Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 48 gości
S T A R T arrow O POLSKĘ arrow bieżące 12 arrow Czy Ruch Narodowy ma szansę zaistnieć?
Thursday 19 September 2019 15:25:05.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Czy Ruch Narodowy ma szansę zaistnieć? Drukuj Email
Wpisał: Tomasz Greniuch   
12.11.2012.

 

 

Czy Ruch Narodowy ma szansę zaistnieć?

 http://www.ngopole.pl/2012/11/12/czy-ruch-narodowy-ma-szanse-zaistniec-fotorelacja/

 

Co takiego wydarzyło się w dniu wczorajszym?

Od rana jesteśmy zalewani rewelacjami jakoby doszło do burd, niektórzy używają określeń „regularnej wojny z policją”, inni widzą odrodzenie groźnego radykalizmu, który wyrósł z „pełzającej brunatnej Polski”.

Miałem zamiar napisać drugą część do artykułu „Uczyń z żywiołu Naród”, w którym miałem ukazać ten proces, proces, który w moim przekonaniu, wymagał jeszcze wielu lat ciężkiej pracy u podstaw. Takie mniemanie miałem do wczoraj.

W dniu wczorajszym na własne oczy zobaczyłem zorganizowany Naród, a jedynym żywiołem na warszawskich ulicach byli bezmyślni policjanci.

Ale wróćmy do początku Marszu Niepodległości.

Od samego rana w oczy rzucała się taktyka zastosowana przez reżym.

Po raz pierwszy odkąd uczestniczę w marszach z okazji Święta Niepodległości, a uczestniczę w nich od początku, to jest od roku 2005, gdy w manifestacji wzięło udział… 80 osób, przez centrum Warszawy można było spokojnie i z poczuciem bezpieczeństwa spacerować z rozwiniętą flagą narodową, nie narażając się przy tym na „obicie twarzy” przez czujnych „antyfaszystów”. W tym roku nie było takiego zagrożenia. Żałosna garstka „antyfaszystów” w swoim smutnym i cichym marszu, szczelnie otoczona przez policję, szybko i bez ekscesów odbyła swój pochód. Nie było żadnych blokad, po centrum nie biegały bezkarne, zamaskowane ”bojówki” „polujące”, jak w ubiegłych latach, na amatorów biało-czerwonych barw. Wszystko to wpisane było w scenariusz władzy, która w tym roku nie dała zezwolenia na takie „wybryki” bo sama, po raz pierwszy sięgnęła po barwy narodowe co, w nomenklaturze „antyfaszystowskiej”, stawia ich po stronie „faszystów”.

Jeszcze zdezorientowani „bojowcy” zaatakowaliby „bronkową oficjałkę” (jak było w poprzednim roku w przypadku grupy rekonstrukcji historycznej) albo, co gorsza, znając już przysłowiową gapowatość „namiestnika”, ten ostatni wplątałby się w dyskusję z sympatycznymi „antyfaszystami” na temat wyższości polskiego bigosu nad sajgonkami w konsekwencji czego dostałby pałką po głowie, a do tego władza dopuścić nie może. Nie było więc w tym roku uzbrojonych band na ulicach Warszawy. A to dowodzi tylko jednego, w poprzednich latach władza również miała możliwości i środki żeby ukrócić proceder „polowania na faszystów”, ale wówczas było to jej na rękę.

 

Zahaczając o „marsz prezydenta” byliśmy świadkami powrotu do sprawdzonych praktyk z poprzedniego systemu, gdy zaszła potrzeba solidaryzmu ludu z partią, organizowano „masówki”, różnica polega na tym, że w tym przypadku partię zastąpił „Bronek” i to w dosłownym znaczeniu, żeby przytoczyć naczelne hasło „marszu” – „Idę z Bronkiem”, przy czym na transparentach zabrakło miejsca dla niepodległości, którą w całej rozciągłości zastąpił ów Bronek.

Przechodząc do Marszu Niepodległości to widząc dziesiątki tysięcy ludzi, cały przekrój społeczny, wiekowy czy ideologiczny (od liberalnych konserwatystów, po narodowych anarchistów!?) miałem wątpliwości czy uda się tą całą masę ludzką dochodzącą do ponad 100 tysięcy uczestników bezpiecznie i bez przeszkód przeprowadzić wyznaczoną trasą. Jakby w odpowiedzi na moje obawy chwilę po rozpoczęciu marszu, po godzinie 16 doszło do konfrontacji fizycznej z policją.

Będąc w Centrum Prasowym Marszu Niepodległości otrzymałem wiadomości niemal natychmiast z różnych źródeł o „zadymie”, która wybuchła na czele pochodu.

Według tych źródeł, dziś opartych również o zdjęcia i filmy wykonane przez internautów, kilkudziesięcioosobowa grupa zamaskowanych mężczyzn pojawiła się na prawym skrzydle przemarszu biegnąc w kierunku oddziału policji rzucając w ich kierunku wielostrzałowymi petardami hukowymi (takich samych, jakich używają Jednostki GROMu). Mężczyźni w kominiarkach z impetem wpadli w policjantów, którzy przepuścili ich poza uformowany kordon. Dalej sytuacja potoczyła się jak z ćwiczeń na temat „jak neutralizować demonstracje”. W modelowy sposób sprowokowani policjanci utworzyli kordon biorąc kilkadziesiąt tysięcy manifestantów w kleszcze, oddzielając ich od czoła Marszu, który składał się m.in. na „sektor honorowy” w którym znajdowali się parlamentarzyści zaopatrzeni w immunitety (dziwnym trafem „zamaskowani” poczekali z atakiem do czasu przejścia posłów, którzy z mocy prawa mogli przeszkodzić w „neutralizacji”).

 

Zdezorientowani przebiegiem wypadków uczestnicy Marszu zostali natychmiast zaatakowani przez prewencję, która użyła gazu łzawiącego i broni gładkolufowej prowokując do starć kibiców. Wkrótce pojawiły się również opancerzone  „sikawki” i kolejne oddziały prewencji.

Z perspektywy przepuszczonego czoła Marszu, w którym znajdowało się również Centrum Prasowe, a więc z odległości kilkuset metrów, całe zdarzenie nikło w gęstym dymie gazu łzawiącego zmieszanego z czerwonym dymem petard potęgując wrażenie kompletnego chaosu.

Wydawać by się mogło, że Marsz poniósł klęskę.

Scenariusz został powtórzony z poprzedniego roku, z tą różnicą, że wówczas odciętych zostało zaledwie kilkaset osób, bez których Marsz mógł ruszyć dalej, tymczasem teraz proporcje się odwróciły, w policyjnym kotle wypełnionym dymem znalazło się kilkadziesiąt tysięcy manifestantów, a zaledwie kilkuset mogło bezradnie przyglądać się policyjnej pacyfikacji.

Chaos panujący w kotle był jednak tylko pozorny.

Na platformę samochodu obsługującego marszowe nagłośnienie wszedł rzecznik prasowy ONR Marian Kowalski, który zaledwie w kilku zdaniach dokonał tego czego nie udało się uzbrojonym zastępom policji, zaapelował o spokój i to do obu stron. Sprowokowani kibice posłuchali Kowalskiego, a na chaotyczne już ataki zdezorientowanych policjantów uczestnicy zamknięci w kotle odpowiedzieli gromkim: „PROWOKACJA”. Słowo to otrzeźwiło nawet najbardziej krewkich uczestników, którzy na powrót uformowali kolumnę marszowa. Był to moment zwrotny w całym Marszu Niepodległości, mianowicie jego uczestnicy zdali sobie sprawę, że byli świadkami policyjnej prowokacji, a ostre słowa Kowalskiego podziałały niczym kubeł zimnej wody na jego uczestników, którzy dali się wciągnąć w tą grę.

 

Ze strony policji nastąpiła długa chwila konsternacji. Ubiegłoroczny scenariusz nie powiódł się, mimo to kilkadziesiąt tysięcy zdyscyplinowanych już manifestantów nadal trzymanych było w zaciskających się kleszczach, które w każdej chwili, nawet w ocenie byłego dowódcy jednostki GROM, gen. Polko, mogło doprowadzić do tragedii (w „kotle” znajdowało się setki rodzin z dziećmi).

W końcu po kilku kwadransach absolutnego napięcia, które w każdej chwili zamienić mogły się w powtórną pacyfikację, manifestanci dołączyli do czoła kolumny i Marsz Niepodległości ruszył dalej.

Od tego momentu uczestnicy uświadomili sobie, że policja jest tu po to żeby atakować, a bezpieczne przejście całej trasy może zależeć wyłącznie od Straży Marszu Niepodległości.

Wówczas zauważyłem kolejną różnicę z poprzednim rokiem.

Poprzedni Marsz Niepodległości po uwolnieniu się z policyjnego balastu już na pl. Konstytucji bez przeszkód, naprawdę w atmosferze luzu i wzajemnego zaufania, przeszedł resztę trasy bez „przygód”, a powtórna eskalacja napięcia powróciła dopiero przy pomniku Dmowskiego tam gdzie czekali juz policjanci.

Tymczasem na ostatnim Marszu na jego skrzydłach, obecni byli policjanci z prewencji w ciągłej gotowości „bojowej”, w każdej chwili byli gotowi wkroczyć do akcji, czekali tylko na sposobność, na rzucony w ich kierunku kamień, wyzwisko czy petardę co miało uruchomić procedurę – „bezlitośnie pacyfikujemy”, i choć porównanie nie jest może zbyt pochlebne, ale policjanci Ci wyglądali jak wilczury na łańcuchu, który w każdej chwili mógł zostać puszczony.

Na szczęście nastąpiła rzecz fantastyczna, Straż Marszu Niepodległości, tych 200 młodych ludzi bez fachowego przeszkolenia przy pełnej współpracy i zrozumieniu ze strony uczestników Marszu doprowadziła go szczęśliwie do samego końca, a każdy podejrzanie wyglądający człowiek, przy pełnej bierności policji, był przez współmaszerujących uciszany a przez Straż wypraszany poza kordon.Wówczas zrozumiałem, że maszeruję ze ZORGANIZOWANYM NARODEM, a po jego bokach mam do czynienia z żywiołem, oderwanym od wspólnoty, a reagującym wyłącznie na rozkaz przełożonego, choćby był najohydniejszy, ale w ich przypadku to byt określa świadomość.

Esencją wydarzenia i podsumowaniem Marszu był wiec na Agrykoli. Pierwsze tego typu i skali wydarzenie w powojennej Polsce.

Gdy ostatni manifestanci mijali dopiero Pałac Kultury i Nauki, przy oświetlonej scenie zebrało się już około 5 tysięcy ludzi do których przemówili liderzy Marszu Niepodległości.

Tematem przewodnim przemówień kolejnych liderów było powołanie Ruchu Narodowego – szerokiego ruchu społecznego, który ma przywrócić należne miejsce w Polsce dla tej formacji.

Czy Ruch Narodowy ma szansę zaistnieć?

Politycy głównego nurtu nie widzą takiego „zagrożenia”. Jeden z nich zamknął te rozważania w zdaniu, że nie jest sztuką wyprowadzić ludzi na ulicę, wysiłkiem jest dopiero zorganizowanie ich w jednym celu. I tu się w pełni zgadzam.

Marsz Niepodległości nie jest wydarzeniem jednorazowym.

Historia Marszu Niepodległości sięga roku 2005, wówczas przez stolicę przemaszerowało nieco ponad 80 bardzo młodych ludzi. Dziś, w 2012 roku, 7 lat później przez stolicę przemaszerowało ponad 100 tysięcy osób wśród których było tych osiemdziesięciu.

Historia nie zna drugiego tak wielkiego skoku frekwencji, która przekracza 1000-krotnie liczbę uczestników z roku 2005!!!

Jose Antonio Primo de Rivera, legendarny przywódca Hiszpańskiej Falangi, zamordowany przez komunistów w czasie wojny domowej, zwykł mawiać – „Ostatecznie zawsze ratuje cywilizację pluton żołnierzy. Odnoszę wrażenie, że w tym pamiętnym 2005 roku pluton ruszył z miejsca i rozpoczął marsz.

Na koniec dodam, że to mała kropla wody, konsekwentnie, przez lata drąży skałę, a naszych oczach skała właśnie ulega ostatecznej erozji.

Autor: Tomasz Greniuch

Podziękowania specjalne dla Mariusza Nurzyński za zdjęcia z Marszu.   [  zdjęcia zobacz w oryginale   ]

 

 

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.