrażeń, czy też może z uwarunkowań czysto psychologicz­nych - niemniej jednak istnieją podsta­wy do uznania a priori, że u samej isto­ty chrześcijaństwa znajduje się coś, cze­go strasznie obawiają się żydzi, a co nie występuje w islamie. Niektóre fakty przytoczone w niniejszym artykule mogą dodatkowo świadczyć na rzecz prawdziwości tego wyobrażenia.

           W Kościele katolickim teologowie tacy jak św. Tomasz z Akwinu oraz pisarze świeccy, jak Hilaire Belloc, uważali is­lam za herezję chrześcijańską. Zasko­czy to wielu czytelników, którzy zosta­li wychowani myśląc, że islam jest czymś całkiem odmiennym od wiary katolickiej, jednak wbrew pozorom pogląd o islamie jako herezji chrześci­jańskiej ma uzasadnienie. Przykładowo, Belloc pisze, że "mahometanizm był herezją: należy zdać sobie sprawę z tej fundamentalnej prawdy zanim pójdzie się dalej w rozważaniach. Rozpoczął się jako herezja, niejako nowa religia. Nie był pogańskim przeciwieństwem Ko­ścioła, całkowicie obcym wrogiem. Był wypaczeniem doktryny chrześcijań­skiej. Jego żywotność i długi okres trwa­nia szybko nadały mu zewnętrzne po­zory nowej religii. lecz jego współcze­śni, ci którzy byli świadkami jego poja­wienia się, jasno widzieli czym był na­prawdę - nie zaprzeczeniem, lecz do­stosowaniem i nadużyciem zasady chrześcijańskiej" (Wielkie herezje, 1938). Ks. Sheehan, arcybiskup Germii, w swo­jej Apologetyce i doktrynie katolickiej (1944) napisał o islamie: "Fragmenty objawionej prawdy zawarte w tej reli­gii zostały zaczerpnięte z judaizmu i chrześcijaństwa". Innymi słowy, jeśli is­lam czerpie z obu tych doktryn, to jest pewna doza prawdy w stwierdzeniu, że jest on jednocześnie herezją żydowską i chrześcijańską.

Oficjalna wersja

Popatrzmy na to, co świat w ogólności, a muzułmanie w szczególności rozu­mieją pod pojęciem autentycznego is­lamu. Dowiadujemy się, że jest to nowa reli­gia założona przez proroka Mahome­ ta, urodzonego w 570 r. w Mekce w za­chodniej Arabii - dużym i ważnym cen­trum handlowym oraz miejscu pielgrzy­mek pogańskich religii. Pakistański au­tor Dilip Hiro mówi nam w swoim Is­lamskim fundamentalizmie (1988), że sło­wo "islam" oznacza 'poddanie się' (woli Bożej - przyp. red. Zawsze Wierni). Profesor Edward Hulmes z uniwersyte­tów w Durham i Princeton twierdzi w swojej wydanej w 1986 r. przez To­warzystwo Prawdy Katolickiej ulotce pt. Mahomet, że "islam" znaczy tyle, co 'po­kój osiągany dzięki poddaniu się obja­wionej woli Bożej'. Twierdzi się, że Mahomet inspirowany przez Archanio­ła Gabriela napisał świętą księgę isla­mu, Qur'an (Koran), a księga ta, pełna subtelności, mądrości i wnikliwości sta­nowi jasny dowód proroczych zdolno­ści Mahometa, który jako człowiek nie­wykształcony - pasterz bądź kupiec ­nie umiał czytać ani pisać. Fakt, że Ko­ran jest napisany klasycznym arabskim i nie posiada żadnego wcześniejszego literackiego odpowiednika nadaje do­datkowej powagi stwierdzeniu, że Ma­homet był natchniony przez Boga. Mówi się, że poświęcił się on głosze­niu islamskiej doktryny wśród pogan z Mekki, lecz został wygnany i zmuszo­ny, aby szukać schronienia w Medynie (a właściwie w Jatribie, które to miasto nazwano później na jego cześć Madinat an-nabi czyli 'miastem proroka' ­przyp. red. Zawsze Wierni); oba te miasta znajdują się w zachodniej czę­ści dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Jed­nakże nie ustawał, nawracając ludzi tu i tam dzięki sile swego słowa i przykła­du. Z uwagi na gwałtowny charakter ówczesnych społeczeństw, popadł w konflikt z otaczającymi go siłami po­gańskimi, a w roku 624 wygrał decydu­jącą bitwę pod Badrem. Kilka lat póź­niej Mekka przyjęła prawdę islamu, a Ka'ba, dom do tej pory mieszczący w sobie kamienne pogańskie bałwany (był tam święty kamień czczony w całej Arabii, który rzekomo Abraham otrzy­mał od anioła Gabriela - przyp. red. Za­wsze Wierni), przekształcił się w Dom Boży. Ka'ba stała się centrum islamskie­go świata, pierwszą świątynią, do któ­rej każdy muzułmanin musi udać się z pielgrzymką przynajmniej raz w życiu.

            Oto w skrócie odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Jest to standar­dowa informacja, którą znajdujemy w książkach napisanych przez katoli­ków, muzułmańskich duchownych, świeckich akademików i zachodnich is­lamologów. Jedyny problem związany z powyższym opisem da się zamknąć w jednym zdaniu: właściwie nic z tego nie jest prawdą! Dla wielu będzie to szokujące, ale to tylko dlatego, że przy­jęli na wiarę przekazywane im nie­sprawdzone informacje. W tym przy­padku sprawa ma się dokładnie tak samo, jak z przekonaniem wielu sobo­rowych katolików, że abp Lefebvre zo­stał ekskomunikowany jako schizmatyk - nie jest to coś, o czym przekonali się poprzez lekturę, badania czy analizy, lecz coś, co po prostu wzięli za prawdę tylko dlatego, że powtarzano im to z każdej strony jednym chórem. Jednak­że samo powtarzanie, czy to przez aka­demików, czy to przez ignorantów, nie jest probierzem prawdy. Dlatego też, aby dotrzeć do prawdy o islamie, aby odnaleźć prawdziwie obiektywny i hi­storyczny "klucz" do islamu, zamierza­my zbadać to zagadnienie bardziej wnikliwie. Nie mamy przy tym intencji atakowania lub znieważania muzułma­nów - oni również są stworzeniami Bo­żymi, uczynionymi na obraz i podobień­stwo Boże - towarzyszy nam jedynie ta intencja, aby przynieść światło, które roz­proszy panujący mrok, tak aby prawda mogła zajaśnieć i uwolnić tych, którzy są usposobieni do przyjęcia ?aski Bożej.

Pycha i uprzedzenie

We wczesnych latach osiemdziesiątych dr Maurice Bucaille opublikował książ­kę zatytułowaną Biblia. Koran i nauka: Święte Księgi w świetle współczesnej wie­dzy (w wydawnictwie Seghers z Pary­ża). W swojej pracy Bucaille z naciskiem podkreśla, że porównując chrześcijań­ską Biblię z Koranem działa w sposób czysto obiektywny. Przyrównuje się do chirurga uformowanego w duchu za­chodniego obiektywizmu naukowego. podkreślając jednocześnie. że nie miał sprecyzowanych wniosków już przed rozpoczęciem pracy. Niedługo po roz­poczęciu lektury czytelnik odkrywa. że jedynym celem książki jest ukazanie niższości Biblii w stosunku do Koranu. i to w imię "badania naukowego". Na samym początku książki (s. 6) okazuje się. że "obecnie niemożliwe jest zaprze­czanie twierdzeniu. iż Biblia zawiera błędy naukowe". Autor konkluduje. że Koran nie zawiera błędów naukowych i dlatego stanowi prawdziwe objawio­ne Słowo Boże.

Dla naszych rozważań równie istotne jest inne stwierdzenie autora: "Na Za­chodzie krytyczna analiza Pisma jest czymś stosunkowo nowym. Przez set­ki lat ludzie zadowalali się przyjmowa­niem Biblii taką. jaką jest. Najmniejsza krytyka wysuwana pod jej adresem była traktowana jako grzech" (ibidem. s. 16).

Wyczuwa się lekko kpiący ton w tym "naukowym" spojrzeniu na masy wie­rzące w biblijne "przesądy". Rozprawa Bucaile jest napisana w duchu XVłłł i XIX-wiecznych racjonalistów "podwa­żających" Biblię - z tą różnicą. że uka­zuje się w wieku XX. Rzecz jasna. ze wspomnianych wywodów wynika po­średnio. że inaczej ma się rzecz z Kora­nem - ten został zweryfikowany i sprawdzony zgodnie z wymogami na­uki. Nie dajmy się zwieść. "Naukowe" podejście dr. Bucaille jest kłamstwem pierwszego rzędu, charakterystycznym dla tak wielu islamskich apologetów, czy to będących praktykującymi muzuł­manami, czy to nazywających siebie świeckimi i agnostykami!

            Oczywiście jest prawdą, że systema­tyczne krytyczne studium Starego i No­wego Testamentu ze strony chrześcijan, znajdujące wyraz w wielu dyscyplinach takich jak krytyka tekstu, archeologia, epigrafia, historia, teologia, etc. - roz­poczęło się na początku bieżącego stu­lecia (niestety, fałszywe i kierowane pychą studium krytyczne stało się bro­nią modernistów stosowaną dla podwa­żania wiarygodności Biblii - przyp. red. "Angelus"). Natomiast pozostaje brutal­ną prawdą, że muzułmanie nawet nie rozpoczęli podobnych studiów w od­niesieniu do swoich ksiąg religijnych! I tak u o. (almela OP czytamy: "Muzuł­manie nigdy nie poddali krytyce swo­ich ksiąg religijnych. W ich mniemaniu uczyniwszy to, uczyniliby siebie winny­mi profanacji i świętokradztwa. Od momentu, kiedy jedna z ich ksiąg zo­stała uznana za objawioną przez Boga, niedopuszczalnym stało się jej zgłębia­nie przez historyczną myśl człowieka. My ze swej strony nie zwykliśmy pa­trzeć na sprawy w taki sposób - dla katolika niezrozumiałe jest założenie o rozdziale Bożej wiary od historycz­nego lub filozoficznego wnioskowania" (Islam: przedsięwzięcie żydowskie, 1961).

            Na wypadek gdyby ktoś pomyślał. że o. Calmel jest stronniczy, należy zwró­cić uwagę, że wielu zachodnich islam 0­logów, nie będących przyjaciółmi chrze­ścijaństwa, mówi dokładnie to samo. Powiedzieli to chociażby Regis Blache­re i Denise Masson. autorzy (nieuda­nych) prób spójnego tłumaczenia Ko­ranu. Masson pisze: "Historyczna i tek­stowa krytyka. oparta na epigrafii i ar­cheologii wciąż nie została zastosowa­na w odniesieniu do Koranu z wykorzy­staniem normalnych metod" (wstęp do jej tłumaczenia Koranu, Pleiade 1967). Gdy Denise Masson usiłowała zasuge­rować, że "niektóre wersy" Koranu są niejasne", Najwyższa Rada Islamu, do której się zwróciła, zakazała jej rozpowszechniania podobnych sugestii.

            Gdy Jerozolimska Szkoła Biblijna roz­poczynała na początku obecnego stu­lecia krytyczne studium Starego i No­wego Testamentu, znalazło się również kilku uczonych, którzy podjęli badania nad tradycją islamską. Należy zdać so­bie sprawę, że obok Koranu istnieją trzy inne dzieła, które składają się na trady­cję islamską. Pierwszym z nich jest Ha­dith czyli Mowy proroka Mahometa, ze­brane dwieście lat po jego śmierci, co do których uważa się, że zostały po­świadczone przez towarzyszy i świad­ków proroka, którzy przekazali zawar­te w nich informacje z pokolenia na po­kolenie. Drugim jest Sunna, stanowią­ca właściwe islamowi prawodawstwo, trzecim zaś Sira - Życie Mahometa (w islamie są jednak odłamy, które róż­nią się stosunkiem do tych źródeł ­przyp. red. Zawsze Wierni). Wszystkie trzy księgi miały być złożone - rzeko­mo przez Ibn Hisama żyjącego w dzie­wiątym wieku - w znaną współcześnie jedną całość. O człowieku tym wiemy bardzo niewiele lub prawie nic, oprócz tego, że również utrzymywał. iż infor­macje zawarte w Sira są autentyczne jako przekazane z pokolenia na poko­lenie przez towarzyszy i świadków proroka.

Odkrywanie prawdy

           Pierwszym człowiekiem, który zaczął odkrywać niepewny charakter źródeł is­lamu był o. Lammens, jezuita pracują­cy na Uniwersytecie Św. Józefa w Bej­rucie (Liban) na początku obecnego stu­lecia. Wykorzystując opracowania wie­lu uczonych, w tym de Weila z 1843 r. i Caetaniego z 1905 r. wykazał on, że naoczni świadkowie gwarantujący au­tentyczność ksiąg Hadith i Sira to czy­sta fikcja, a wspomniane księgi są ni­czym więcej, jak tylko parafrazami i upiększeniami twierdzeń zawartych w Koranie. O. Lammens pisze: ,Twier­dzenia zawarte w świętych pismach mu­zułmańskiej tradycji ani nie tworzą pra­wa, ani też nie są źródłem dalszych in­formacji, jak uważano do tej pory; są natomiast przedmiotem fantastycznej ewolucji. Na bazie koranicznego tekstu Hadith tworzy legendy, z zadowoleniem wymyśla imiona bohaterów wydarzeń i w ten sposób wypełnia treścią koranicz­ne schematy" (Koran a Tradycja, 1910).

           Francuski mnich, br. Bruno Bonnet-Ey­mard, o którym wspomnimy jeszcze w dalszej części artykułu, w taki oto spo­sób streszcza stanowisko o. Lammen­sa: "Tradycja wyjaśnia Koran, a sam Ko­ran jest fundamentem tradycji". Inny­mi słowy jest to błędne koło, którego nie są w stanie zauważyć "naukowe" rozprawy w rodzaju tej autorstwa Bu­caille.

            Czy o. Lammens nie był po prostu uprzedzonym księdzem? W odpowie­dzi możemy zacytować prof. Goldzihe­ra, Żyda, który w swoich Studiach ma­hometańskich (1989) pisze o "głęboko tendencyjnym charakterze islamskiej Tradycji". Zaś w Kościelnym Słowniku Hi­storii i Geografii autorstwa Rene Aigra­ina (1924) pod hasłem "Arabia" czyta­my: "W takich okolicznościach nie moż­na już badać życia Mahometa przyjmu­jąc za podstawowe źródło księgę Sira, jak czyniło to wielu biografów proroka".

            Caetani w swoim dziele Annali dell'Islam pisze między innymi: "W Tradycji nie odnajdujemy prawie niczego prawdzi­wego na temat Mahometa; wszystkie tradycyjne materiały jakie posiadamy możemy odrzucić jako apokryficzne". Maxime Robinson w książce pt. Maho­met (1974) donosi, że "nie istnieje nic, co pozwalałoby nam chociażby na stwierdzenie: to i to pochodzi bez wąt­pienia z czasów Mahometa". Nawet ci autorzy, którzy nie są w stanie odsunąć dzieł Sira i Hadith jako fikcyjnych (m.in. Gaudefroy-Demombynes, Noldeke i in­ni) nie czynią tego ze względu na nie­odparte dowody na historyczność tych ksiąg, lecz jedynie ze względu na alter­natywę, którą jest powrót do punktu wyjścia. Przykładowo, Noldeke stwierdza po prostu, że pozostawia na boku "ta­jemnice otaczające osobę Mahometa" (cyt. za O. Lammens, Koran a Tradycja).

            Nie da się przecenić pracy Lammensa, gdyż obraca ona w ruinę "islam", który znaliśmy do tej pory - z chwilą, kiedy wyeliminujemy księgi Hadith i Sira nie ma ani jednego, pozytywnego źródła świadczącego o samym nawet istnieniu Mahometa! Nie do wiary, gdy weźmie się pod uwagę ogromne zbiory manu­skryptów, pergaminów, pomników, rzeźb, grobowców i dedykacji pocho­dzących z antycznego świata, które przetrwały do dnia dzisiejszego. Diłip Hiro mógł opisać Mahometa następu­jącymi słowami: "Wyrósł na krzepkie­go mężczyznę średniego wzrostu, o za­krzywionym nosie, dużych oczach, zmysłowych ustach i gęstych, lekko krę­conych włosach". Jednakże bez księgi Sira nie ma niczego na poparcie tego skądinąd rozsądnego opisu. Rzadko się o tym słyszy, a czytelnik może sam wyrobić sobie zdanie na temat przy­czyn takiego stanu rzeczy. W żaden sposób nie umniejsza to jednak istnie­nia faktu (braku wiarygodnych źródełświadczących o autentyczności islamu - przyp. tłum.).

Głębsze poszukiwania

            O. Lammens nie ukazał nam całej drogi do prawdy. Rozpoczął jedynie pewien proces, który miafbyć podjęty i konty­nuowany 50 lat później przez domini­kanina o. Thery, piszącego pod pseu­donimem Hanna Zakarias.

            O. Thery był w swoich czasach słynnym mediewistą i cieszył się wielkim uzna­niem w środowisku naukowym. Uwa­żany jest za twórcę naukowej egzege­zy Koranu, chociaż nie czytał po arab­sku i hebrajsku, opierając się na różnych tłumaczeniach. Jego intuicja, która w dużym stopniu przyczyniła się do po­stępu w badaniach nad Koranem, wy­nikała ze zrozumienia tekstów i znajo­mości procesów ich powstawania. Pod­stawowy krytyczny wkład o. Thery w analizę Koranu stanowiła konkluzja jego dzieła pt. Ocena islamu (1957), we­dle której Koran wcale nie powstał w Arabii, a jego autorem był "erudyta spoza Arabii, twórca arabskiego języka religijnego". Jest to bardzo istotne, gdyż według irackich "egzegetów" z dziewiątego stulecia fakt, że Kora nie miał żadnych wcześniejszych lite­rackich odpowiedników był sam w so­bie "cudem". O. Thery będąc dalekim od uznania Koranu za bezużyteczny stwierdza fakt. że dzieło to posiada samo w sobie pewną rzeczywistą war­tość, której na próżno szukać w innych elementach islamskiej tradycji. W opra­cowaniu zatytułowanym Koran nie jest arabski (1957) o. Thery porównując tekst Koranu z księgą Sira dochodzi do wniosku, że ta ostatnia jest jedynie głupią dziecięcą paplaniną, której nie­równy tekst w zadziwiający sposób za­równo w poszczególnych elementach jak i całościowej wymowie odznacza się niespójnością, nieprawdopodobień­stwem i prymitywizmem legend z ży­cia Proroka". Niech poniższy przykład zilustruje, co miał na myśli o. Thery. Otóż jak pokazał o. Lammens, wszyst­ko co znajduje się w [islamskiej] trady­cji zostało zaczerpnięte z Koranu i upiększone. I tak koraniczny tekst "wysyłamy wam światło" (będący w rze­czywistości niepoprawnym tłumacze­niem), został rozwinięty w księgach Sira i Hadith w taki sposób, że odnosi się tam bezpośrednio do samej postaci proroka. Dlatego według islamskiej tra­dycji Mahomet faktycznie wysyłał fale świetlne, będąc widocznym nawet w naj­głębszej ciemności. Światło jakie dawał miało być tak intensywne, że pozwalało odnaleźć w ciemności zagubioną igłę!

           O. Thery porównując Koran z hebraj­ską Biblią i rabinackim Midraszem do­chodzi do wniosku, że Koran był jedy­nie "Biblią dostosowaną do mentalno­ści Arabów". Wyodrębnia przy tym jed­nakże pewną część. która dzięki zawar­tym w niej aluzjom do wydarzeń wspó­łczesnych autorowi Koranu nie daje się wyjaśnić w podobny sposób. Tę pozo­stałość o. Thery nazywa Aktami islamu (nazwa ma być analogią do Akt Apostol­skich), przedstawiając ją tym samym jako rodzaj dokumentacji rabinackich wysiłków podejmowanych w kierunku nawrócenia Arabów na judaizm.

............. 

........ 

Cho­ciaż o. Thery nie stworzył całkiem za­mkniętej, satysfakcjonującej teorii, po­sunął jednak do przodu studia nad isla­mem stwierdzając, że kluczem do dal­szych odkryć będzie systematyczne, naukowe tłumaczenie Koranu jako je­dynego pewnego dokumentu. Sądził przy tym. że Koran będzie wyjaśniał się sam, podobnie jak Biblia. Jednakże ję­zykowe braki o. Thery uniemożliwiły mu podjęcie się tego zadania. Ogromne zaawansowanie tego dzieła w czasach nam współczesnych zawdzię­czamy bratu Bruno Bonnet-Eymard. Jest on nie tylko zdolnym teologiem podej­mującym głębokie studia nad chrześci­jaństwem, judaizmem i islamem, lecz również utalentowanym językoznawcą władającym hebrajskim, aramejskim, greką, łaciną i arabskim.  ­

           Należy przede wszystkim zdać sobie sprawę, że to systematyczne tłumacze­nie Koranu jest tym bardziej koniecz­ne, że nikt do tej pory nie zdołał go dokonać w sposób satysfakcjonujący. Powód jest taki, że tłumacze zamiast trzymać się rzeczywistego znaczenia tekstu brali pod uwagę przede wszyst­kim jego "ogólnie przyjęty sens". W rze­czywistości nie istnieje zgodne tłuma­czenie Koranu! Mogliśmy przyzwycza­ić się do zmian w uwypukleniu poszcze­gólnych zdań oraz do różnic frazeolo­gicznych istniejących pomiędzy różny­mi wydaniami Biblii, lecz nikt przy tym nie dyskutował o zasadniczym znacze­niu. W przypadku Koranu jest całkiem przeciwnie. Jeden pisarz będzie tłuma­czył dane wyrażenie w jeden sposób, drugi zrobi to zupełnie inaczej, a jeden i drugi będzie mówił o lukach w zna­czeniu, interpolacjach, poprawkach i adaptacjach w celu ukrycia zasadniczej bezużyteczności swego dzieła. O. de Nantes, przyjaciel br. Bruno, w następu­jący sposób podsumowuje podobne tłumaczenia: "Nonsens, fantastyczne wymysły, sprzeczności, niespójność, nie wspominając już o niezliczonych opusz­czeniach kłopotliwych słów i źle umiej­scowionych dodatkach - oto metoda tradycyjnego tłumaczenia od trzynastu stuleci". I tak kiedy koraniczny tekst (sura III, w. 14) mówi jasno o "złocie i złocie oczyszczonym", tłumacze w ro­dzaju Blachere i Masson piszą o "złocie i srebrze", gdyż nie rozumieją odnie­sienia. Tworzą słowo "srebro", które nie występuje w tekście, chociaż od­niesienie w oczywisty sposób zosta­ło zaczerpnięte z Psalmów - "Cenniej­sze niż złoto, niż złoto naj czystsze , a słodsze od miodu płynącego z pla­stra" (Ps 19, 11).

            Jest to przykład wymysłów, od których roi się w podobnych tłumaczeniach. Z kolei sprzeczności można wykazać na przykładzie słowa mitlayhim (sura III, w. 13). Według Blachere słowo to zna­czy tyle co 'w równej liczbie', podczas gdy Masson podaje, że oznacza ono 'dwukrotnie większą liczbę'. Które z tłu­maczeń jest właściwe? Idąc dalej, ist­nieje problem dowolnego znaczenia, kiedy to temu samemu słowu przypi­suje się całkowicie odmienne znacze­nie w zależności od kontekstu, w któ­rym jest używane. I tak tekst (sura m, w. 25) zawiera słowo wuffiyat, tłumaczo­ne jako 'wiernie zachowywać przymie­rze', podczas gdy gdzie indziej (sura II) to samo słowo ma znaczyć tyle co 'otrzymać sprawiedliwą nagrodę'.

            Ograniczone ramy niniejszego opraco­wania nie pozwalają w tej chwili na dal­sze rozważania - dość powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia ze swoistymi językowymi ruchomymi piaskami; z problemem który domaga się rozwią­zania zanim będzie możliwa jakakol­wiek poważna odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Oto historycz­ne zadanie, które stało i stoi przed br. Bruno. Do tej pory opublikował on trzy tomy tłumaczenia (około 1000 stron drobnym drukiem) i bardzo dogłębne­go wyjaśnienia pierwszych pięciu sur (rozdziałów) Koranu. Jego badania po­kazują, że Koran nie tylko nie jest nie­logiczną, pogmatwaną pracą teolo­giczną o wątpliwej wartości, jak moż­na było sądzić na podstawie dotych­czasowych tłumaczeń, lecz nawet można go uznać za kopalnię spójnych i interesujących informacji; dzieło prawdziwie uczonego człowieka. Cho­ciaż do przetłumaczenia pozostało następne 109 sur, prace br. Bruno zre­wolucjonizowały badania nad Kora­nem do tego stopnia, że można już powiedzieć, iż islam, jaki do tej pory znaliśmy, był fatalną pomyłką.

            Br. Bruno rozpoczyna od stwierdzenia: ,,O ile pozostaje niepewność co do po­chodzenia arabskiego rękopisu, o tyle jest niekwestionowanym faktem, że system alfabetyczny został ściśle usta­lony dla osiągnięcia tylko jednego celu: opublikowania Koranu". Kontynuując br. Bruno stwierdza: "nasza egzegeza jasno wykaże, iż alfabet zastosowany w Koranie jest czystym i prostym prze­kształceniem alfabetu hebrajskiego w arabski."

            Tak więc intuicja o. Thery, według któ­rej autor Koranu miał być rabinem, mimo że nie znalazła jeszcze absolut­nego potwierdzenia, jednak w znaczą­cy sposób nie chybiła celu.  Jak przekonaliśmy się na początku ni­niejszego artykułu, słowo "islam" jest tradycyjnie tłumaczone jako 'poddanie się'. Według br. Bruno takie tłumacze­nie jest w oczywisty sposób błędne i ca­łkowicie niezwiązane z tekstem. He­brajski źródłosłów, slm, można również odnaleźć w aramejskim i oznacza po arabsku po prostu 'aslim, czyli 'dosko­nały' - po aramejsku, hawei selim zna­czy tyle co: 'Bądź doskonały!. W swo­im czasie dowiemy się, dlaczego tak po­winno wyglądać właściwe tłumaczenie.

Historia i geografia

            Podążanie w ślad za całym tłumacze­niem br. Bruno nie jest rzecz jasna ce­lem niniejszego opracowania. Dlatego też musimy ograniczyć się do pobież­nego przeglądu tekstu, który ukaże prawdziwe znaczenie Koranu, jak rów­nież do spojrzenia na pewne słowa klu­czowe. Zanim jednak to uczynimy, mu­simy dokonać krótkiej powtórki z hi­storii, tak, aby czytelnik w pełni zrozu­miał znaczenie dokonanych odkryć.

            Po zburzeniu świątyni jerozolimskiej w r. 70, Żydzi ulegli rozproszeniu. Do­kąd się udali? Historycy tacy jak Torrey uważają, że wielu z nich poszło do Te­imy, oazy w południowej Palestynie, wierząc i żywiąc nadzieję, że pewnego dnia dane im będzie powrócić. To, co nie podlega dyskusji, to fakt, że Półwy­sep Arabski ma niezwykle długą histo­rię, która dopiero w dniu dzisiejszym jest odkrywana. a w której zasadniczą rolę odgrywali Żydzi. Dla tych, którzy wyobrażali sobie Arabię jedynie jako kilometry piasku, po których bez celu podróżowali na wielbłądach Arabowie, poniższe fakty będą zaskakujące.

            Otóż z zapisków pochodzących z 280 r. wiemy, ze mieszkańcy Sheby i Jemenu czcili Athar, czyli boginię Venus, jednak­że do 378 r. owo pogaństwo zanikło i zostało zastąpione monoteizmem, który wzywał "Pana nieba i ziemi", okre­ślanego mianem "miłosiernego". Od hi­storyków takich jak Jamme i Danielou wiemy, że południowa Arabia odgrywa­ła od końca czwartego wieku dominu­jącą rolę w historii Półwyspu Arabskie­go. Wiemy również, że Jemen był nie tylko krainą urodzajną i prosperującą, lecz również widownią rzeczywistych prób bezprecedensowej, całkowitej ju­daizacji.

            Naturalnie możemy zastanawiać się dla­czego i jak do tego doszło. Pierwszą rzeczą, z której należy zdać sobie spra­wę to fakt, że dzisiejszy judaizm od dawna już aktywnie nie poszukuje kon­wertytów; byłoby jednak błędem są­dzić, że tak było zawsze. U początków chrześcijaństwa żydostwo długo i za­wzięcie walczyło przeciwko chrześci­jańskim misjonarzom gdziekolwiek się oni pojawili, używając wszystkich do­stępnych metod, a wśród nich prób pozyskiwania ludzi dla judaizmu. Po drugie należy pamiętać, że judaizm roz­przestrzenił się łatwo na Półwyspie Arabskim z uwagi na to, że wśród Ara­bów powszechne było obrzezanie. Po trzecie wreszcie należy wiedzieć, że na terenach Himarytów (dzisiejszego Je­menu) było wielu Żydów - fakt ten zo­stał potwierdzony przez Filostorgiusza (greckiego historyka Kościoła, herety­ka - przyp. red. Zawsze Wierni), któ­ry donosi o napotkaniu w roku 356 ariańskiej misji kierowanej przez Teofi­la z Dibous. Od Filostorgiusza dowia­dujemy się, że podczas gdy większość populacji w owym czasie była pogań­ska, Teofil dokonywał wielkich najaz­dów, nawracając króla i budując wszę­dzie kościoły. Tego rodzaju doniesienia pokazują skalę ekspansji rzymskiej i chrześcijańskiej, lecz ukazują również, że ekspansja ta napotykała na dobrze utwierdzoną na tych terenach społecz­ność żydowską.

            W 378 r. król Jemenu zwrócił się prze­ciwko Imperium Rzymskiemu, sprzy­mierzając się z Imperium Perskim. Zmiana ta została przeprowadzona przy udziale Żydów, którzy stanowili jedyną intelektualną i społeczną elitę w kraju. Oznaczało to głęboki kryzys rzymskich wysiłków podejmowanych w kierunku kolonizacji półwyspu, a rów­nież niekorzystną aurę dla misjonar­skich wysiłków chrześcijan, gdyż Per­sowie byli dalecy od okazywania sym­patii wobec religii ich imperialnego ry­wala. W ten sposób od piątego wieku region zaczął już na zawsze zyskiwać perspektywę hebrajską.

            Od Jana z Efezu wiemy, że na początku szóstego stulecia wybuchła wojna po­między Aidogiem, księciem Etiopii a Di­mionem, królem Jemenu. Ten ostatni był bardzo wyraźnie pro-żydowski - do tego stopnia, że nakazał aresztować wszystkich rzymskich kupców, którzy przekroczyli granice Jemenu, z uwagi na rzymskie prześladowania Żydów. Niemniej jednak etiopski książę odniósł zwycięstwo, nawrócił się na chrześci­jaństwo i wszędzie zbudował kościoły. Ta chrześcijańska ekspansja została uznana przez społeczność żydowską za prowokację. Simon de Beth Arsham, perski biskup donosi, że ..Żydzi tybe­riadzcy (główna ówczesna szkoła ży­dowska) wysyłali swych kapłanów z ro­ku na rok i z sezonu na sezon, po to, aby prowokować kłopoty wśród chrze­ścijańskich Himarytów". Ruchem anty­-etiopskim i anty-chrześcijańskim kiero­wał Żyd Du Nuwas, który szybko sprzy­mierzył się z Persami. Również i on zo­stał pokonany przez siły chrześcijań­skie. Z zapisków pochodzących z 618 r. dowiadujemy się, że król Jemenu był monofizyckim (ariańskim) chrześcijani­nem imieniem Abramus, a jego dedy­kacja, napisana stylizowaną na pismo arabskie kursywą brzmiała: "Z władzy, łaski i miłosierdzia Najmiłosierniejsze­go, jego Mesjasza i Ducha Świętego".

            W północnej Arabii rozwinęła się inna sytuacja. Imperialny konflikt między Bizancjum i Persją zmusił pewne arab­skie plemiona do zjednoczenia - nie­które z nich opowiedziały się za pierw­szym, inne za drugim imperium. Wia­domo jednak, że Arabowie nawróceni na chrześcijaństwo nie pozostawali w Al-Hijaz, gdzie ma znajdować się współczesna Mekka, lecz emigrowali do Syrii, Palestyny i Egiptu. Negatywny wy­nik tego był taki, że do roku 582 AI­Hijaz jawiła się oczom całego świata już jako prowincja żydowska. Obfite lite­rackie i epigraficzne dowody na żydow­ską obecność w Al-Hijaz w pierwszych wiekach chrześcijaństwa można znaleźć np. w artykule Josepha Horowitza za­tytułowanym Arabia, opublikowanym w Encyclopedia Judaica w roku 1929.

            Francois Nau w swoim dziele pt. Chrze­ścijańscy Arabowie Mezopotamii i Syrii w siódmym i ósmym stuleciu (1933) pisze, że "na początku siódmego wieku wszy­scy Arabowie Mezopotamii i Syrii byli do pewnego stopnia chrześcijanami, przynajmniej jeśli chodzi o atmosferę życia. Wszędzie widziano jakichś pu­stelników i ascetów, wszyscy jadali w progach klasztorów, wszyscy byli obecni w sporach pomiędzy monofizy­tami i duofizytami". O. Henri Charles w swoim Chrześcijaństwie wśród koczow­niczych Arabów z Limes i pustyni syryjsko­ mezopotamskiej w regionie Hegira (Le Roux, 1936) twierdzi. że "silna osobo­wość słynnego pustelnika św. Eutyche­sa naznaczyła początek bardzo owocnej misji, tak, że do roku 570 teryto­rium Gessanidów obfitowało w arab­skie, monofizyckie klasztory.

            Tak więc Półwysep Arabski był przez wieki nie tylko terenem działań wojen­nych, lecz również sceną walki teolo­gicznej: walki pomiędzy żydami i chrze­ścijanami oraz między rozmaitymi chrześcijańskimi, heretyckimi sektami nawróconych oraz nauczyli je czytać i pisać. Tak zwany klasyczny arabski nie jest wyjątkiem. Jego alfabet należy przy­pisać chrześcijanom, gdyż to właśnie u chrześcijańskich Arabów z Syrii znale­ziono najstarsze przykłady tego pisma".

Miejsce i czas powstania oraz autorstwo Koranu

            Naszkicowawszy historyczne tło po­wstania Koranu, możemy teraz umie­ścić to dzieło wraz z jego przesłaniem w odpowiednim kontekście. Koran nie jest dziełem spontanicznym, objawie­niem spływającym z niebios; jest pracą o głębokich korzeniach, antycznym ro­dowodzie oraz "zacięciu" pasującym do tamtych czasów.

            Nawet po krótkim przejrzeniu Koranu można się przekonać, że postacią cen­tralną dla islamu jest Abraham, a już w początkowej modlitwie można za­uważyć wyraźny brak "islamskiego ko­lorytu": "W imię Boga Miłosiernego, Dawcy Miłosierdzia, chwała niech bę­dzie Bogu, Panu Wszechświata, Miło­siernemu i Dawcy Miłosierdzia! Wład­co w dniu sądu! Ciebie czcimy i u Cie­bie szukamy pomocy. Prowadź nas dro­gą prostą, drogą tych, którym sprzyjasz, drogą tych, którzy nie są przyczyną Twego gniewu; tych, którzy nie idą na zatracenie" (Koran w tłumaczeniu Tho­masa Ballantine Irvinga, Islamic Founda­tion, Anglia, 1979). Można z łatwością zauważyć, że w modlitwie powyższej nie ma nic specyficznie islamskiego. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka mo­głaby być modlitwą o rodowodzie za- ze równo żydowskim, jak i chrześcijańskim. Jeśli się nad tym zastanowić, to et z pewnością okaże się to dziwnym zjawiskiem w przypadku islamu, rzekomo nowej religii. Jednakże br. Bruno wykazał, że w rzeczywistości modlitwa ta jest m bardzo starą modlitwą żydowską o subtelnym nastawieniu anty-trynitarnym, a tłumaczenie Irvingajest nieścisłe i nie oddaje całej subtelności oraz finezji koranicznego oryginału. W miarę jak br. Bruno postępował naprzód w tłumaczeniu pierwszych dwóch sur Koranu, jaśniejszym stawał się właściwy temat tego dzieła oraz pojawiły się wskazówki co do autora Koranu i jego formacji.  

            Jest oczywistym, że autor Koranu, stanąwszy w obliczu gwałtownych, niekończących się konfliktów między żydami i chrześcijanami na terenie półwyspu, zmuszony był do refleksji nad przyczynami tak żałosnego końca owego sojuszu, jaki stanowiło przymierze z Bo­giem. Zauważa, że znakiem przymierza z Bogiem jest obrzezanie, a przymie­rze zostało zawarte z Abrahamem. Jed­nak zwraca również uwagę na to, że pierwszym synem Abrahama podda­nym obrzezaniu nie miał być Izaak, lecz Izmael, jego syn z niewolnicy Hagar. Przypomnijmy, że Bóg okazał swą moc wobec Abrahama dając syna Izaaka jego starej żonie, Sarze. Wiemy również, że wskutek nalegań Sary, Hagar i Izmael zostali odprawieni, a Izmael stał się oj­cem narodu arabskiego. W ten sposób zostało zawarte przymierze z Abraha­mem, który nie był ani żydem, ani chrześcijaninem, lecz poganinem któ­ry stał się "doskonały" - pierwszym mu­zułmaninem. Abraham i jego syn Izma­el zostali uczynieni "doskonałymi" ­muslimayn. Mieli oni poświęcić Bogu swych następców w celu uczynienia ich "narodem doskonałym" - muslimat. To wezwanie do doskonałości jest "spra­wiedliwością", która stała się udziałem Abrahama i Izmaela (albowiem Bóg, według autora Koranu nigdy nie prze­stał wysłuchiwać modlitw Hagar i jej syna), a również Izaaka, Jakuba oraz wszystkich proroków bez różnicy, nie wyłączając Mojżesza i Jezusa. Innymi słowy, nie ma różnicy między Starym a Nowym Testamentem, gdyż według autora Pięcioksiąg żydów i Ewangelie chrześcijan zostały źle wykorzystane dla wprowadzenia podziału wśród Na­rodów Księgi. Żydzi odpadli od Prawa, a chrześcijanie wykrzywili proroctwo Jezusa uczyniwszy Bogiem zwykłego człowieka i w ten sposób popadli w apostazję. Ostatecznie autor Koranu wzywa do ponownego zjednoczenia Narodów Księgi. Bazuje przy tym na ra­sowej linii Żydów. istniejącej dzięki obrzezaniu, i dodaje do tego wezwa­nie do doskonałości pochodzące z Ewangelii. przez cały czas podkreśla­jąc. że zerwanie przymierza z Bogiem przez żydów i chrześcijan nie unieważ­nia przymierza zawartego z Abraha­mem i Izmaelem. Mamy tutaj do czynienia z inną wizją islamu, postrzeganego jako "wezwanie do doskonałości". W pewnym sensie musimy zauważyć w tej teologicznej argumentacji odbłysk geniuszu autora Koranu; coś, co pasowało do burzliwej atmosfery teologicznej półwyspu. Br. Bruno stwierdza: "Zamiarem autora Koranu nie było stworzenie trzeciej re­ligii, lecz obalenie dwóch poprzednich - żydowskiej i chrześcijańskiej - po­przez przywrócenie tego, co w jego mniemaniu było jedyną «tradycją» (gi­blat), czyli prawdziwym dziedzictwem Abrahama". Podczas gdy pierwsza sura Koranu jest bardzo stara i czysto ży­dowska, sury druga i trzeca koncentru­ją się odpowiednio na przypomnieniu ludziom wymagań żydowskiej Tory i chrześcijańskich Ewangelii. Dlatego też sura II kończy się modlitwą stwo­rzoną przez autora, Panie Nasz, Dawco Obrzezania, która sytuuje się po­między Yahweh żydów i Pater Noster chrześcijan.

Przywrócenie prawdy ­- po islamsku

           W jaki sposób, według autora Koranu, można odbudować prawdziwą religię Abrahama? Po prostu poprzez powrót do Jerozolimy, przez powrót do miej­sca, gdzie stoi dom Abrahama oraz przez zjednoczenie z prawdziwymi wyznawcami, potomstwem Izmaela. Tradycja mówi nam, że dom Abrahama ma się znajdować w ruinach Świątyni Jerozolimskiej, to zaś ze względu na to, że według przekazów świątynia miała być położona w tym miejscu na górze Moria, gdzie Abraham został wezwany do złożenia ofiary z Izaaka. Dom nosi nazwę Bakka, a naj czystszą formą wier­ności przymierzu jest "pielgrzymka do domu" (hiju l'bayti) Bakka. Pielgrzymka przedstawiana jest jako nieograniczo­ne błogosławieństwo i "droga" do Boga. Autor Koranu silnie podkreślając jej konieczność atakuje tym samym żydów, którzy przed wiekami przerwali swą pielgrzymkę do ruin świątyni, a także chrześcijan, którzy zabronili jej w imię Ewangelii, gdyż to nie prawo lecz duch jest tym, który zbawia.

                        Jednocześnie widzimy, że autor Kora­nu, mając nastawienie anty-chrześcijań­skie, nie postrzega wszystkich chrześci­jan w jednakowym świetle, ale czyni rozróżnienia. W surze III (w. 113) mówi o tych chrześcijanach, "którzy stoją re­cytując słowa Boże pośród nocy", zaś w innym miejscu tej samej sury (w. 114) stwierdza: "mówią z łagodnością i po­zostają cisi, są dalecy wobec tego co poboczne i dobrowolnie oddają samych siebie. Są wśród tych, którzy cieszą się szczęściem". Są to jasne odniesienia do mnichów-pustelników, a Airgrain pod hasłem "Arabia" w Kościelnym słowniku historii i geografii (1924) wspomina, że "mnisi, ze swoją siłą nawracania cieszyli się wysokim prestiżem wśród Arabów". Tak więc nie powinno nikogo zaskaki­wać, że autor Koranu, człowiek wielkie­go intelektu i subtelności, również po­dziwiał chrześcijański fenomen, który bezpośrednio znał. Co więcej, br. Bru­no wykazuje, że autor dysponował im­ponującą wiedzą na temat kultury chrześcijańskiej, głęboko analizował Ewangelie i inne księgi chrześcijańskie­go Objawienia. Wszystko to znalazło swój wyraz w odniesieniach i precyzji koranicznego tekstu. Autor Koranu był erudytą pierwszej klasy.

           Celem autora i "wiernych" jest więc piel­grzymka i powrót do domu Abrahama (Bakka). IV i V sura Koranu koncentruje się na środkach wiodących do tego celu.

            Historia mówi nam, że Jerozolima upa­dła w 614 r., kiedy to armie cesarza Herakliusza z Bizancjum zostały zmiażdżone przez Persów. Krauss w swojej Historii żydowskiej donosi, że Żydzi z południowej Palestyny sprzy­mierzyli się z Persami - być może byli to Żydzi ze wspominanej przez Torreya oazy Teima; mogły to być również ban­dy arabskie. Po przybyciu do Jerozolimy Żydzi z wściekłością zwrócili się przeciwko ludowi chrześcijańskiemu i jego świątyniom, w tym naturalnie przeciwko Grobowi Pańskiemu. Zano­towano jednak, że z największą furią Żydzi uderzyli w kościół Matki Bożej, Nea, którego znaczenie podkreślimy jeszcze w dalszej części artykułu.

            Według Kraussa w 617 r. Żydzi "zażą­dali określonych praw do autonomii w Świętym Mieście". Persowie już od trzech lat żyli w obecności chrześcijan z Jerozolimy i postrzegali ich jako ze wszech miar przychylnych i kompromi­sowych, toteż po pojawieniu się żydow­skich żądań autonomii doszli do wnio­sku, że miara się przebrała. Postanowi­li wygnać Żydów do Persji. Z pism hi­storyków takich jak Krauss i Graetz wynika, że jeszcze przedtem arabskie bandy zostały rozbite (przez Persów ­przyp. tłum.) na skutek zdrady Żydów, a sura III Koranu w tłumaczeniu br. Bru­no (w. 118-119, 122) zawiera skargi na zdradę i perfidię fałszywych braci, sy­nów Izraela.

Sura III Koranu traktuje o tej porażce Arabów; autor mówi tam o swojej "kal­warii", lecz ostatecznie doprowadza własne rozważania Ewangelii do pozytywnego wniosku stwierdzając, że po­rażka ta nie jest klęska absolutną, lecz tylko oczyszczeniem. W tym miejscu pojawia się wspominany wcześniej hi­storyczny mit o bitwie pod Badrem.

            Badr jest obecnie małym miasteczkiem położonym na południowy zachód od Medyny, jednakże żadna z map staro­żytności nic nie mówi o jego istnieniu. Co więcej, słowo badr nie występuje w żadnym miejscu w Koranie - ani w surze Vłłł, w którym wszyscy po­przedni tłumacze uparcie wspominają o bitwie pod Badrem, ani w surze m, gdzie słowo bi-badrin jest nieprawidło­wo przetłumaczone jako 'pod Badrem'. W surze IV (w. 6) pokrewne słowo bi­daran jest właściwie przetłumaczone przez Blachere i Masson jako 'rozszcze­pienie' lub 'rozproszenie' i jest prostym zapożyczeniem z rabinistycznego, he­brajskiego słowa bidder, tzn. 'rozpra­szać'. Tak więc bi-badrin oznacza 'przez rozproszenie' albo 'dzięki rozprosze­niu'. Islamolodzy tłumaczą to słowo jako 'Badr', gdyż nie biorą pod uwagę ani całościowego, ani też częściowego znaczenia tekstu. Z drugiej strony, tłu­maczenie br. Bruno tworzy logiczną ca­łość. Autor Koranu mówi o "cudzie" ocalenia owych arabskich band "po­przez rozproszenie" spowodowane przez Persów w 617 r. Jest to jeden z wielu przykładów, kiedy to tekst za­chowuje jasny sens lingwistyczny i hi­storyczny, podczas gdy tłumacze wprowadzają jedynie zamieszanie i sprzeczności.

CZY prawdziwy "Mahomet" zechce ukazać swoje oblicze?

           Do tej pory ciągle mówiliśmy o "auto­rze Koranu" zamiast o Mahomecie, któ­remu wszędzie przypisywane jest au­torstwo tego dzieła. Dlaczego? Z pro­stego powodu: człowiek zwany Maho­metem nie napisał Koranu.

            Wspomnieliśmy powyżej, że jeśli odło­żyć na bok fantastyczne mity ksiąg Ha­dith i Sira, nie ma niezbitego dowodu na istnienie Mahometa. Jednakże histo­rycznie muzułmanie twierdzą, że w ko­ranicznym tekście autor sam nazywa siebie Mahometem, toteż nie może być żadnych wątpliwości co do jego tożsa­mości. Czy tak jest naprawdę?

            Oczywiście jest prawdą, że w Koranie autor czyni szereg odniesień do same­go siebie, nie mniej jednak daje się po­znać jako człowiek oszczędny, jeśli cho­dzi o szczegóły dotyczące swej własnej osoby. W surze III (w. 144) nazywa sie­bie muhammadun, a określenie to zo­stało wzięte przez wspomnianego wcześniej Ibn Hisama za rzeczywiste imię założyciela islamu. Br. Bruno twier­dzi, że zabieg taki nie ma uzasadnienia i podaje szczegółowe dowody. Cieka­we, że twierdzenie o nieistnieniu Ma­hometa nie spotkało się z prostym od­parciem ze strony ks. Michela Lagarde, który nie tylko sam jest ekspertem w tej dziedzinie, lecz również głęboko po­święcił się dla dialogu islamsko-chrze­ścijańskiego.

           Br. Bruno tłumaczy słowo muhammadun jako 'umiłowany'. Twierdzi, że jako ta­kie słowo to nie jest imieniem, lecz ty­tułem nadawanym jakiejś osobie - tro­chę tak, jakby powiedzieć np. o wła­snym dziecku "światło mego życia", co rzecz jasna nie może być interpretowa­ne jako właściwe imię dziecka. Według br. Bruno słowo muhammadun pocho­dzi od słowa źródłowego hmd, które jest arabskim zapożyczeniem biblijne­go, źródłowego słowa hómad, czyli 'po­żądać' lub 'pragnąć'. W surze l (w. 2) br. Bruno wykazał, że pokrewne słowo 'al hamdu oznacza miłość, jaką każdy po­winien żywić wobec "Boga, Pana wie­ków". Z kolei południowo-arabskie za­pisy z Jamme zawierają słowo mhmd, używane na określenie 'Boga żydów', tak więc oczywisty sens wyrażenia mu­hammadun sprowadza się do znaczenia 'ten, który jest przedmiotem miłości' ­'umiłowany' - najwyższe imię Boże. To zaś powinno wywołać w pamięci czy­telnika słowa Ewangelii: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodoba­nie, Jego słuchajcie" (Mt 17, 5). Nie jest to jedyny raz, kiedy Jezus jest nazywa­ny "umiłowanym" (muhammadun) Boga. W relacji ze spotkania Naszego Pana ze św. Janem Chrzcicielem nad rzeką Jordan czytamy: "A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępu­jącego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie»" (Mt 3, 16-17). Koranicz­ny tekst nie wskazuje na to, jakoby au­tor przedstawiał się lub myślał o sobie jako o Bogu. W pierwszym rozdziale przedstawia raczej siebie i Naszego Pana Jezusa Chrystusa jako rasulun, czyli wy­rocznie, proroków; w obu przypadkach chodzi tu o ludzi, o "umiłowanych" Boga. W Księdze Proroka Daniela prorok na­zywany jest "człowiekiem upodoba­nym", czyli is hamudót. Rzeczownik is znaczy 'człowiek' i jest w biblijnym wyrażeniu zastąpiony arabskim przed­rostkiem "m" - czyli mhamudót, 'maho­met'. Dla tych z nas, którzy nie są uczo­nymi-lingwistami może się to wydać nieco skomplikowane, lecz dzięki odro­binie wytrwałości przekonamy się, że jest do doskonale zrozumiałe w okre­ślonym kontekście.

            Z tekstu Koranu w sposób oczywisty wynika, że autor znał pisma św. Pawła i wykorzystał je do osiągnięcia pożąda­nego przez siebie celu, to jest do przy­pisania Bożego przymierza synom Izmaela, ludowi doskonałemu, musliy­mat. Ks. de Nantes, kolega br. Bruno, idzie dalej - uważa on, że w całej l su­rze Koranu podobieństwa do Ewange­lii są tak bliskie i liczne, iż należy są­dzić, że intencją autora było nie tylko naśladowanie podejścia św. Pawła, lecz postawienie siebie w miejsce Chrystu­sa. Ten ostatni wniosek może nie by tak daleko idący, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. "Porażka" Chrystu­sa prowadząca na Kalwarię porówny­wana jest do "niepowodzenia" autora Koranu polegającego na niemożności dotarcia do "domu Bakka" w Jerozoli­mie w 614 r.Jego wierni zostali rozpro­szeni - oto jego "kalwaria". Używa przy tym terminu qarhun, oznaczającego "kalwarię", specjalnie dla podkreślenia paraleli. Daje jednak do zrozumienia, że "porażka" nie zdołała go zmusić do za­niechania realizacji wytyczonego celu.

            Spójrzmy teraz na słowo "Mekka", o którym mówi się, że jest tłumacze­niem wyrazu Bakka. Od Hiro dowiadu­jemy się, że Mekka była miejscem uro­dzin Mahometa, centrum handlowym skupiającym około 5000 ludzi i miej­scem, w którym Mahomet rozpoczął swój apostolat. Pojawiają się tutaj dwa problemy: po pierwsze, słowo Mekka wcale nie występuje w Koranie. To ra­czej słowo Bakka pojawia się raz i jest błędnie tłumaczone jako Mekka. Po dru­gie, wszystkie mapy starożytności do­wodzą ponad wszelka wątpliwość, że miasto Mekka nie istniało w siódmym stuleciu. Znakomity kartograf XIX wie­ku, Vidal de la Blanche był ekspertem w dziedzinie wielkich szlaków handlo­wych starożytności. Wykorzystując Geo­grafię Ptolemeusza wykazał on, że Mek­ka nie istniała (w siódmym stuleciu ­przyp. tłum.). Nie kwestionują tego ani ks. Lagarde, który w 1990 r. w publika­cji Islamo Christiana dokonał przeglądu pierwszego tomu tłumaczenia Koranu autorstwa br. Bruno, ani nawet Blache­re. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę dążenie Blachere do promocji islamu kosztem chrześcijaństwa, jego świadec­two nabiera tu jeszcze większej warto­ści: "Bez wątpienia bizantyjscy pisarze dostarczyli nam cennych informacji na temat arabskich emirów panujących na stepach Syrii za przyzwoleniem cesarza. Dzięki tym autorom dysponujemy roz­sądnymi danymi na temat konfliktów wspomnianych emirów z ich babiloń­skimi odpowiednikami pozostającymi w służbie perskich Sasanidów. Możemy również ustalić religijną przynależność zarówno koczowniczych, jak i osiadłych arabskich plemion w Jordanii i ze ste­pów na zachód od Eufratu. Nawet tajem­niczy Jemen dostarcza nam strzępów in­formacji o swej przeszłości i pozwala nam zrozumieć obce trendy - niektóre z nich zawędrowały tu z Etiopii wspó­łistniejąc z jej prastarym pogaństwem. Lecz o kołysce islamu Al-Hijaz i o Mek­ce, jego świętym mieście, nie mamy nic ponad przykłady islamskich «kartogra­fów»" (Problem Mahometa, 1952).

           Innymi słowy, nie istnieje przed-islam­ska mapa świata, która wskazywałaby na istnienie Mekki. Próby wykazania, że Mekka istniała pod inną nazwą, Maco­raba, zawsze były czystymi spekulacja­mi, a na ich poparcie nie istniały poważ­ne dowody.

            Tak więc jeśli nie istnieje Mekka, jakie jest znaczenie słowa Bakka? Słowo to pojawia się tylko raz w całym tekście Koranu (sura III, w. 96), w tym samym rozdziale, który mówi o powrocie wier­nych do jerozolimy. W surze II (w. 125 i 127) autor mówi o domu - al bayt ­i przypisuje jego założenie Abrahamo­wi. Dlatego też jest absolutnie oczywi­ste, że "dom" znajduje się w Jerozolimie, a dokładnie wśród ruin Świątyni. Właśnie tak się składa, że słowo Bakka użyte jest w rozdziale w związku z do­mem, a może być jedynie odniesieniem do "doliny Baka", która znajduje się na północ od doliny Hinnom i na zachód od Jerozolimy. W rzeczywistości znaczenie tego słowa jest tak jasne, że aż dziw bie­rze, dlaczego żaden z naukowych infor­matorów nie zasugerował go nawet jako jednej z możliwości. Ale to nie wszystko.

            Koran nie daje nam żadnego pojęcia co do położenia i układu Mekki, dostarcza za to szczegółowych informacji o Jerozolimie, co dodatkowo świadczy na korzyść faktu, że do tej pory zasadni­czy temat Koranu koncentruje się wo­kół powrotu do Jerozolimy, do tej ko­lebki przymierza zawartego przez Boga z Abrahamem i jego synem, Izmaelem.

W surze II, w. 158, autor używa termi­nu as-safii, który jest hebrajskim zapo­życzeniem słowa ha-sóphim, oznaczają­cego 'wartownię'. Tak się składa, że na północ od Jerozolimy znajduje się wzgórze połączone z Górą Oliwną, określane po grecku jako skopos. Moż­na znaleźć o nim wzmianki w literatu­rze rabinistycznej; jest to punkt, z któ­rego można obserwować Jerozolimę niczym z wartowni. Skopos oznacza po grecku 'wartownię'.

            Następnie, autor Koranu obiecując wiernym w surze IV w. 13 i gdzie in­dziej, że "wejdą do ogrodów - janna­ gdzie płyną podziemne rzeki -min tah­tiha" nie stosuje wcale figur literackich. Przeciwnie, dokładnie opisuje system nawadniania ówczesnej Jerozolimy! W okresie bizantyjskim, obszar położo­ny na północny zachód od murów Jerozolimy był znany jako ..Ogrody". Chrześcijanie mówiący po aramejsku określali je słowem Pordesaya. Grecy nazywali je Phordesa, a Żydzi Pardesaya. Wszystkie te słowa oznaczają ..raj". Nie­trudno dostrzec uzasadnienie dla takiej nazwy. Jerozolima, położona na trud­nym terenie, zawsze narzekała na su­szę trwającą od maja aż do październi­ka. Sytuację pogarszał wiatr, przeważ­nie wschodni. W celu zapobieżenia tym problemom zbudowano podziemny system zbiorników, który łączył się z powierzchnią poprzez wąski wylot. Zbiorniki te napełniały się w okresie od listopada do marca dzięki ciągłym opadom deszczu i w ten sposób umoż­liwiały pomyślne zbiory. J. T. Milik w swojej książce Św. Tomasz z Phorde­sa pisze, że był to "kompletny, złożo­ny system irygacyjny". Oto wasze "podziemne rzeki",

                        Jeszcze inny przykład. Słowo "Gehen­na" pojawia się jednokrotnie w surze II, trzykrotnie w surze III i siedmiokrot­nie w surze IV. W języku arabskim sło­wo to brzmi jahannam i jest używane na określenie "doliny gniewu". Gehen­na jest doliną położoną na południe od Jerozolimy, wychodzącą na zachód z doliny Baka. Było to opustoszałe pu­bliczne miejsce, w którym nieustannie płonął ogień spalający śmieci. Ognie Gehenny są symbolem wiecznego po­tępienia, lub, jeśli ktoś woli, wieczne­go gniewu. Tekst jest szczególnie po­ruszający, gdyż przemieszczając się z doliny Baka w kierunku doliny Gehen­na podróżujemy z raju do piekła - fi­zyczna rzeczywistość ze składową teo­logiczną.

Ka'ba, Kawa'iba, Kubos

           Zajmijmy się w końcu problemem ka­miennej świątyni lub Domu Bożego zwanego Ka'ba, mającego znajdować się w środku meczetu w Mekce, a bę­dącego najważniejszym sanktuarium islamskiego świata. Ponieważ Mekka nie istniała w siódmym stuleciu. Musi­my zadać sobie pytanie co znaczyło sło­wo Ka'ba dla autora Koranu.

            Po raz pierwszy słowo to zostało użyte w surze IV, w. 6. Oznacza ono 'sześcian' (kostkę) - po grecku kubos - i odnosi się do fundamentu kamiennego domu. Ks. Jomier w swoim artykule Ka'ba twierdzi, że wyraz ten pochodzi od "mniej więcej «sześciennej» formy tego sanktuarium". Jego zdaniem "słowo to było już wcześniej używane na określe­nie specyficznych sanktuariów o tym samym kształcie". Br. Bruno zdołał zi­dentyfikować dwa takie sanktuaria: pierwsze w Petrze, skąd autor Koranu wraz ze swymi wiernymi wyruszyli w drogę powrotną do Jerozolimy, dru­gie zaś u wrót samej Jerozolimy. Waż­ne jest, aby zwrócić uwagę, iż słowo Ka'ba pojawia się po raz czwarty i ostat­ni w surze LXXVIII, w. 33 w całkiem in­nym znaczeniu: 'dziewice' - kawa'iba. Te dwa znaczenia są tak radykalnie od­mienne, że uzasadnionym będzie pyta­nie: czy Ka'ba to określenie 'domu', czy też 'dziewicy'?

            Wiemy, że określenie Ka'ba było zwy­kle powiązane (w tekście Koranu ­przyp. tłum.) z promenadą (maqam) Abrahama, a zarówno jedno jak i dru­gie było związane z "domem" - 'al bay­ta. "Dom" jest Świątynią jerozolimską, a maqam to dziedziniec świątyni - czy­li, można powiedzieć, święta Skała Góry Moria. Dlatego też, jeśli chcemy zna­leźć rzeczywiste źródło określenia Ka­'ba, musimy znów zwrócić nasze spoj­rzenie w stronę Jerozolimy.

            Z homilii św. Germana z Konstantyno­pola (634-733), poświęconej zaśnięciu Matki Bożej i przeniesieniu jej ciała z domu w Świętym Syjonie do "gro­bowca" w Gethsemani dowiadujemy się, że po drodze znajduje się monu­ment znany w języku greckim jako Ku­bas. Św. German mówi: "Na szlaku or­szaku pogrzebowego prowadzącego w dół doliny Jozafata ma znajdować się monument w kształcie sześcianu... W centrum tego pomnika znajduje się czcigodna kolumna wzniesiona na pa­miątkę cudu uleczenia bezbożnego żyda". Wiemy również o mnichu imie­niem Epifaniusz, który odbywając w siódmym stuleciu pielgrzymkę do Ziemi Świętej opisuje ten monument słowem tetrakiinin. Epifaniusz stwier­dza, że była to "sześcienna budowla z czterema kolumnami zwieńczona ko­pułą". O. Daniel (1099-1185) jest nawet bardziej precyzyjny: ,,100 jardów od wrót miasta Jerozolimy) znajduje się miejsce, w którym Jofoniasz (najwyższy kapłan) próbował zrzucić ciało Matki Bożej niesionej przez apostołów na no­szach do Getsemani. Pojawił się anioł i mieczem odciął obie ręce Jofoniasza, które pozostały przytwierdzone do noszy". O. Daniel dodaje: "Od tego miej­sca do grobowca Matki Bożej pozosta­je 200 jardów". Pozwala to precyzyjnie usytuować monument położony u wschodnich wrót świętego miasta. Cud wspomniany przez św. Germana polegał na tym, że "bezbożny żyd" Jo­foniasz odzyskał swe ręce i nawrócił się do Kościoła katolickiego. W tej chwili zagadka jest już łatwa do rozwiązania.

            W celu zadośćuczynienia za atak na Matkę Bożą, chrześcijanie Jerozolimy wznieśli pomnik ku Jej czci. Najwyższy kapłan Jofoniasz przybył tam i został cudownie uzdrowiony. Jest prawdopo­dobne, że w siódmym stuleciu, w cza­sach Epifaniusza, muzułmanie ciągle żywili szacunek i cześć wobec tego świętego miejsca (kubas) poświęcone­go Dziewicy (ka'ba) i splamionego bez­bożnym działaniem Jofoniasza. W ten sposób widzimy, jak łatwo (na pozio­mie lingwistycznym - przyp. tłum.) sze­ścian mógł stać się dziewicą. Na obec­nym etapie badań hipoteza dobrego mnicha br. Bruno sprowadza się do tego, że muzułmanie wzięli Kubos za symbol domu Abrahama i przenieśli go (lub tylko jego podstawę) w inne miej­sce z nieznanych powodów. Oczywiście jest możliwe, że Ka'ba w Mekce ma zu­pełnie inne pochodzenie, nie mające związku z czymkolwiek, co występuje w Koranie.

                        Jedynym celem tego artykułu była pró­ba przekazania niektórych spektakular­nych odkryć dokonanych przede wszystkim przez br. Bruno - z nadzie­ją, że zachęcą one zainteresowanych do głębszych poszukiwań. Badania są da­lekie od ukończenia. Pozostaje do prze­tłumaczenia dalsze 109 sur, z których każda niesie ze sobą istotne, odkryw­cze informacje na temat początków i rozwoju islamu naszkicowanych przez autora Koranu. Z pewnością istotnych informacji dostarczą również eksperci zaangażowani w prace archeologiczne nad rozległym chrześcijańskim opac­twem odkrytym w piaskach Al Oosour (1990) datowanym aż na koniec szóste­go, a być może na siódmy wiek. To wszystko w przyszłości.

            Dzięki poważnej, autentycznej naukowej analizie, prawdziwość islamskiej tradycji spod znaku ksiąg Hadith i Sira została zakwestionowana. Można wy­kazać, że ani Mekka, ani Badr nie ist­niały w owych czasach, a wraz z tym wszystkie historie o proroctwach i mi­litarnych zwycięstwach Mahometa są jedynie jednym wielkim wymysłem. W rzeczywistości można wykazać, że postać taka nigdy nie istniała. Dzięki systematycznemu tłumaczeniu Koranu okazało się, że nawet samo znaczenie słowa "islam" zostało przekręcone. Tłu­maczenie ukazało za to podłoże teolo­giczne i historyczne, dzięki któremu możliwe było pojawienie się Koranu. Istotna rola, którą odegrała w tym teo­logiczno-historycznym rozwoju spo­łeczność żydowska, skierowała badaczy ku poszukiwaniom prawdziwej tożsa­mości autora Koranu, człowieka niewąt­pliwie o wyjątkowym talencie, energii i przenikliwości. W rzeczywistości ba­dania br. Bruno to inspirujące dzieło wskazujące na to, że islam jest faktem - gdyż islam wyłaniający się z Koranu rzeczywiście jest faktem. Jednocześnie jednak staje się coraz bardziej oczywi­stym, że islam dnia dzisiejszego jest ilu­zją, która tak naprawdę z wybitnym ge­niuszem autora Koranu ma wspólną je­dynie nazwę religii, bo nawet nie jego potężną księgę, którą rozumie opacz­nie. Oto sprzeczność stająca się para­doksem, o której wspomniano na po­czątku artykułu.

„The Angelus", grudzień 1998. Tłumaczenie: Adam Branicki.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.