Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 140 gości
S T A R T arrow Kultura i okolice arrow wspomnienia arrow Przejścia graniczne a "przejścia" z Ukrainą
Sunday 25 October 2020 12:07:47.30.
migawki
 

25.10.20 Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”.

Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

 
W Y S Z U K I W A R K A
Przejścia graniczne a "przejścia" z Ukrainą Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
17.10.2008.

Przejścia graniczne – a przejścia z Ukrainą

Granica wstydu

            Do napisania tych uwag skłonił mnie dopiero wczoraj komunikat w radio „Na przejściu w Krościenku kolejka samochodów osobowych – trzy godziny”. Przedtem uważałem bowiem, że lepiej takich spraw śmierdzących nie tykać a szczególnie – nie rozklepywać kijem. [Pamiętacie Państwo: Siedziała przed wychodkiem, klepała...]

            We wrześniu (przed miesiącem..) wybraliśmy się samochodem do Lwowa. Pojechaliśmy przez Krościenko. To koło Ustrzyk Dolnych, zadupie, więc ruch powinien być mały. I był mały. Samochody jechały w odległościach kilometrowych od siebie. Na przejściu zaś kolejeczka z 10-15 samochodów. I nie rusza się. Pytamy tutejszych, czy to jakiś strajk? Nie... to odprawa. Po półtorej godziny  jesteśmy u pierwszego okienka. Pieczątki, pytania, sprawdzanie upoważnień.. Potem – strona ukraińska. Cos mówią po swojemu, nawet nie chcą po rosyjsku, dają formularze. Tylko po ukraińsku. Ukraińcy z samochodów za nami wskazują, że po drugiej stronie jezdni jest tablica z przykładowym wypełnieniem (po polsku). Stoję, trudno odczytać, nie ma jak napisać (na kolanie?). Następne okienka, pytania, brutalne żądania jakichś innych zaświadczeń. Po pół godzinie „załatwiania naszej sprawy” - koniec. Pytam trzech umundurowanych Ukraińców, czy to rzeczywiście koniec. No - jeszcze trzeba pójść na drugą stronę tegoż baraczku, bo od strony samochodów nie otwierają okienka. A z drugiej – tak.... Kobieta - urzędnica leniwie przechodzi w swej izbie na drugą stronę, do mnie, coś jeszcze podbija. Znów pytam tych trzech umundurowanych, czy to wszystko. Tak, jedźcie! Uff. Po 500-u set metrach – szlaban. Wychodzę do budki oddalonej o 50 metrów. Macham przyjaźnie odprawą, paszportem itp. „A gdzie zaświadczenie weterynarii?” Przecież my ludzie, zwierząt nie wieziemy.. No – wracajcie, nic nie poradzę.  Wracamy, wplątujemy się w kanał prowadzący do Polski, z powrotem. Brr. Pieszo, przez płoty, przebijam się do tych trzech umundurowanych. Aha, no... dobrze... I jeden z nich przybija potrzebną nam (??) pieczątkę weterynarza (!!!) Z nią - znów do szlabanu, pieszo do budki, i wypuszczają! Po 2.5 godz., przy prawie zerowym ruchu samochodów.

            Po dwóch dniach – powrót. Deszcz pada, za Samborem rozbito mi tylną szybę. Więc bagaż przykryty płaszczem deszczowym. Ruch samochodowy jeszcze mniejszy. Na przejściu w Krościenku – KOLEJKA!! W dwa rzędy. Oficer ukraiński podchodzi, widzi szczątki szyby w samochodzie, krzyczy: Pewnie zabiliście człowieka, śledztwo, nie przepuszczę!! Ja Tyłem? Odpowiada: No, wszystko możliwe, trzeba sprawdzić! Jeszcze przychodzi trzech, oglądają, pytają. Ale nie to wstrzymuje „procedury”: dalej przede mną stoi z 5 samochodów. Potem w okienkach o coś pytają, żądają.. Po swojemu, a proszę płynnym rosyjskim, by mówili choć po rosyjsku.. Wreszcie – polska urzędniczka od paszportów. Przybija pieczątkę, miło pogania: naprzód, naprzód! Podjeżdżam do następnego okienka. Wyskakuje młodzieniec w mundurze polskiej straży granicznej, wrzeszczy: Czytać nie umiecie?!?” Na moją zdziwione pytanie, o co chodzi, pogardliwie pokazuje niską tabliczkę zasłoniętą poprzednim samochodem, że ustawiać się pojedynczo. Argumentu, że ten napis ewidentnie dotyczy poprzedniego samochodu, a ode mnie go nie widać, nawet nie użyłem. Chłopak wściekły, każe wyjmować bagaże na ławkę do szczegółowego sprawdzania. Wrzeszczy: Gdzie spirytus?!? Nie pijam – mówię. Nie pytam, czy pan pija, ale ILE BUTELEK ALKOHOLU pan przewozi? NIC! Papierosy!! Nie palę. Uważa, że z niego drwię. Szuka. W zemście za to, że nic nie znalazł, sprawdza szczegółowo bagażnik. O, przemyt antycznych dzieł sztuki - na widok rzeźbionej w desce śmiesznej gęby. Mówię, że to rzeźba „?ysego z Czarnej” (w Bieszczadach, po polskiej stronie), zrobione przed tygodniem. Sakramentalne „No, żeby mi to było ostatni raz!!” I po półtorej godzinie krzyków, gróźb i szykan odjeżdżam do Ustrzyk.

            Gdyby szefostwu Straży Granicznej chciało się to sprawdzić, i ew. chłopaka pouczyć, to mój powrót nastąpił 17 IX ok. godz. 13-15. W Krościenku duży budynek odpraw stoi pusty, z trzech „punktów odpraw” czynne (czyli szykanujące ludzi) są dwa, w baraczkach. W tych „kolejkach” jest ZERO racjonalności. Po cóż więc „zaprzyjaźnione” rządy nam to fundują? Żeby wymyślić coś tak szkodliwego, jak obecne „procedury graniczne”, nie wystarczy posiadanie umysłowości goryla. Trzeba też być gorylem złośliwym. Dlaczego obie strony to-to tolerują?

            W latach 70-tych jeździłem samochodem do Dubnej, (to 150 km „ponad” Moskwą, czyli na północ). Na granicy bywało śmiesznie, np. kazali wyrzucać kanapki z kiełbasą, czy pełzali z lusterkiem pod samochodem. Ale nie było takiej brutalnej, chamskiej niechęci czy nienawiści ubranej w szatki przepisów, jak na granicy Polski z demokratyczną Ukrainą AD 2008. Przyrzekłem sobie, że już nigdy w życiu nie pojadę samochodem do ukochanego Leopolis semper fidelis.

Leopolis

            O złośliwym niszczeniu śladów polskości czy kultury, o przerobieniu „kawiarni szkockiej” (tu dyskutowała i pijała kawę sławna na cały świat lwowska szkoła matematyki!) na ... biuro banku, o oficjalnej dezinformacji na temat położenia Cmentarza Orląt, czy o tolerowanym (co najmniej) przez władze Lwowa niszczeniu napisów na grobach poległych żołnierzy polskich, amerykańskich i francuskich (napisów uzgodnionych z władzami!) jedynie tu wspominam.

            Centrum Lwowa jest ciągle zakorkowane: Na starych, pięknych skrzyżowaniach, dobrych dla ruchu dorożek i omnibusów w latach 30-tych zeszłego wieku, teraz korki i supły tramwajów, samochodów, pieszych, autobusów trwają prawie cały dzień. Wystarczyłoby chociaż usunąć ruch samochodowy poza Stare Miasto, na szerokie obwodnice, odkorkowałoby się nawet bez (potrzebnego!) metra.

            Wstyd mi za tych parobasów, często z tytułami, nieudolnie grających obecnie role ojców miasta, z których wylewa się poczucie niższości. Wobec kogo? Czy czego? Bolesny jest brak ich odpowiedzialności za Miasto. To widać gołym okiem. Oni nie czują się, nie są GOSPODARZAMI.

            A komu potrzebne są te sztuczne „kolejki na granicy”? Do czego? Czy rządy są marionetkami?  Czyimi?

 Dodaje jeszcze sprawę kościołów: (z NDz):

W polskim kościele św. Marii Magdaleny we Lwowie mieści się filharmonia, natomiast Msze Święte mogą być odprawiane tylko o godzinie ósmej rano. Tamtejsi Polacy są zbulwersowani tym faktem i oczekują wsparcia ze strony władz polskich, by przywrócić świątynię wiernym. Lwowiacy poinformowali o tym senatora Ryszarda Bendera (PiS).

Senator dowiedział się o sprawie podczas wizyty we Lwowie. - Nagle napotkani ludzie mówią: “Profesorze, musi pan pójść do kościoła św. Marii Magdaleny”. Więc poszedłem, a tam mówią nam: “Nie wejdziecie, bo jest próba muzyczna” - relacjonował Bender na wczorajszym posiedzeniu senackiej Komisji Spraw Emigracji i ?ączności z Polakami za Granicą. Senatora odesłano do dyrektora filharmonii, “bo to nie jest kościół, a tylko czasami odbywa się tutaj Msza Święta”.
Według profesora, sytuacja w lwowskim kościele jest paradoksalna.
- Jest to formalnie parafia ze swoim proboszczem. Nawet w wydanym tegorocznym kalendarzu figuruje akt hipotecznej własności tego kościoła, tymczasem w jego wnętrzu jest filharmonia, prezbiterium zasłonięto i zdjęto wszystkie symbole drogi krzyżowej - zauważył Ryszard Bender. Senator próbował skontaktować się z ks. bp. Leonem Małym, ale okazało się to niemożliwe. Parafianie twierdzą, że biskup ma sprawę sądową za “utrudnianie działalności filharmonii”. Bender wyraził nadzieję, że stosunki polsko-ukraińskie będą rozwijały się poprawnie, ale Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz komisja senacka powinny zająć stanowisko w sprawie kościoła św. Marii Magdaleny, a być może będzie także konieczna interwencja Senatu.
Andrzej Person (PO), przewodniczący komisji, potwierdził obserwacje Bendera dotyczące istnienia problemu niegodnego postępowania władz ukraińskich z polską mniejszością narodową.
- Też niedawno byłem we Lwowie i faktycznie rozmawiałem na ten temat z konsulem generalnym Wiesławem Osuchowskim. Wrażenie jest raczej podobne, że na zachodniej Ukrainie coraz gorsze są te relacje, a z drugiej strony chcielibyśmy, żeby były one jak najlepsze - stwierdził Person.
Jacek Dytkowski  www.naszdziennik.pl

Prześladowani za polskość

W okresie PRL tematyka Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej była nieobecna w ówczesnej historiografii. Zagadnienie to zostało także wyrugowane z podręczników szkolnych. Wraz z upadkiem komunizmu i zniknięciem cenzury nastąpił wzrost zainteresowania Kresami i ich historią. Publikacją poszerzającą naszą wiedzę na temat historii Kościoła katolickiego na Kresach jest monografia “Kościół katolicki na Wołyniu w warunkach okupacji 1939-1945″ autorstwa dr Marii Dębowskiej. Książka została wydana przez Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Rzeszowie.

Autorka przedstawiła w sposób wyczerpujący warunki społeczno-polityczne na Wołyniu w przededniu, jak również w trakcie wojny. Omówiła także funkcjonowanie diecezji łuckiej, poruszając kwestie związane z zarządzaniem diecezją przez ks. bp. Adolfa Szelążka, obsadą urzędu biskupa pomocniczego, relacje ze Stolicą Apostolską, organizację i funkcjonowanie kurii diecezjalnej. Niezwykle cenny jest rozdział prezentujący stan duchowieństwa rzymskokatolickiego pełniącego posługę duszpasterską w diecezji łuckiej w latach 1939-1945.
Osobny rozdział autorka poświęciła parafiom bizantyńsko-słowiańskim (neounickim) należącym do diecezji łuckiej oraz greckokatolickim podlegającym metropolicie lwowskiemu ks. abp. Andrzejowi Szeptyckiemu. Przedstawiła także warunki pracy duszpasterskiej w okresie obydwu okupacji sowieckich (1939-1941, 1944-1945), okupacji niemieckiej (1941-1944), eksterminacji ludności polskiej podjętej przez OUN-UPA w 1943 roku.
Opisując realia okupacji sowieckiej, Maria Dębowska skupiła się na represjach, jakie dotknęły Kościół. ?ącznie przez Sowietów uwięzionych zostało kilkunastu duchownych, aż 9 z nich zginęło.
Za sprawą Niemców w latach 1941-1944 zginęło 3 duchownych diecezji łuckiej. Największe straty osobowe duchowieństwu diecezji łuckiej zadali jednak członkowie OUN-UPA oraz policjanci ukraińscy. ?ącznie z ich rąk śmierć poniosło 17 kapłanów, w tym trzech obrządku bizantyjsko-słowiańskiego oraz trzech zakonników.
Eksterminacja Polaków podjęta przez OUN-UPA na Wołyniu miała za zadanie także zlikwidować materialne ślady polskości, w tym także katolickie świątynie. Niejednokrotnie dokonywano napadów na Polaków zgromadzonych na Mszy Świętej. Tak było w niedzielę, 11 lipca 1943 r., w Zabłotcach, gdzie zginął ks. Józef Aleksandrowicz, oraz w Chrynowie, gdzie przy ołtarzu zabito ks. Jana Kotwickiego. Podobnie było również w Kisielinie, gdzie zaatakowano Polaków zgromadzonych na Mszy Świętej. Ogółem zamordowano wówczas około 90 Polaków.
Kres istnienia diecezji łuckiej przyniosła druga okupacja sowiecka. Po aresztowaniu ks. bp. Adolfa Szelążka przez NKWD na początku stycznia 1945 r. ekspatriacji ludności polskiej z Wołynia, Kościół katolicki traktowany jako “agentura Watykanu” nie miał szans przetrwania. Ksiądz biskup Szelążek więziony był w ?ucku i w Kijowie, wolność odzyskał w maju 1946 roku. Następnie został deportowany z terenów ZSRS. Początkowo zamieszkał w Kielcach, a od lata 1946 r. w Zamku Bierzgłowskim w pobliżu Torunia. Zmarł 9 lutego 1950 roku.
Opisując wojenne dzieje diecezji łuckiej, autorka przytoczyła słowa ks. Bronisława Drzepeckiego po opuszczeniu Huty Stepańskiej, zaatakowanej przez UPA w 1943 r.: “Kościół spalony, ludzie pobici, wywiezieni - tylko pustka, zgliszcza. Na całych przestrzeniach ani jednego miejsca, gdzie by Najświętszy Sakrament był… W tych stronach, gdzie Jezusa przyjmowano tak ochoczo, gdzie Jezus był obnoszony po ulicach w uroczystych procesjach”.
Prezentacja książki “Kościół katolicki na Wołyniu w warunkach okupacji 1939-1945″ z udziałem autorki dr Marii Dębowskiej odbędzie się jutro (25.09) o godz. 12.00 w siedzibie Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie przy ulicy Słowackiego 18.
Mariusz Krzysztofiński

Autor jest pracownikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie.


Zmieniony ( 04.01.2009. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.