Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 17 gości
S T A R T
Monday 26 October 2020 04:43:26.30.
migawki
 

25.10.20 Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

Uchwalili bezczelnie „Bezkarność konowała+” pod szydliwą nazwą „Dobry Samarytanin”.

Polacy karnie noszą maseczki nawet na pustej ulicy. Tymczasem liczba stwierdzonych zakażeń rośnie. Okazuje się, że maskowanie nie działa, ale tego rząd nie przyzna za nic w świecie. Dlatego trzeba wskazać „wroga ludu”, który niweczy wysiłek całego narodu.

Co chcą nam powiedzieć celebryci, okraszający informację o złapaniu kowida: "dbajcie o siebie, noście maseczki"? Że sami zaniedbali i nie nosili, czy że ich samych to dbanie i noszenie przed niczym nie uchroniło?

 
N O W O Ś C I
W Y S Z U K I W A R K A
 
POLECANE
W linii prostej.... "pochodzą" Drukuj Email
Wpisał: Izabela Falzmannowa   
22.03.2011.

W linii prostej

Izabela Falzmannowa

Tomasz Jastrun recenzując „Uważam Rze” w „Newsweeku” pisze: „Pismo kontynuuje tradycję nienawiści chama wobec intelektualisty”. Oraz: „Wildstein i Ziemkiewicz dają naszej młodzieży poglądową lekcję, na czym polegał stalinizm”.

 

Młody czytelnik może się czuć trochę zdezorientowany. Syn Mieczysława Jastruna, członka PZPR, w czasach stalinowskich redaktora Kuźnicy, wymyśla od stalinowców ludziom, którzy urodzili się zbyt późno, żeby- jak pokolenie jego ojca- mieć szanse ogrzewać swój mierny talent w promieniach „słoneczka narodów”. Potomek PZPR-owców,  czyli ciemiężycieli ziemian, inteligencji, a nawet bogatych chłopów (zwanych kułakami), z niejasnych przyczyn czuje się arystokratą.

 

Tylko osoba bardzo naiwna uwierzy w lewicową wrażliwość kolejnych władców PRL. W objęcia różnych lewicowych ugrupowań wpychała ich najczęściej niska kondycja społeczna.

Przejmujący władzę komuniści ze wszystkich sił pragnęli zaznać komfortu, którego kiedyś zazdrościli uprzywilejowanym. Zajmowali cudze luksusowe mieszkania ( Szucha 16, Aleja Róż) sprowadzali z ziem zachodnich poniemieckie fortepiany, meblowali się antykami, posyłali dzieci na muzykę i francuski.

Potrzebowali jednak jakiejś legitymacji wobec tych, w których imieniu pili koniak, a którymi bezbrzeżnie pogardzali, tak jak świeży wyzwoleniec pogardza niewolnikiem. Taką legitymacją w ich mniemaniu stał się intelektualizm i sztuka. Było jeszcze za wcześnie na dorabianie sobie szlacheckich rodowodów, natomiast uprawianie socrealistycznej literatury, czy pisanie wierszy na cześć Stalina tworzyło z nich- ich zdaniem- arystokrację ducha i uprawniało do rozkoszowania się pobytami w zrabowanych prawdziwym właścicielom pałacach oraz wylegiwania w cudzych antycznych łożach.

 

Takim FWP dla komunistycznych notabli stał się radziwiłłowski pałac w Nieborowie. Nieliczni wiedzą, że profesor Lorentz prowadził tam właściwie dom wczasowy. Gdy zamknęły się drzwi za ostatnim zwiedzającym, przestawały obowiązywać muzealne zasady. Na zabytkowych kanapach wysypiały się psy córki Lorentza, w bibliotece panowie popijali koniaczki, znacząc kółkami zabytkowe meble. Piękne holenderskie krzesełko oddzielane od zwiedzających pluszowymi sznurami, za dotknięcie, którego szkolne dzieciaki otrzymywały surową reprymendę, służyło oczekującym na telefon z Warszawy jako kuchenny stołek.

Do stołu w Sali jadalnej zwanej wenecką usługiwali dwaj radziwiłłowscy lokaje (Walenty i Grigorij) w białych rękawiczkach. 

 

Skąd to wszystko wiem? Otóż byłam tam kilka razy na zaproszenie znajomych. Nie posłuchałam przestróg mojej matki, która upominała mnie, że nie bywa się w cudzym domu pod nieobecność gospodarzy. Pobyty te jednak mi w jakiś sposób pomogły. W całej okazałości ujrzałam kłamstwo tak zwanej „lewicowej wrażliwości”.

 

Pewnego dnia siedząca u szczytu stołu tęgawa jejmość ( była to- o ile pamiętam- pani Wende) powiedziała z najgłębszym przekonaniem: „tutaj czuję się naprawdę u siebie w domu”. Z radości zadławiłam się kompotem. Grigorij, który przyszedł likwidować skutki mego nieprzyzwoitego zachowania, wydawał się też być uradowany. Kilka razy gawędziliśmy potem na ławeczce w parku. Mówił, że ludzie we wsi przechowują radziwiłłowskie sztućce, żeby je oddać właścicielom. Pamiętam, że ktoś z rodziny Radziwiłłów miał potem sprawę sądową za próbę wywiezienia własnego, srebrnego kubeczka.

 

W czasie jednego z moich pobytów remontowano klatkę schodowa wyłożoną kafelkami z nieborowskiej manufaktury. Kilka dni potem kupiłam taki kafelek za 60 złotych w Desie przy Placu Zbawiciela. Kierownik Desy zaklinał się, że to Delft. Następnego dnia kafelki zniknęły. Na klatce schodowej w Nieborowie dotąd widać puste miejsca.

Grigorij złapał pewnego znanego pisarza na próbie wywiezienia srebrnej tacy. Komunistyczni bonzowie i literaci czuli się w Nieborowie jak u siebie w domu, ale ten dom okradali.

 

Komuniści to zdolni ludzie. Błyskawicznie uczyli się używać sztućców i dobierać wina. Ich dzieci wysyłane na zagraniczne uniwersytety, oczytane, kulturalne, znające dobrze obce języki tworzą teraz towarzyska elitę. Można ich jednak zawsze od prawdziwej elity odróżnić po głębokiej pogardzie dla człowieka z ludu i równie głębokiej nienawiści do tych, których kiedyś prześladowali i okradali ich rodzice.

 
Uważam, że najgorsze za NIMI Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
18.03.2011.

Uważam, że najgorsze za NIMI

MD

Piątek, 18 marca. Ósmy dzień po trzęsieniu i tsunami. Może to, co w tytule, okaże się zbyt optymistyczne. Ale czas podsumować w skrócie.

Katastrofy w Fukushima 1 nie spowodowało trzęsienie, mimo, że miało ono magnitudę ok 9. (tak w żargonie sejsmologów nazywa się ta miara). Spowodowało ją idiotyczne postawienie EJ na płaskim brzegu morza, więc podatność na zniszczenia przez tsunami.

 

Ale w oktawę początku katastrofy można powiedzieć:

- MOX  (wysoce alfa radioaktywne tlenki Pu i U) jest tylko w R- 3;

- pod wszystkimi reaktorami jest betonowa „wanna” do której spłynęłoby stopione (melted) paliwo; wyklucza to MELTDOWN, czyli wejście wrzącego paliwa do warstw wodonośnych, co groziło w Czarnobylu.

- trwa walka o jak najstabilniejsze chłodzenie zużytych prętów w R-4, oraz doprowadzenie energii elektrycznej z sieci dla profesjonalnego chłodzenia wszystkich rdzeni i paliw.

===============

Będą pewnie jeszcze wybuchy wodoru (dowód na niezwykle wysoka temperaturę pozbawionych wody rdzeni), może straty w ludziach ratownikach - ale gigantycznego pożaru wynoszącego mikro-kropelki Pu i U, oraz Cez, Stront, aż do stratosfery - nie będzie. A Jod rozpada się szybko, w parę dni.

 

W tytule piszę „za NIMI”, by podkreślić, że zapewne - źle może być tylko w otoczeniu Japonii.

 

W Europie nawet strachliwi (o siebie i swoich..) mogą spać spokojnie.

 
"w bulu i nadzieji" - kolejny "bronek" Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
18.03.2011.

"w bulu i nadzieji"

Dwa "ortografy" Komorowskiego we wpisie z kondolencjami 

"Jednoczymy się w imieniu całej Polski z narodem Japonii w bólu i w nadziei na pokonanie skutków katastrofy" - takie słowa miały znaleźć się we wpisie pary prezydenckiej w księdze kondolencyjnej w ambasadzie Japonii w Warszawie. Prezydent popełnił jednak aż dwa błędy ortograficzne: napisał "w bulu i nadzieji" - zauważyli internauci.

Do księgi kondolencyjnej, wyłożonej w związku z trzęsieniem ziemi i tsunami w Japonii wpisali się m.in. prezydent Bronisław Komorowski wraz z żoną Anną, premier Donald Tusk oraz szef MSZ Radosław Sikorski.

Ambasador Japonii Yuichi Kusumoto poinformował dziennikarzy, że prezydent Polski w rozmowie z nim przekazał słowa otuchy, wyraził solidarność z całym japońskim narodem i swój żal w obliczu katastrofy. Dyplomata nie wspomniał jednak o treści wpisu.

Na telewizyjnych zdjęciach internauci zauważyli jednak aż dwa błędy we wpisie, którego dokonał w imieniu pary prezydenckiej Bronisław Komorowski: "w imieniu całej Polski" napisał, że jednoczymy się z narodem Japonii "w bulu" i "nadzieji" na pokonanie skutków katastrofy.

W oficjalnej informacji o dokonaniu wpisu na stronie internetowej prezydent.pl podano treść kondolencji, jednak błędy poprawiono. Można je zobaczyć tylko na zdjęciu strony z księgi kondolencyjnej.
===============

Uprzejmie informuję, że z powodu nawału takich "bronków" uruchomiłem osobną kategorię:  "bronki" i bzdety  w dziale podśmiewajki. W trosce o nie zaśmiecanie tymi produktami intelektu naszych władców innych działów.

Zmieniony ( 18.03.2011. )
 
Laksacja umysłowa, ejakulacja słowna, gra półsłówek Drukuj Email
Wpisał: Izabela Falzmannowa   
12.03.2011.

Laksacja umysłowa, ejakulacja słowna, gra półsłówek

Izabela Falzmannowa

Sądzę, że cierpię na coś w rodzaju synestezji. Słowa, poza swym znaczeniem mają dla mnie dodatkowy wymiar. Smak, kształt, sama nie wiem jak to opisać. Istnieją słowa, których nie cierpię bez żadnych racjonalnych przyczyn. Takim słowem jest na przykład „ubogacić”. Kiedy je słyszę, czuję w ustach smak posolonego kompotu.

Ta dolegliwość ułatwiała mi zawsze pracę redaktorską i tłumaczenie z języków, które znam na poziomie dużo mniej niż średnim. Na sprzeczność wewnętrzną tekstu, nawet dobrze ukrytą, reaguję wręcz fizjologicznie.

 

Na tej zasadzie „Ziele na kraterze” Wańkowicza wywoływało we mnie zawsze odruch wymiotny. Uspokoiłam się, gdy ostatnio przeczytałam publikowane w „Rzeczpospolitej” fragmenty wspomnień pisarza, z których wynikało, że fatalne relacje z żoną doprowadzały go do permanentnego nieżytu jelit i jedynym spokojnym okresem jego małżeństwa był czas, gdy żona przeniosła się do kochanka. Uspokoiłam się, że miałam rację nie chcąc czytać tego lukrowanego kłamstwa.

Podobnie odbierałam „Cesarza” Kapuścińskiego. Odrzuciłam książkę po kilku stronach nie wiedząc, że Kapuściński miał zwyczaj zmyślać swoje reportaże i że był agentem.

Fałsz tej ksiązki było widać słychać i czuć. Nie mogłam pojąć jak można się nią zachwycać.

 

Na prośbę znających moją przypadłość znajomych usiłowałam przeczytać książkę „Pola Laska” niejakiego Alefa Sterna. Napiszę wprost- czytając ten tekst czułam się tak, jakbym stała w zamkniętej windzie, a obok ktoś wymiotował, albo wypróżniał się, albo ejakulował. Autor bez najmniejszych zahamowań wydobywa z siebie strumień głupawych i wulgarnych skojarzeń równie prymitywnych jak jego częstochowskie rymy.

 

Jak gdzieś przeczytałam, Stern umieszczany jest przez krytyków pomiędzy Masłowską i Ziemkiewiczem. Uwierzyłabym, gdyby taką recenzję napisał sobie i umieścił w sieci sam Stern. Nie brakuje mu dobrego samopoczucia, a nawet samouwielbienia.

 Ziemkiewicz, jak nikt wśród dziennikarzy, ma wspaniałe wyczucie języka potocznego. Używa go dla wzmocnienia swoich wyrafinowanych intelektualnie wywodów, we właściwym miejscu i we właściwy sposób. Masłowską, też obdarzoną dużym wyczuciem językowym, różni od Ziemkiewicza fakt, że w przeciwieństwie do niego ma niewiele do powiedzenia. Jej pełne wulgaryzmów teksty mają jednak dla jej wielbicieli zapewne taki sam smaczek, jak swego czasu picie bimbru z musztardówek na intelektualnych salonach.

Ktoś inny porównywał Sterna do Łysiaka na tej chyba zasadzie, że Łysiak też nie potrafi oprzeć się pokusie luźnych skojarzeń, aluzji, gry półsłówek. Tyle, że każdy bon mot Łysiaka jest na najwyższym poziomie, natomiast skojarzenia Sterna są na poziomie koszarowej latryny.

 

Osobnym problemem jest cel wydania takiej książki i jej adresat. Swego czasu wielkie wzburzenie wywołał „Rok w trumnie” Romana Bratnego. Choć zgodziłabym się z wieloma tezami autora, książka też wydawała mi się obrzydliwa. Bratny załatwia w niej porachunki z „solidaruchami” z wdziękiem kogoś, kto wypróżnia się na grób nielubianej osoby.

 

To, że godzimy się z przesłaniem tekstu nie musi oznaczać, że akceptujemy jego formę i inspirację. Wiele lat temu Andrzej Mencwel „popełnił” w areszcie tekst pod tytułem „Sprawa komandosów” analizujący środowisko koncesjonowanej opozycji. Osób, jak napisał, potrójnie wyalienowanych: przez pochodzenie etniczne, działalność rodziców i zamknięty kwartał ulic, gdzie mieszkali. Choć z wieloma tezami tego tekstu zgadzałam się już wtedy, a tym bardziej zgodziłabym się dziś, podzielałam oburzenie środowiska na konfesjonał, który niefortunnie wybrał sobie Mencwel dla swych wyznań.

 

Jakie rewelacje o polskiej rzeczywistości zawarte są w książce Sterna? „Że to panie złodziej na złodzieju i złodziejem pogania”. Aby usłyszeć takie prawdule wystarczy wybrać się na  najbliższy bazar. Pewne zaskoczenie budzą rzekome prorocze wizje Sterna na temat katastrofy smoleńskiej. Być może w środowisku, na które powołuje się sam Stern mówiło się o tym wprost, albo pośrednio. Piotrowski zapytany w sądzie, czy ktoś wydał mu rozkaz zamordowania księdza Popiełuszki odparł, że nie, ale w jego środowisku mówiło się, że trzeba „z tym skończyć”. (Osobną sprawą jest wiarygodność zeznań Piotrowskiego).

Równie dobrze moglibyśmy przypisać profetyczne zdolności Komorowskiemu, który na dwa lata przed katastrofą powiedział, że „może prezydent gdzieś poleci i wszystko się zmieni”.

 

Stern ma tyle wspólnego z Komorowskim, że zarówno jeden jak i drugi nie panują nad językiem ( chciałoby się powiedzieć nad zwieraczami). Stern wydaje się wręcz cierpieć na zespół Tourette’a przejawiający się nieopanowanym wykrzykiwaniem wulgarnych słów.

Książka Sterna imituje strumień świadomości, albo pismo automatyczne używane do leczenia rozhisteryzowanych paniuś, które w ten sposób miały możliwość wyrazić w nieskrępowany sposób swoje fantazje erotyczne i frustracje.

Ci z państwa, którzy mieli nieprzyjemność być przesłuchiwani powinni rozpoznać w niej ubecki język pełen wulgarności, niedomówień i podprogowego przekazu. Rozmawiając ze studentami czy inteligentami taki ubek zapewniał o swym patriotyzmie (Być może Mencwel w ten patriotyzm uwierzył i dlatego powierzył ubekom swe przemyślenia). W książce Sterna ubek i syn ubeka kocha Polę (czytaj Polskę) nad życie. To właśnie jest jej główne przesłanie.

 

Stern jest wydmuszką, kreacją ex nihilo, jak Owsiak, Doda i inne zjawiska popcorn kultury. Tak jak Owsiak przemyca tezę „róbta co chceta”, jak Doda epatuje przemyślaną wulgarnością. Pół biedy gdyby Stern najzwyczajniej w świecie chciał zarobić na swych mętnych proroctwach i jak mówią psychiatrzy „lepkości tematu”. Obawiam się jednak, że jest to działanie na zamówienie.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego Nowy Ekran promuje taką twórczość. Czy zadecydowały o tym zobowiązania finansowe właściciela tego portalu?

 
Japonia wycofuje szczepionki Prevnar i Act Hib, które zabiły czworo dzieci Drukuj Email
Wpisał: D. Majewska   
08.03.2011.

Japonia wycofuje szczepionki Prevnar i Act Hib, które zabiły czworo  dzieci

Wiadomość od prof. D. Majewskiej:

Japonia właśnie ogłosiła, ze wycofuje szczepionki Prevnar i Act Hib, które
 w marcu b.r. zabiły prawie natychmiast 4 dzieci. Szczepionki te spotyka
sie też w Polsce.  Proszę o rozesłanie innym rodzicom tego  ostrzeżenia,
bo to samo zdarza sie wszędzie. Różnica jest taka, ze Japonia nazywa zgony
poszczepienne
takimi zgonami, a w Polsce , czy USA urzędnicy państwowi
nazwa je  "przypadkowym zbiegiem okoliczności", że zdrowe dzieci nagle
umarły bez przyczyny wkrótce po szczepieniach. Szczepionki przeciw Hib (np.
Act Hib) w bazie VAERS występują jako powodujące najwięcej  zgonów.
Szczepionki przeciw pneumokokom (np. Prevnar) są blisko za nimi.

Pozdrawiam
D. Majewska
http://regulatoryaffairs.pharmaceutical-business-review.com/news/japan-suspends-prevnar-acthib-following-deaths-070311

 
Zobacz też…
«« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»

Pozycje :: 201 - 250 z 536
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.