Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 58 gości
Monday 17 June 2019 10:40:17.27.
migawki

Zadziwiająca jest potęga naszych wrogów i równie zadziwiające są ich słabości. Istnieje stare przysłowie:

Złość często sama siebie złością niszczy. [Tolkien]

Wszystkich zainteresowanych twórczością Andrzeja Sarwy proszę o pokorną modlitwę o jego zdrowie.

19.06.19 Opole – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

                                                                                    W ramach dalszego doskonalenia walki o wolność i swobody 

 
W Y S Z U K I W A R K A
Cojones czy Criadillas (nie bójcie się, to o JAJACH) Drukuj Email
Wpisał: Izabela Brodacka   
10.11.2011.

Cojones czy Criadillas

 

[Criadillas (testicles, beef or lamb) - obcięte, przygotowane do upieczenia i jedzenia... md]

Izabela Brodacka

1) Niedawno cieszyliśmy się wszyscy, że Papandreu pokazał światu Cojones. Bardzo szybko zrobiono mu z tych Cojones - Criadillas. Wniosek- Cojones nie służą do pokazywania.


 


Zmieniony ( 25.11.2011. )
Czytaj całość…
 
Solidarni z oskarżonym Księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim Drukuj Email
Wpisał: solidarni 2010   
02.11.2011.

Solidarni z oskarżonym Księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim

http://solidarni2010.pl/n,1499,8,solidarni-z-oskarzonym-ksiedzem-tadeuszem-isakowiczem-zaleskim.html

W związku z procesem rozpoczynającym się 1 grudnia 2011r. okażmy solidarność z księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim, któremu grozi wyrok do 1 roku więzienia.

Zwracamy się z prośbą o podpisywanie apelu solidarności.

 

Solidarni z oskarżonym Księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim

Wyrażamy swoją głęboką solidarność z Księdzem Tadeuszem Isakowiczem –Zaleskiem, który całym swoim życiem i kapłańską posługą dał przykład braterskiej jedności z prześladowanymi, odrzuconymi, ubogimi, niepełnosprawnymi oraz tymi, o których nikt się nie upomniał przez długie dziesięciolecia – tysiącami bezimiennych ofiar stalinizmu i nacjonalizmu na wschodnich Kresach Rzeczpospolitej.

Bezinteresowna, heroiczna walka o Prawdę w życiu Kościoła i polskiego społeczeństwa przysporzyła Ks. Tadeuszowi wielu przyjaciół, ale i rozlicznych wrogów – jawnych i ukrytych.

Dowodem na ich determinację jest prześladowanie, jakiemu poddany został Ksiądz Tadeusz - świadek Prawdy - przez byłego oficera wywiadu komunistycznego i służby bezpieczeństwa podpułkownika Edwarda Kotowskiego o ps. "Pietro", który w latach 1979 - 1983 zajmował się inwigilacją polskich duchownych w Watykanie jako pracownik komunistycznego wywiadu.

Niczym w czasach PRL-u Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski jest prześladowany przez agenta „Pietro” za głoszenie prawdy o jego niechlubnej roli w walce z Kościołem. Ppłk E. Kotowski wytoczył Księdzu Tadeuszowi proces karny na podstawie artykułu 212 par.2.kk – reliktu prawa epoki komunistycznego totalitaryzmu. Artykuł ten został uchwalony w stanie wojennym i władzom stanu wojennego służył do walki z wolnością słowa. Wedle orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka artykuł 212 kk jest ingerencją w wolność słowa i w nie ma nic wspólnego ze współczesnymi europejskimi standardami ochrony swobody wypowiedzi, w których nie karze się za słowa, tym bardziej - za słowa prawdy.

Mija 30 lat od ogłoszenia stanu wojennego, żyjemy w demokratycznej Polsce, a nadal niezależna myśl dziennikarska musi stawiać czoła tym samym ludziom, którzy wówczas służalczo zdradzali swój naród, prześladowali niewinnych i dławili wszelkie przejawy wolności.

Nie możemy dopuścić do tego, by niezłomny Kapłan, prześladowany przed laty przez Służbę Bezpieczeństwa PRL-u , uznany za pokrzywdzonego w rozumieniu ustawy o IPN, czuł się dziś osamotniony w swoim głoszeniu Prawdy, by dawny funkcjonariusz SB mógł kierować przeciwko niemu oskarżenie na drodze procesu karnego.

W związku z procesem rozpoczynającym się 1 grudnia 2011r. okażmy solidarność z księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim, któremu grozi wyrok do 1 roku więzienia.

Zaprotestujmy przeciwko dalszemu obowiązywaniu artykułu 212 kk, który ma „kneblować usta” niewygodnym głosicielom Prawdy o mrocznych czasach SBeckiej dominacji nad Narodem.

Zwracamy się z prośbą o podpisywanie apelu solidarności.

 

Państwa poparcie, jeśli to możliwe (ale niekonieczne) z kilkoma zdaniami Państwa komentarza, prosimy nadsyłać na adres:

redakcjaSolidarni2010@gmail.com  

wpisując w tytule: Solidarny z ks. Isakowiczem-Zaleskim.

 
Kaddafi zamordowany - jak Nicolae Ceauşescu Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
21.10.2011.

Kaddafi zamordowany - jak Nicolae Ceauşescu

 

Mirosław Dakowski

 

Gdy niedawno i nagle padł rozkaz, by rozpocząć „Arabskie Domino”, zastanawialiśmy się, który z „krwawych dyktatorów” siądzie do stołu ze sterowaną z zewnątrz opozycją, czyli zrobi „okrągły stół” - i jak i za ILE - dogadają się. W 89-tym Ceauşescu był jedynym w demoludach, który się nie poddał dyktatowi postępu. Wiedział za dużo - musiał więc zginąć. Jego ochrona stała się „oprawcami”, a dla podkreślenia, że nie wolno wierzgać przeciw postępowi, zamordowano też jego żonę. Inni dożywają swych dni w „chwale przyjaźni z michnikami”. I w dobrobycie.

Ostatnio amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton mówiła w Libii, że liczy na szybkie schwytanie lub zabicie dyktatora. Zapewne już taką „dyrektywę” wraz z kolesiami wydała, bo po dobie samoloty, czy drony NATO zamordowały go. Ściślej - tak poraniły, że motłoch na ulicach już się go nie bał -i rozszarpał. Przypuszczalnie, bo szczegóły są jak zwykle ukrywane, zapewne z powodu bezprawia i drastyczności akcji. Jak przy najbardziej barbarzyńskich rewoltach, dla pewności pomordowano też potomków władcy. Mroki wschodniego barbarzyństwa.

Gdy jednak „postępowi przywódcy” łączą się w triumfie, gdy peany na rzecz morderców pieją prezydent Francji Sarkozy, szef Komisji Europejskiej Jose Barroso i przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy, prezydent USA, z „tutejszych" także Bul-Komorowski (i wielu innych, pomijam), to jednoznacznie wskazuje, że stare reguły turańskiego barbarzyństwa  wzięli za swoje - i nie wstydzą się nam ich narzucać. Na to nie możemy się zgodzić. Co najwyżej możemy stwierdzić, że obecni „przywódcy” dołączyli do hordy krwawych poprzedników. To wskazuje, jaki los nam szykują. Obyśmy choć to na czas pojęli.

=========================

O niezależnej od banksterów polityce Finansowej Kaddafiego umieściłem tekst tu: Libia delenda est. Dlaczego? A o programie wodnym dla państw Północnej Afryki, który teraz przejęli globaliści:  WODA SPOD SAHARY - a ATAK NA Libię  

=======================

http://www.rp.pl/artykul/737428,737643-Tajemnica-smierci-Kaddafiego.html

wyjątki: "nie widzę problemu – deklaruje analityk."

...Nic też nie świadczy, by zginął od strzałów, które dosięgły go, gdy próbował uciekać.

To niepotrzebne dociekania. Nie widzę niczego złego w zachowaniu rebeliantów – mówi „Rz" sir Richard Dalton, ekspert z brytyjskiego instytutu Chatham House. – Oczywiście, doprowadzenie Kaddafiego żywego przed sąd byłoby bardziej humanitarne, ale nie zapominajmy, że dyktator mógł się przecież poddać i podjąć współpracę z władzami. Sam się prosił o taki koniec.

Sir Richard Dalton twierdzi, że gdy podobnie jak Kaddafi zginął Osama bin Laden, nikt nie miał nic przeciwko temu. – Nikt też nie protestował, gdy izraelskie służby likwidowały irańskich specjalistów jądrowych, więc teraz tym bardziej nie widzę problemu – deklaruje analityk.

Zmieniony ( 21.10.2011. )
 
"Rozwińcze sze sztandary! Zagrajcze fanfary" Drukuj Email
Wpisał: Stanisław Michalkiewicz   
16.10.2011.

„Rozwińcze sze sztandary! Zagrajcze fanfary”

Nowojorski oryginał i warszawska imitacja

Stanisław Michalkiewicz dla NE:  dziennikarze.nowyekran

 

„Rozwińcze sze sztandary! Zagrajcze fanfary! Niech będzie szabat i ustanie praca! Dzysz Michalkiewicz do Ojczyzny wraca!”

Taki piękny wiersz z okazji powrotu do Polski z amerykańskiej podróży nadesłał mi mój Czytelnik Paweł G. Tym piękniejszy, że stanowi parafrazę przedwojennego jeszcze wierszyka, którego anonimowy autor dawał wyraz swej radości z powodu imienin pana prezydenta: „Rozwińcze sze sztandary! Zagrajcze fanfary! Zleczcze sze orły i orlęta! Dzysz imieniny Pana Prezydenta!”

I rzeczywiście - ledwo tylko powrócę na Ojczyzny łono, a już 18 października w Sali 212 Sądu Okręgowego w Warszawie przy Al. Solidarności o godzinie 9.30 czeka mnie rozprawa przed niezawisłym sądem z powództwa TVN, która poczuła się urażona – dokładnie nie wiem czym, ale przypuszczam, że sformułowaniem: „telewizyjna ekspozytura Wojskowych Służb Informacyjnych”. Zainteresowanych tematem zapraszam, a tymczasem chciałbym podzielić się refleksjami z Wall Street w Nowym Jorku, która jest całkowicie zablokowana nawet dla ruchu pieszego przez policję pieszą i konną, podobnie jak kilka ulic okolicznych, między innymi równoległej do Wall Street, gdzie stoi okazałe, ponure gmaszysko Rezerwy Federalnej, skrywające mnóstwo sekretów finansowych grandziarzy.

Jak powiadają, System Rezerwy Federalnej nigdy nie poddał się audytowi, więc tak naprawdę trudno powiedzieć, co tam sie dzieje. Żyją jeszcze na przykład ludzie pamiętający Alana Greenspana, który obcmokiwany był za Wunderkinda - cadyka prawie takiego samego, jak u nas pan red. Adam Michnik i cieszył się reputacją człowieka, co to światową gospodarkę ma w małym palcu. Aliści kiedy przyszło do kryzysu finansowego, to przesłuchiwany przed komisją Alan Greenspan sprawiał wrażenie, jakby nie potrafił zliczyć do trzech – podobnie jak bohater przedwojennego skeczu o procesie cyrkowców. Zeznając przed niezawisłym sądem jako świadek przedstawił się grobowym głosem jako „fakir Ben Buja Nago Bramaputra, który stawiał horoskopy i zdrowoskopy na dworze króla Wigwama Starego” – ale gdy zirytowany sędzia  zagroził mu grzywną, natychmiast spokorniał i zeznał, że nazywa się Myrdzik Antoni, a mieszka przy ulicy Solec. Żeby było śmieszniej, tenże Greenspan powiedział niedawno, że nie rozumie, o co tyle hałasu z tym całym finansowym kryzysem, bo jeśli komu brakuje pieniędzy, to Rezerwa Federalna może przecież w każdej chwili dodrukować, ile tylko będzie trzeba.

Taką to ci mądrością Wunderkindów rządzony jest ten świat, więc nic dziwnego, że co bardziej spostrzegawczy ludzie zorientowali się, iż ktoś ich tutaj robi w konia i postanowili rozbić miasteczko namiotowe właśnie na Wall Street, gdzie grandziarze schodzą się na swoje schadzki, niczym w słynnym wierszyku Juliana Tuwima „Bank”, w którym czytamy, że

„Jak czarne włochate kulki,

po banku toczą sie srulki.

Skaczą, skaczą nad biurkiem;

targuje się srulek ze srulkiem.

Srulek srulkowi uległ 

i biegnie do kasy srulek.

Liczy drżącymi palcami

i zmyka przed srulkami.

W klubzeslach, z dala od kasy,

siedzą srule grubasy.

Srulki z uśmiechem lubym

kłaniają sie srulom grubym.

A w głębi, w ciszy, wielki jak król,

duma sam główny Srul”.

Żeby tedy ani srulkom, ani srulom grubym, a zwłaszcza - samemu głównemu Srulowi nie zakłócać dumania o kolejnych przewałach, jakie zrobi na szkodę znękanej ludzkości, nowojorska policja zamknęła Wall Street dla ruchu pieszego – bo wcześniej pozakładane zostały tam obite mosiężną blachą eleganckie zapory przeciwczołgowe na wypadek, gdyby na Wall Street wylądowali afgańscy talibowie ze swoimi czołgami. W takiej sytuacji grupa osób zaniepokojonych możliwością, że są robione w bambuko przez finansowych grandziarzy, rozbiła miasteczko namiotowe w pobliskim prywatnym, acz udostępnionym do użytku publicznego parku. Na ulicy koczują telewizje, a wokół krążą policjanci, którzy licznym gapiom każą przechodzić, żeby uniknąć wrażenia, że wokół parku gromadzi się jakiś tłum.

Również i nam policjant najpierw kazał „przechodzić”, ale kiedy zobaczył kamerę, do której właśnie miałem wygłaszać komentarz, trochę się zacukał i nawet uchylił barierki, żebyśmy mogli spokojnie wejść na teren demonstracji i robić swoja robotę. Pewnie i on miał jakieś zaległe raty w banku do spłacenia, więc wprawdzie oficjalnie reprezentował surową rękę sprawiedliwości ludowej, ale prywatnie myślami mógł być po zupełnie innej stronie Mocy. Inni jednak – jak mi opowiadano – takich rozterek pewnie nie mieli, bo podczas próby sforsowania przez demonstrantów pobliskiego mostu, pałowali ich, niczym ZOMO pilnujące surowych praw stanu wojennego. 

Jak tak dalej pójdzie, to tylko patrzeć, jak NATO weźmie tych pokojowych demonstrantów pod swoją obronę i – no właśnie, co zrobi? W Libii sytuacja była jasna; zbombardowało pozycje marionetkowych sił reżymu Muammara Kaddafiego, no ale co tu bombardować na Wall Street w Nowym Jorku? Czy dajmy na to, gdyby tak premier Tusk, w ramach strategii „za wolność naszą i waszą”, oczywiście w porozumieniu z Naszą Złotą Panią Anielą, wysłał na Wall Street wszystkie dwa samoloty F-16, to jaki rozkaz bojowy wydałby pilotom? To nie jest prosta sprawa, bo na przykład ze szkolenia wojskowego na Studium Wojskowym przy UMCS w Lublinie zapamiętałem rozkaz, jaki szkolący nas major przekazał koledze L. wyznaczonemu na łącznika: „Szeregowiec L – jesteście łącznikiem!” Na takie dictum wyznaczony żołnierz powinien do swego dowódcy przybiec w tzw. podskokach, a tymczasem szeregowiec L. wlókł się niczym za pogrzebem. W tej sytuacji major w mgnieniu oka zmienił pierwotny rozkaz bojowy dla łącznika w pierwsze poważne ostrzeżenie: „ja sie z wami p...lił nie bedę!” Dzisiaj takie ostrzeżenie mogłoby zostać uznane przez przywódcę polskich sodomitów Roberta Biedronia za karygodną „mowę nienawiści” do czynności uprawianych przez kochających inaczej, ale wtedy, zwłaszcza w kołach wojskowych, podchodzono do tych spraw raczej tradycyjnie.

   Zresztą może taka próba zostanie premieru Tusku oszczędzona, bo zachęcona przykładem protestujących przeciwko Wall Street pani dyrektor Blumsztajnowa z Warszawy w porozumieniu ze środowiskiem „Krytyki Politycznej” zainspirowała uczniów Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia, gdzie naucza się również języka hebrajskiego, żeby też zademonstrowali przeciwko kryzysowi jako „Ruch Oburzonych”, czy jakoś tak. I jak pięknie demonstrowali, aż przyjemnie było popatrzeć!  Pojawiły się hasła: „stop tyranii rynku!” oraz „my płacimy za wasz kryzys!” Znaczy się kryzys spowodowali nie żadni tam grandziarze, ani – tym bardziej – sam główny Srul - tylko „tyrania rynku” No a gdzie jest siedziba „tyranii rynku”? Ha – tego nikt na razie nie wie! W kazdym razie na pewno nie na Wall Street, to chyba jasne?

Obecność pana posła Ryszarda Kalisza wśród oburzonych kryzysem i panoszeniem się „tyranii rynku” demonstrantów dodawała wszystkiemu nie tylko odpowiedniego ciężaru gatunkowego, ale i pikanterii. Najwyraźniej pogłoski, jakoby jeden z największych finansowych grandziarzy na świecie, czyli słynny „filantrop”, podjął próbę skanalizowania ruchu protestu przeciwko finansowym grandziarzom poprzez stanięcie za pośrednictwem osób podstawionych na jego czele i zwekslowanie go w kierunku kolejnej edycji żydokomuny, wcale nie muszą być pozbawione podstaw. W takim razie sam główny Srul może spokojnie planować kolejne przewały na skalę światową, bo już tam poseł Ryszard Kalisz, ani – tym bardziej – uczniowie i absolwenci wspomnianego warszawskiego chederu, żadnej krzywdy mu nie zrobią, a tylko młodym ludziom, których przyszłe dochody rząd premiera Tuska już na całe dziesięciolecia zastawił u finansowych grandziarzy i którzy na wezwanie red. Michnika jak gdyby nigdy nic, na niego głosowali, dostarczą namiastki uczestnictwa w tak zwanym tworzeniu historii.

 

Zatem – Rozwińcze sze sztandary! Zagrajcze fanfary! Niech całe oszwiate zapamięta! Dzysz w Warszawie demonstrują filantropięta!                 

Zmieniony ( 16.10.2011. )
 
skąd się wzięła szefowa TVP1 Drukuj Email
Wpisał: Mirosław Dakowski   
06.10.2007.

Małgorzata Raczyńska: skąd się wzięła (b.) szefowa TVP1

 

[Nigdy bym o Takich nie pisał,  nadają się tylko do nowej Liber Chamorum. Ale w latach 80-tych współpracowałem w podziemiu z Andrzejem Urbańskim, który teraz popełnia takie skandale, jak usuwanie przywódców partyj z TVP.  Rękami takiej, za przeproszeniem, Raczyńskiej" MD. Por.  Skandal z Andrzejem Urbańskim (ps. w TVP Ponton) w tle:     W październiku 2011 kandyduje z listy PiS u nas, w Aninie i okolicach MD]

To  z Dziennika. 2007-09-22 

 

Raczyńska - z serca Rywinlandu do kariery w IV RP

         Jej kariera jawi się jako jeden z największych ekscesów IV RP. Pracowała w sercu Rywinlandu, przyjmowała odznaczenie od Kwaśniewskiego, dawała na mszę za Danutę Waniek. Teraz dzięki protekcji braci Kaczyńskich Małgorzata Raczyńska kieruje największym w Polsce programem telewizyjnym. Jej współpracownicy są bezlitośni: "Cwaniaczka, karierowiczka, dziennikarskie zero".

         Pracowała u młodego Rywina, przyjmowała odznaczenie od Kwaśniewskiego, protegowana Danuty Waniek. Choć trudno to sobie wyobrazić, jeszcze lepiej czuje się w nurcie Czwartej RP. Ma niesamowite szczęście, wie, jak znaleźć się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Mistrzyni wolt, specjalistka od dobrych legend i jeszcze lepszego wrażenia.

         W normalnych warunkach w normalnym kraju należałoby ją porównać do rodzimych magnatów medialnych kalibru Zygmunta Solorza albo Mariusza Waltera. Raczyńska kieruje największą polską anteną, która ściąga przed ekran jedną czwartą widowni. Ale w każdym przypadku te porównania byłyby wyjątkowo krzywdzące. Właściwie dla wszystkich graczy na naszym telewizyjnym rynku. "Raczyńska nie rozróżnia scenariuszy różnych form telewizyjnych" - narzeka Janina Jankowska, szefowa Rady Programowej TVP.

Bronisław Wildstein, poprzedni prezes stacji, który bezskutecznie usiłował ją zwolnić: "Nie nadaje się na to stanowisko. Nie jest w stanie poradzić sobie z takim zadaniem" - mówi.

Paweł Nowacki, były wiceszef Jedynki: "Osoba o chorobliwych ambicjach, która być może jest w stanie zrobić mały program telewizyjny, ale w żadnych wypadku nie potrafi kierować dużym zespołem ludzi i całą anteną".

Wiesław Wawrzyniak, któremu Raczyńska zawdzięcza karierę w mediach: "Jej potencjał intelektualny, wiedza i doświadczenie raczej nie kwalifikują jej do tego, co dziś robi". To druzgocące opinie, rzadko o kim można usłyszeć tak ostre słowa. Ale też rzadko kiedy spotkać można postać takiego formatu.

Przyjaciółka starszej pani

         Niewysoka blondynka o ciepłym uśmiechu swój najnowszy awans zawdzięcza braciom Kaczyńskim. Była jedynym warunkiem, jaki premier postawił Wildsteinowi, gdy ten zajmował fotel prezesa TVP - szefową Jedynki mogła zostać tylko Małgorzata Raczyńska. Wildstein przytaknął, liczył, że z czasem otoczy ją własnymi ludźmi i ograniczy jej władzę. Był w błędzie. Jego wyrzucono, ona pozostała.

         Skąd Raczyńska zna braci Kaczyńskich, i to aż tak dobrze, by być ważniejsza od prezesa publicznej telewizji? To pierwsza zagadka w jej wyjątkowym życiorysie. Ona sama w wywiadach opowiadała tak: "Przyjaźnię się z panią Jadwigą Kaczyńską. Cieszę się zawsze, kiedy mogę z nią porozmawiać. Każdy, kto poznał panią Jadwigę, wie, o czym mówię. Z sympatią i szacunkiem odnoszę się także do panów Kaczyńskich. (…) Znamy się głównie z kościoła. Z czasów, kiedy byliśmy na marginesie życia politycznego. (...) Spotykaliśmy się w kościele i rozmawialiśmy o bardzo różnych sprawach" ("Życie Warszawy", lipiec 2006).

Kościół, który tak zbliżył ją do rodziny Kaczyńskich, to świątynia pod wezwaniem Stanisława Kostki, popularna choćby z powodu księdza Popiełuszki, który wygłaszał tam patriotyczne kazania. Tam chodziła na msze matka braci Kaczyńskich. Kłopot w tym, że to parafia żoliborska, a Raczyńska mieszkała zawsze bardzo daleko od Żoliborza. Jak znalazła się akurat w tej parafii, na tej samej mszy, w tej samej ławce co trzeba? Czy zaprowadził ją tam łut szczęścia, zbieg okoliczności, czy po prostu kobieca intuicja?

         "Opowiadała mi, że przysiadła się do matki braci Kaczyńskich i powiedziała jej, że jest z tej samej parafii" - mówi jeden ze znajomych Raczyńskiej, ale nikt więcej na ten temat nic nie słyszał. Prasa pisała, że u Kaczyńskich była na świątecznym spotkaniu. Nikt nie prostował. Bliscy współpracownicy braci Kaczyńskich, nawet ci, którzy znają ich kilkanaście, kilkadziesiąt lat, pytani o Raczyńską, rozkładają ręce. Nikt nigdy nie pakował się do rodzinnego domu liderów PiS, nikt nie wpraszał się tam na herbatę.

Ci sami współpracownicy twierdzą, że krytyka tej postaci jest bezprzedmiotowa. "To sfera emocji, kwestia przyjaźni. Żadne racjonalne argumenty nie mają w tym przypadku sensu" - przekonują. Jeden z nich tak próbuje uzasadnić fenomen Raczyńskiej: "Żaden z braci nie zrobi nic, co by sprawiło mamie przykrość, a starsza pani po prostu panią Małgosię bardzo lubi".

 

Mistrzyni mistyfikacji

         Koniec czerwca 2006 roku. Raczyńska rządzi Jedynką, Wildstein rządzi telewizją, a Jarosław Kaczyński za kilka dni zostanie premierem. Pod kościół na warszawskich Bielanach podjeżdżają rządowe limuzyny. W kościele gromadzą się goście, których Małgorzata Raczyńska zaprasza na swój ślub. Mówi wyraźnie: na ślub, więc goście ubierają się elegancko i z bukietami sadowią się w ławach.

Panna młoda, wyraźnie rozpromieniona, w przepięknej tiulowej sukience w kolorze ecru, zdobionej kwiatkami. Niektórzy twierdzą nawet, że ma na głowie welon, ale to nieprawda, na głowie ma tylko kwiaty wpięte w elegancki kok. Młoda para zasiada w ławce po lewej stronie ołtarza. Razem z nimi przyszły premier. Nie przed ołtarzem, ale wyraźnie z boku, pod ścianą. Już to powinno budzić zastanowienie, ale początkowo nikt nie zwraca na to uwagi. Mszę odprawia trzech księży, w tym kapelan prezydenta. Ona czyta Nowy Testament, pan młody, po hebrajsku, Stary. Po uroczystości tłum z kościoła wysypuje się, ustawia w kolejce, składa życzenia młodej parze. Pierwszy, z kolorową wiązanką w dłoni, podąża lider PiS. Dalej koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann. Tłumy wręczają młodej parze bukiety, niektórzy schodzą do podziemi kościoła na uroczyste przyjęcie. Ktoś pamięta, że pan młody, w jarmułce na głowie przez całą uroczystość, obcasem zgniata kieliszek owinięty w serwetkę. Na szczęście.

Tyle tylko, że to nie ślub. Nie ma przysięgi małżeńskiej, która jest istotą tego sakramentu, nie ma obrączek, niczego takiego. Goście zastanawiają się, o co chodzi, raz jeszcze zaglądają do zaproszeń. Z wrzosowej koperty wyciągają zielony kartonik, po lewej różyczka ułożona z tasiemki, na kartoniku jeszcze jedna błyszcząca warstwa, a w samym środku wyraźnie czarnymi literami napisane jest tylko: „Msza święta w intencji długoletnich zakochanych”. Bez słowa o ślubie. "Nie wierzyłem własnym oczom. Przecież to mistrzyni mistyfikacji" - wspomina jeden z gości, Paweł Nowacki.

 

Obiecująca nauczycielka

         Oficjalna wersja życiorysu szefowej Jedynki wygląda tak: "Po studiach polonistycznych w Gdańsku nie mogłam znaleźć pracy. Wychowywałam się na audycjach RWE, obracałam w środowisku ludzi, którzy nie godzili się na kompromisy z władzą. Wielokrotnie składałam wniosek o paszport, ale odpowiedź zawsze była taka sama: stanowię zagrożenie dla PRL" (za miesięcznikiem "Sukces" z września ub.r.).

Mowa o końcówce lat 70. W 1979 r. - jak wynika z dokumentacji Uniwersytetu Gdańskiego - Raczyńska kończy studia polonistyczne ze specjalizacją nauczycielską. Do Gdańska trafia gdzieś w połowie studiów, przenosi się ze Szkoły Pedagogicznej w Słupsku. Czasy są faktycznie gorące, studenci rozpolitykowani. Tyle że Magdalena Modzelewska-Rybicka, która w tych samych latach studiowała polonistykę i działała wówczas w dwóch opozycyjnych ruchach: Studenckich Komitetach "Solidarności" i Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, mówi jedno: "Zupełnie nie kojarzę tej pani". Nie wiadomo, co dokładnie robiła Raczyńska zaraz po studiach, nadciąga Polski Sierpień, potem stan wojenny. Wiemy na pewno, że przez dwa lata uczyła polskiego w technikum elektrycznym w podwarszawskiej Zielonce. Ówczesny dyrektor szkoły Wojciech Boniecki wspomina: "Nauczycielką była obiecującą".
Kelnerka spod Stuttgartu

Według oficjalnej wersji życiorysu wyjechała do Niemiec, a zaraz potem do Stanów: "Czasem myślałam, że nie wytrzymam (…) Na szczęście los mnie chronił, a może nawet sprzyjał. Zostałam wytypowana w loterii promującej imigrantów, dostałam indywidualnego nauczyciela języka i mogłam zapisać się na studia (…) Po jakim czasie zaczęłam pisać streszczenia prasy komunistycznej. Zaproszono mnie na spotkanie z kongresmenami, którzy pytali, skąd wiem, jak czytać między wierszami (…) Pojawiła się propozycja stażu w NBC. Ale wtedy zadzwonił Jacek Kaczmarski. Znaliśmy się jeszcze z Polski. Zaczynał pracę w Radiu Wolna Europa i spytał, czy ja też byłabym nią zainteresowana" (za miesięcznikiem "Sukces").

Kłopot w tym, że to nieprawda. Raczyńska nie była wtedy w Stanach, a co za tym idzie nie mogła się spotykać z kongresmenami i wprowadzać ich w tajniki polskiej propagandy. Nie mogła mieć propozycji z NBC. Nie mógł też dzwonić do niej słynny bard Kaczmarski, choćby dlatego, że wówczas jej po prostu nie znał.

Na drodze Raczyńskiej Kaczmarski, owszem, stanął, ale w Niemczech, i wyglądało to zupełnie inaczej. Słynny bard nie żyje od trzech lat, ale zupełnie dobrze ma się dużo ważniejszy świadek tych wydarzeń. To Wiesław Wawrzyniak, któremu Raczyńska zawdzięcza pracę w RWE.

Wawrzyniak: "Razem z Kaczmarskim starym golfem jechaliśmy na koncert do Stuttgartu. Musiał to być 1982-1984 rok. Raczyńska była jedną z osób sprzedających bilet na ten występ. Po koncercie zaprosiła nas do domu na imprezę. Potrzebowaliśmy ludzi do przepisywania tekstów. Wziąłem jej namiary i przekazałem swoim szefom".

Co Raczyńska robi w rejonie Stuttgarcie? Byli pracownicy radia pamiętają, że dorabiała jako kelnerka. W każdym razie na pewno nie miała porządnej pracy ani znajomości. Spotkanie po koncercie jest więc dla niej szansą życia - programów RWE kontestujących komunistyczną propagandę słuchało wtedy przynajmniej pół Polski.

Wojciech Stockinger, aktor, w latach 80. spiker RWE i szef Solidarności Wolnych Polaków w Bawarii: "Gdyby była związana z jakimkolwiek ruchem opozycyjnym, słyszałbym o tym. Wiedzieliśmy, że to nauczycielka z Polski i tyle. Nigdy nie wyskakiwała ponad przeciętność. Miała wielkie szczęście, że w ogóle dostała tę pracę".

 

Za wysokie progi
Współpracę z legendarną rozgłośnią, która przez kilkadziesiąt lat łamała informacyjny monopol komunistycznej władzy, Raczyńska zaczyna jako maszynistka. Przepisuje na maszynie artykuły z polskich samizdatów, których druk był na ogół kiepski, i przesyła je do siedziby radia w Monachium, by spikerzy mogli bez trudu odczytać tekst na antenie. Ponieważ w rozgłośni brakuje akurat żeńskich głosów, proponują jej, by spróbowała sił jako spikerka. Raczyńska uważana jest za wyszczekaną, z poczuciem humoru, dobrego kompana, by pójść na piwo. "Ale jej znajomość polityki była znikoma" - wspomina Wawrzyniak.

Jest więc maszynistką, potem przez lata spikerką, czyli po prostu czyta depesze przygotowane przez kolegów dziennikarzy. W RWE, gdzie szalona przepaść dzieli dziennikarzy i spikerów (dziennikarz był panem, spikerowi bez konsultacji nie wolno było postawić nawet przecinka), to istotne rozróżnienie. Wyjaśnia, dlaczego dawni dziennikarze RWE, słysząc dziś o zasługach Raczyńskiej (na przykład: "była wieloletnią korespondentką Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa w Nowym Jorku i w Monachium"), dostają białej gorączki.

"Nie może być tak, by pani Raczyńska bezkarnie podawała w swoim życiorysie, że swoją dziennikarską karierę zaczynała w RWE w Monachium" - irytuje się jeden z nich, Aleksander Świeykowski. "Była tylko spikerką i choć bardzo chciała zostać dziennikarzem, nigdy nie udało jej się pokonać tego progu. Był zbyt wysoki. To dziennikarskie zero. Cwaniaczka i karierowiczka, szalenie sprytna, skoro udało jej się zrobić taką karierę. Ale zawodowo zawsze była zerem".

Stażystka o ładnej buzi
Pod koniec lat 80. stawało się coraz bardziej jasne, że rozgłośnia wkrótce straci rację bytu. Pracownicy zaczynają rozglądać się za nowymi posadami. Spora część planuje powrót do kraju. Ale Raczyńska marzy o wyjeździe do Stanów. Jak wszyscy pracownicy RWE (finansowanego przez amerykański Kongres), może liczyć na preferencje w uzyskaniu Zielonej Karty, pod warunkiem że spędzi tam trochę czasu. Problem w tym, że w Stanach polskich spikerów nikt nie potrzebował, bo rozgłośnia nadawała do Polski z terytorium Niemiec. By pójść jej na rękę, kierownictwo godzi się ją wysłać jako stażystkę dziennikarkę.

Trafia do Nowego Jorku. "Młoda panienka o bardzo ładnej buzi, bardzo złej figurze, która miała duży talent do wynajdowania protektorów" - wspomina Jerzy Beker, szef tamtejszej sekcji polskiej RWE. Charakteryzuje ją krótko: konfliktogenna, nad-ambitna, nie potrafiła przyznać się do błędów. "Zdziwiłem się, że została szefem Jedynki, bo ona nie jest w stanie kierować jakimkolwiek zespołem" - dodaje. Raczyńska przez kilka miesięcy nadsyła lekkie materiały do "Panoramy"; redakcja w Monachium raczej nie zleca jej poważnych tematów.

I taka jest jej cała kariera w mitycznej Wolnej Europie. Jak więc Raczyńska mogła zajść tak daleko? - głowią się jej dawni znajomi do dziś i nie znajdują odpowiedzi. Jej zaskakujący awans po powrocie do kraju wywołał w internecie sugestie o związkach z SB. Ale - sprawdziliśmy - to bezpodstawne zarzuty. Dr Paweł Machcewicz skończył właśnie książkę o rozpracowaniu wolno-europejczyków przez służby specjalne i o Raczyńskiej nie znalazł w archiwach IPN najdrobniejszej wzmianki.

 

Kocznorowska z Wołomina


Dlaczego dziennikarze RWE wspominają ją z tak wielką irytacją? Zapewne z powodu ogromnych ambicji młodej spikerki i gigantycznego tupetu. To jemu zawdzięcza nowe nazwisko, pod którym dzisiaj jest znana i które nie ma nic wspólnego z jej rodowym.

Kiedy dokładnie do tego doszło, trudno po latach precyzyjnie ustalić, ale z całą pewnością musiało być to w czasach RWE - nauczycielka polskiego, która w okolicach Stuttgartu sprzedaje bilety na koncert, nazywa się jeszcze Małgorzata Kocznorowska. Już w Monachium przyjmuje pseudonim - Raczyńska. Niektórych to dziwi, bo się niczego nie boją i na antenie występują pod nazwiskiem. Innych nie, sami przybierają pseudonimy, by nie szkodzić rodzinie pozostawionej w kraju. Ale pseudonimy traktują czysto użytkowo, po prostu jak pseudonimy, i raczej sięgają po popularne nazwiska. Na przykład Wojciech Stockinger występuje na antenie jako Antoni Kowalski.

Ale Kocznorowskiej zależy na czymś więcej. Wybiera nazwisko nie tylko bardzo rzadkie, ale dla Polaków szczególne - w Londynie żyje wtedy jeszcze hrabia Edward Raczyński, prezydent Polski na uchodźstwie. Raczyński był nie tylko wielką postacią dla patriotycznych środowisk, ale też przedstawicielem starego szlacheckiego rodu z Wielkopolski, na dodatek z hrabiowskim tytułem. Takich nazwisk nie spotykało się często.

"To było dosyć zabawne: pojawia się jakaś nauczycielka, zaczyna jako spikerka, od razu przyjmuje pseudonim, i to taki! Lepszego nazwiska wybrać sobie nie mogła" - ocenia Świeykowski. Niektórzy dodają, że szefostwo rozgłośni nie było tym zachwycone. Kocznorowska miała więc pojechać do Londynu i wyprosić zgodę na używanie tego nazwiska u samego prezydenta.

Inni są przekonani, że Kocznorowska była Kocznorowską do śmierci Raczyńskiego. Gdy zmarł, pojechała na jego pogrzeb do Londynu i wróciła już jako Raczyńska, twierdząc, że odnalazła swoje prawdziwe korzenie.


Sygnet na serdecznym palcu


Trudno na sto procent ustalić, jak wyglądało przejście z Kocznorowskiej na Raczyńską, ale trudność wynika głównie z tego, że sama zainteresowana rozpowiadała znajomym różne wersje, często wzajemnie sprzeczne.
Już w nowym życiu mówiła niektórym, że jest z t y c h Raczyńskich. Magda Potorska, która w tym samym czasie studiowała polonistykę na UG, spotkała ją w połowie lat 90. na jednej z imprez w Instytucie Polskim w Berlinie. Raczyńska (wtedy jako korespondentka TVP) przyjechała z ekipą i podkreślając amerykański akcent, wycedziła: – Tu nie ma żaden news.

Ale gdy tylko Potorska rozpoznała w niej koleżankę ze studiów, akcent zniknął. "Zobaczyłam wizytówkę i pytam, czy ma jakieś konotacje z t y m i Raczyńskimi. Potwierdziła. Trochę się zdziwiłam, bo pamiętałam ją tylko jako Kocznorowską z Wołomina".
Paweł Nowacki: "Mnie opowiadała, że to nazwisko rodowe matki, bo jest skłócona z ojcem".
Danuta Waniek: "Mnie powiedziała, że z t y m i Raczyńskimi nie ma nic wspólnego".

Faktem jest, że u progu lat 90. nauczycielka z Wołomina o nazwisku Kocznorowska jest już Małgorzatą Raczyńską z wyraźnym amerykańskim akcentem i bardzo niewyraźnie wymawianym, jak na arystokrację przystało, "r". Mniej więcej w tym samym czasie Raczyńska wsuwa na serdeczny palec lewej ręki sygnet z herbem rodziny Raczyńskich. Prawdopodobnie w sposób formalny zmienia też nazwisko - w każdym razie po powrocie do kraju posługuje się już tylko nowym i pod takim jest znana.

 

Msza za Danutę Waniek


Zawsze miała skłonność do dość egzotycznych znajomości, niektóre w antykomunistycznym środowisku budziły naprawdę potężne zdziwienie. Gdy po rozwiązaniu RWE Raczyńska poszukiwała pracy, zaprzyjaźniła się z Andrzejem Kaczorowskim, konsulem generalnym w Niemczech. "Było to dość dziwne, ale bardzo o te kontakty zabiegała" - wspomina Jolanta Róża Kozłowska, wówczas konsul w Monachium. Dziwne, bo Raczyńska z jednej strony szczyci się kombatanckim doświadczeniem w RWE, a Kaczorowski jest peerelowskim dygnitarzem z krwi i kości. Za czasów PRL kierował wydziałem polonijnym w ambasadzie polskiej w Bonn, a każdy emigrant doskonale sobie zdawał sprawę, że to może stanowić wyjątkowo złą rekomendację.

Ale takich przyjaźni jest więcej. Najbardziej znamienna pojawia się, gdy Raczyńska jest już korespondentką TVP w Niemczech. To rok 1996. Polską rządzi SLD, a Aleksander Kwaśniewski właśnie zaczął swoją pierwszą prezydenturę. Jego kancelarią kieruje posłanka SLD Danuta Waniek. Przyjeżdża do Bonn z oficjalną wizytą i nawiązuje się znajomość.

Waniek szybko zostaje ujęta jej dowcipem i kulinarnym talentem. Razem chodzą na zakupy, jednym autem jeżdżą na rozmaite spotkania proeuropejskiej fundacji, razem bywają na festiwalach i koncertach; Waniek, która jest wdową, dostaje dwuosobowe zaproszenia, więc - kiedy może - bierze Raczyńską ze sobą.

Posłanka SLD nie ma żadnych wątpliwości - to przyjaźń. Przed wyborami w 1997 r. Raczyńska daje na mszę w Bonn i modli się, by przyjaciółka wygrała. Gdy wkrótce straci pracę i wróci do Polski, Waniek będzie miała okazję do rewanżu.


W sercu Rywinlandu


Pozbawiona pracy w TVP ("Była marną korespondentką" - uważa Robert Kwiatkowski), stawia na prywatną przedsiębiorczość. Odgrzebuje kontakty, które owocują posadą w imperium związanym... z Rywinem. Takie rzeczy oczywiście trudno przewidzieć, nikt wtedy nie miał pojęcia, jak to skończy, ale z dzisiejszej perspektywy wygląda to na czystą groteskę - lwica IV Rzeczypospolitej, która w imieniu PiS zaprowadza porządki w TVP, za czasów Trzeciej RP dorabia w samym sercu Rywinlandu. Mowa o Easy Net, jednej ze spółek Yarona Brucknera, właściciela Eastbridge (do którego należy sieć Empików), znajomego Kwaśniewskiego. Raczyńska zostaje szefową redakcji magazynów internetowych, podlega Marcinowi Rywinowi, synowi Lwa. "Przyzwoity pracownik" - wspomina Rywin. Gdy spółka zmieniła właściciela, Raczyńska traci posadę.

Zahacza się w regionalnym Radiu dla Ciebie, które staje się trampoliną do jej dalszej kariery - na rozmowy zaprasza tu polityków, do których się zwróci, kiedy będzie potrzebować pomocy. Tak się składa, że akurat z parlamentu do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przenosi się Danuta Waniek. Poleca przyjaciółkę do Radia Polonia.

To epizod krótki, ale wymowny. Raczyńska popada w gigantyczny konflikt ze swym szefem, Markiem Traczykiem. Twierdzi, że wykryła przejawy przestępczej działalności w stacji. Do awantur dochodzi na oczach szeregowych pracowników; mówi potem, że wrogowie pocięli jej opony na radiowym parkingu. Ówczesny prezes stacji odwołuje i ją, i Traczyka. Sam Traczyk do dziś na dźwięk nazwiska naszej bohaterki czuje mrowienie w stopach. O Raczyńskiej chciałby jak najszybciej zapomnieć.

Z pomocą znowu nadciąga Waniek. Tym razem Raczyńska chce do telewizji. Waniek podoba się ten pomysł, bo uważa ją za dobrą dziennikarkę. Ale choć stoi akurat na czele KRRiT, znalezienie etatu zajmuje jej sporo czasu. Raczyńską na moment zatrudnia ówczesny prezydent stolicy Lech Kaczyński (w zespole doradców), potem, na dwa lata, trafia do NIK.

Dopiero w lutym 2005 r. Raczyńską przygarnia do TVP Jan Dworak - zostaje wiceszefową publicystyki Jedynki. Jednak zanim to się stanie, Waniek jest bombardowana telefonami od stronników Raczyńskiej. Dzwoni Olga Krzyżanowska, dzwoni Józef Oleksy, nawet Bronisław Komorowski dzwoni. Waniek po raz pierwszy zaświeciło się wtedy czerwone światełko. "To były dziwne telefony, bo Małgośka nie potrzebowała żadnych pośredników w kontakcie ze mną. Naprawdę chciałam pomóc. Ale, wbrew pozorom, nie jest łatwo załatwić komuś pracę w telewizji" - wspomina.

W każdym razie Raczyńska dostaje to, czego chciała. Waniek nie jest już tak potrzebna. Właściwie nie jest potrzebna wcale. Gdy działaczka lewicy traci posadę szefowej KRRiT, traci też przyjaciółkę. Raczyńska nie odbiera już telefonów, sama - choć potrafiła telefonować nawet kilka razy dziennie - do Waniek nie zadzwoni już nigdy. Z przyjaźnią koniec.

Waniek, wciąż pamiętając tyrady Raczyńskiej o pogardzie dla koniunkturalistów, do dziś jest w lekkim szoku. Mówi, choć sama nie może w to uwierzyć: "Wygląda na to, że była zaangażowana w znajomość ze mną tak długo, jak byłam na topie".


Ojciec Święty czy Pies Szarik


Poranek w bloku D przy ul. Woronicza w Warszawie. W oknie na pierwszym piętrze ktoś zerka zza doniczek z kwiatami. To dyrektor Raczyńska patrzy, kto tego dnia spóźnił się do pracy. Zarządziła, by pracownicy stawiali się do 9.30. Kto się spóźni, ma kłopot, bo sekretarki z różnych redakcji punktualnie zbierają listy i znoszą je do gabinetu pani dyrektor. Szefowa Jedynki analizuje wykazy, przy spóźnionych stawia krzyżyki, denerwuje się, jeśli ktoś nie przestrzega jej zalecenia.

Potem zwołuje kolegium. Jeśli jest w złym nastroju, beszta wszystkich, nawet szefa redakcji katolickiej księdza Andrzeja Majewskiego. Inicjuje dyskusję, kto w jedną z sierpniowych niedziel miał większą oglądalność: ojciec święty czy Szarik z "Czterech pancernych". Domaga się, by programy katolickie były bardziej atrakcyjne. Ksiądz, mocno strapiony, pyta, jak to zrobić. "Może wprowadzić element przeciwko nauce kościoła?" - proponuje zupełnie zdesperowany. Może to ożywi program i przyciągnie widza? Wspomina, że w jednym z religijnych programów już gościła Kazimiera Szczuka. "Trzeba się bardziej postarać" - powtarza dyrektor Raczyńska.


Prawda na straganie
Jaką bracia Kaczyńscy odnoszą korzyść z jej rządów w Jedynce, nie sposób zrozumieć. Bezpośrednie występy przed kamerami i tak gwarantuje ustawa. Do czego więc Raczyńska jest im tam potrzebna?

W wakacje co środy emitowała peerelowski serial o sprytnym poruczniku milicji, który rozwiązywał pogmatwane śledztwa i preferował gorące dziewczyny - słowem "07 zgłoś się". W piątki emitowała "Życie na gorąco" - apogeum gierkowskiej propagandy, gdzie pierwsze skrzypce grał bohaterski dziennikarz Maj wspierający akcje polskiego wywiadu. Zaraz po tym, jak Polsat skończył emisję „Czterech pancernych”, Jedynka ruszyła z własną emisją w niedzielne przedpołudnia (co z punktu widzenie sztuki telewizyjnej samo w sobie stawia włosy na głowie). Bo Raczyńska bardzo lubi "Czterech pancernych".

"Moja historia pokazuje, że pies Szarik nikomu na złe nie wyszedł, a oglądalność poświadcza, że mam rację" - przekonywała na kolugium. Podwładni lubią takie bon moty. Niektórzy notują co celniejsze myśli swej szefowej. Również takie: "Prawda historyczna leży na straganie. Kto chce, może ją sobie kupić. Pies Szarik nikomu nie zaszkodził. Wiem, co mówię, przecież nosiłam pannę »S« w klapie".

Zadarła z Kościołem. Zażądała uzgadniania listy tematów, które zostaną poruszone w programach katolickich. Domagała się, by "Ziarno" (program dla dzieci) zbliżyć do standardów nowoczesnej telewizji. Chciała przesunąć porę emisji niedzielnego programu "Między niebem a ziemią". W końcu biskupi nie wytrzymali - przypomnieli, że przez niemal dwudziestu lat redakcja katolicka cieszy się autonomią i zaapelowali o pozostawienie tego stanu bez zmian.

"To postać pełna sprzeczności. Wielokrotnie prezentowała się jako osoba o zdecydowanie antykomunistycznych poglądach, pragnąca w TVP zasadniczych zmian. Tymczasem zmian nie ma żadnych, a w górę pną się pracownicy pamiętający jeszcze czasy Radiokomitetu" - mówi Paweł Nowacki.

Nie wprowadziła żadnej wartościowej publicystyki, która byłaby w stanie konkurować z komercyjną konkurencją. Sztandarowym programem Jedynki siłą rzeczy stał się kontrowersyjny program „Misja specjalna”, który miał tropić nieprawidłowości i ujawniać afery. Ale z powodu swej mocno amatorskiej formuły, „Misja” ociera się o pastisz dziennikarstwa śledczego.

Wizytówką Jedynki stał się "TeleExpress nocą" oferujący szeroką gamę rad z dziedziny numerologii. Np. "Jutro rządzić będzie ósemka, nie łapmy więc zbyt wielu srok za ogon…" albo "Jutro dzień pod znakiem czwórki – liczby solidnej. Zła wiadomość dla leni". To wszystko sprawia, że największa antena w kraju finansowana za publiczne pieniądze zaczyna przypominać Superstację czy Tele5.

Bo mam męża Żyda

"Martwi mnie niefrasobliwość decyzji programowych pani dyrektor" - narzeka szefowa Rady Programowej Janina Jankowska. "Szybkim ruchem zrzucane są ciekawe, przyjęte już projekty, a nawet gotowe realizacje, chyba tylko dlatego, że powstały lub były za czasów Wildsteina". Wymienia cykl "Jarmark cudów" przeniesiony do TVP3, zawieszony program publicystyczny Krzysztofa Skowrońskiego "WiO", brak akceptacji dla scenariuszy do "Sceny Faktów" czy interaktywne programy dla dzieci. "Mamy tu do czynienia z zarządzaniem przez emocje. Jeśli decyzje są arbitralne, to może budzić niepokój. Mam podstawy twierdzić, że dyrektor Raczyńska dość obojętnie traktuje misję medium publicznego. Jedynka służy ekspresji jej upodobań, gorzej, że nie odróżnia scenariusza filmu dokumentalnego od "Sceny Faktu"?????".

Nowych pomysłów nie ma wiele, bo większość propozycji Raczyńska odrzuca. Po telewizyjnych korytarzach krąży anegdota: jedna z dyrektorek pyta szefową Jedynki, dlaczego tak wiele projektów trafia do kosza. "Bo gdybym godziła się na wszystko, byłabym złą szefową" - miała wyjaśnić Raczyńska.

Ktoś wpadł na pomysł, by odtąd prezentować jej dwa razy tyle projektów: połowę dobrych, połowę bardzo słabych albo w ostatniej chwili wymyślonych. Ale ktoś inny natychmiast to oprotestował - nie ma przecież żadnej gwarancji, że te dobre Raczyńskiej przypadną do gustu.

Trudno dyskutować bez argumentów albo z argumentami poniżej pasa. Gdy Jankowska w czasie Rady Programowej omawiała odrzucone scenariusze, zwróciła uwagę, że większość historii dotyczy katolickich księży. "Bo mam męża Żyda" - wykrzyknęła na to Raczyńska. Zapada cisza, ale nikt nie podjął tego wątku. "Nie wiedziałam, o co jej chodzi, i udałam, że tego nie słyszę" - wspomina Jankowska. Właściwie o co wtedy Raczyńskiej chodziło, trudno pojąć do dziś.


Groźby karalne
"Mistrzyni mistyfikacji" - jak o niej mówią - nie znosi, kiedy dziennikarze się nią zajmują. Podała już do sądu TVN, zagroziła procesem "Newsweekowi"; jak twierdzi, przygotowała też kilka pozwów po tekstach w DZIENNIKU.
Nie spodobało jej się też, że przygotowujemy o niej duży artykuł. Spotkałyśmy się raz, ale - coraz bardziej to oczywiste - nie będzie to nasze ostatnie spotkanie.

Wyglądało to tak - podczas prezentacji jesiennej ramówki poprosiłam Raczyńską o spotkanie. "Chciałabym napisać o pani tekst" - wyjaśniłam. Pani dyrektor przechyliła głowę w bok i uśmiechnęła się szeroko: "Och, ale czy nie będzie to artykuł z tezą? Bo, jakby miał być z tezą, to ja rozmawiać nie będę". Nagle ktoś szepnął pani dyrektor coś na ucho i Raczyńska przestała się uśmiechać. "Jestem w konflikcie prawnym z DZIENNIKIEM" - spoważniała. Ustaliłyśmy, że w związku z tym Raczyńska się zastanowi, a ja zadzwonię za dzień-dwa.

Ale pani dyrektor nie odebrała już od nas żadnego telefonu. Po kilku dniach do prezesa wydawnictwa Axel Springer, który wydaje DZIENNIK, dotarł donos, całkowicie nieprawdziwy.

Na firmowym papierze TVP Raczyńska napisała: "(...) Luiza Zalewska usiłowała przeprowadzić ze mną wywiad. Ponieważ ze względu na czas, miejsce i inne okoliczności nie było możliwości szerszej dyskusji, wspomniana dziennikarka zwróciła sie do mnie ze słowami: »I tak Panią skompromituję«. Było to wypowiedziane w sposób agresywny i napastliwy. Świadkiem tej sytuacji była jeszcze jedna osoba, która może wszystko potwierdzić (...)".
Zrozumieliśmy wtedy, dlaczego niektórzy na dźwięk nazwiska Raczyńskiej czują mrowienie w stopach.

         Ale trudno opisać karierę osoby bez rozmowy z nią samą. Podjęliśmy kolejną próbę. Za pośrednictwem e-maila poprosiliśmy rzecznika TVP o umożliwienie rozmowy z szefową Jedynki. Na wszelki wypadek - w towarzystwie osób trzecich. Raczyńska się nie zgodziła. Poprosiliśmy o informację na temat kariery zawodowej pani dyrektor. TVP odpowiedziała, że takie informacje chroni ustawa o danych osobowych.

My szukaliśmy znajomych Raczyńskiej, ona też nie próżnowała. Po kilku dniach do redakcji nadeszło kolejne pismo, tym razem już z kancelarii prawnej (według naszych informacji, wszystko na koszt TVP). Adwokat Raczyńskiej poinformował, że wysłał do prokuratury zawiadomienie, jakobym popełniła przestępstwo z art. 190 kodeksu karnego. To już nie przelewki - artykuł 190 mówi o groźbach karalnych, grożą za to dwa lata więzienia.
Pismo prawnika kończy się apelem: "Zwracam się o niepublikowanie materiału prasowego dotyczącego mojej mocodawczyni".

Dlaczego szefowa Jedynki nie chce, żeby o niej pisać?

Zmieniony ( 08.10.2011. )
 
Zobacz też…
«« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»

Pozycje :: 151 - 200 z 528
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.