Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 20 gości
S T A R T arrow PUBLICYŚCI arrow Iza Falzmannowa 13/I arrow Same papiery nie skaczą czyli o hierarchii naturalnej
Friday 30 October 2020 01:43:27.30.
migawki
 

30/31.10 Jasna Góra – comiesięczne Czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę

Wielce Czcigodny Premierze i Ministrze „Zdrowia” ! Demonstranci pytali : „Premierze, czy istnieje sranie bezobjawowe?” . A po karetkach policji skakał wasz prowok - zdjęcia mogę dostarczyć.

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”. Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

A fekalia Trzaskowskiego systematycznie, po cichu dalej ubogacają Wisłę.

 
W Y S Z U K I W A R K A
Same papiery nie skaczą czyli o hierarchii naturalnej Drukuj Email
Wpisał: Izabela Brodacka   
30.01.2013.

Same papiery nie skaczą czyli o hierarchii naturalnej

 

Izabela Brodacka

 

Czy lepiej być pierwszym na prowincji czy ostatnim w Rzymie? To starożytne pytanie służy jako metafora  wielu współczesnych wyborów. Inaczej mówiąc - czy lepiej być najgorszym wśród najlepszych czy najlepszym wśród najgorszych?

 

Odpowiadam bez wahania. Wolę być ostatnim w Rzymie. Przede wszystkim dlatego, że dobrze się czuję w środowiskach, w których panuje hierarchia naturalna.

 

Najlepszym przykładem naturalnej hierarchii były  dla mnie Wyścigi. Jazda wyścigowa jest trudniejsza niż na przykład jazda rekreacyjna, gdyż ma się do czynienia z bardzo młodymi, nie ujeżdżonymi, pełnymi temperamentu, rasowymi końmi. Nie zawsze jest łatwo utrzymać się w siodle oraz zapewnić właściwe tempo treningu. Niektóre z koni, szczególnie ogiery, tak mocno ciągną, że mają kłopoty z ich trzymaniem nawet doświadczeni jeźdźcy, silni mężczyźni. Zupełnie osobną sprawą jest sztuka jazdy w wyścigu - poczynając od umiejętności  utrzymywania równowagi w króciutkich strzemionach, a kończąc na technikach posyłania konia czyli zmuszania go do intensywnego galopu.

 

Zanim wróciłam na Wyścigi, gdzie jeździłam jako dziecko u trenera Falewicza, jeździłam i pracowałam w różnych stadninach i tatersalach. W pewnym momencie dotarłam do punktu zwrotnego, gdyż tak męczyli mnie ludzie i ich gadulstwo, snobizm, przepychanie się  oraz   popisywanie się,  że byłam gotowa całkiem zrezygnować z jeździectwa.

Ponieważ pracowałam jako pomocnik instruktora musiałam wysłuchiwać, z której nogi zagalopował w terenie jakiejś paniusi koń, albo, gdy tylko koń machnął ogonem odganiając muchy, słuchać jak to wybił z zadu czy z krzyża usiłując ją zrzucić.

Chcąc nie chcąc musiałam uczestniczyć (biernie) w kłótniach o konie i siodła i rewii jeździeckiej mody, oraz wysłuchiwać opowieści jeździeckich, które nie różnią się niczym od opowieści wędkarskich czy myśliwskich. Uciekłam od tego wszystkiego na Wyścigi.

Na Wyścigach poczułam się od razu  jak w domu.

 

Ludzie przychodzili tu do ciężkiej pracy, a nie żeby szpanować, czy rywalizować. Nikt się nie popisywał, nikt nie opowiadał o swoich znajomościach i osiągnięciach, nikt nie kłócił się o konie i siodła. Jeździliśmy w zużytych dresach i tenisówkach, a w zimie w walonkach, bo nikomu nie imponowały buty jeździeckie i bryczesy, a zdarzało się, że zaspany jeździec pomykał po torze w piżamie i kapciach, gdyż starszy stajenny wywlókł go z łóżka (w hotelu robotniczym ) i za ucho przyprowadził do stajni.

Wszyscy na własnej skórze doświadczyli, że strój nie ma nic wspólnego z umiejętnościami.

 

         Na wyścigach panowała hierarchia naturalna. Każdy wiedział, kto jest gorszy,  kto lepszy, a kto najlepszy. Najlepszy traktował  swoją pozycję  jako zobowiązanie, a nie przywilej.  Jeźdźcy pomagali sobie nawzajem , nikt nikogo nie wyśmiewał, bo nikt nie wiedział czy akurat danego dnia, nie przyszła na niego pora na zaliczenie gleby.

         Słowo trenera było święte- nikomu nie przyszłoby do głowy kwestionować przydziału konia czy siodła.

 

Swój własny poziom, po wielu latach jazdy wyścigowej, określam jako dolną granicę stanów średnich. Nic więcej nie dało się ze mnie wycisnąć, ale całkowicie mnie to satysfakcjonowało. Próbę podwyższenia swoich kwalifikacji – jazdę na trudnych koniach, udział w galopach na zielonym torze, czy licencję jeździecką , traktowałam jako prywatne wyzwanie nie mające nic wspólnego z jakąkolwiek rywalizacją.

Jak każdy-  znałam  doskonale swoje, zdecydowanie niskie,  miejsce w szeregu. Miejsce, które było związane wyłącznie z kwalifikacjami a nie z nazwiskiem, ze znajomościami czy z pieniędzmi.

 

Uważam, że wspaniale żyje się w środowisku gdzie panuje naturalna hierarchia. Właśnie dlatego wiele utalentowanych humanistycznie osób wybierało za PRL studia techniczne czy przyrodnicze.

Miło było wiedzieć, że lepsi od ciebie koledzy, bardzo często z zapadłych wsi i ubogich rodzin, są po prostu lepsi, a nie że są „lepsi” tylko dlatego, że mają znane nazwisko, albo tatusia w KC.

Miło było ich bez zastrzeżeń podziwiać, zamiast im bezmyślnie zazdrościć.

 

Podobnie miło było podziwiać na Wyścigach świetnych jeźdźców, też bardzo często chłopców z zapadłych wsi i biednych rodzin. Jeżeli byli utalentowani - robili błyskotliwą karierę. Zdarzali się wprawdzie jeźdźcy i amatorzy, którzy trafiali na Wyścigi z czyjegoś polecenia, ale jeżeli nie mieli wystarczająco dużo odwagi i samozaparcia, odchodzili po kilku dnach.

Nie chciało się im wcześnie wstawać, pracować przy obrządku i szarpać się z rozbrykanymi końmi.

Oczywiście nie należy wyścigów idealizować. Koneksje odgrywały tu, jak wszędzie, pewną rolę. Ale tak jak przez koneksje nikt nie nauczy się mechaniki kwantowej, nie sposób przez koneksje zrobić wyścigowej kariery. Można się tylko skompromitować.

Bodajże w 1972  roku niejaka Marzenka, bardzo słaby jeździec, załatwiła sobie (nie chciałabym nawet wiedzieć jak) wyjazd na wyścig amatorski do Pragi. Było to dla amatorów wielkie wyróżnienie . Pojechała z najlepszą amatorką - Pauliną, Paulina miała naprawdę duże szanse na wygranie tego wyścigu.

Marzenka spadła już na forkentrze ( próbny galop przed wyścigiem) i najadła się tylko wstydu.  Paulina musiała łapać jej konia i straciła przez to szanse na wygraną. Miała zresztą pecha – w trakcie gonitwy urwało się jej puślisko strzemienia, ale dokończyła wyścig w takim stylu, że nikt z komisji tego nie zauważył. Nie uwierzyli jej w pierwszej chwili  i posyłali nawet umyślnego na tor, żeby znalazł zgubione strzemię.  

Natomiast Marzence nic dobrego to wyróżnienie nie przyniosło. Wszyscy mieli do niej pretensje o kompromitację w międzynarodowym wyścigu i o korzystanie z jawnej protekcji.

 

Ludzie przeciętnie są wszędzie tacy sami, ale istnieją okoliczności zmuszające ich do podporządkowania się hierarchii naturalnej.

Jakie okoliczności pozwoliłyby odnaleźć hierarchię naturalną w życiu społecznym w Polsce i jakie mechanizmy zmusiłyby ludzi do podporządkowania się jej.

Musieliby – tak jak my na Wyścigach– dobrze widzieć, że warunkiem sukcesu i bezpieczeństwa  jest poddanie się kierownictwu najlepszych z najlepszych.  

Hierarchii naturalnej nie da się wytworzyć na podstawie kalendarzyków polityków czy jakichkolwiek innych baz danych, na przykład herbarzy. Hierarchia naturalna powstaje w akcji. Nie da się jej wymusić ani imitować. 

Zmieniony ( 30.01.2013. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.