Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 16 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Ewa Polak-Pałkiewicz arrow Papa Schuch; najlepsza z Schuchów
Tuesday 17 September 2019 02:45:29.27.
W Y S Z U K I W A R K A
Papa Schuch; najlepsza z Schuchów Drukuj Email
Wpisał: Ewa Polak  Pałkiewicz   
06.01.2013.

Papa Schuch; najlepsza z Schuchów

 

 

Portret śp. Zofii Schuch – Nikiel   (1916 – 2012)                                                                     

Ewa Polak – Pałkiewicz    http://ewapolak-palkiewicz.pl

 

(Fragment książki Ewy Polak - Pałkiewicz „Patrząc na kobiety”; I część rozdziału pt. „Dobro zawsze wraca”. Tekst powstał w 2007 roku. Dokończenie wkrótce)

 

[powyższe uwagi Pani Polak – Pałkiewicz – ja umieszczam fragmenty, w związku ze śmiercią Pani Zofii .   Mirosław Dakowski ]

 

cz. I

 

Schuchowie z Alei Szucha

 

         „Jeśli francuski, to tylko u Madame Sophie”, tak mawia się w Warszawie w kręgu znawców o 91 – letniej nauczycielce języka francuskiego, Zofii Schuch-Nikiel.  To nie są zwykłe lekcje. Pani Zofia nie jest nauczycielką taką jak inni. Choć nigdy nie studiowała romanistyki, wśród jej uczniów są dyplomaci, artyści, naukowcy, dzieci. Uczy  tak, jak poeta pisze wiersz, a kompozytor  tworzy muzykę. Zachwyca pomysłowością i poczuciem humoru. Zaskakuje.

                       Zapytana o swoje życie opowiada z prostotą o nieprawdopodobnych wydarzeniach, zdradzając przy okazji nieoczekiwane – tak jak jej autorska metoda nauki języka - pasje.

 

 

         ================================

 

         „Wyciągałam kiedyś z jakiegoś urzędu dawne dokumenty i któraś z urzędniczek powiedziała (nie wiedząc, że noszę właśnie  to nazwisko): „Ciekawe, czy ktoś jeszcze żyje z tej spolszczonej niemieckiej rodziny ...” 

         I w ten sposób,  dowiedziałam się, że Schuchowie - po dwustu latach zapuszczania w Polsce korzeni! - są „spolszczoną rodziną niemiecką”..      Muszę powiedzieć, że  wszyscyśmy się w domu strasznie obruszali, kiedy mnie i mojego brata Tadeusza, członka konspiracji AK-owskiej, nazywano „spolszczonymi Niemcami”.

 

Najsłynniejszy z Schuchów, Jan Chrystian, był założycielem Łazienek Królewskich w Warszawie. Architekt, ogrodnik i planista, pochodził z Saksonii. Malarstwo i architekturę  studiował w Akademii Drezdeńskiej, w Holandii uczył się ogrodnictwa i botaniki. Podróżował po Anglii, Włoszech, Francji i Austrii, gdzie poznawał sztukę ogrodów. Edukację zaczął na tyle wcześnie, że gdy przyjechał  do Polski w 1775 roku, miał zaledwie 23 lata i był już dojrzałym projektantem.  Stanisław August Poniatowski uczynił go Intendentem Ogrodów Królewskich. Jego ojciec był nadwornym architektem dworu elektora saskiego. A kto był wcześniej?

 

Kiedyś zobaczyliśmy z mężem w Galerii Drezdeńskiej bardzo piękny obraz przedstawiający, jak głosił podpis, Kapelmistrza Schucha

Stanisław August proponując mu zmianę Łazienek Królewskich z parku w stylu francuskim na ogród w stylu angielskim nie wiedział jeszcze, że Jan Chrystian zabierze się do tego jak malarz – wizjoner i nada dziełu interdyscyplinarny rozmach. Ze swobodą wyznaczał płynne linie ścieżek i kanałów, przerzucał mostki, grupował drzewa i krzewy w malarskie kompozycje, sprowadzał z całego świata nowe gatunki roślin i drzew. Projektował i budował także łazienkowski teatr, pomarańczarnię... Obdarowany przez króla piękną posiadłością niedaleko Łazienek, mógł wybudować pierwszy dom rodzinny Schuchów na polskiej ziemi – niewielki klasycystyczny dworek dla swej żony, Ludwiki z Wolskich i pięciorga dzieci. Ziemię wraz z dworkiem utracił jego syn, za udział w Powstaniu Listopadowym. Aleja Szucha właśnie jemu zawdzięcza swoją nazwę.

 

Wszystkich Schuchów łączyło posiadanie jakiejś wielkiej pasji; byli twórczy, zaangażowani, nie było tu ludzi przeciętnych. Począwszy od Jana Chrystiana w każdym pokoleniu dominowali inżynierowie. Związek Inżynierów zgłosił się kiedyś do mnie z prośbą o wyjaśnienie tej tajemnicy, bo zorientowali się, że jest to głębokie rodzinne zainteresowanie, kontynuowane przez dwa stulecia. Mój brat, Tadeusz, jeszcze w młodości postanowił, że będzie budował metro w Warszawie i szybką kolej. Bratanek został we Francji profesorem architektury i kierował rozbudową Paryża.     

 

W czasie okupacji pracowałam w jednym z biur podróży, przez które wyjeżdżało sporo Żydów – i musiałam w Gestapo poświadczać papiery wyjeżdżających. Jeden z gestapowców, oglądając moją wizytówkę, powiedział:  „Przecież pani ma prawo być reichsdeutschem!”. „Prawo mogę mieć, ale ja jestem Polką”, odparłam. Wyjaśniłam, że jestem już szóstym pokoleniem tej rodziny w Polsce, że bierzemy udział we wszystkich manifestacjach patriotycznych i nie może tu być żadnych wątpliwości. A ponieważ powtarzał, że nie rozumie, bo nawet pisownię zachowaliśmy oryginalna, odpaliłam: „A  wasz generał von dem Bach – Zeleński?” I na tym sprawa  się zakończyła.        

 

 

Papa Schuch

 

         Mój ojciec, Jan Schuch był przed wojną Komendantem Szkoły Policyjnej w Mostach Wielkich pod Lwowem.  Tuż po wybuchu wojny, zamiast wyjechać z kraju – 7 września 1939 dostał rozkaz ewakuacji wraz z rządem - postanowił  zostać i ratować uczniów swojej szkoły. Zamierzał mianowicie  przemianować ją na wojskową. (Niemcy traktowali policję jak bandytów, rozstrzeliwali lub zabierali do obozów, żołnierzy chroniła Konwencja Genewska). Odłączył się od konwoju ewakuacyjnego we Lwowie. Niestety, na takich jak on, wyższych rangą policjantów polowali Sowieci. Aresztowali go pod Tarnopolem. Osadzony w twierdzy w Dniepropietrowsku, ciężko zachorował i zmarł po kilku miesiącach, odsiadując areszt w celi wykutej w skale, wiele pięter pod ziemią.

 

W wyniku zupełnie nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, wiele lat po wojnie otrzymaliśmy - ja, mama i brat - dość szczegółową relację tego, co wydarzyło się w Dniepropietrowsku. Otóż w twierdzy znaleźli się też inni polscy oficerowie. Strażnikowi, który przynosił jedzenie  poskarżyli się któregoś dnia, że są źle traktowani. A on na to, że nie mają co narzekać, bo ten, który jest w celi pod nimi, och, on to ma o wiele gorzej. Okazało się, że na szóstym poziomie pod ziemią siedzi samotny więzień. Nikt nie może do niego wejść. Strażnik może jedynie uderzyć w drzwi, postawić na okienku chleb, i  musi natychmiast odejść. Na usilne pytania oficerów, kim jest ten więzień, strażnik zarzekał się, że absolutnie nie może tego ujawnić. Któregoś dnia westchnął i powiedział: „Nareszcie ten biedak zmarł”. Prosząc, by go nie wydali, zdradził Polakom, że był to Komendant Policji, Jan Schuch.

 

W jaki sposób myśmy się o tym wszystkim dowiedzieli? Jeden z tych oficerów zdołał uciec z Dniepropietrowska i dołączył  do Armii Andersa. Po wojnie znalazł się w Argentynie i tam napisał wspomnienia z sowieckiego więzienia. W Buenos Aires znajdował się dom rodziny Sępolińskich, otwarty dla emigrantów powojennych, pomagający im w wielu sprawach. Ten oficer został tam niezwykle życzliwie przyjęty. I kiedy opowiadał, jak siedział  w jednej twierdzy „z Janem Schuchem, tym z policji”, żona Sępolińskiego, Danusia, wykrzyknęła: „Ach, aż do tej pory nie mieliśmy pojęcia, co się stało z Papą Schuchem”!  Była to bowiem moja koleżanka z harcerstwa, która często u nas w domu bywała i zaprzyjaźniła się ogromnie z moim ojcem. Postanowiła od razu przekazać wspomnienia oficera - zawarte w książce, którą napisał - do Polski. Kiedy pewnego dnia odwiedził ich dom marynarz z polskiego statku, zaproszony przez jakichś znajomych, który wzbudził zaufanie Danusi, poprosiła, żeby wracając do kraju wziął od niej przesyłkę, uprzedzając go, co to jest. Napisała mi w liście, że mam się spodziewać „znajomego, który przywiezie ze sobą prezent”. Po pół roku marynarz przyszedł do nas, na ulicę Radziłowską w Warszawie. Ogromnie przepraszał, że nie ma książki. Ktoś doniósł o jego wizycie u państwa Sępolińskich, i gdy tylko statek zbliżał się do portu w Gdyni, na pokład wkroczyło UB. Przeszukiwali centymetr po centymetrze. W ostatniej chwili, z najwyższym trudem, udało mu się wyrzucić książkę do morza.

Dlaczego ojciec wybrał pracę w policji? Kiedy odzyskaliśmy niepodległość,  uznał, że w wolnym państwie jego obywatele muszą czuć się bezpieczni, niezależnie od swoich poglądów, wyznania. Był policji bardzo oddany, znano go i kochano jako wychowawcę i opiekuna uczniów szkoły policyjnej i młodych policjantów. Odznaczano go za czyny męstwa i odwagi w walce z przestępcami, z narażeniem życia. Weteran wojny bolszewickiej, w której walczył jako ochotnik, stał się niewygodny, kiedy nie pozwalał używać policji do działań politycznych. Przez wiele lat był Zastępcą Komendanta Policji Państwowej m.st. Warszawy.

We wspomnieniach spokrewnionych ze sobą rodów Schuchów, Wernerów, Norblinów, Malczów, Fukierów i Meissnerów, pt. „Korzenie”, jest kilka obrazków z życia ojca. Oto jeden z nich: Na Woli trwa obława na groźnego bandytę. Udało się go osaczyć w jakimś mieszkaniu. Bandyta krzyczy zza drzwi, że będzie strzelał do każdego, kto je otworzy. Komendant Schuch kieruje akcją. Nie można bandyty „brać głodem”, trzymać całą obławę przez wiele dni. Kamizelek kuloodpornych jeszcze nie znano. Obok żyło miasto. Trzeba było sprawę szybko kończyć. Zaatakowanie bandyty padło na młodego policjanta, który brał udział w obławie. Gdy już się szykował, Jan Schuch zastąpił go, mówiąc: „Odsuń się. Ty masz małe dzieci na utrzymaniu. Moje już podrosły”. Odbezpieczył rewolwer i śmiało wkroczył do mieszkania z okrzykiem: „Ręce do góry!” Bandyta był tak zaskoczony odwagą policjanta, że posłusznie wzniósł ręce i dał się rozbroić. Czy można było nie kochać takiego komendanta?”

 I obrazek drugi: ”Komendant Schuch jedzie z żoną samochodem przez Warszawę. Na skrzyżowaniu widzi policjanta kierującego ruchem. Zatrzymuje się, podchodzi do niego. Posterunkowy służbiście mu się melduje. A komendant: „Dlaczego posterunkowy jest na służbie bez rękawiczek?” Zmieszany podwładny próbuje się tłumaczyć: ”Ja przepraszam, panie Komendancie, ale nie miałem za co kupić. Po następnej pensji kupię na pewno”. Komendant zdjął z dłoni rękawiczki i podaje podwładnemu: ”Tymczasem włóżcie te. Wracajcie do pracy”. Gdy komendant wrócił do samochodu, żona mówi z uśmiechem: ”To już szósta para w tym miesiącu””.

 

Kiedy po wojnie pracowałam w pewnym państwowym przedsiębiorstwie i miałam kłopoty, bo UB deptało mi po piętach, dyskretnie opiekował się mną mój kierownik, który obronił mnie przed wyrzuceniem. Zapytałam go kiedyś, dlaczego jest mi życzliwy, przecież wie, że nie jestem dobrze widziana. „Jak pani da mi harcerskie słowo, że nikomu pani tego nie powie, to wyjaśnię to pani”, odpowiedział. Nie mogłam zrozumieć, skąd wie, że jestem harcerką. ”Wszyscy to wiedzą”, odparł. Okazało się, że jako przedwojenny działacz komunistyczny, niejednokrotnie zatrzymywany przez policję warszawską, cenił fakt, że nigdy go nie bito, nie traktowano w jakiś brutalny sposób. Uważał, że była to zasługa mojego ojca. Więc teraz, gdy pojawia się okazja, chce spłacić dług.

 

         Mój ojciec miał naturę dość niespokojną, ciągnął go świat.  Zanim jeszcze trafił na studia, a studiował na politechnice w Niemczech, pewnego dnia wyszedł z domu – i wrócił dopiero po roku.  Odbył podróż naokoło świata. Zaciągnął się na rosyjski statek handlowy jako chłopiec okrętowy - floty polskiej jeszcze  wówczas nie było - i zrobił tam błyskawiczną karierę. Kiedy statek przybił do któregoś z egzotycznych portów  i oficerowie nie byli w stanie się z nikim porozumieć, chłopiec okrętowy oddał im wielkie usługi jako tłumacz; władał biegle rosyjskim, francuskim, angielskim i niemieckim. Z marynarzami i oficerami połączyła go przyjaźń.

Kiedy ukończył studia, żeglarstwo miał nadal głęboko w sercu.  Razem z gen. Mariuszem Zaruskim, z którym się przyjaźnił, zaczął uprawiać narciarstwo – wtedy jeszcze jeździło się z jednym kijkiem – i zwiedzać groty w Tatrach. (Odkryli z Mariuszem Zaruskim cztery nowe jaskinie).

Ojciec był też zamiłowanym gimnastykiem. Jego pasja do ćwiczeń gimnastycznych przetrwała w wielu warszawskich anegdotach. Na ulicy Solec, gdzie mieszkaliśmy,  często widywano młodego chłopaka przechadzającego się na rękach po balustradzie balkonu, co wywoływało gwałtowne protesty przechodniów. Jako młodzieniec nagminnie też wchodził po schodach na rękach - na IV piętro, gdzie mieszkaliśmy.

Ojciec nie uznawał komunikacji kolejowej. Żeby pociągiem gdzieś jechać, jedyne 20 kilometrów? Nigdy. Kiedy w czasie wakacji przebywaliśmy przez dłuższy czas z mamą w Brwinowie, a on z racji swych obowiązków pozostawał w Warszawie, zawsze przychodził do nas piechotą i piechotą wracał. Na zwiedzanie Wilanowa musieliśmy wszyscy także iść piechotą. *)

 

  Z moim bratem odziedziczyliśmy sportowe zamiłowania ojca. Kiedy brat był bardzo młodym chłopcem wspólnie żeglowaliśmy po Wiśle.  Jego wielką pasją – podobnie jak moją – było  harcerstwo.

W naszym domowym wychowaniu jego domeną był sport, nauką zajmowała się mama. [----]

Zmieniony ( 07.01.2013. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.